Żeby nie wpadać w rutynę wsiadam w nie-swój autobus. Z ciekawości, jak w Miasto wjadę. Podobnie jak pan, tylko odrobinę niższy od swojej wybranki. Poza tym, wokół obcy i osiemnaście stopni „na pokładzie”. Śnieg pracowicie sypiący od wczoraj nie do końca czystą bielą okrył okolicę, zmuszając pługi i piaskarki do pracy na nocną zmianę, by wydobyć czerń chodników i jezdni. Autobus jedzie szybko, nie zatrzymując się na większości przystanków, dzięki czemu łapię przesiadkę bezkonfliktowo, wpadając w czasową dziurę między stadami kanarów zarabiających na utrzymanie w centrum Miasta.
Podziwiam okularnicę w czapce-muchomorku pijącą kawę z papierowego kubka i panią o okrąglutkiej pupie z obrzydzeniem weryfikującą miejsce siedzące, godne jej posiadłości. Jakiś szczur inteligentnie usiłuje wykorzystać sygnalizację świetlną, by przejść na pasach, wyczekując właściwej chwili. A Nóżkę zaskakuję przed pierwszym z jego punktu widzenia salonem sukien ślubnych, ba! Baristka jeszcze nie tańczy z krzesełkami w objęciach, więc zdecydowanie przed czasem dziś ląduję w codziennościach.
Wracając podziwiam długowłosą panią, której towarzyszy brodacz. Pani odgradza się od niego naprawdę kolczastym kaktusem, więc pewnie nieźle nabroił, choć siatę z Biedronki dźwiga dość dobrze wypchaną. Obok stoi dryblas zabiedzony bardzo, za to na rękach ma taką masę pierścieni, że porządny kastet nie powstydziłby się ilości materiału.
Żeby nie wpadać w rutynę, chadzam w znajome miejsca różnymi drogami lub wracam nowym szlakiem...
OdpowiedzUsuń