Na tle ośnieżonego osiedla kosy straciły swój kamuflaż, więc fruwają ostrożniej i nie śmieją się z przechodniów. Tylko dzieciarnia obwieszcza radość i obrzuca się niemiłosiernie mokrym śniegiem.
W autobusie trafiam panią która mimo zimowego wystroju występuje w dżinsach spłowiałych niemal do białości i z olbrzymią dziurą na kolanie. Dałoby się przez nią przeprowadzić operację łąkotki bez ich zdejmowania, chyba, że potrzebny byłby też cewnik. Na przejściu dla piechoty, nie odrywając stóp od podłoża tańczy długowłosa, obok wędruje pani z panem, a klatkę piersiową ma zdecydowanie piękniej rozbudowaną, co widać mimo deformujących sylwetki grubych kurtek.
Za oknem dostrzegam pojazd jawnie oznaczony drukowanymi literami NOL – czyli polskie UFO. Niezidentyfikowany obiekt latający zacumował skromnie w bramie przechodniej. Dostawczak, więc pewnie przywiózł Ufokom paszę, a może i listy od rodzin. NA sklepowej wystawie siedzą Pinokio ojciec i syn. Gapią się na ludzi, a ich nosy wyglądają jak monstrualne papierosy ćmione beztrosko za szybą chroniącą przed wilgocią.
Pierwsze w tym roku bazie – od kotków aż gęsto, choć drzewo przycięte solidnie, żeby nie stresować biegnących do szkoły (czy może raczej wybiegających z niej) dzieciaczków. W autobusie pani rozbudowana z rozmachem musiała się natrudzić, żeby całe to cielesne bogactwo zmieścić w leginsach, ale warto było się trudzić. Każdy krzywik umarłby z zazdrości widząc ilość fragmentów krzywych wyższych rzędów, jakie pani potrafi perfekcyjnie naśladować, udając, że przygląda się wiśniowym pazurkom naostrzonym, jakby zamierzała nimi preparować siekane kotlety.
Białas bielidłem bieli bielma...
OdpowiedzUsuń