Już-Nie-Ruda Kobra wpatrywała się w posiwiały od mrozu asfalt, a ja, patrząc na nią dostrzegam, jak byłaby bezbronna, gdyby ktoś rozebrał ją z okularów – drobny gest, a wystarczyłby, żeby przeistoczyła się w kruchą dziewczynkę. Postrzelony Ochroniarz wierci się i rozgląda tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Widać, z przejściem na rentę/emeryturę czujność zawodowa nie mija. Kiedy wstaje, od owej rozbuchanej żywotności dolne partie stroju nieco go opuściły i świeci pośladkami wprost w oczy niewiasty krępej, obudowanej termicznie zarówno naturalną materią, jak i sztuczną. Aż zesztywniała z wrażenia. Za to chłop miejsce wygrzał doskonale i zaraz znalazła się chętna pani eksperymentująca z włosami, co widać było po gasnących pasemkach i fryzurce spiętej w coś skomplikowanego, pomiędzy biednym warkoczem, a rozkwitającym kokiem.
W potok Starych Dobrych Nieznajomych czas byłby chyba zaliczyć panią w wiśniowej czapie z wielkim pomponem przypominającym sporego buraka ćwikłowego. Gdyby uznać ją za wisienkę, ona sama musiałaby być Tortem, a przynajmniej okazałą Tortoletką. Istnieją tortoletki z wisienką? Jedna już tak! Poranny nalot kanarów stał się już oczywistością, ale dopiero dzisiaj wymyślam praprzyczynę – o poranku w Miasto startują ludzie pozbawieni energii, zaspani uczniowie i robotnicy w letargu ponocnym. Więc kontrola przebiega bez zakłóceń i nie wnosi ryzyka udziału w sportach walki. Po południu, czy wieczorem, kontrola może stanowić sport ekstremalny, gdy rozbuchane ego podpompowane gorzałką zacznie poszukiwania sparring partnera.
W tramwaju zewnętrze zasłania mi naklejona na szybę informacja-reklama. Od drugiego września nieznanego roku MPK pochwali(ło) się nowymi relacjami. Naklejka spłowiała, więc to zapewne jakaś zamierzchła przeszłość psuje mi obraz Miasta i można byłoby ją w końcu zdjąć. Zerkam pod nią, na Rzekę oświetloną spodem podwieszonego chodnika. Wyschnięta choinka zniknęła z lodu kurczowo trzymającego się brzegu i już go nie szpeci. Przez przeciwległe okno mrugają do mnie światełka na moście wiodącym w Dzielnicę Boga. Najwyraźniej wciąż tam świętują Boże Narodzenie, bo most jest oświetlony, jakby to sam Bóg płacił rachunki za prąd. Nóżkę spotykam zaledwie kilka kroków od bliższego z dwóch salonów sukien ślubnych, więc spieszyć się nie muszę. Chodnikiem toczy się podskakując nieco wychudły balonik, wyglądający jak dojrzały bakłażan, a Baristka chyba za niechętną zgodą szefa zrezygnowała z ustawiania zewnętrznych stolików.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz