Dwie nie całkiem dojrzałe samiczki wsiadły niby-razem, ale każda zatonęła w otchłaniach sieci i już po chwili wrażenie wspólnoty zniknęło. Pani, której twarz mogłaby tysiąc okrętów wysłać za morze wysiadła jednymi drzwiami i wsiadła innymi, by jednak przejechać jeszcze dwa przystanki. Ryżawy facet w błękitach i rudziejąca pani w bieli uśmiechali się do siebie i gawędzili a ich dłonie pieściły się przez całą drogę.
Wysiadam i natychmiast znajduję się na kolizyjnym kursie z panią idącą na czołowe zderzenie. Nie złośliwie, a bezmyślnie wpatrzoną w monitor. Jako jednostka bardziej zwrotna, zwinnie zszedłem z kursu, choć jej ciało gwarantowało miękkie lądowanie. Nie chciałem stać się uczestnikiem kolizji w ruchu drogowym, po obserwacji walk sumo podejrzewając, że nawet miękkość może poważnie wstrząsnąć nienawykłym organizmem. Mokre pnie drzew nie zdążyły obeschnąć po ulewach, a lipowe gałęzie tarasują alejki na bulwarze. Spochmurniałe wrony drepcą smutno i zerkają spod oka, czy nie knuję czegoś podłego. I tylko Rzeka niewzruszenie płynie, jak płynęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz