Dzień, jeśli bez szyderstwa można tak mówić o czymś, co wyłącznie dzięki elektryczności ociera się o widzialne fragmenty przestrzeni, zaczął się nieco wcześniej, być może po to tylko, żebym odbiegł od rutyny – z tym bieganiem też bym jakoś nie epatował – odwlec się najzupełniej wystarczyłoby.
Na skrzyżowaniu nieopodal rynkowych pierzei wataha nastoletnich niedopitków szamotała się decyzyjnie i rozplątując języki usiłowała podjąć jakieś zobowiązania względem nadchodzącego niespiesznie niby-dnia. Udało się im powołać do życia i zmaterializować w zasięgu niezbyt tęgiego wzroku taksówkę Ubera – jedną co prawda, ale nowalijki smakują najlepiej, więc pierwsze zwierzę, kompletnie mnie ignorując, władowało się na kolizyjny z moim azymut i bełkotliwym krokiem podążyło ku świetlanej przyszłości za jakieś dwie-dyszki-czy-coś-koło-tego. Nie powiem, że rączo, czy w podskokach, gdyż zwierzęcia nie było stać na wyczyny taneczne, czy jakiekolwiek inne.
Następnie na mojej życiowej drodze pełnej słodyczy pojawił się był okazały wąsacz, który na pustej i nieszczególnie eksponowanej ulicy po prostu musiał zaistnieć w najwęższym miejscu chodnika właśnie wtedy, gdy przymierzałem się do skomplikowanego manewru w ruchu drogowym, usiłując bezkolizyjnie ominąć latarnię. Kolejny egzemplarz męski trafia mnie w miejscu, gdzie na środku chodnika ktoś ekscentrycznie pielęgnował samotny fragment żywopłotu okolony kagańcem niezmurszałych krawężników. Pan skrupulatnie poprawiał więdnącą na łbie wełnianą czapkę i chyba usiłował pod nią upchnąć brwi. Zajęty był bez reszty swoją misją i ledwieśmy się zmieścili na asfalcie, a żywopłot upasiony troską tajemniczego mecenasa pozował na zahartowanego w bojach twardziela i nie było w tym domyśle ani krzyny przesady. Na pewno dałby radę uczynić napastnikowi bolesną krzywdę skupiając się na kruchości powłoki zewnętrznej.
Potem była jeszcze tylko pani z wściekłym pitbulem-nie-czystej-krwi, odbezpieczonym, choć posiadającym namiastkę właścicielskiej kontroli nad instynktami zadzierzgniętą przy wsparciu elastycznej, długiej linki i zasadniczo nie działo się nic. Nic, co mogłoby zmienić porządek świata, albo zmienić jutro w piekło, czy niebo. A czające się za zasłoną ciemności niebo ostrożnie usiłowało wydostać się z odmętów niepewności. Wyspy subtelnie grzechotały zbieranym właśnie świeżutkim, bo wczoraj opróżnionym (co się ze mną dzieje? Zamierzałem napisać wypróżnionym i ledwie się powstrzymałem!) szkłem, Rzeka – a właśnie! Rzeka! Szedłem wzdłuż niej czas jakiś, podziwiając architekturę granicy między światem ludzi i natury, kiedy w poprzek owej, wykorzystując gasnący pomruk ruchu kołowego, zameandrowali dwaj młodzieńcy w jeszcze białych koszulach, o sumieniach zbrukanych nadużyciem. Zdaje się, że wciąż spożywali, nie bezczeszcząc ciągłości marszu. Jeden z nich, przez telefon tłumaczył mało pojętnemu, wirtualnemu światu, że-są, że-czekają, że no!-tu-no!-przy-tym-takim-no!-O!-Rzece! Nie pogłębiałem problemów ich życiorysu poradą, jakiej nie oczekiwali, tylko oddaliłem się, nim nadciągnie pomoc posiadając niewiarygodnie precyzyjne informacje lokalizacyjne, żeby nie stać się współwinnym, albo zgoła odpowiedzialnym za stan bieżący biało-kołnierzykowych dżentelmenów.
A przecież piątek dopiero MIAŁ SIĘ ZACZĄĆ, że ledwie napomknę o jeszcze mniej wyrywnym łykendzie! Jakaś przeraźliwie chuda istota przecięła mi drogę, niczym czary kot, który dobrze nie wróży, a ja złośliwie pomyślałem, że słońce musi się natrudzić, by wykorzystując taką sylwetkę wystarać się choć o szczątkowy cień. Tylko buty, wyglądające jak fundament zapobiegający porwaniu owej istoty przez wiatr były masywne i posiadały gabaryt trudny do zignorowania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz