poniedziałek, 28 stycznia 2019

Ofiara.


Uczyłem ziarno szukania energii tam, gdzie nawet niedźwiedzie polarne kulą się w sobie i marzną zaatakowane zbyt natarczywą zimą. Rok chyba dwudziesty. Ziarna wciąż marły mi w dłoniach, zamarzały, pękały. Nie miały w sobie aż tyle wiary w ciągłość istnienia. Bały się. Nieumiejętne, słabe, stworzone do życia w bardziej godziwych warunkach. Prosiłem i tłumaczyłem. Uczyłem. Grzałem własnym ciałem i przykładem starałem się rozbudzić nadzieję. Błagałem i straszyłem. Byłem złym nauczycielem. Niedoskonałym i zbyt niecierpliwym.

Tymczasem lodowe jęzory nieznośnie powoli przesuwały się w stronę równika ze świadomością, że nic im nie umknie, że nie schowa się za załomem miejskiego muru, na szczycie góry, czy w skalnej rozpadlinie wciąż jeszcze wypełnionej żywą wodą. Jęzor miał apetyt, któremu nie podoła planeta. Kwestią czasu było, kiedy dopadną piaski pustynne i górskie urwiska. Zima ostrzyła kły lodowych sopli i cięła bez litości. Macki ośmiornicy wyciągały ramiona niczym bezduszne południki i starała się objąć uściskiem ziemię, połączyć się z tą drugą, pazernie wyciągającą macki od południowego bieguna. Wielkie muldy jak poprzeczne wały zagradzały drogi i morza. Wszystko stygło pospiesznie, choć każdy krok zimy poprzedzało stękanie łamiących się lodowych okowów rozsypujących się w przewracające się niezbornie seraki, znaczące ścieżki pionierskie dla zastępów sunących za nimi. Morskie prądy szalały z rozpaczy, kiedy zamiast corocznych szlaków musiały dużo skromniejszymi ścieżkami wić się w tych pętach, aż stały się lokalnymi wirami, aż oceany straciły dostęp do tak wielu mórz, że te stały się wielkimi słonymi jeziorami nawożonymi słabnącymi nurtami rzek.

Ciepłolubność skazana na zagładę, w panice, cofała się podejmując desperackie wysiłki ukrycia się przed napastnikiem, ale ten lekceważył wszystko i wszystkich. Rósł. Szedł potwornym, niepowstrzymanym jęzorem naprzód i tylko inny jęzor mógł go zatrzymać, kiedy się splotą w brutalnej przepychance, niczym dwaj niepokonani dotąd mistrzowie sumo. Życie kradło ostatnie chwile usiłując zostawić po sobie w spadku zapis genetyczny. Zostawić nasienie, dające ostatnią nadzieję na odtworzenie. Na powrót życia. Norweski magazyn spęczniał od zapasów, ale został już schwytany za gardło i pochłonięty głodem zimna. Nic więcej nie uda się tam wetknąć. Lodówka zatrzasnęła podwoje na lata. Może na nieskończoność? Zwierzęta nie dość śmigłe i zbyt nieroztropne, by uciec przed wrogiem zastygły w niedowierzaniu. Zmumifikowane lodem, zakonserwowane mrozem, w paszczy nienasyconej, sunęły w milczeniu lawiną grozy. Taki obraz mógł wytrącić z równowagi najbardziej zakamieniałego stoika.

A ja wciąż uczyłem nasiona życia. Uczyłem je bezwzględności. Niepokory. Sadzałem w foczym sadle i pokazywałem, że nawet ono nie ma przyszłości, gdy obliże je wróg śmiertelny. Że skóra renifera, nawet z nim całym do kompletu niewielką stanowi przeszkodę, kiedy blado-niebieskie oko łapczywym wzrokiem siądzie mu na grzbiet. Ziarna uczyły się niechętnie. Łajały mnie za pochopność typową dla ludzi. Wiedziały swoje. Wiedziały, że inną miarą mierzą życie niż ja. Innym rozumem. I świadomością, którą niezmierzone cywilizacje usiłowały zarazić świat. Ideą, że los jednostki niczym jest wobec dobra ogółu. I słały na śmierć własny lud tysiącami, milionami, byle tylko idea przetrwała. Nasiona też sypały się w ziemię, oddawały wiatrom, żeby tylko rozproszyć życie najdalej, jak tylko się da. Bo, być może, któremuś się uda przetrwać, powielić cykl i stać się zalążkiem wieczności.

Nie tu… Nie teraz, kiedy wróg tak okrutny i nie znający umiaru rośnie w siłę z każdym dniem. Tylko Ziemia przetrwa, bo ona potrafi przetrwać i większe dolegliwości jak chłód powierzchniowy, który wytruje bakterie i wirusy. Strąci z ziemskiego futra pasożyty i insekty. Wybije w pień cały drobiazg zupełnie podobnie, jak solidna zima ogranicza przyszłoroczną populację komarów. Ale tym razem komarami będzie wszystko, co żyje. Będzie ostatnią wieczerzą, na którą jeden gość się wprosił i pazernie będzie żarł aż nie pożre do cna wszystkiego, co na ziemskim obrusie kiedykolwiek się pojawiło. Ludzie też są tak łapczywi. Ale słabsi. Nawet, kiedy wystąpią w zgodnym szeregu i pod sztandarem nadziei rozpędzą wątpliwości słabych i zagubionych. Kiedy okłamią nieufnych, by skropili krwią stepy i sawanny.

Uczyłem. Ostatkiem sił i zgrabiałymi palcami. Oczami, w których mgły lodowej tafli chciały się zadomowić na stałe. Wargi mi posiwiały, a słowom coraz trudniej było się przedrzeć przez krtań. Zbyt nieprzychylne powietrze osiadało we mnie igłami cieńszymi od pajęczej nici. Rozmawiałem z nasionami, z orzechami i pestkami. Z tym wszystkim, co zalążkiem przyszłości się stać mogło. Uczyłem je rytmu własnego serca, żeby grzały się w takcie tętnem słabnącym niesionym wprost ze mnie. Nie jestem altruistą. I nie byłem nim nigdy. Jestem egoistą, bo każde życie nim jest. Nawet, kiedy się dzieli z drugim, to nie czyni tego bezpodstawnie. To wymiana. Jedni sprzedają czas, inni umiejętności, jeszcze inni ciało. Wiedzę, bezpieczeństwo… Każdy ma coś, czego brakuje innym. I każdy chce czegoś więcej, niż właśnie ma. Sojusze jednodniowe i pakty o nieagresji, która mogłaby zakończyć się dokuczliwą, skracającą życie blizną.

Kiedy upadłem po raz pierwszy… Połamały mi się włosy, a kaptur pękł wzdłuż odsłaniając głowę. Tuliłem w kieszeniach spłoszone nasiona. Ziarno przyszłości. Szedłem, jak pijany. Do pierwszej szczeliny, gdzie chciałem się ukryć przed wiatrem. Jak trudno jest płakać bez łez… Mój los był już przesądzony. Dopadł mnie bezwzględny mróz i nie umknę mu już na pewno. Wygrał. Nie mam gdzie uciec i znikąd pomocy oczekiwać nie mogę. Mam tylko moje ziarna. Szyszki czarnej olchy i brzozy, które są wszędzie pierwsze. Najszybciej kolonizują nieprzychylność natury. Mam sosnowe skrzydełka z drobniuteńkim, czarnym ziarenkiem, mam…

Mam. Tylko mnie już nie ma. Mróz chwycił mnie za głowę i skruszył mi oczy. Nie widzę nic. Upadłem po raz drugi. Bez wzroku, z krwią, którą zatamował mróz. Lepiej i szybciej niż bandaże. Ślepo robiłem ostatnie kroki szukając osłony. Szukając azylu. Język mi pękł i nie mogłem już zamknąć ust, bo zamarzły mi zupełnie. Nie pożegnam się z nasionami. Nie dam ostatniej wskazówki, nie pobłogosławię im. Może wiedzą? Oby... Wtedy upadłem po raz trzeci. Na kolana tylko, bo dalej zmarznięte ciało już się nie chciało składać. Strzaskana głowa pochyliła się w pokorze lennika. Niewolnika. Przegranego. Uśmiech pośmiertny był bardziej grymasem, przypadkiem, niż wiarą, czy nadzieją. Ale był. Potem…

Mróz o mnie zapomniał. Byłem już niegroźny, martwy i pokonany. A nasiona w kieszeni skarżyły się, że moja skóra nie chce dłużej ich grzać. Że słowa otuchy przestały docierać, że jest coraz zimniej. Zawisłem duchem nad własnym ciałem. Teraz… Teraz miałem czas. Miałem spokój w sobie i ciepło. I ciekawości pokłady grubsze niż lodowe jęzory. Pierwsze ocknęło się ziarno osiki. Zbuntowane niesprawiedliwością, paskudnie-cudownie egocentryczne! Żarło! Mnie i nasiona przytulone do niego. Piło suchą skórę szyszek i lizało jęzor mrozu. Przestrzeliło mi serce na wskroś chwytając drobiny krwi zmrożonej. Wiło się pod kożuchem niedźwiedzim i rosło poza wzrokiem mrozu. Karmiło się mną, klęczącym, martwym, bezużytecznym. Zapomnianym nawet przez mróz. Sunąłem wraz z jęzorem w stronę równika. Niespiesznie, bo nie było powodu do pośpiechu. Nie da się uciec przed nieuniknionym. Mróz jest niezmiernie wyważony i z pośpiechem mu nie po drodze.

Druga była sosna, kiedy już poczuła drgnięcie niecierpliwej osiki. Sosna potrafi skarleć, potrafi skryć się w wężowych splotach, w pęknięciach kory niepozornych i ssać życie, które trudno nawet podejrzewać. Wiodły skarlałą, tajemną niedojrzałość pod zmrożoną, niedźwiedzią baranicą, żrąc moje skostniałe ciało. Wydłubując szpik z kości i ucząc się otoczenia. Nie mogłem na długo wystarczyć. Życie jest pazerne i chce wciąż więcej. Chce do słońca. Nawet mróz nie powstrzymał  te woli i pękła niepokalana dotąd powierzchnia, spod której wychyliły się dwa łby głodne życia. Słońce zerkało z ciekawością i na ich szczęście łaskawie. Epizod nieprawdopodobny, ale natura uwielbia zuchwałych. Daje im szansę. Mizerną i chudą, lecz daje.

Sosna wbijała się mocnym palem w głąb lodu. Osika rozkładała ramiona szeroko, szukając pokarmu. Lód zabrał mnóstwo pokarmu. Wystarczająco, żeby życie mogło je znaleźć i trwać. I trwało. Teraz usiłowało kwitnąć pomimo wszystko. Rozsypać nasiona… mądrzejsze, bo ono już nie pamiętało życzliwszych czasów. Silniejsze, bardziej odważne, nie oglądające się na historię. Lód pękł i zatrzymał się. Ramiona południa i północy zwarły się w uścisku, lecz grzbiet był już tak odległy, że niemal zapomniany. Pierwsze drzewa sypały wtedy właśnie pierwsze nasiona. Ze mnie… została wydmuszka. Baranica lakierowana lodem, obejmująca dwa, zrośnięte ze sobą pnie. Nasiona flirtowały z wiatrem, sunąc ku przeznaczeniu. Nie spieszyły się. Czekały swojej chwili. Wiatru, słońca i pokarmu. Trupa przeszłości, który stanie się ich spiżarnią. W lesie mróz nie będzie tak swawolił. Las to wielka siła. Może powstrzymać. Może nie zauważy, że mu na grzbiecie rośnie pasożyt? Może wykarmi jakieś życie? Jak ja…

sobota, 26 stycznia 2019

Zjełczałe anioły.


Na Miasto nieskutecznie spadł zmierzch. Nieskutecznie, bo sypało od rana we wszystkich możliwych rozmiarach, poczynając od drobno mielonej mąki, a kończąc na strzępach niedbale dartego listu. Rzadko się zdarza, ale jednak. Wystarczyło, żeby Miasto chwilowo wybielało, a skwery i place obrzuciło bałwanami. Większość była niewydepilowana i porośnięta zeszłoroczną trawą, ale zdarzały się bałwanki-dalmatyńczyki, czy zgoła krówki łaciate. W uzyskaniu takiego efektu lepiący otrzymywał instynktowne i mimowolne wsparcie ze strony udomowionej fauny. Obawiam się, że zmierzch przykrył jednak prawdę ostateczną i brutalną – część z nich po prostu MUSIAŁA mieć całkiem ciemną karnację. Równikową. Nie wnikając w poprawność polityczną ten gatunek łatwo będzie rozpoznać nawet nie posiłkując się wzrokiem, gdy tylko odwilż pogłaszcze ciemnoskóry egzemplarz po brzuszku. Amoniak i siarkowodór nie pozwolą o sobie zapomnieć, a skomasowany atak substancji żrącej na doczesną lokalizację Barbapapy gotów wyżreć dziurę nawet w żywym betonie.

Dociekliwość.


Jakaś nowa laborantka z oczami zimnymi tak bardzo, jakby je wyjmowała z lodówki po przyjściu do pracy wyciągnęła mnie szczypcami ze słoika, gdzie leniuchowałem, beztrosko popijając formalinę. Robota prosta. Leżeć, pachnieć i pozwalać się podziwiać. A ta mnie schwytała za grzbiet metalowymi szczypcami i na szkiełko zimniejsze nawet od jej oczu położyła. Zgroza zupełna! Schnąłem. Nieubłagalnie zbliżał się moment, kiedy otoczenie stanie się wolne od parującego płynu. W otoczeniu gazowym czułem się nagi. Pozbawiony godności i życia. Paskudne uczucie, kiedy przeciąg niezapowiedziany objął mnie i zaczął lizać. Ohyda!

Pani w białej sutannie odgrodziła się ode mnie okularami. Pewnie oszołomił ją mój niezaprzeczalny urok, albo miała zamiar zapłakać, więc uciekła za szyby, żeby mnie nie zbezcześcić jakąś wydzieliną własną. Trącała mnie tymi szczypcami, jakby chciała na brzuch mnie przewrócić i pozbawić resztek dyskrecji. Powinna wiedzieć, bo była już duża, więc powinna – nie lubię leżeć na pleckach i merdać nóżkami. Nie jestem pokojowym pieskiem, który czeka na pieszczoty bez wstydu. Usiłowałem trzymać się tej szklanej płytki, ale ona jak wypolerowana i tylko pazurkami zazgrzytałem, gdy usiłowała zaspokoić własną ciekawość. A potem wzięła mnie w paluchy. W gumą obciągnięte szpony i podniosła do…

Krzyczałem w trwodze, że mnie chce zeżreć, a taką wielką paszczę miała, że nawet bez gryzienia mogła mnie połknąć. Zęby jak piła tarczowa w stolarni, a ślinianki manifestowały jej pragnienia z jawną brutalnością. Gdybym nie był głodny, to chyba bym ze strachu narobił w przysłowiowe gacie nie zważając na absolutną nagość. Okazało się, że w słoju lubię pływać nago, a i goście chętniej zerkają. Rozumiem ich – można zaspokoić niecne instynkty pod różnymi pozorami, a jawnie prosić, żebym się rozebrał, to już nie każdy miał odwagę. I tak dobrze, że nie jestem motylem, bo ukrzyżowaliby mnie i przyszpilili do pluszu, który kurz łapie tak chętnie, jakby do tego właśnie był stworzony.

Drżałem tak mocno, że mógłbym testować czułość sejsmografów. Szczęściem, okazało się, że chciała mi się tylko dokładniej przyjrzeć. Oczywiście zaczęła od brzuszka… Pewnie korzystała z okazji, że nikogo w pobliżu nie było i miała mnie całkiem dla siebie. Nagiego, schnącego, z bezradnie rozcapierzonymi łapkami, które mi tak bardzo ścierpły, że już nie umiałem nimi zakryć się przed tą gorączkową ciekawością. Może w formalinie byłoby mi łatwiej się bronić. Mógłbym odpłynąć, obrócić się, skryć ze tym pęcherzykiem powietrza, który tak zabawnie zniekształca obraz… Na szklanym blacie byłem bezradny, a w jej gumowych rękach mogłem się tylko modlić, żebym uszedł z życiem. Taka wielka, to pewnie mogłaby mnie zgnieść bez skrupułów. I nawet, jeśli nie zeżreć, to otrzeć wnętrzności o nieskazitelną biel fartucha i rozsmarować mnie po nim w warstwie cieńszej niż kartka papieru.

Ostrzegawczo zatrzeszczałem pancerzykiem, żeby uważała. W emocjach pieszczoty sięgają granicy bólu, a w euforii łatwo je przekroczyć. Nie wiem, czy zrozumiała aluzję, ale odłożyła mnie na szklaną podstawkę, gdzie dosychałem już na wiór. Zastanawiałem się właśnie, którą z nóg mam poświęcić, żeby wreszcie zauważyła jak bardzo doskwiera mi brak basenu, kiedy zerknąłem w bok i okazało się, że w moim basenie pływa już ktoś inny…

- O żesz ty! – pomyślałem gniewnie – to ja dla twojego kaprysu schnę, a tu dziki lokator chleje moją formalinę? I to żmija? Pewnie jadowita.

Poczerwieniałem ze złości, choć spod czerni czerwień jest słabo widoczna. Wierciłem się, usiłując obrócić się do pozycji, w której wzrok nie zmuszał umysłu do ekwilibrystyki i obracania każdego obrazu do klarownej czytelności. Taki proces trochę mnie rozpraszał i nie pozwalał skupić się na rozwiązywaniu dylematów egzystencjalnych. Kobiet tymczasem, korzystając z mojego rozproszenia przyniosła kolejne oko, żebyśmy zerknęli na siebie wzajemnie w innej od rzeczywistej skali.

Doświadczyłem już wcześniej impertynencji wdzierania się w moją intymność i znałem talent tego narzędzia. Podobno dzięki niemu rosłem w oczach widza, co mi pochlebiało odrobinę. Cóż – jak każdy mam w sobie całe zagony próżności i lubię się napuszyć, napiąć mięśnie, wyprężyć się i wyeksponować cokolwiek, co zasłuży na westchnięcie pożądania lub zachwytu. Tylko żal mi było słoja i łzy miałem w oczach, że zagrożony jestem bezdomnością. Ambiwalentne uczucia walczyły we mnie o prymat i żadne nie sięgnęło absolutu.

Prężyłem się z malującą się na twarzy wściekłością i żalem, a duma na jednym jechała koniu z uprzedzeniem. Gdzieś obok zadźwięczało coś metalicznie. Gumowa ręka uzbrojona w wypolerowane na lustro ostrze zbliżyła się do szklanego kojca, na którym usychałem dla nieznanej mi idei. Zimnowzroczna niewiasta czubkiem ostrza znalazła pępek i zdecydowanym ruchem popchnęła ostrze. Zwymiotowałem. A potem, to już całkiem bezmyślnie zacząłem umierać. Zacząłem i skończyłem zanim mnie rozpołowiła zupełnie. Jak jakieś jajko na twardo, czy pomidorka. Aż tak była głodna?

piątek, 25 stycznia 2019

Piekło-niebo.


Sprawdzasz mnie wciąż. Nie poprzestajesz na drobnych prowokacjach. Wczoraj perwersyjnie lizałaś kostkę lodów, jednocześnie prosząc, żebym opisał ze szczegółami jej śmierć na twoim ciele. Dziś postanowiłaś otrzeć mi pot z czoła własną bielizną, którą zsunęłaś z siebie, bezwstydnie patrząc mi w oczy, a kiedy już nasiąkły moim potem założyłaś je na siebie śmiejąc się ze mnie. Nie wiem, co jeszcze wymyślisz. Nie wiem, ile wytrzymam. Palcem wciąż pachnącym pożądaniem piszesz mi na policzku obietnicę jutra, albo wieczora. Nie masz granic. Nie dla mnie. Otwierasz się nie zwracając uwagi na otoczenie, a kiedy tylko zauważysz, że pękają mi wargi od zbyt szybkiego oddechu odchodzisz. W autobusie niemal przytomność straciłem, kiedy wsunęłaś mi dłoń w spodnie nie rozpinając zamka. Niby ją ogrzać, bo zmarzła. Stałem sztywno i gryzłem wargi do krwi, żeby nie krzyknąć, a kiedy eksplodowałem nieskończenie wolno oblizywałaś palec po palcu i patrzyłaś mi w oczy. Byłbym się przewrócił, gdybyś nie oparła mojej głowy na własnych piersiach.

Gdy ją w końcu podniosłem miałaś namalowany mokry półksiężyc tam, gdzie nie sięgał stanik. Aż dziw, że tam był, bo najczęściej nie zabierałaś go ze sobą. Częściej chyba używasz go, gdy przychodzisz do łóżka. Do naszego łóżka. I budzisz mnie nie zważając na godzinę, kiedy tylko dopadnie cię kaprys. Krzyczę, nim jeszcze oczy otworzę myśląc że to sen, ale ty podajesz mi usta pełne gorącego wciąż nasienia i dzielisz się nim ze mną zupełnie tak samo, jak dzielisz się pilotem do tej nowej zabawki, która bzyczy niczym messerschmitt lecz nic więcej z nim wspólnego mieć nie zamierza.

A przecież wciąż jeszcze nie widziałem cię nagiej. Nie dotknąłem, bo kiedy tylko próbuję uciekasz ze śmiechem poza zasięg moich dłoni, albo całkiem za drzwi. Trzymasz je później zamknięte, aż nie obiecam, że powściągnę dotyk i pozwolę ci trwać tuż obok. Droczysz się jeszcze przez chwilę, pozwalasz mi żebrać o własne towarzystwo, a potem wymyślasz rekompensatę za tę moją frywolność. Patrzysz, jak dla ciebie pozbywam się nasienia, do dna, aż sama myśl o ciągu dalszym zaczyna boleć i świecić łzami. Albo wiążesz mi dłonie i zostawiasz rozpiętego na łóżku. Ukrzyżowanego własną żądzą. Potrafisz i oczy mi zasłonić, żebym nic nie widział, a uszy okryć muzyką. Zostawiasz mnie sam na sam z czuciem. Czasem klękniesz nad moją twarzą, żebym zapłonął chłonąc niespełnioną wciąż obietnicę.

Czasem rozkładasz na mnie kolację którą się delektujesz bez cienia niecierpliwości. Trzy plasterki rzodkiewki wchodzą po szczeblach moich żeber, żebyś je strąciła do pierwszego dołka, w otchłań pępka, albo na mieliznę skrytą nad obojczykiem. Czasem pałeczkami rozkładasz coś, co pachnie egzotycznymi sosami, surowym mięsem, egzotyką, którą potem wylizujesz tak starannie, żebyś sama nie poznała, czym się raczyłaś. Kiedy za mną wchodzisz w sukience do wanny, żeby umyć mi plecy… piersiami namydlonymi tak mocno, że aż tężeją i drapią sutkami kręgosłup, szepcząc wszystko, czego nie zaznałem. Zawijasz mnie w ręcznik ze śmiechem i wyganiasz z łazienki, żebyś mogła się przebrać.

W turbanie ręcznika przychodzisz bosa i grzejesz stopy, gdy kafle zimne odbiorą im ciepło. Wsuwasz je ostrożnie pod kołdrę i szukasz najcieplejszego miejsca na moim ciele. Tego, które zupełnie nie umie się bronić przed tobą i znów tężeje, gdy tak skutecznie namawiasz je do grzechu. Nawet księżyc gaśnie zawstydzony i ucieka, żeby nie zarumienić się nadmiernie. Wiatr mnie omija i całą uwagę tobie poświęca. Krzyczę, bo prosisz, żebym nie hamował tego, co we mnie budzisz. O poranku mijam sąsiadów, którzy chcą mnie wzrokiem zabić z zazdrości i sąsiadki ukradkiem poprawiające fryzury, biusty, czy obciągające spódniczki. I sam nie wiem, kto się bardziej rumieni. Widzę w ich oczach, co myślą o tobie. Nieumiejętnie staram się bronić ciebie oczami, choć milczący opór jest zakamieniały.

Wiem, że ty nie przejmujesz się tym zupełnie. Nie spowalnia cię żadne spojrzenie i na zawiść jesteś kompletnie uodporniona. Kiedy któraś zbyt śmiało zerka na ciebie chwytasz jej wzrok i flirtujesz z nią bezczelnie, jakbyś chciała ją zaprosić do naszego łóżka. Tylko patrzeć, aż zaczną się łamać i zaglądać do nas po cukier, z ciastem na ploteczki, żeby wspólnie obejrzeć film… A ty głaszczesz mnie po policzku, albo rękę wkładasz mi pod pasek, żeby sprawdzić, czy nocą nie zwiędły mi pośladki. To najczęściej kończy wzrokowe dialogi. Nie każde oczy gotowe są uwierzyć w widziane. Przesądy, ograniczenia i pruderia. Łamię to wszystko własną sztywnością, którą potrafisz wywołać drobiąc paznokciami kroczki po moim kręgosłupie.

Teraz przyszły. Trzy naraz. Stanęły tryumfująco w drzwiach i patrzyły na mnie z mieszaniną pogardy i współczucia.

- My wiemy. Ona… Ona urodziła się mężczyzną. I nigdy nie będzie kobietą. Mężczyzną też już nie będzie. Więc niech nie patrzy na nas z góry, bo nie może tobie dać tego, co mogłaby każda z nas. Może tylko udawać.

Śmiała hipoteza.


Pani niosła przez most swoje nowe brwi i namiętnie ćwiczyła ich mimiczną sprawność. Nie przeszkadzała jej nawet warzywna, więc bardzo kolorowa potrawa, którą ktoś oddał, nim zdołał strawić. Musiał mieć kłopoty z uzębieniem, bo i pogryziona za dokładnie nie była, co wyraźnie przeszkadzało gołębiowi. Na rogu ulicy sprzedają się okazałe bazie. Pierwszy gatunek, z metra cięte. Czyżby zbliżały się święta? A może to tylko zima ma uciec gdzieś daleko? Rzeka spływa krą, dziewczęta patrzą dość wyzywająco – kto wie, czy wiosna się nie szykuje z wcześniaczym poczęciem.

czwartek, 24 stycznia 2019

Cierpienia po obu stronach ołtarza.


Portier stał jak na warcie i obserwował podejrzliwie każdego. Ja wiem, że on wiedział i on wiedział, że ja wiem, że on wiedział – przemycałem do wnętrza chorobę. Zapewne zakaźną, perfidną i odporną na recepty. Wirusa, przy którym syndrom 2K, to szczeniaczek z różową kokardą, a ptasią grypą może sobie buty wycierać. Taki „niebieski wieloryb” w wersji analogowej. Nanotechnologia biologicznie rozprowadzana do obłędu.

Etap pierwszy – rejestracja. Stoimy karnie, niemal na baczność, a sprzątaczka mopem wyznacza linie demarkacyjne. Uprzejmie, choć w milczeniu wymieniamy się półpaścem, tyfusem, rzeżączką i ostrym zapaleniem wyrostka, a nawet otwartym złamaniem z przemieszczeniem (niezbyt szybkim, raczej prowadzącym koczowniczy tryb życia grawitujący w kierunku osadnictwa). Dyszymy na siebie życzliwie i kontemplujemy postęp wymiany bakteriologicznej. Ci z przodu kolejki zdążyli powić potomka i teraz będą załatwiać narybkowi szczepienia. Przez kolejkę poszła nieprawdopodobna plotka, że komuś udało się wyzdrowieć, ktoś się rozwiódł korespondencyjnie, a dwóch sanitariuszy dyskretnie wyniosło jakiegoś zasuszonego staruszka, który zmumifikował w zeszłym tygodniu, lecz dopiero, kiedy przestał przesuwać się w rytm obsługi numerków ktoś to dostrzegł i zawiadomił służby porządkowe.

Etap drugi – oswajanie się z powagą sytuacji. Po szóstym goleniu i pierwszych postrzyżynach wreszcie trafiam przed oblicze, a raczej przed otwór na wysokości pępka, żebym ukląkł, zanim zacznę się spowiadać z moich wygórowanych aspiracji. Pokuta jest okrutna. Na szczęście w kolejce wyrosłem z pochopności i biorę, co dzisiaj „rzucili”. Okulista na 2067? Biorę! Dla wnuczki. Co prawda wnuczki nie mam wcale, ale teraz wiem, że musi mieć na imię Konstancja, bo inaczej jej nie przyjmą. Wziąłem jeszcze ortopedę dla szwagra na 2048, bo lubię i szwagra i liczba mi się spodobała – taki prezent na czterdziestolecie pożycia, jeśli jeszcze będzie trwać. Szwagier, lub pożycie. Może uda się po drodze przebukować, albo wymienić na gastrologa.

Etap trzeci – w ramach pobierania świadczeń i doświadczeń wyłudziłem… wyżebrałem widzenie. Jak na front lazłem do „lekarza pierwszego kontaktu”. To z definicji samobójca, kamikadze, albo niespełna rozumu człowiek, który w ramach tego kontaktu ma pobrać dobrowolnie pełen przegląd zawartości puszki Pandory i konsumować ją przewlekle na własną zgubę. Rzadko który jest w stanie wygenerować rozwiązanie, częściej jest w stanie zdezynfekować się trunkiem, który brudzi obrusy i sumienie bezpowrotnie i zakąsić papieroskiem – ci bardziej ekologiczni w wersji „lajt” i poza zasięgiem głodomorów czekających w kolejce z nadzieją, że im też dane będzie błogosławieństwo, a jeśli nie, to chociaż reinkarnacja ze zniżką 30% w aptece tuż za rogiem.

Etap trzeci – cd. Pozyskać paszport, który umożliwia staranie się o widzenie to zbyt mało, żeby w następnym kroku dostąpić. W następnym kroku należy się okopać, uzbroić w cierpliwość i zaczyna się wojna pozycyjna. Bez wizy. Podobno szczęściarze mają i wchodzą jak w masło z zieloną kartą zanim się im włosy odbarwią i zatka się jedyna toaleta na piętrze. Spacer na kolejne grozi utratą pozycji i w zasadzie eliminuje jednostki tak słabe, żeby dopuściły się podobnego wykroczenia. W takiej kolejce kiedyś odbyły się Symultaniczne Mistrzostwa Świata W Szachach Heksagonalnych, Olimpiada na Układane Karty w Brydżu Sportowym i Siedmioetapowy Kurs Układania Ikebany Dla Zaawansowanych z przykładami, konsumpcją i podpisywaniem specjalnej edycji książki dla tych, którzy przeżyli nawet ostatni etap szkolenia. Przypadek magistra, który doktoryzował się w oczekiwaniu na widzenie wydaje się oszczerstwem – gdyby był faktem kolejka zreorganizowałaby się samorzutnie i błyskawicznie licząc, że świeża krew będzie miała więcej entuzjazmu, niż ukryci za parawanem Matuzalemowie Sztuk Tajemnych Płci Obojga i Więcej (jeśli to możliwe, by różnorodność płciowa osiągnęła ideał niedopowiedzianej, ale podświadomie oczekiwanej Trójcy – przypis anonimowego autorstwa drukiem wykluczającym czytelność bez nadwzroczności, lornetki lub talentu jasnowidzenia).

Świat eteryczny uwielbia, kiedy stopni wtajemniczenia jest siedem, jeśli już Święta Trójka zostanie lekceważąco ominięta. Stopni na drodze do objawienia było chyba trzynaście na każde z pięter, a wcześniej, dla żółtodziobów i nieudaczników, w drobnych dawkach aklimatyzacyjnych, jeszcze z dziesięć - nie licząc progu w drzwiach do toalety, skąd zaczynają od ablucji neofici, żeby pozbyć się ciał obcych i inhalować boskość już tylko w obiegu zamkniętym. Nie każdy dostąpi objawienia na pierwszym piętrze, ale co zdolniejsi nauczyli nawet archaiczne wózki wspinania się po wyślizganych wiekami stopniach. Więc stopnie liczyć przestałem, i skupiłem się na etapach. Tu, w etapie czwartym, człowiek sięga Nirwany i łaska zaczyna bezwstydnie opływać jego wątpliwej jakości członki. Czas jest łaskawy dla cierpliwych i nie popędza. Pozwala każdemu na dogłębne studnia własnych poglądów i poglądów sąsiadujących jednostek. Nawet niezbyt poprawna myśl, rozważana jest i roztrząsana dokładniej, niż marzyłoby dowolne grono ekspertów rozważające teorię problemu.

Etap czwarty – bliskie spotkanie trzeciego (hmm… czwartego?) stopnia. W konfesjonale siedzi, a nawet zasiada, żeby było bardziej godnie MISTRZ. Wachluję Mistrza motylim skrzydłem drzwi wchodząc w ukłonach związanych z bólem kręgosłupa, którego nabawiłem się niechcący w cyklu dojrzewania po tamtej stronie życia, lecz mój zachwyt umiaru nie zna i nie cierpi wcale. Dostąpiłem, co nie każdemu jest dane. I choć na kolanach, to przecież wiedziałem, że doskonałością nie grzeszę. Tu przewija się podłość i to upadła, skażona, zdegenerowana. Czekająca ostatniej posługi, bo wydatek energetyczny może przekroczyć możliwość powtórnego przyjścia w chwale.

Zostałem pobłogosławiony lekceważeniem dla jakości mojej kondycji. Wolno mi było usiąść. Nawet się ucieszyłem, że nie leżeć. Pechowcom każą leżeć, a tym skrajnym, to się rozebrać, żeby sanitariusze nie mieli kłopotu i mogli rodzinie oddać niewymowne w stanie dostarczonym. Tylko siedzieć – już sam wyrok mi pochlebił… Może niepotrzebnie zawracam głowę?

- No więc dobrze… - Majestat przeniósł ciężar oprawek okularów na szczyt nosa – pan z jakiej firmy? Leki? Artykuły biurowe? Wyrazy wdzięczności na wieczorki rozpoznawczo-zaczepne? Niech pan powie, że hydraulik! Błagam! Ten kaloryfer to już zupełnie umiaru nie zna. Albo epoka lodowcowa, albo efekt cieplarniany. A ja jajek nie znoszę i inkubator mi nie potrzebny. A prosektorium mamy trzy poziomy niżej – swoją drogą, dobrze się tam przechowuje truskawki.

Przy ziemi.


Z nieba siąpi mróz w tak drobnych porcjach, że niemal go nie widać. Tylko podwórze zasnuwa się mgliście, z sugestią bieli. Nawet grawitacja nie radzi sobie z tymi okruchami, gdyż lecą drogą różną od najkrótszej, jakby czuły radość lotu i nie chciały lądować. Cóż – lądowanie czasem jest bolesne. To chyba największe nieszczęście jakie może spotkać spadającego. Spotkanie z czymś twardym i niegościnnym. Jak podwórko i okolica. Tu nawet pies się rozgląda zanim zaszczeka, a chwasty trwożliwie trzymają się ścian i zakamarków, żeby przetrwać.

środa, 23 stycznia 2019

Karmnik.


Jestem dziewicą. Dziewicem – jak z wrodzoną złośliwością uwielbiam o sobie mówić, by otoczenie nie uwierzyło w omamy zasłyszane i płynnie przeszło do porządku dziennego z już oswojoną, nieprawną myślą, że jestem potomkiem jakiejś starożytnej fortuny. Z pobłażliwością dla mojej rzekomej ekstrawagancji wywodzącej się od faraonów, cezarów, cesarzy chińskich, czy azteckich bóstw nieobjawionych. Nawet, kiedy się zająknę ze zdumienia traktują to, jak manierę, niczym mały paluszek odchylony zalotnie, kiedy uszko filiżanki nie mieści się nawet pod kciukiem i wskazującym.

Czasem, w rozmowach wtrącam francuskie R, czasem przedwojenne, lwowskie Ł. Złośliwie i z premedytacją mówię H gdy słowo dobija się warczącego R. Albo opowiadam o utraconych majątkach, o latyfundiach przegranych niefrasobliwie w Monte Carlo, czy o finansowaniu wypraw nieznanego nikomu żeglarza, który miał pecha nie wrócić z podróży do tam-gdzie-jeszcze-nikt-i-nigdy. Na zgubę rodowego majątku. I jak czekam kolejnych odkryć archeologicznych, żeby go odnaleźć i zobaczyć, czy zabrakło mu szczęścia, czy wręcz przeciwnie. Gdyby nie to moje Ł, pewnie zostałbym uznany za głupca, ale nieskromnie powiem, że marynarka, nawet z drugiej ręki potrafi do mnie przylgnąć lepiej niż rzep do psiego ogona, krawat bezwstydnie wygrzewa się na moim brzuchu i patrzy z pogardą, na inne, którym mniej szczęścia los zgotował.

Jestem dziewicem skorodowanym, spaczonym i zepsutym herbem, który już pięć razy przechodził gruntowną renowację, żeby nie wyblakł na frontonie. Czyszczony w portalach bram z gołębiej atencji tak wielkiej, że kształt ginął pod nawozem grzejąc się intymnym ciepłem i puchł od amoniaku przez okres nieco tylko krótszy niż niegościnne skały archipelagu Galapagos. Wyklętym baronem, zapomnianą gałęzią, która przetrwała zapędy i nienawiści czarnych i czerwonych, białych, zielonych, tęczowych i purpurowych. Nawet blado-niebieskich, albo i bezbarwnych, jeśli się tacy narodzili i knuli swoje nienawiści w zaciszu sekt, loży, kościołów, oktagonów, czy pentagramów. Przetrwałem, choć zasługa moja w tym niewielka i ledwie chwilowa. Historia i pochopność przodków przeniosły geny, skrupulatnie maskujące się pod oficjalnym, nieszczerym uśmiechem.

Jestem dziewicem z wyboru. Nie mam w sobie odwagi, żeby przeciąć nić życia, ale mam kaprys tę właśnie zakończyć. Może ktoś zapamięta. Pierwszych i ostatnich się pamięta. Pozostali, jeśli są tylko ścieżką wiodącą ku przyszłości, to muszą się wykazywać. Szczególną podłością, siłą, bezwzględnością, talentem. Nie mam w sobie wielkich cech i wielkich żądz. Trochę się boję, że moja ułomność mogłaby szukać w przyszłości wszystkiego, czym ja nie jestem. Szukać i znaleźć, zrównoważyć deficyt, żeby zakwitnąć i eksplodować. Rzucić się na świat, jak na padlinę i chlać posokę wprost z rozdartego grzbietu, z wątroby, ze szponami zatopionymi w paroksyzmie pokonanego pyska, nim sępy zwęszą padlinę. Mam w sobie wyobraźni poczerniałej, zgorzkniałej i nieufnej tyle, że przestałem zwracać uwagę na opcje optymistyczne. Na ferment, który pcha do działania z nadzieją iluzoryczną, podsycaną gorącym łbem. Albo łbem, który chytrze ukrywa się za plecami tych, których łatwiej wysłać na pierwszą linię frontu, by swoją krwią użyźnili cudze idee.

Kisnę. Gniję. Śmierdzę, bo historia zawsze śmierdzi, zanim wiatr niepamięci nie rozsnuje mgieł zarazy. A do smrodu ciągną muchy. Wystarczy, że owoc z drzewa spadnie, a przychodzą ci, którym odwagi nie wystarcza na walkę z tętniącym życiem. Oni pasą się trupami. Osy potrafią jeść jabłka rosnące na drzewie. Muszki owocówki czekają, aż owoc spadnie, aż się potłucze, zmieni kolor i zacznie uwodzić winnym aromatem. Muszki chcą się upić – nie najeść. Chcą pogrążyć się w koloryt odległy od rozsądku. Rozumiem to. Też uwielbiam stan, w którym odpowiedzialność zostawia się w szatni, a wchodzi się nagim do pokoju bez monitoringu i wolno wszystko. Głowie wolno dwa razy więcej niż wszystko. I ona czasami z tego korzysta, wstydząc się dopiero wtedy, gdy podniesie z kurzu porzuconą bieliznę dnia poprzedniego.

Miałem być dziewicem i pokoje bez monitoringu nie dla mnie. Boję się własnej, przypadkowej płodności. Boję się natarczywości muszek-owocówek, gotowych spić ze mnie to, co chcę uśmiercić. A muszki krążą, wdzięczą się, czekają okazji, żeby przysiąść. Plankton przyniesiony wiatrem, chmura pożądania falująca w ciepłym słońcu i szukająca swojej szansy. Nie wiem, czy znajdę w sobie aż tyle sił. Rezygnacja wydawała się łatwiejsza. Natura chwyta mnie w szpony i w autoerotycznych aktach kusi mnie obietnicami raju. Ocieram się dysząc ciężko. Cóż to za dziewic, który ukradkiem eksploatuje zakazane złoża? Prysznic spłukuje grzech dawno już nie pierworodny. Głowa rodzi obrazy. I ona przeciwko mnie?

A kto chciałby być synem demona? Komu spowiadać się może? Kto usprawiedliwi dylemat zdrajcy? Kto Judaszowi łzę własną szczerze utoczy. Być musiał, żeby historia się stała, a chętnych niewielu… Tylko on wziął do ręki nóż… Tylko on miał odwagę pchnąć słowem i zabić. A potem jego syn, wnuk, dziewczątko niewinne tysiące lat niesmaku noszące w genach płacze ciężarną nocą, bo kolejnego zdrajcę na świat przyszło w łonie pielęgnować. Mażę historię gumą, aż jej karty dziurawię na wskroś. Mażę bez skutku. Jestem dziewicem, który nie ma odwagi spojrzeć w twarz następnemu pokoleniu.

Płeć gorącą i pochopną w rękę biorę, w drugą nóż ostrzony laserem, żeby nie poszarpał skóry. Nim ulegnę, nim poddam się słabościom, żeby w przyszłości ujrzeć siebie. Kto chciałby taki spadek dostać? Wargi do krwi gryzę i gwałt na sobie krzykiem zapowiadam. Krzyczę strach, ból, nienawiść, wolę. Krzyczę bezradność. Przeszłość krzyczę, nawet tę nieświadomą i pluję w twarz przyszłości. Jestem dziewicem… Jeszcze… Muszki krążą wciąż bliżej, wciąż odważniejsze, bardziej zdecydowane i zachłanne… Zamykam oczy… Krzyk niepojętego bólu odbiera mi świadomość. Odbiera pokusę, możliwość i słabość. Muszki jeszcze się tłoczą, choć tego już nie wiem. Nieświadomość ciepła przytula mnie do siebie i prosi, bym z nią został już na wieki. Muszki coraz śmielej, zawiedzione, pastwią się nad ułomnością i nawet nie próbuję poznać ich myśli… Będę dziewicem… Choćbym był najsłabszy na świecie.

Bezśnieżnie.


Mróz utrwalił na sztywno wypielęgnowane, stojące w podcieniu bramy rzęsy –zdecydowanie młodsze, lecz gęściejsze od lasów deszczowych. Trochę dziwiłem się, że wzrok potrafi się jeszcze przez nie przedrzeć, bo przez gąszcz czarnej dziury nie potrafią tego zrobić nawet zdecydowanie mniej wybredne fale. Poszedłem, żeby mnie nie przecięły wpół, niczym laserowa wiązka. Wiatr pozbierał resztki ciepła z chodników i wyniósł się gdzieś daleko. Tylko sikorki opowiadają niestworzone historie, aż gawrony piórka stroszą wypatrując domniemanych sensacji. Młody tatuś wiódł pociechę do przedszkola za workiem z kapciami ukrywając ciepłe bułeczki. Niechybnie wystygną, zanim je rozkroi. Świat poszarzał i zmatowiał, Skostniał. Nawet pchły wcisnęły się głębiej pod skrzydełka gołębiom. By przetrwać. Bezśnieżne niebo ociąga się i nie chce wstydliwego, ludzkiego bałaganu pokryć milczeniem. Świat chrzęści miażdżony oponami samochodów, a lustra kałuż tłuczone w nieskończoność niestrudzenie usiłują się odtwarzać pomimo wszystko.

wtorek, 22 stycznia 2019

Bajka o dorastaniu czarownic.


Po chodniku biegał zajączek. Nie taki pluszowy, z ogonkiem-pomponikiem, ale słoneczny. Biegał i tym nieistniejącym ogonkiem merdał. Przynajmniej tak mi się zdawało. Patrzyłem nie mogąc oderwać wzroku. Kusił mnie. Zupełnie, jakbym był rybą, której przed nosem wędkarz zatrzepotał kolorowym frędzlem z ukrytym beznamiętnie haczykiem. Niepozorny, przeskakiwał pęknięte płyty z wdziękiem i nie zawahał się ani razu, nawet, kiedy jedna z płytek chybotała się niepewnie, bo połamana. Ja nie byłem tak zdolny. Biegłem niezgrabnie za nim, sapałem i szurałem butami o szorstką, nierówną powierzchnię. Wreszcie się zatrzymał i patrzył na mnie lekko zdziwiony, że mi się chciało gonić go. Jak w piosence… Bez nadziei na schwytanie.

Ktoś parsknął śmiechem. Podniosłem wzrok z chodnika i znalazłem właściciela zajączka. A raczej właścicielkę. Dziewczątko miało włosy spięte jakąś chustą, żeby nie spadały jej na twarz i nie wysprzątały z niej piegów. Rudych. Cała była ruda tak naturalnie, że można się było wyłącznie zachwycać. Najwyraźniej miałem dzień, w którym cieszył mnie każdy drobiazg. Myła okno stojąc na parapecie boso, w dresie tak niemiłosiernie powyciąganym, że równie dobrze mógł w nim łazić starszy brat, albo ojciec stanowiący kubaturową multiplikację masy dziewczęcia. Pomiędzy ledwie zarysowanymi piersiami, na bluzce łasił się jakiś napis, ale nie dałem rady przeczytać, żeby nie pomyślała o mnie jak o nastolatku, który jedną myślą świat zaszczyca.

Zasłoniła ręką usta myśląc, że będę ją beształ za jej śmiech, którym mnie otoczyła i wyróżniła z anonimowości. Patrzyliśmy wzajemnie jak dwa spragnione siebie wzgórza, pomiędzy którymi wije się strumień zbyt zimny i kamienisty, żeby miały odwagę go przekroczyć. Wieczność staliśmy najpierw jedną, a potem kolejną. Jakie to szczęście, że piegi jej nie wyblakły. Zajączek zaczął się już potwornie nudzić i nawet uszami strzygł i piszczał, żeby mu patyczek rzucić, gotów stać się oswojonym wilkiem, żeby tylko go ktoś zagospodarował i nie kazał leżeć odłogiem trzeciej wieczności.

- Wiesz co? – rudowłosa postanowiła przerwać monotonię mijających nieskończoności – zrobię nam herbaty. Usiądziemy na parapecie i odpocznę od harców. Umiesz machać nogami?

Zaskoczyła mnie? Nie – ja byłem zaskoczony już od jakiegoś czasu, więc trudno byłoby nałożyć na siebie takie uczucie po raz kolejny. Chyba nie istnieje stopień wyższy od słowa „zaskoczony”? Usiadłem milcząc i sprawdzałem, czy umiem machać nogami. Na parapecie trudno, bo ściana przeszkadza – lepszy byłby trzepak. Za to trudniej na trzepaku pić herbatę. Dzbanek podzwaniał porcelaną, idąc gdzieś z czeluści mieszkania zbudowanego na wysokości chodnika, tylko po drugiej stronie bardzo grubego muru stojącego chyba z przyzwyczajenia, bo innego powodu nie widziałem. Pewnie wisiały na nim od wewnątrz jakieś spłowiałe obrazki i fotografie upstrzone muchami do niepojęcia. Może nawet kilim z jelonkiem pozującym na tle porannego lasu. Od zewnątrz mur ozdobiony był dziurami po karabinowych kulach i połataną byle jak łachą kleksa po pancerfauście. Piwniczny smród snuł się i wspinał po wilgotnych fugach, ale zanim mnie za kolana złapał wróciło dziewczę i samą swoją obecnością wygnało bestię znów w piekło piwnic.

- Ja wiem, że nie jesteś głodny, ale skoro już się z ciebie śmiałam, to chyba kawałek ciasta z rabarbarem zjesz? A jeśli nie z rabarbarem, to ze mną. Chcesz? Mogę wydłubać palcami, jeśli nie lubisz. Tu możesz kruszyć, wysypiemy później na zewnątrz i wróble będą miały swój mały raj. Często patrzysz, jak wróble jedzą ciasto? Wczoraj jadły mi z talerzyka…

Język raz w ruch wprawiony chyba nie zamierzał się zatrzymać ani na chwilę. Siadła na parapecie trącając okno ku radości zajączka, a bose stopy z braku miejsca wciskała pode mnie. Zajączek natychmiast pobiegł gdzieś dalej, na drugą stronę ulicy i cud, że nie przejechał go samochód dostawczy parkujący przy zieleniaku. Herbata była owocowa. Wieloowocowa i jej zawartość miała niewiele wspólnego z suszonymi liśćmi krzewu herbacianego. Za to pachniała goździkiem i cynamonem, jakieś kwiatki usiłowały w niej żyć i rozwijać się z pąków, pomarańcze oparzone wrzątkiem starały się dogonić barwą kolor jej piegów. Daremny trud. Tego naśladować nie można. Można tylko podziwiać. Mój zachwyt wciąż miał otwarte usta, choć to niezbyt grzeczne i mogłem much nałapać przez własne gapiostwo, a nie talenty.

- Wiesz? Jak będę duża, to zostanę czarownicą. Tak jak babcia. Mama trochę krzyczy na mnie, ale mamy zawsze tak krzyczą, kiedy dzieci chcą skosztować trudniejszych ścieżek. Nie boję się wcale. Mogłabym się nawet z tobą ożenić… - usiłowała schwytać to słowo rękami, ale już wyleciało z niej i zawstydziła się, aż piegi nabrały intensywności.

Od niechcenia robiła wszystko, żebym nie mógł pożegnać się ze zdumieniem i chociaż się uśmiechnąć. Jej bezpośredniość rozbrajała mnie po samo dno duszy.

- Ja jestem już duża i wiem - nie mówi się ożenić, tylko wyjść za mąż, ale to wszystko jedno, chyba, że mama słyszy. Ona nie lubi, kiedy tak mówię. A ty musisz poczekać. Niedługo. Jakieś trzydzieści lat, bo czarownice nie powinny za szybko się żenić, żeby nie wyjść na pochopne i rozgorączkowane. Czarownice muszą mieć szacunek. I nie powinny się żenić, zanim znajdą pierwszy srebrny włos świętojańską nocą. Ale ja będę go mieć szybko. Jak babcia. Ona też się ożeniła i dlatego jest mamusia, wiesz?

Sięgnąłem po herbatę w porcelanowej filiżance tak delikatnej, że niemal przeźroczystej. Zdumienie postanowiło zameldować się we mnie na pobyt stały wraz z rodziną i czyniło pierwsze przymiarki do kredytu hipotecznego. Herbata mu nie przeszkadzała, a mi poparzyła język. Ugryzłem ciasto z kruszonką i z wydłubanymi przed chwilą kawałkami rabarbaru. Czy ja lubię rabarbar? Nie wiedziałem, a w tym „moim” kawałku nie było już ani jednego. Chciałem sprawdzić, ale się wstydziłem odrobinkę, jednak ciekawość przeważyła. Sięgnąłem paluchami do jej talerzyka i wydłubałem jeden. Szybko wsadziłem w usta, żebym się nie rozmyślił. Westchnąłem. Lubię rabarbar. I herbatę, w której jednego liścia herbacianego nie ma. Niesamowite odkrycie!

Dziewczę zignorowało moje wysiłki i udawało, że nie widzi, jak dłubię w jej kawałku ciasta. Wpychało paluszki stóp pode mnie i sprawiało jej to jakąś niepojętą frajdę. Okiennica skrzypiała, kiedy się tak wierciła, a zajączek oszalał ze szczęścia. Skakał ludziom po oknach, wskakiwał na plecy, na kolana, zabierał się na krótką przejażdżkę motorem, albo sprawdzał jakie zakupy zrobiła siwiuteńka pani wędrująca z laseczką bardzo powoli. Kiedy dziewczę mocniej oparło się o szybę ta znieruchomiała. Ciepło rozlało moi się po kolanach. Nie. Nie wylałem herbaty. Zajączek przycupnął mi na kolanach i najwyraźniej zamierzał pójść spać. Nie ruszałem się, żeby go nie spłoszyć, ale dziewczę uśmiechnęło się do mnie tajemniczo:

- Możesz go pogłaskać. Jest twój. Babcia mówiła mi, że ożenię się z kimś, kto potrafi pogłaskać zajączka. Spróbuj. Bardzo jestem ciekawa, czy ci się uda. A potem, to już tylko trzeba będzie poczekać. Umiesz czekać? Na mnie?