poniedziałek, 18 lutego 2019

Dylematy.


Wciąż mi się wydaje, że tracę łączność z rozsądkiem i zaprzątam sobie umysł pytaniami, na które trudno mi odpowiedzieć. Sam siebie oszukuję, uzasadniam nieszczerze, jednak oszukać własną głowę, to zajęcie dla bardzo wyrafinowanych umysłów. Nie dysponuję potrzebną subtelnością – najwyraźniej pośród przodków zbyt wielu stało twardo na ziemi i to zapewne bosą stopą, gdyż obuwie przewidziane było tylko po to, żeby Boga czcić z czystymi stopami, a i to nie za często. Może wręcz ono było czczone i stawało się wiekuistym opłatkiem przekazywanym z pokolenia na pokolenie?

Gmeram w tej mojej pamięci, jakbym od niechcenia w second-handzie szukał okazji za trzy grosze, a ilekroć coś w dwóch paluchach na światło dzienne za uszy wyciągnę, to twarz mi się wyciąga ze zdziwienia, psując greckie postulaty proporcji i piękna. O ile w ogóle o pięknie można mówić, w przypadku czegoś, co jest paszczą plebejską poddaną nietłumionemu zdumieniu. Ja wiem, że filozoficznie rzecz ujmując szpetota jest niezbędna, żeby piękno mogło się pławić w majestacie i dzień bez nocy przestałby się pysznić kolorami nie mając punktu odniesienia. Nawet Bóg potrzebował Judasza, żeby na jego tle móc zajaśnieć niezłomnością i istnieje przynajmniej domniemanie, że bez niego nie osiągnąłby doskonałości godnej dwóch tysiącleci czołobitnych psalmów.

Na podwórku pełnym porzuconej materii pachnącej raczej mniej niż pięknie wyrosła hałda węgla. Bez sejsmicznych ekscesów, bez procesów górotwórczych, w typowej dla geologii stateczności. Ze swoją Czomolungmą mierzy się pan, mający herkulesowe przygody tak daleko za sobą, że prywatny pamiętnik zetlał mu zupełnie, a słowa drżą z obawy, że nikt im nie uwierzy. Pośród kancer pradawnej epoki matuzalem poci się przędąc obelgi żarliwsze od słońca bezwstydnie przyglądającemu się parcelacji gołoborza. Himalaje sięgają panu najwyżej do nosa, i to wyłącznie dlatego, że organizm wyeksploatował kręgosłup, a reumatyzm pogłębił jego skłonności do trwałego poddania się sile ciążenia. Głowa zbyt ciężka do noszenia przez tak kruchy organizm.

Pan w porywach optymizmu dociągnął szuflę na odległość stopy od górotworu i przystąpił do kontemplacji. Rozpoczął (jak sugeruje Budda) od wyrównania oddechu i oderwania się od pochopności doczesnej). W tym czasie zaniepokojona bezruchem pani rzuciła haczyk zapytania z czeluści okna trzy kondygnacji nad poziom podwórza (npp – wysokość względna nieznana nauce poza zaściankiem). Mogła rzucić wzrokiem, ale czuła sentyment do gałek ocznych, które może i niewiele widziały obecnie, ale wciąż żyli tacy, którzy daliby się pokroić, że pozostały niebieskie. Teraz – blado-niebieskie, z wielkim naciskiem na blado, co wcale nie zwiększało zasięgu kontrolowania trójwymiarowej przestrzeni (objętości?).

Pan w obliczu haczyka usiłował i nawet skłonił lemiesz łopaty, żeby zaśpiewała na krawędzi gołoborza, jednak lemiesz w drżącej dłoni krygował się i bezwstydnie wypierał talentu mu przypisanego z wciąż ważnym certyfikatem unijnym pyszniącym się gdzieś na stylisku. Drewno schodów skrzypiało swoje codzienne utyskiwania, kiedy schodziła z pękatym kubkiem parującej herbaty. Schody po dwakroć od niej starsze, lecz przecież dla drzew sto lat nie jest weselnym toastem, lecz obelgą, szyderstwem niedorostka. Dzień dojrzewał, pani schodziła na poziom ziemi i pewnie miała ze sobą torbę na zakupy, bo nie można marnotrawić sił nadaremnie. Schodziła znacznie wolniej niż promienie słoneczne, niż kurz i zeszłoroczne liście wydłubane przez wiatr z jakiejś nieczyszczonej rynny. A jednak schodziła, chociaż herbata w kubku chciała zostać na górze i bezwzględnie zostawiała upalny aromat na mijanych kondygnacjach.

Chciałem tego widoku, ale oczy usiłowały pokryć się mgłą, a w głowie rosły pytania nieustająco. Zapaliłem papierosa. Dym popłynął na czołowe zderzenie z szybą i przegrał. Nie szkodzi. Wzrok poprzez dwa pryzmaty wody i gazu zanim doszły do obrazu na szkle okna zabarwiły go moim chceniem. Na szybie kotłował się stygnący dym, za oknem świat zamarł. Z Czomolungmy oderwał się jakiś fragment i grzechocząc poleciał na łeb, na szyję. Zanim umarł, życzyłem mu przeźroczystości. I Matuzalemowi też życzyłem, żeby ów fragment umarł niczym Feniks, rodząc prawowitego syna Koh-i-Noora, który mając w tle dumnych protoplastów wyrośnie potężniejszym, mając zapewniony start z tak wysokiego pułapu.

Tak bardzo chciałem, żeby mu wpadł do wiaderka, do piwnicy, w oko… Żeby pośród gołoborza zasnutego mrokiem zabłyszczał, że niemal widziałem, jak się stacza w czeluści piwnicy. Pani właśnie osiągnęła ziemską wysokość, a herbata temperaturę podłoża, kiedy okruch katulał się w mrok piwniczny. Być może (poza sroką) byłem jedynym, który dostrzegł staczanie się tłustego blasku, być może był to omam, który miał mnie wyzuć z cech ludzkich i skłonić do działań ekstremalnych, albo oszołomić do bezwładu. Nie wiem. Sroka z pogardą patrzyła na węgiel, bo piórka miała czarniejsze, czystsze i nawet błyszczące prawie jak syn Koh-i-Noora, który skręcił właśnie kark w piwnicy pełnej stęchłych pajęczyn, butwiejących kartofli i kisnących w zapomnieniu słoikach ogórków, fasolki, czy buraków.
Wtulili się w siebie, a węgiel niepostrzeżenie usiłował osiągnąć okres połowicznego rozpadu – nie z litości, lecz dla własnych, egoistycznych celów. Każdy chce spać. A potem pani poszła kupić pęczek koperku, cztery ziemniaki i dwie mandarynki, z tej skrzyni, gdzie leżą owoce zbyt miękkie, by dożyć zamknięcia sklepu i rano szczury i wrony dostałyby je darmo z dostawą pod nos/dziób, czy wręcz mordę. Pan wciąż umiał trzymać kubek i miał w tym większą wprawę niż ze styliskiem łopaty, a ja zgasiłem papierosa na szybie niewzruszonej i bezdusznej. Ani zaćwierkała. Westchnąłem o raz za dużo, żeby mgła dłużej stała mi na drodze i zapytałem. Nie wiem kogo, bo szyba odbiła te pytania prosto mi w twarz. Nie byłem gotów stawić im oporu. Dopadły mnie, jak wściekłe psy sukę w rui. Jak pyłki topoli alergika. Jak… Jakbym sam siebie dopadł i za gardło złapał. Nikt nie jest w słowach tak bezwzględny dla mnie, jak ja sam. Tylko mnie stać na tak wiele, żeby samego siebie odrzeć z pozorów i ukamienować bez litości. Znam słowa, które ropieją, nim celu dosięgną, a potem z zajadłością zarazy wgryzają się w ciało i pokonują wszelki opór.

- Dlaczego brudny, czarny węgiel? Skoro diamenty są czyste, skoro płoną doskonalej, skoro więcej ciepła dadzą i mniej śmieci? Przecież mógł… Cóż to dla Boga…

- Dlaczego paliwo jest tak głęboko ukryte? Człowiek nie potrafi gryźć ziemi niczym dżdżownica. Może to nie nasze? Może trzeba szukać płycej? Na wysokości nosa?

- Dlaczego nie ma dwóch słońc, żeby nie niszczyć ziemi kopiąc jak pies, usiłujący zasypać czymkolwiek własne ekskrementy, żeby stały się pożywką łańcucha życia, a nie tylko chwastem, śmieciem, uciążliwością złapaną w paragrafy gróźb karalnych?

- Dlaczego zimą jest za zimno, a latem za ciepło? Po co ta odmiana, sprzeczna z ekonomią, z przyzwyczajeniem? Rozmaitość, która boli, doskwiera –jednych bardziej, innych mniej, ale jednak boli wszystkich. Nie dało się tak prostego problemu rozwiązać?

- A złoto? Ludzie wysysają je z najbardziej niegościnnych zakamarków, żeby zrzucić na hałdę w innym miejscu i pilnować zajadlej, niż czyniłby to brytan wygłodzony i nauczony mowy nienawiści. Tylko patrzeć, jak przyjdzie dzień, kiedy maszyny rozbiorą ziemię i posortują na pierwiastki i zamiast raju będzie wielki magazyn pierwiastków – pospolitych i śladowych. Rzadkich, gęstych i nietrwałych. A wszystko z metką i nadzieją na „Czarny Piątek”, gdzie za pół ceny można będzie kupić to wszystko, co z piwnic się wymiata w mozole klnąc, że znów dzień mija nadaremnie, a chaos rozpanoszył się i nadal jest głodny.

- A…

Pytania zaczynały się rozpełzać niczym zawartość puszki Pandory. Przydałby się ktoś, kto powie „DOŚĆ!”, albo wyjaśni – jak dziecku. Bo pytać jest łatwo. Łatwiej niż odpowiadać. Niż zrobić cokolwiek. Choćby w milczeniu.

niedziela, 17 lutego 2019

Nadzieja.


Może przyjdziesz, bo przecież obiecałem okryć twoją nieśmiałość dotykiem tak miękkim, żebyś mogła sobie go wymruczeć chowając oczy w raju. Bez ogródek obiecałem dłońmi namalować bukiet tylko twoich słów. Otulić drżącym ciepłem świecy bezwstyd wspinający się niespiesznie po kręgosłupie. Szeptałem zachwyt i nieskrępowaną ciekawość. Intymność, jakiej być może nie poznałaś jeszcze. Kilka niedopowiedzeń odważnie zaplątanych na wargach, nie znające rozsądku westchnienie… Dotknąłem twojej dłoni, żebyś poczuła smak mojego ciała na skórze, a ty patrzyłaś mi w oczy i gryzłaś dolną wargę, gdy język trzepotał w zamkniętej klatce, usiłując powstrzymać dźwięk nie wymagający tłumaczenia. Teraz, przez drzwi, nasłuchuję kroków. Może przyjdziesz…

piątek, 15 lutego 2019

Poza światem.


Płacz nie zawsze musi mieć uzasadnienie. Czasami jest. Tak po prostu. Jakby organizm wiedział lepiej, czego mu brakuje i realizował swój intymny plan, nie bacząc na wolę i na przekór argumentom. Jednak dziś miała powody. Czuła się brzydka i niekochana do tego stopnia, że żałość wypływała nie tylko z oczu, ale i z nosa. Jak małej, zasmarkanej z nieszczęścia dziewczynce, skarżącej się wszystkim świętym z oburzeniem sięgającym wskroś drobnego ciałka, gdy chłopczyk wyrwie jej z dłoni łopatkę w piaskownicy, albo zdepcze piaskową babę. Gardło chciało wyć. Rozpaczliwie rozkrzyczeć noc i nie pozwolić jej minąć bezszelestnie. Wyć, zbudzić każde licho i każdą życzliwą duszę. Stać się dźwiękiem pierwotnym, słowem pierwszym, po którym świat urodzi się do życia i wreszcie ją zauważy. Przez pryzmat łez przyglądała się ścianom, czy uniosą tak bezgraniczną rozpacz i było jej coraz bardziej obojętne co zrobią.

- Niech je szlag!

Nawet kląć nie potrafiła i w skołatanej głowie kalekie obelgi tłukły się, jakby to były pijane ryby w akwarium o pancernych, szklanych szybach. Patrzyła jak rosną, a może to łzy sprawiały, że puchły podglądane przez powiększającą, słoną soczewkę. Resztkami konwenansów usiłowała sobie przypomnieć kiedy ostatnio pozwoliła sobie na słowo niecenzuralne i znajdowała same wykrzykniki pozbawione mięsa. Duchy obelg. Była wychowywana. W rodzinie o konserwatywnych poglądach i zasadach. Tak wielu zasadach, że nie było w nich miejsca na uczucia. Tylko zasady i obowiązki. Przywileje - nie. Samo życie było przywilejem tak wielkim, że nic więcej nie przysługiwało. Dostała je i musiała do niego dorosnąć. Zasłużyć. Odwdzięczyć się i odpracować. Może nawet odpokutować?

Łzy spływały po twarzy, z której rękawem zmyła już kosmetyki, żeby wreszcie nie musieć się chować. Tu… było z nią tylko lustro niedoskonałe, szklany prostokąt w oprawie mroku. Klęczała, siedząc na własnych piętach i w srebrze spatynowanego prostokąta wyglądała jak kropla wody siadająca na lodowej nieskończoności. Boże! Jak jej było zimno. A ponoć ten lód jest dywanem z włókien bardziej naturalnych, niż obiad, który jadła w restauracji dziś z kimś, kto niedwuznacznie sugerował chęć… a może to było żądanie?

Chciał jej w trakcie jedzenia. Ale nie jej, jako człowieka, tylko chciał jej ciała. Chciał je przywłaszczyć i wykorzystać. Nie podzielić się, nawet nie kupić. Chciał je wymusić, upokorzyć i skłonić do uległości. Chciał, żeby mu je przyniosła i pokazywał jej niedwuznacznie ołtarz, na którym powinna je położyć i czekać na akceptację, albo grymasy. POWINNA! A ona potrafiła tylko pomyśleć o nim „świnia”, nawet bez wykrzyknika. Normalna kobieta wydrapałaby mu oczy, zanim ona pomyślała „świnia”, a jej krzyk byłby słyszany na Antypodach. Czy była normalna? Łzy wsiąkały w dywan ignorując jej chwilowe dylematy. Nawet one lekceważyły istotę stworzoną chyba tylko po to, żeby nawet wesz czuła się księżniczką w jej towarzystwie.

Uciekła, kiedy poszedł do łazienki. Chciał dać jej czas, żeby przemyślała, jak wielką łaskę jej wyświadcza, że w ogóle ją zauważył. Że dopuścił domniemanie, choćby tylko ironizując, że pozwoli jej grzać się w blasku jego nocnej chwały niewątpliwej i nie podlegającej dyskusji. Sterczącej prąciem potrafiącym mimochodem wskazać mgławicę Magellana, po czym z wdziękiem przenieść zainteresowanie na gwiazdozbiór Kasjopei, którą gotów był sprowadzić na ziemię siłą własnego majestatu. Poskromić i sprowadzić do parteru, żeby Andromedę wychować na grzeczną dziewczynkę z szacunkiem odnoszącą się do życia wyposażonego w penisa. A ona uciekła, chociaż jej pęcherz bardziej potrzebował łazienki, niż jego – widziała, że przed wejściem przeanalizował wzrokiem zawartość kreacji dwóch stojących koło szatni dziewcząt, a jednej bezczelnie wetknął wizytówkę w kieszeń bluzki napęczniałą od piersi pomieszkującej pod nią.

Uciekła. Cud, że stać ją było aż na tyle. Na ogół, kiedy tylko spotykała bezpośredniość śliniącą się niewybrednie zastygała w bezwładzie, który oszałamiał ją do cna. Pamięta przecież, jak przechodzący obok mężczyzna rzucił wulgarną uwagę i nie czekając na reakcję poszedł, bo sam nie wierzył w pozytywny odzew, a ona trwała w stuporze, wsparta o ścianę, jak płaskorzeźba w oczami otwartymi szeroko i ustami, z których ulotniło się każde słowo. Została niemową aż do świtu i powlokła się w rzeczywistość zmęczona i brudna, ucząc się na nowo języka, bo nawet o poranku wciąż był jej obcy.

Dziś znów uciekła. Znów udało się. Uciekła nie zastanawiając się, czy służbowe, albo ekonomiczne konsekwencje poniesie od razu, czy dotkną ją za jakiś czas. Gdyby w drzwiach miała piętnaście zamków – zamknęłaby wszystkie dwa razy. Nie miała, a te dwa nie dawały jej satysfakcji, nie zaspokoiły potrzeby odcięcia się od świata. Roztrzaskała telefon, torba poroniła w przedpokoju rozsypując zawartość po kątach.
- Biały ser – pomyślała – biały ser kupiłam na kolację i pewnie już całkiem zgliwiał…

Nie pamiętała, jak rozbierała się klęcząc na podłodze przedpokoju, jak w zimnych kaflach podłogi usiłowała zahibernować dożywotnio przeszłość. A potem przyszły łzy, które usiłowały zmyć grzech pierworodny - urodziła się kobietą. Mięsem. Do wzięcia, do wynajęcia, do posługi. Zanim nauczyła się formułować własne myśli kończyła uniwersytet życia na wrogim uniwersytecie. Już zdawała egzaminy z posłuszeństwa i pokory. Pod surowym wzrokiem, upominana palcem, paskiem, wzrokiem, albo krzykiem uczyła się być powolną. Na każde zawołanie. Na rozkaz. Uczyła się, jak stać się przyjaznym gadżetem, który sam się zaktualizuje, dostosuje i dopasuje do trendów. Do czasów, kaprysów i oczekiwań.

Pierwszy raz uciekła z domu, w którym coraz trudniej było sprostać oczekiwaniom. Trudniej? To niedopowiedzenie godne słów z zakresu dyplomacji – to było niemożliwe! Później uciekała już regularnie, przed samcami i samicami wiedzącymi lepiej. Kiedy nabawiła się łatki „dziwna” uciekła raz jeszcze. Tym razem daleko tak, żeby nikt nie mógł jej znać. Była mistrzem świata w uciekaniu, ale nikt nie powiesił jej na piersiach medalu, choć na jej piersi zerkało chyba zbyt wielu nienasyconych. Szkoda, że Ziemia jest taka mała, bo stać ją było na ucieczkę na krawędzie wszechświata. Tylko po co? Żeby znów się ślinił jakiś troglodyta?

Noc pieściła jej ciało nienachalnie, jednak kafle były niemal tak zimne, jak wzrok jej ojca dzielący łaski z salomonowym uśmiechem. Usiadła pod ścianą i objęła kolana ramionami. Nikt nie chciał jej przytulić, więc nauczyła się tulić się do siebie. Ile lat ćwiczyła tę umiejętność? Szkło zwróciło jej widok spłoszonej dziewczynki, a przecież dorosła podobno już trzy razy…. I trzy razy nieumiejętnie. Biała ściana zaraziła ją bladością, kafle zabrały ciepło. Pęcherz przestał się upominać nadaremnie i próbował ogrzać uda kobiety i podłogę. Wilgoć ostra w zapachu usiłowała otrzeźwić siedzącą. Ciepło… czy tylko na takie zasługuje?

Bezmyślnie malowała palcami stóp w krzepnącej plamie wilgoci jakieś niezrozumiałe nadzieje. Słowa stygły szybciej niż je pisała. Gasły, a ona wciąż nie nauczyła się wyć… To takie trudne? Otwierała usta raz po raz, ale tonęły w nich łzy tak gorzkie, że wargi broniły się przed kolejnym i zaciskały się kurczowo. Trudno wyć z zamkniętymi ustami. Trudno wyć, gdy nawet podłoga odbiera resztki nadziei na ciepło. Spazm rozpasany bardziej od poprzednich niemal pozbawił ją zmysłów. Czy były jej potrzebne? Może łatwiej byłoby je oddać, sprzedać, przehandlować za chwilę spokoju. Za jedną cnotę… Za chwilę prawdy…

Pozwoliła kolanom rozchylić się na boki i sięgnęła ręką pomiędzy. Pierwszy raz w życiu sięgnęła skraju ud, nie po to, żeby oczyścić ciało z historii, lecz, aby z nim negocjować. Warunki kapitulacji. Wsunęła palce głęboko. Ścieżką, którą dopiero co opuściła ją wilgoć. A przecież wciąż czuła ją na sobie. Lustro przed nią zaczęło drżeć, a szkło matowiało do mlecznego blejtramu, na którym mróz mógłby pazurem malować paprocie. Pierwszy raz w życiu usiłowała popatrzeć sobie w oczy. Własne oczy, odbite w szkle metr przed nią. Z palcami utopionymi we własnym ciele, które znała zbyt pobieżnie. Podniosła rękę do oczu. Patrzyła, jak pomiędzy palcami krzepną pajęcze nici lepkiej przędzy. Byłaby znakomitym pająkiem, mogła kleić własnym sokiem labirynty tak zawiłe, że nawet Herkules zdechłby w ich okowach.

Na podłodze dogorywała torebka, a z rozdartego brzucha wysypały się drobiazgi. Codzienność, przewidywalność i konieczność. Z jej brzucha wysypała się ona. Wszystko w tej torbie było nią i definiowało ją ostatecznie. Niemal czuła kaganiec, jakim ją pętają podpaski, notes, w którym terminarz i obowiązki (oczywiście!), miliard drobiazgów, bez których żadnej kobiecie nie wolno wyjść z domu nawet wyrzucić śmieci, zapomniane zakupy sprzed pięciu lat i nasiona jodły kaukaskiej, które obiecała komuś, kto drugi raz się w jej życiu nie pojawił. Te nasiona... jodła… kaukaska… obiecane temu, który chociaż udawał…

To był już koniec rozsądku. Zdechł pod płotem, gdy łzy wezbrały, jak górski strumień na wiosnę. I popłynęły nienawistnie w doliny, niszcząc żywiołem wszystko, co stało na drodze. WSZYSTKO. Łącznie z nią. Chwyciła klucz, bo był pod ręką, bo wypadł z torby w sam raz na skraj pierwszego potopu i dłoń go dosięgła. Nie tak, jak mandarynki, które potoczyły się daleko poza zasięg wzroku nawet. Ta dłoń rozogniona nie czuła już litości i współczucia – jej dłoń nie znała jej wcale. Patrzyła nierozumnie i nie poznawała siebie. Kipiała przekrwawionymi oczami. Konwulsyjnie zacisnęła się na kluczu – staromodnym, wielkim jakby miał otwierać Sezam… Żelazo zimniejsze od kosmosu parzyło ją w dłoń. Żądało ciepła. Wymagało uwagi. Chciało jej. Całej. Bez ograniczeń i wątpliwości.

W głowie zamieszkała rewolucja, której z rozsądkiem nie po drodze. Jej też nie było po drodze. Nie umiała nawet myśli sformułować, jak bardzo nienawidziła domu, który uczył ją rozsądku. Uznała, że rozsądek, to przekleństwo, to piętno, któremu hołd oddaje zbyt długo. Który zapewne już nie żyje, tylko jej wiarą napędzany istnieje, jak plakat zapomniany gryzący ścianę porzuconego parkanu budowy. Rozsądek pękał jak szyba samochodu tłuczona w nieskończoność gradem większym od piłeczek golfowych. Została wyhodowana. Na miarę aspiracji hodowcy.

Gdyby szkło miało twarz, musiałoby zmierzyć się z tą nieokiełznaną wściekłością, Ale ono bezwolnie dryfowało w czasie i udawało, że nie jest istotne. Kobieta obnażyła zęby – więcej nie mogła, bo gdzieś w niepojęciu zdążyła porozrzucać wokół pozory i cywilizację, a teraz siedziała pośród rozgardiaszu i pierwszy raz w życiu czuła satysfakcję. Biustonosz wiądł na klamce, buty wspinały się na szafkę sosnową, torba umarła w podłodze, choć wciąż chłepcze mocz… Tylko dłoń zaciśnięta na kluczu stała się krystalicznie bezwzględna. Twardsza od diamentu. Popatrzyła na nią… W lustro popatrzyła… Z kła spłynęła jej kropla rosy. Ślina? Łza? Nawet lustro nie było pewne.

Siedziała patrząc się w szkło tak beznamiętnie, że ono zaczęło się niepokoić, że ktoś może pokonać dystans, którym od świata się odgrodziło. Dłoń z kluczem zmierzała w kierunku ciała. A potem klucz wszedł w to ciało, drąc granicę niepokalaną bezpowrotnie. Kiedy wrócił, popatrzyła na klucz - spływał czerwienią. Miękką, niepewną, nieumiejętną. Może nieśmiałą jak ona cała. A potem noc przecięła błyskawica krzyku dziewiczego. Wilczycy. Nowonarodzonej w krzywdzie wielkiej… Jej krzyku pierworodnego.

Oblizała klucz patrząc sobie w oczy, temu lustru naprzeciw. Wciąż nie umiała kląć, ale po języku rozpływała się słodka przyprawa grzechu. Już się nie bała. Za ścianą zapłakało dziecko. Facet. Dziś niedorajda, ale jutro bohater. Zaśmiała się sardonicznie. Pierwszy raz w życiu. Po mokrych od moczu kaflach rozpływały się dendryty samogwałtu. Z kącika ust spływał wąziutki strumyczek. Nie był gorzki. Nie on, on był pazerny, głodny i bezwzględny. Potrafił zakląć, chociaż się nie przechwalał. Wolał schować się pośród pozorów.

Wstała. Sprawdziła dłońmi własną nagość. Otarła łzy. Napluła w twarz lustru. Była potwornie zmęczona. Dlatego nie zauważyła, że już jest jutro. Ale jej jutro miało nadejść, dopiero gdy wstanie. Gdy mu na to pozwoli. Wiedziała że wstanie. Wreszcie była pewna czegoś. Wstanie i zamiast warkocza zaplecie rano pejcz, by okiełznać narowiste życie. Kiedy wstanie… Zakrwawionym palcem pokaże życiu komendę:

- Siad!

czwartek, 14 lutego 2019

V.S.O.P.


Był nieznośnie angielski. Taki, jakim być mógł dziewiętnastowieczny szlachcic namaszczony primogeniturą i od pełnoletniości uczony cierpliwości w oczekiwaniu na zgon głowy rodu. Flegma okryta marynarką skrojoną ręcznie w warsztacie, w którym rodzina zamawiała ubrania od kilkuset lat, ignorując modę, chwilową popularność, czy zamorskie trendy. Ubrany w coś, co było niemal skórą i patrząc na niego człowiek miał wrażenie, że urodził się już w garniturze, a zamiast pępowiny trzeba mu było odciąć rodowy krawat pospiesznie związany płochą ręką pierworódki. Dzisiaj wiąże sobie sam, spoglądając w lustro starsze od królowej Wiktorii i z pietyzmem formując go w węzeł, jakby na wiązaniu krawata zamierzał spędzić czas przynajmniej do emerytury. Lokaj, a w zasadzie konsjerż, z którym spędzał czas dorastania na beztroskich zabawach, które wygrywał, żeby nauczyć pokory dzisiejszego sługę stał obok, kontemplując wirtuozerię wiązania, jakby doglądał pasącego się stada klaczy tuż przed startem w Grand National na torze Aintree. Nie kur, bo kury podziwiać jest trudniej, a on miał w oczach niekłamany podziw oglądając każdego dnia tę samą celebrę.

Kiedy już krawat zajął należne mu miejsce we wszechświecie, a węzeł stał się odzwierciedleniem bieżącego nastroju nosiciela, sługa odczytując przesłanie pokiwał z uznaniem głową stanowiąc pierwszą z wróżb rozpoczynającego się dnia. Nieodmiennie życzliwą i pełną podziwu. Za drzwiami słychać było dyskretne pobrzękiwanie doświadczonych sreber i porcelany tak kruchej ze starości, że trzeba było walczyć z jej osteoporozą, a chwycenie filiżanki dłonią skażoną używaniem groziła nieszczęściem. Zagrożenie było większe, niż wtedy, gdy drwal syberyjski przymierzał się do wymiany żarówki. Służba, nim dostąpiła zaszczytu dekorowania stołu przed posiłkiem przechodziła intensywne i niezwykle rygorystyczne kursy obsługi stołu, a nacisk na delikatność eliminował ospałość i niezguły bezpowrotnie. Nie każdemu będzie dane ustawić filiżankę na spodku naprzeciw oblicza wygolonego precyzyjnie brzytwą ostrzoną na wołowej skórze od trzystu lat (według rodzinnej kroniki, za zasługi na rzecz imperium, w prezencie co najmniej nieoficjalnym, otrzymanym od bardzo oficjalnej faworyty królewskiej potrafiącej utrzymać królewskie rozpasanie między udami, aż do jego tajemniczej, acz szczęśliwej śmierci tam właśnie) i napełnić ją kwintesencją herbaty w skrupulatnie odmierzonych trzynastu kroplach, uwypuklonych kroplą mleczka selekcjonowanego (jak się zwykło się w DOMU żartować) z wyłącznie rodowodowych jałówek o pochodzeniu równie czcigodnym, jak konsumenta.

Śniadanie dla dwojga, bo nigdy nie można skutecznie przewidzieć, kto w gościnne progi zawita, składało się na ogół z siedemnastu dań, od święta łamiąc tę monotonię dodatkowymi piętnastoma. Białe fartuszki wykrochmalone do sztywności arkusza stalowej blachy furkotały w zapale układając (dosłownie) martwą naturę i dbając o estetyczny krajobraz stołu, gdzie milimetr zaledwie dzielił arcydzieło kulinarne od kiczu. Fotel wieńczący stół, na którym według legendy został przyjęty na świat pradziad w wyniku przedwczesnego porodu wciąż tlił się resztkami świetności zdobień i żłobień, a jego miękkość i całkowite oddanie pośladkom kolejnych właścicieli było domyślną oczywistością. Krzesło przestało skrzypieć na wiele lat przed koronacją obecnej królowej, która uporczywie, choć taktownie trzyma się życia ku utrapieniu oczekujących na swoją szansę licznych synowych. Zachęcająco odstawione od krawędzi stołu zapraszało już w swoje objęcia, stanowiąc pierwszy plan w dębinie odrzwi bezszelestnie otwierających się, by aromat nocnej sypialni mógł podzielić się wrażeniami z porzuconą na noc jadalnią.

Ze ścian, surowym, barbarzyńskim czasem, a być może i korsarskim wzrokiem patrzyli potomkowie uwiecznieni talentem i strachem twórców, którzy sapiąc z wysiłku wytężali wyobraźnię, aby nadać rysom przodków ton szlachetności, a ukryć oczy przekrwione kurestwem birbantów, trwającym miesiące całe. Cóż – w obliczu pełnego trzosa głodny żołądek gasi skrupuły i prawdę potrafi modelować lepiej, niż dziecięce dłonie plastelinę. Patrzyły opryszki, złodzieje, dziwkarze. Patrzyły panie dyszące w ciężkich, złoconych ramach na przeciwległej ścianie, lecz o ich proweniencji dżentelmeni nie rozmawiają, chyba, że mają apetyt na całkiem nielegalny dziś pojedynek – broń wybiera pozwany. Nawet furia musi mieścić się w konwenansach i nie wolno jej wypuszczać jak myśliwskiego psa, żeby płoszył dzikie bażanty pod szlachetne lufy epoksydowane wiekiem. W takim otoczeniu chrząknięcie zdawało się ekspresją niegodną kogoś, kto samodzielnie potrafił zatańczyć walca nie z służką, której talenty były plebejskie, a z matką, gdy ta w chwili słabości pozwoliła synowi zbliżyć się na tyle, żeby dotknął jej dłoni. Syn piersią mamek karmiony i zaspokajający samczą ciekawość bezwstydnie zadzierając fartuszki służących musiał poświęcić sporo talentu, żeby pierś jego matki wyłożyła się na klapach smokingu grzejąc butonierkę nieznanym dotąd ciepłem matczynej dumy.

Boy niósł właśnie gazetę, wciąż pachnąca drukarnią, na stół pospiesznie wjeżdżało pieczywo, a krzątanina serwetek, czepków i fartuszków zdawała się być życiem, które toczy się pomimo wszystko i zapewne tak było, choć życie na orbicie gospodarza urodzonego, by pod jego łaskawym okiem kwitły nawet dziewicze rumieńce, chwasty swawolnie mieszkające pod płotem i dzikie kotki zaglądające do kuchni, kiedy tylko łowczy wyprowadzi stado psów na pastwiska, żeby im nie zwiotczały mięśnie. Zapowiadał się dzień znakomity. Dzień identyczny z poprzednim, swojsko stabilny i przewidywalny po kres świata. Właśnie taki, jaki pozwala z otwartą głową zerknąć na przyszłość imperium, w którym ród zachowa pozycję, a może nawet wyprzedzi tych nuworyszy osiadłych po sąsiedzku zaledwie trzysta lat temu. Wstyd patrzeć, na trawnik dopiero co założony i dżdżownice, z proletariacką swadą srające w ziemię nawożąc ją z lekką obawą, że może jutro trzeba będzie się wynieść.

Za oknem prężył się mur, pieszczony kocim ogonem i lizany promieniem średniowiecznego słońca. Mur, który zapewniał intymność fanaberiom, gdy pośród nocy przyszło iść do łazienki, albo przejść do gabinetu na szklaneczkę Scotcha (broń boże bourbona), żeby dookreślić politykę klanu na najbliższe pięćset lat. Żeby nie skaleczyć nadchodzących nieśmiało pokoleń skazą w ogrodzie po jodle kaukaskiej, której wiatr od morza dokucza coraz mocniej i przy większym szkwale zrzuca gałęzie liniejąc z rozpaczy nad własna słabością. Nawet drzewa żyją krócej od dynastii… Żeby w rodowym grobowcu nie pojawił się znienacka grys pospolitości i pobieżności. Żeby kamienne lwy pilnujące bram ogrodu nie wychudły od lekceważenia…

Konsjerż, do którego z lekkim zawstydzeniem, poufale zwracał się per John, gdy nikt inny nie słyszał otworzył wrota, żeby mógł przepłynąć portalem w światła dnia i własną nieskazitelną elegancją wypełnić jadalnię, dając szansę daninie zaistnieć i spełnić się płonąc w trzewiach niepowstrzymanego apetytu dynastii podglądany przez trzy pokolenia kobiet przypisanych do nazwiska niemal tak mocno jak kolor poszewki, czy rodowe barwy na krawacie i herb nad głównym wjazdem na teren posiadłości. Uwielbiał tę chwilę, gdy rozsiadał się w fotelu szukając pośladkami cienia niedyskrecji i znaleźć go nie umiał. Czasami, gdy ogarnęła go frywolność pozwalał sobie puścić oko do najdostojniejszej z trojga Matrioszek biegających wokół niego, by posiłek mógł być zwiastunem raju. Najmłodsza wieszała mu serwetę pod brodą i pachniała wciąż mlekiem – nie tym, którego kropli wymagała herbata, lecz takim, które niosło przesłania – obietnicę kobiecości. Uległej, miękkiej i oddanej bardziej nawet, niż wyżeł czekający pod stołem, aż dane mu będzie polizać pańską dłoń wypełnioną plastrem bekonu, chudym skrawkiem kaczej piersi, czy choćby jakiem na twardo, gdzie gdańskiej skali imć Fahrenheita pilnowała kucharka tak skrupulatna, że urząd skarbowy powinien spłonąć ze wstydu.

A dziś? Dziś poczuł wewnętrzny niepokój. Rzecz nieprzystojna dla kogoś, kto potrafił śmierci kazać umówić się na wizytę i czekać na odpowiedź, jeśli karta wizytowa była podłej jakości. Dzień ledwie napoczął, a wnętrze skręcało się w domysłach. Nie potrafił cieszyć się krzątaniną, codziennością, przestał śledzić meandry zapachu, którymi zamierzała oszołomić go kajzerka i aromat kawy palonej na gorącym kamieniu, jak nikt poza rodem nie czynił. Stopy usiłowały popełnić ceremonię poranka, żeby zniknąć pod żaglem obrusa i oddać się psiej niecierpliwości, ale ciało drżało w niedopowiedzeniu. W nieznanym, tajemnym i obcym. Buntowało się, choć to tak abstrakcyjne i anormalne, że można było tylko z politowaniem kiwać głową. „Lepsze jest wrogiem dobrego”. Prawda, którą zna katolicki kościół i natura – obie konserwatywne tak bardzo, że góry siadają na zadach, zanim cokolwiek w nich się zmieni. A on? Był taki sam. Był częścią natury. Był starożytnością świata i jego stoickim spokojem. A tu taki afront. Pojęcia nie miał, co ma począć z sobą wobec tego niepokoju. Pamięcią przebiegał kroniki rodzinne, lecz albo pamięć dogorywała, albo kroniki nie znały problemu, przed którym stanął. Stał a z jadalni zapachy mieszały się w warkocz gruby, cygański, niedopowiedziany. Barokowy. Zbyt bogaty, bo nie wchłonął każdej nuty indywidualnie, tylko prowadził rozpoznanie. Organizmu, który go wystawił na wielka próbę. Na niepoznane. Przodkowie płci obojga patrzyli na niego w napięciu, stołowe obciągały fartuszki… A on?

Zesrał się. Wypełnił niepokalany fason garnituru zgniłą, rzadką zawartością, która poskromiła zapach pieczywa i kawy. Nawet nadzieje pań stołowych poskromiła bez śladu wysiłku. Konsjerż pozwolił twarzy na mimikę – najwyraźniej był równie mocno przejęty jak jego pan, którego uda zaszczycił strumień wartości przetrawionych ubiegłą nocą.

środa, 13 lutego 2019

Pierworodny.


- Urodzisz mi diabła!

Powiedziałem to całkiem poważnie patrząc w zakochane oczy kobiety. Nie sądziłem, że można spotkać osobę równie nieatrakcyjną, a wiem co mówię, bo poświęciłem na szukanie parę lat, żeby pośród szpetoty znaleźć perłę. Była asymetryczna. Jej kręgosłup usiłował się wić jak wąż, zamiast sterczeć niczym maszt statku. Twarz pogięta, pokancerowana, niedoskonale wypełniona popsutymi zębami, szramami, strupami i wiechciem liniejących włosów, z których tylko wszy miały uciechę ganiając się po dżungli pierwotnej. Była odrażająca. Śmierdziała tak, że kontenery na zapomnianych podwórkach wydawały się przy niej butelką perfum.

Skinęła głową i zgodziła się, choć nie miała świadomości, czego pragnę. Wtedy zgodziłaby się na wszystko, zanim zdążyłem wyartykułować kaprysy. Pamiętam, że kiedy ją pierwszy raz rozebrałem, to zwymiotowałem z zachwytu wprost na nią, a ona bezradnie ścierała brudnymi rękami z połamanymi pazurami mój obiad spływający z jej zabiedzonych, nierównych piersi. Była ideałem. Warczała i chciała się na mnie rzucić, co mogło być niebezpieczne. Nie wiedziałem czym może mnie zarazić, więc obezwładniłem ją pięścią bez wahania. Zanim się ocknęła była już kompletnie pozbawiona owłosienia i z grubsza umyta. Nawet nie wiedziała, że lekarz przeprowadził pobieżne badania i pobrał próbki wszystkiego, co może chcieć pobrać lekarz, żeby wydać opinię, lecz już pierwsza, gdy z odrazą kiwał głową wprawiła mnie w euforię.

A potem wprowadziłem ją na salony. Rozpieszczałem, pokazałem świat pełen blichtru i nadmiaru. Patrzyłem, jak to stworzenie oswaja się z luksusem, ze mną, z otoczeniem. Rok trwała sielanka, aż zaczęła zapominać przeszłość. Ja w tym czasie ostrożnie sprawdzałem, czy już jest moją własnością. Czy zrobi wszystko, czego zażądam od niej. Ekstrawagancje rosły, ale ona była już moja. Nie mogła się dłużej bronić. Uwierzyła, że jest księżniczką, chociaż miała lustra i ludzkie twarze uciekające od obrazu jej sylwetki. Przeciw ich reakcjom miała tylko moje słowa, w które starała się uwierzyć ze wszystkich sił i wreszcie się jej udało. Widziałem ten dzień, kiedy wyprostowała się i pierwszy raz popatrzyła z góry na okolicę. Ale to ja byłem jej Bogiem.

Wtedy właśnie jej powiedziałem, że chcę, żeby mi urodziła diabła i ona skinęła głową. Może myślała, że żartuję, że to kolejna ekstrawagancja, ale było za późno. Wtedy uderzyłem ją po raz drugi. A potem tłukłem z dowolnego powodu, a i bez powodu, żeby zaczęła mnie nienawidzić. Gasiłem na niej papierosy, kopałem. Założyłem jej obrożę i kiedy za głośno się skarżyła zaciskałem tak, żeby walczyła o oddech. Przychodziłem do niej we śnie, żeby bała się nawet spać. Spała skulona jak pies gdzieś na podłodze i jadła z tej podłogi to, co jej rzuciłem. Znów zaczęła śmierdzieć własnym moczem i strachem. Lałem jej do miski litr wody na dobę. Miała wybór – picie, lub higiena. Organizm chciał żyć, więc higiena poszła precz.

Tylko lekarz pojawiał się każdego dnia, żeby sprawdzić, czy nie przesadziłem. I czy w końcu dostanę diabła od tej zasmarkanej obrzydliwości zamieszkującej obecnie wilgotne, piwniczne podłogi, bez światła dziennego i towarzystwa. Ciekawe, czy miała siłę mnie przeklinać, czy nosiła pod tym szkaradnym opakowaniem iskierkę nadziei, że powrócą dni w dobrobycie i miłości. Brałem ją siłą. Brutalnie, krótko, pchany jednym imperatywem. Miała zajść w ciążę, zanim ją zatłukę, zanim organizm zdegeneruje do tego stopnia, że ciąża będzie niemożliwa. Kiedy w końcu lekarz kiwnął głową, że już odetchnąłem z ulgą. Głupia krowa – tyle czasu na jedną ciążę zmarnować. Tłukłem ją dalej, ale trochę ostrożniej. Diabeł musiał dostać tyle nienawiści, ile mogłem mu ofiarować.

Ja, bo ona była tylko matrycą, na której chciałem wygrawerować piętno niezmazywalne. Miał być ideałem. Kipiącym wściekłością, złośliwym i bezwzględnym niszczycielem. Karą za grzechy nawet niedopełnione. Miał deptać silnych i kopać słabych. Miał ukraść cały świat i zmusić go, żeby jadł mu z ręki. Chciałem mu dać wszystko. Pieniądze już na niego czekały, choć one były mniej istotne. Ta mała śmierdząca wesz miała wypełnić jego ciało przekleństwem i nienawiścią. Czarną miłością. Jej ciało miało być świątynią bólu, w której wyrośnie książę ciemności. Silny, bezwzględny i głodny jak tylko szatan potrafi być głodny. Pilnowałem, żeby każdego dnia ozdobić świątynię wotywami – dorodne siniaki, oparzenia, kancery brzytwą, rozdrapane, zaognione rany. Z każdym dniem była piękniejsza i dawno już minęła próg, przy którym ją zobaczyłem po raz pierwszy.

Wreszcie krzyk samicy odwinął echem poczęcia. Lekarz zabrał dziecko i oglądaliśmy je z ciekawością. Jest! Mój diabeł. Darł się niebosko, cudnie. Zakrwawiony, w spazmach i płaczu ozdobił moczem lekarski fartuch. Na podłodze skamlała suka, żeby jej oddać dzieciaka. Chciałem ją kopnąć w krtań, żeby nie przeszkadzała, kiedy zajmuję się synem, ale lekarz mnie powstrzymał. Jeszcze się przyda. Ktoś musi go karmić, a bardziej gorzkiego mleka nie znajdę we wszechświecie. Młody żarł, jakby nigdy w życiu nic nie jadł, a suka uspokajała się. Zanim skończył jeść już go kochała nad życie. A on się darł, gdy tylko oderwany został od cycka.

Rok się tak darł niepokornie. Trzymałem sukę na podłodze. Już dawno przestała być kobietą. Teraz była spiżarnią, którą mój książę eksploatował. Potem, gdy poznał inne pokarmy była już tylko zabawką. Kiedy miał trzy lata chciał zobaczyć zebrę. Wychłostaliśmy ją wspólnie, aż pasy nabrały koloru. Jej skóra od przebywania piwnicy wybielała, a dobry bat dorobił resztę. Była paskudną zebrą z zepsutymi zębami przez jakieś dwa tygodnie, aż się księciu znudziła. A kiedy zapragnął dalmatyńczyka, to mu kazałem wygryźć jej na skórze kleksy – uporał się bardzo szybko i patrzyliśmy jak jej skóra nabiera barw. Tylko z sikaniem miała kłopot, bo nie szło jej nauczyć zadzierania nogi. Za to dobrze się ją kopało. Była pod ręką i z kolan już nie wstawała nigdy. Jak raz spróbowała, to ją bardzo boleśnie oduczyłem tego do końca życia.

Kiedy miał dziesięć lat znudziła mu się już ostatecznie. Nie chciał się bawić tym żywym trupem. Chwyciłem za gardło i przypiąłem obrożą do podłogi. Ręce i nogi też. Staliśmy nad tym szaleństwem i nawet się nam kopnąć jej nie chciało. Ale książę był już duży i czas był na kolejną lekcję. Zostawiłem na stole nóż i po cichu wymknąłem się z piwnicy. Zamknąłem na klucz. Suka myślała, że wreszcie zostanie sam na sam z księciem i doczekała się, choć on wcale tego nie chciał. Patrzyłem przez judasza, jak suka próbuje się uśmiechać i coś mówić do księcia. A książę rozglądał się bezrozumnie i szukał mnie. Podszedł do drzwi i patrzył w milczeniu. Czekał, aż się usprawiedliwię. Dobrze. I tak zamierzałem mu powiedzieć.

- Idę i nie licz, że wrócę szybko. Masz sobie poradzić. Ona mówi, że cię kocha nad życie, więc możesz ją zjeść, jeśli zgłodniejesz. Możesz rozedrzeć jej żyły i pić krew, jeśli moczem się brzydzisz. Wrócę, kiedy zaczniesz ogryzać kości. Nie wcześniej.

Śmiałem się jak szalony odchodząc, a zza pleców dochodziło mnie wycie. Suki i wilka, który zrozumiał, że nie żartowałem. Czas mijał szybko, ale nie pozwoliłem swojej pochopności na zejście do piwnicy. Bałem się, że ugnę się, gdy książę zacznie żebrać. Że go za to znienawidzę, uderzę, albo zabiję. To on miał zabijać, a nie być zabijany. Suka była znakomitą wprawką. Potem dam mu jeszcze parę opiekunek, może kolegów w podobnym wieku…

Do piwnicy schodziłem po omacku i bardzo po cichu, żeby się nie zorientował. Przyłożyłem oko do wizjera. Z suki zostały jakieś ochłapy, które nie bardzo trzymały się już kajdan. Rosła we mnie duma. Książę poradził sobie. Rozglądałem się, gdzie to moje cudowne dziecię, kiedy przez wizjer wyjrzał do mnie czubek noża. Wbił się przez oko, aż zatrzymał z tyłu czaszki. Zaskoczył mnie książę. Moja ojcowska duma znieczuliła mnie przedśmiertnie, kiedy wyjmował nóż i przez dziurę zerkał na mnie od środka najczarniejszym z możliwych spojrzeniem.

- Ciekawe, jak sobie poradzi z wyjściem – pomyślałem, zanim zgasło we mnie życie – Jak sobie poradzi z życiem, kiedy już wyjdzie.

wtorek, 12 lutego 2019

Łowcy dźwięków.


Krótkim włosom trzeba poświęcić znacznie więcej uwagi, żeby wyglądały. Kiedy jednak się uda, to za taką kobietą trudno się nie obejrzeć. A jeśli ich jest dwie? Organów do podglądania mi zabrakło, więc poszedłem dalej na unieruchomione schody, żeby zwalczyć w oczach iluzję ruchu, gdy sąsiednie dziarsko zmierzały pod górę. Dół, jak dół – niekończący się paśnik, szmaty, buty i co tylko jeszcze dało się utkać. Starsza pani w okularach z grubymi oprawkami i siwym włosem spiętym gumką gdzieś poniżej nieskromnych myśli okazała się panem. A może panią z biustem zjedzonym, jak jej cała tkanka tłuszczowa? E – tak nogę na nogę zakładają tylko faceci. Kobiety nie muszą uważać na delikatesy. Za parę groszy kloszard każdemu zagra na harmonijce "Sto lat", kto wie, czy nie trzykrotnie. Fałszuje tak, że chełpiące się czerwienią róże stojące w wazonach tuż obok przekwitają na przeciągu poddane sztafecie pogardliwego wzroku. Ktoś odkręcił nogę, żeby pobudzić litość przechodnia, inny robi okłady z psa tak wielu ras, że sam pies ich wymienić już nie zdoła. Żebrzą, handlują, żyją. Zarastają szczeciną i brudem. Zimnem. Tylko oczy potrafią ożyć, kiedy moneta zatańczy piruet na kaflach.

Władza absolutna.


Zaczęło się od „Pachnidła”, które czytała z wypiekami na twarzy, kiedy późna jesień kładła się spać zbyt wcześnie i nie chciała jej towarzyszyć. Wtedy, w fotelu, kuliła się ze strachu, że ją też może spotkać taki koneser. Obejmowała ramionami własne nogi i z lękiem zerkała na drzwi, czy nie czyha w nich oprawca. A kiedy wychodziła z domu, z masochistycznym zapałem węszyła. W metrze, w tramwajach, w pracy. Szukała tego, który uwiedzie ją aromatem i oszołomi. Zniewoli i powiedzie w każde, najmroczniejsze zakamarki jej ciała i duszy. Bała się i pragnęła, a książka płowiała w jej niecierpliwych dłoniach, gdy zagryzając owocami strach przewracała kartki coraz bardziej lepkie od soku. Potem… Nie musiała już nawet czytać. Fermentujące kleksy stanowiły drogowskazy i z zamkniętymi oczami poddawała się w myślach kolejnym scenom. Niemal czuła, jak zastyga kroplą aromatu na karku oprawcy i wiedzie na pokuszenie nieświadomych ludzi.

Chciała? Sama nie wiedziała czego chce, jednak idea rosła, a dzień się kurczył i wciąż dłuższe wieczory namawiały na eksperymenty. Wyobraźnią sięgała perwersji, poddawała się jej i w autoerotycznych spazmach realizowała wizje korzystając z obrazów przynoszonych codziennością. Patrzyła na odbicie swoich rosnących z pożądania oczu na przeszklonym regale pamiętającym młodość jej nieżyjącej już matki i znajdowała w sobie zgodę na więcej. Na mocniejsze doznania i eksperymenty. Lizała palce, żeby nauczyć się własnego smaku, rozsmarowywała z pietyzmem lepkość pod nosem i za uszami, oswajała się z aromatem i prowadziła bardzo skrupulatne notatki, żeby znaleźć w sobie apogeum księżycowego cyklu. Znalazła je końcem stycznia, a raczej wtedy nabrała przeświadczenia, że potrafi bezbłędnie wykryć moment, kiedy jej ciało osiąga szczyt wyrafinowania. Produkowała niepowtarzalny, niepodrabialny zapach, który był nią. Prawdziwą, nieoszukaną, intymną.

Zima skrzepła za oknami i trwała, jakby nie miała zamiaru odejść z miasta, a praca zajmowała zbyt małą część doby, żeby wypełnić czas. Wyczytała gdzieś, że smak męskiego nasienia zależy od diety, więc przez analogię szukała w sobie nut z niej wywiedzionych. Restrykcyjnie, konsekwentnie, poświęcała tydzień za tygodniem, żeby poznać swój aromat, pod wpływem cytrusów, mięsa, czy aromatycznych przypraw. Z toaletki zrzuciła wszelkie kosmetyki sztucznie napędzane chemicznym aromatem i z lubością wsłuchiwała się we własne ciało. Alkohol, choć powinien konserwować i wzmacniać okazał się zabójczy. Nie smakowała nawet sobie. Stała się wybredna. Bardzo wybredna. Niczym kiper degustowała bukiet i gdy tylko przestawał uwodzić odstawiała kolejne produkty bez żalu.

Uwrażliwiony nos, gdy wygoniła z prywatnej przestrzeni szlabany obcych aromatów zamieszkujących jej małe mieszkanie, pozwalał jej już rozpoznawać siebie samym węchem, bez konieczności sięgania dłonią poniżej wydepilowanego wzgórka. Obudził świadomość samicy. I wiarę, że może. Że pozostanie bezkarna. Odwaga rosła z czasem i powtarzane w nieskończoność słowa, że „musi się udać” rozgrzewały jej ciało i duszę. Przełom nastąpił przypadkiem, kiedy zmęczona zbyt długotrwałą degustacją siebie zasnęła skulona w fotelu. Mocno i długo. Tak długo, że o poranku nie zdążyła do pracy. Pierwszy raz w życiu miała się spóźnić. Ubierała się w biegu, pakowała do torebki jakiś chaos, spowodowany pośpiechem i biegła klnąc na głos. Miała szczęście – złapała taksówkę i w niej usiłowała doprowadzić się do ładu. Poprawiała garderobę, rękami chciała zaczesać włosy… Palce pachniały wciąż wieczorem…

- Nie umyłam nawet rąk – pomyślała zawstydzona, czując, jak rumieniec wypełza jej na twarz – nawet rąk…

Głos taksówkarza zmienił się, gdy jej ciało rozgrzało się w tym malutkim wnętrzu. Była przekonana, że rumieniec przekroczył granice twarzy i rozpełza się po całym ciele, które w cieple zaczęło okrywać się warstwą zapachu. Jej zapachu, zwielokrotnionego ciałem, którego aromatu nie rozcieńczyła kąpielą.

-  I to właśnie dziś – usiłowała skarcić samą siebie – właśnie dziś, kiedy zapach osiągnął szczyt możliwości!

Resztką odwagi zerknęła ukradkiem w lusterko i zobaczyła na twarzy taksówkarza zachwyt. Błogość biła z tej twarzy przywykłej raczej do uczuć twardych i bezwzględnych, a w oczach rosły mgły. Powiedziała cokolwiek, żeby odzyskał wzrok i dowiózł ją cało do celu. Dowiózł i drzwi jej otwierał, niczym kamerdyner. Wbiegła przez drzwi, lecz czekając na windę widziała, że wciąż tam stoi zadumany. Kiedy weszła do biura… sekretarka chyba straciła głos, a przynajmniej pewność siebie, bo zająknęła się jak nie ona i kawę przyniosła, chociaż wiedziała, że nie pije jej od kilku miesięcy (tylko woda i soki, żadnych używek, żadnych sztucznych aromatów). Przyniosła i chichotała po pensjonarsku przepraszając, jednak coś ją ciągnęło i nie umiała powstrzymać dłoni, żeby nie dotknąć jej ramienia raz, czy drugi.

Siedziała zadumana. Najpierw ten taksówkarz, a teraz kobieta. Trzydziestoletnia, wychuchana, wypielęgnowana… Najwyraźniej coś ją pchało i to bez oglądania się na konwenanse i otoczenie. Mieszała kawę łyżeczką zupełnie abstrakcyjnie. Wiedziała, że jej nie wypije, jednak dźwięk łyżeczki na porcelanie filiżanki dawał alibi i pozwalał na bezczynność. Rozejrzała się wokół. Chwilowo nikt nie interesował się nią poza sekretarką, która ilekroć przechodziła obok jej pokoju zaglądała z niepewnym uśmiechem i rumieńcem, który nie pochodził z drogerii. Zadumała się tak mocno, że nie zorientowała się nawet, kiedy jej dłoń wsunęła się w spodnie, pod bieliznę. Rękę wyjęła mokrą i tak intensywnie pachnącą, że nie wiedziała, jak ją ukryć. Zasłoniła usta. Ten niewinny ruch ją oszołomił. Mokrym palcem przejechała pod nosem, za uszami, a resztę zlizywała ostrożnie patrząc się na wpółprzymknięte drzwi.

Kiedy sekretarka po raz kolejny przechodziła i zatrzymała się na ten krótki moment, gdy jej ciało chciało zdobyć się na odwagę, lecz umysł bronił się pazurami przed szczerością, kiwnęła głową, żeby weszła. Wtedy… miała w ustach najmniejszy z palców i za parawanem zębów rozbierała go z zapachu. Smak przylgnął jej do języka błyskawicznie i rozlał się po twarzy uśmiechem. Sekretarka zbliżała się dość niepewnie, widać zastanawiała się co ma powiedzieć, kiedy kobieta wstała i wyszła jej naprzeciw. Instynktownie, jedną ręką zamknęła drzwi, a drugą chwyciła sekretarkę w pasie i przyciągnęła do siebie. Zaskoczenie nie było wszystkim, co znalazła w jej oczach. Rozchyliła usta i pozwoliła się pocałować. A kiedy poczuła smak języka wpiła się w niego tak, że dopiero brak powietrza pozwolił im się od siebie oderwać.

- Przepraszam – szepnęła zawstydzona sekretarka i uciekła zabierając w ustach smak grzechu.

Tama puściła. Skoro potrafiła zniewolić heteroseksualną dziewczynę, co może zrobić z facetem? Oparła się o zamknięte drzwi, a ręka nie pytając jej o zgodę przyniosła kolejną dawkę aromatu, którą rozprowadzała tam, gdzie miał szanse rozpłynąć się po otoczeniu. Osobisty dezodorant do zadań specjalnych. Znienacka naszła ją chęć sprawdzenia, czy to ma szanse działać i zanim ją powstrzymała nieśmiałość szarpnęła klamkę. Szła przez biuro do gabinetu prezesa, a mijając kolegów kiwała im głową. Chyba ich również wytrąciła z równowagi, bo milkli i patrzyli na siebie dziwnym wzrokiem nie wiedząc co powiedzieć. Pewnie każdy w sobie kisił myśli zastanawiając się, czy inni mają podobne doznania. Zapukała do drzwi gabinetu i weszła.

- Panie prezesie…

Zaczęła nieśmiało, a prezes nienajmłodszy już, zerwał się, żeby się przywitać. Prezes szarmancko całował dłonie wszystkich kobiet w firmie i nie było w tym nic lubieżnego, tylko autentyczny szacunek. A teraz pochylał się nad jej dłonią, na której dopiero co zaschły… Prezes miał wyraźne kłopoty z wyprostowaniem się, aż wykazała się niepokojem, czy nie stało mu się coś złego. Pomaganie dłonią gorącą od soków było działaniem, które nie poprawiało sytuacji, a prezes po raz pierwszy od dawna poczuł chrypkę. Nie tylko chrypkę. Ukrył się szybko za biurkiem, ale zdążyła zauważyć, że materiał spodni napręża się pod wpływem emocji. Ze spóźnieniem oczywiście problemu nie było żadnego, a rozmowa z szefem przeciągnęła się poza zwyczajowe pięć minut, jakie miewał dla podwładnych. Nie wstał, gdy wychodziła, ale ona doskonale wiedziała dlaczego. Uśmiech szelmowski wypełzł jej na twarz, gdy zamykała za sobą drzwi.

Mogła wszystko… Już się nie bała. Oparła się o ścianę, a kiedy przechodził młody kierownik i zaproponował pomoc pogłaskała go po twarzy i kiwnęła głową. To wystarczyło, żeby poszedł za nią do jej pokoju i zamknął drzwi. Patrzyła mu w oczy i widziała, że nie znajdzie sił, żeby się obronić przed doznaniem. Najwolniej jak umiała, po raz nie wiadomo który wsunęła miękką dłoń w spodnie. Kierownik już nawet nie oddychał. Nie mrugał oczami. Rósł tylko i krew w nim wrzała. Przeciągnęła szczupłymi palcami pod jego nosem i po wargach… Jęknął tylko, gdy pomalowała mu cały nos.

- Po pracy – szepnęła – po pracy będziesz mój, jeśli doniesiesz zapach do popołudnia. Jeśli nie, twój pech. Idź już, niech nie plotkują zbyt wiele…

poniedziałek, 11 lutego 2019

Przedświt.


-Będziemy ich hodować… Jak szparagi. Ale dziewczyny… żadnego pobłażania, dobra? Chwasty muszą zniknąć, żeby nie skazić reszty. I nie będzie zmiłuj, że pierworodny, że jedynak, albo zasiedziany jak pchła na psim grzbiecie. Zepsuty idzie na śmietnik, albo sprzedajemy na zewnątrz. Niech sobie gnije gdzie indziej. Której się nie podoba, niech od razu zacznie się pakować.

Zadrżałem. Chyba zapomniały o mnie, bo siedziałem w komórce pod schodami i miałem naprawić jakieś pogryzione przewody, a przy okazji wygarnąć wraz z kurzem odrobinę historii – stare kapcie, z których dzieci wyrosły, nim pies zapałał miłością, rakiety do tenisa z pękniętymi żyłkami, kilka roczników hobbystycznych miesięczników, zapomniany mikroskop, bela materiału w szkocką kratę pracowicie przeżuwana przez mole i resztę porzuconej tutaj historii świata. Usiadłem na pluszowym misiu bez oczu i jednej łapy, a gumowa kaczka westchnęła sopranem, wspominając czas, kiedy bez niej nie mogła się odbyć żadna kąpiel.

- My rodzimy i my decydujemy. Młode dziewczęta nauczymy szacunku dla własnej płci. Reszta? Albo się zaadaptuje, albo precz. Żadnego pobłażania. Gówniarzy, smarkaczy, lekkoduchów… Na zbity pysk. Odwracamy tendencje. Jeden dobry byczek na początek wystarczy, a reszta nieudaczników… cóż… świat czeka na zdobywców. Niech idą i zdobywają. Niech walczą i się puszą. Na wyspie możemy zrobić wszystko. Ten który zostanie wybrańcem… Pomyśli, że Boga złapał nie za nogi, a za biodra i wtedy się okazało, że Bóg jest KOBIETĄ. I to się okaże jemu właśnie. A my okażemy mu łaskę i jego nasieniem podzielimy się. To chyba nie problem?

Młot walił w ścianę niczym pałeczki w werbel. Nie wiedziałem jak mam to powstrzymać, ale musiałem. Przecież, jeśli mnie znajdą tutaj, to zeżrą mnie żywcem. Wydłubią oczy i wypatroszą. Patrzyłem nierozumnie na własne ręce, które drżały leżąc na podłodze pełnej kurzu. One nie dotykały żadnych narzędzi, więc skąd jazgot rytmicznych uderzeń? Serce – ono było kolejnym podejrzanym i zapewne przyczyniło się do wrażenia, ale to w uszach dudniła krew zbyt szybko pompowana. Pozwoliłem sobie na ekstrawagancję oddechu zbyt długo wstrzymywanego i ciemność powoli pokorniała przed wzrokiem.

- To jak? Głosujemy? Wybierzemy sobie jednego na początek i niech się wykazuje. A jak się zużyje, albo znarowi, to dostanie takiego kopa, że następny wytrysk przeżyje dopiero w kolejnym wcieleniu. Damy sobie radę na pewno. A jak się zdarzy przystojny hydraulik, to przecież żadna krzywym okiem nie popatrzy. Jakieś typy? Któraś może swojego chłopa chce zareklamować? Możemy przetestować i kilku, żeby wprowadzić trochę zamieszania genetycznego. Bardziej chodzi o przyszłość, jak teraźniejszość.

Jak ja zazdrościłem trylobitom. Tego niewzruszonego bezruchu w wapiennej pościeli. Klęczałem pod schodami, a chuda żarówka wytapiała ze mnie ostatnie siły witalne. Zaczynałem się oswajać z myślą, że czarny kontynent nie jest taki zły w porównaniu z tą klitką i zagrożenia niesie przewidywalne – jakieś hieny cierpiące na wściekliznę, parchata lwica z próchnicą, niedowidzący słoń, który tak dawno nie korzystał z usług młodej dziewki, że szlag go trafia na wszystko, co wyprostowane, żeby w furii wyrwać z korzeniami i zdeptać za własną niedolę. Ale spisek? Przeciwko męskości?

- Przechowamy tutaj jednego na zdrowej diecie. Żadnej wódeczki, papierosków, czy innych używek. Będzie żarł trawnik jak krowa, albo to cielę pokorne, tylko o ssaniu niech zapomni, chyba, że na żądanie. W końcu żadna z nas nie pała chyba żądzą ustawicznej ciąży? Pieszczoty? OK, ale jeden wytrysk na dobę powinien wystarczyć dla nas wszystkich. Może młody byczek uciągnie trochę więcej? Chociaż w dystansie, to oni tylko ryczeć potrafią i przechwalać się. A jak przyjdzie do rzeczy, to siorbanie nosem i za psychoterapeutkę robić trzeba, albo mamusię. Tego kwiatu, jak mawiają, nie zabraknie i może uda się coś wybrać z tutejszych?

Po tych słowach skamieniałem. Byłem tak bliski granitowego ideału, że młode góry mogłem zawstydzić. Wybrałem sobie dość trudną pozycję dla owej czynności, która lubiła, gdy najmniejszym znanym interwałem czasowym jest epoka, ale trudno. Niby na czterech, ale jedną z kończyn zdążyłem unieść, żeby wytrzepać mrówki ogniste z nogawki i zostałem tak nie całkiem na czterech, z jedną nogą uniesioną, jakbym chciał nawilżyć i zaimpregnować boazerię.

- Co? Żadna na własnego nie zagłosuje? Ani na męża koleżanki? No dobrze. Więc wywalmy wszystkich. Stać nas i możemy sobie kupić dowolny, niezepsuty egzemplarz. Kupić, to oczywista ironia – pozwolimy mu zapłacić za łaskę obecności na wyspie. Tylko nie pchać się dziewczyny, żeby mu się w głowie nie przewróciło. Jego trzeba od razu sprowadzić do parteru, żeby sobie nie myślał. Ma służyć, a nie korzystać z naszego miękkiego serduszka.

Gdybym westchnął, kurz uniósłby się nade mną jak chmurka dialogowa w komiksie, więc na wszelki wypadek nie wzdychałem. Kto wie, jaką odezwą do narodu wykazałabym się, gdybym niezapisaną tablicą zakwitł nad babskim sejmikiem. Wizja wygnania zawisła nade mną i trzymała się za boki i szydziła ze mnie, jakby ona miała tu zostać. I pewnie zostanie, skoro facet ma być pucharem przechodnim o krótkim okresie przydatności do spożycia. Zupełnie jak jogurt z żywymi kulturami bakterii… Gdyby nie strach przed wykryciem zapewne zerknąłbym w zanadrze, czy mi nie wygasa ten termin jakoś w tym tygodniu, ale wciąż się łudziłem, że to zły sen. Noga mi ścierpła, a ramiona drżały z wysiłku. Kurz łasił się do nosa…

- Więc tak moje panie. Dzisiejszej nocy wszystkie wywalamy trutnie z łóżek, a jutro odpływają z wyspy bez prawa powrotu. Żaden nie ma prawa zakończyć nocy obok którejkolwiek. Niech idą się upić, pozabijać, poskarżyć kumplowi – wszystko jedno. Spacyfikować, spakować i odesłać priorytetem na koszt tatusia gdziekolwiek tatuś przebywa. Nawet, jeśli to cmentarz. W stadzie będzie im łatwiej przetrwać. Może utulą się we wzajemnych żalach, albo pójdą na jaką krucjatę pod jednym sztandarem. Nam się nie spieszy chyba? Możemy z wyborem poczekać z tydzień? A jeśli się której spieszy, to niech dzisiaj skonsumuje po raz ostatni doczesność, bo przyszłość się będzie prężyć już innym wizerunkiem. Dobrej nocy paniom życzę i do zobaczenia na nabrzeżu. Chyba pomachamy im na pożegnanie białą chusteczką? Stać nas na taki gest?

Krzesła się zaczęły rozpychać, kieliszki brzęczeć pożegnanie z wiśniami i szminką, a ja? Skrzemieniałe drzewo, które miało w posagu otrzymać fragment nocy pożegnalnej? Na czterech, jak pies pod schodami… Myślałem, że śnię i nie wytrzymałem. Ugryzłem się w ramię. Zwierzęcej wściekłości miałem w sobie i adrenaliny. Testosteronu też… Gryzłem, jak wściekły wilk. Siebie. A kiedy już dopadłem wroga, kiedy zmieliłem drelich i flanelę, kiedy z ramienia trysnęła krew zaryczałem. Jak lew… lewek… lwiątko… szczenię kwilące własne nieszczęście pośród nocy zimnej, kiedy ciepła pierś zbyt odległa, a życie kołderki żałuje…

- Śpij głupi! Po co tak mordę drzesz? I czemu polujesz na tę poduszkę?

niedziela, 10 lutego 2019

Lęk.


Wielkie, zwieńczone łukiem okno zajmowało niemal połowę bardzo wysokiej ściany. Za nim można było dostrzec nieskończoność błękitu punktowo ogrzewanego słońcem, a jeśli tylko udało się podejść bliżej, to tuż poniżej poziomu podłogi kłębił się i marszczył ocean chmur. Wpadały na siebie i mieszały niczym gęsty, słodki sok w szklance wrzątku. Stado baranów w zbyt ciasnej zagrodzie, bezgłośnie rozpierzchających się we wszystkich możliwych kierunkach, o grzbietach wyblakłych od słońca, które rozmazywało się na szybie i nie pozwalało na dokładność obserwacji. Kłuło w oczy i odbierało ostrość widzenia, albo kaleczyło wzrok dostatecznie, żebym się potknął o szklany stolik podstępnie stojący na podłodze. Przecież wiedziałem doskonale że tam stoi, a jednak porażony światłem wzrok nie zdołał powstrzymać nóg przed uderzeniem udem o krawędź grubego szkła.

Szkło zadrżało płosząc na przeciwległej oknu ścianie zajączka, który pękł na milion iskier rozglądając się z niepokojem, kto syknął z bólu, a kto się śmieje. Śmiech był kobiecy i pozbawiony złośliwości. Raczej serdeczny, ciepły, wynikający z dobrego humoru, któremu trzeba było naprawdę niewiele, żeby eksplodował. Siedziała na kanapie, ale bardziej słuchem wykryłem jej obecność, niż ją zauważyłem. Wiedziałem, że tam jest, więc skierowałem twarz w jej stronę. Była naga. Takie rzeczy, nawet kiedy się nic nie widzi, to jednak się wie. Plecami wtulała się w oparcie kanapy, jakby chciała podrapać się szorstką tkaniną pomiędzy łopatkami. Wzrok wciąż słońcem oszołomiony nie potrafił skoncentrować się na szczegółach sylwetki siedzącej kobiety do tego stopnia, że barwę jej włosów mogłem określić wyłącznie z pamięci. Cała była dla mnie ledwie konturem wyłaniającym się z mgły oślepienia i niczym więcej. Ładnym konturem. Przełknąłem ślinę z żalu, że tylko wyobraźnią udało mi się prześliznąć po tym ciele, a jej śmiech mnie zawstydził. Musiała to widzieć.

- Idę popływać. Przecież wiesz, że nie znoszę strojów kąpielowych, bo krępują ruchy i przeszkadzają. Po co mam je moczyć, jeśli nie ma takiej potrzeby? Dziś nikt nie pływa. Przynieś mi proszę duży ręcznik i gorącą herbatę. Wrócę… Za godzinę? Zaczekasz na mnie?

Kiwnąłem głową, a w ustach miałem suchość. Nie musiała pytać. Wiedziała, że musiałaby mnie stąd siłą wygnać. Flirtowała jawnie i bezwstydnie. Ręce, nie do końca mi posłuszne troszkę drżały, gdy wymacałem krawędź stolika i po tej krawędzi przemieszczałem się jak ślepiec w nieznanym otoczeniu w kierunku okna spękanego od słońca w wielką, kłującą oczy rozetę. Szkło było zimne. Słońce przepaliło mi wzrok i wydawało się, że sporo czasu minie, zanim go odzyskam. Wymacałem klamkę i otworzyłem małe okno, które zostało tu zamontowane na życzenie kobiety. Nim zdążyłem je rozewrzeć wiatr zagwizdał z podziwem i dopadł nagie ciało bez jednej chwili zawahania. Zabezpieczyłem okiennicę przed zamknięciem, a na szeroki, kamienny parapet położyłem ręcznik frotte tak puszysty i ciepły, że aż się chciało w nim życia poszukać. Kobieta wstała i te parę kroków na boso po marmurowych kaflach przeszła na palcach. Kamienna podłoga potrafi być naprawdę zimna. Jak katafalk.

Usiadła na parapecie i beztrosko machała nogami nie przejmując się, że za oknem najbliższy stały grunt znajduje się grube setki metrów poniżej. Wiedziałem, że to prawie kilometr lotu i nawet spadochroniarzom bez doświadczenia nie poleciłbym takiego doświadczenia, a ona siedziała naga wkładając dłonie pod pośladki, żeby zachować w nich odrobinę ciepła i stopami rozchlapywała najbliższe chmury. Układała baranom loki i warkocze plotła na ogonach.

- Podrap mnie proszę. Między łopatkami.

Wciąż widziałem wyłącznie kontur, a wiatr usiłował wypłukać mi oczy z nadmiaru słońca, więc płakałem. Łzy ciekły mi po policzkach i z brody skakały wprost na marmurową posadzkę. Dłońmi chwyciłem kobietę za ramiona, żeby nie popchnąć jej, nie wystraszyć. Meszek ramion sterczał już wyraźnie. Gęsia skórka urodziła się zapewne na piersiach, a sutki zesztywniały bardziej niż zeszłoroczne orzechy laskowe. Teraz, rozlewała się stamtąd po całym jej ciele w takim tempie, że zanim zdążyłem zsunąć dłonie po łopatkach na kręgosłup już tam była. Jak tu drapać coś tak miękkiego i zmechaconego gęsią skórką? Przecież uszkodzę tymi dłońmi nawykłymi do rzeczy mniej kruchych i delikatnych. Skaleczę. Mocniejszym dotykiem mógłbym jej wygrawerować na skórze własne linie papilarne. Wierzchem dłoni udawałem drapanie, a drugą ręką pilnowałem, żeby się nie ześliznęła z tego parapetu. Kilometr… Okropnie dużo. W czasie spadania może zabraknąć modlitw, nim się człowiek rozbije na czymś, co tam być musi. Wiedziałem co tam jest. Wiedziałem, bo kiedyś złośliwie wylałem za okno sok z czarnej porzeczki, żeby zobaczyć na dole, gdzie się rozpryśnie. Tam… Było miasto. Ludzie, samochody… Beton i stal. Latarnie… Klomby i billboardy. Śmierć…

- No! Głuptasie! Nie martw się tak. Wrócę przecież do ciebie. Popłynę w stronę gór i wrócę. Za godzinkę. Za jedną krótką godzinkę. Nie martw się…

Pogłaskała mnie po policzku i zeskoczyła z parapetu. Zachłysnąłem się i zapomniałem jak się oddycha. Modliłem się ze spalonymi oczami w otwartym oknie, a wiatr napychał mi głowę horrorami. Ten ostatni, szeroki wdech mieszkał we mnie i nie umiał znaleźć sobie ujścia. Kobieta wskoczyła w stado baranów kłębiące się za oknem. Czekałem. Słuchałem i negocjowałem ze wzrokiem chwilę ostrości, niechby kosztem późniejszej ślepoty. Daremnie. Krew ze mnie spłynęła, i tylko patrzeć, kiedy spod paznokci, przez skórę butów rozsączy się po podłodze. Wreszcie śmiech. Oddalający się krzyk szczęśliwego delfina sunącego po falach wciąż szybciej i dalej, aż zaczął tonąć w bezkresie.

- Pamiętaj o herbacie! Wiesz którą lubię, prawda? Przyda się jak wrócę, bo woda dzisiaj jest bardzo zimna.

sobota, 9 lutego 2019

Egoistyczna miłość.


Postanowiłem być dzisiaj mój. Tylko dla mnie. Wsobny najbardziej jak potrafię, może nawet przegięty. Jak drzewo dotknięte wiatrem zbyt długo. Przytuliłem się do siebie i pozwiedzałem odrobinę. Sprawdziłem, jak się miewam. Zapytałem, co słychać. Nogę na nogę założyłem i chciałem się wysłać do kuchni, żeby mi herbatę zrobić pachnącą, ale sumienia nie miałem zupełnie. Jak to tak? Siebie samego gnać? Narażać na oparzenie wrzątkiem? To już wolałem nie pić i zostać ze sobą. Pogłaskałem się po twarzy, skarciłem za zarost, ale bez złośliwości. Pod byle pretekstem zgodziłem się ze sobą, że nawet nieogolony podobam się sobie. Taka odrobina męskości. Szorstka.