środa, 14 sierpnia 2019

Rychło w czas.


Wystarczyło wyjść z domu pięć minut wcześniej, żeby się przekonać, jak obce jest Miasto. Inni ludzie, nawet powietrze zimniejsze, na rzece dzikie kaczki rzeźbiły w rzęsie wodnej labirynty, a w autobusie przeważać zaczęła płeć brzydsza. Dwie młode niewiasty idące przede mną zaplotły ręce pod biustem i kciukami podtrzymywały łokcie. Myślałem, że to z powodu delikatności żeber, albo skóry usiłują odsunąć łokcie od ciała, aby siebie nie posiniaczyć. Kiedy zobaczyłem starszą od nich kobietę czekającą na transport w pozie identycznej pomyślałem, że o poranku to jakaś standardowa praktyka, może gimnastyka, albo ręczne wsparcie dla wciąż śpiących piesi. Niebo zupełnie niezdecydowane ciemniało i jaśniało na przemian, jakby było kalejdoskopem turlającym się po nierównościach chodnika i przyglądającym się, jak między kostkami brukowymi osiedla się szczaw. Nie zrażony płynącą z prądem Rzeki motorówką policyjną wędkarz łowił ryby nieopodal mostu i przyglądał się jadącej na hulajnodze pani wyrośniętej bujnie. Pani przyglądała się przestrzeni po drugiej stronie wody i za nic miała milczący zachwyt wędkarza. Faktem jest, że nie dał pani najmniejszej szansy, żeby zauważyła rodzące się uczucia i adorował oddalające się zaplecze.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Zabawa.


Pani uplotła z włosów dwa rude rogi i maszerowała dumnie w świat szukając ofiar. Upał układał się na asfalcie i wygrzewał się całkiem bezwstydnie. Nocny deszcz szybko stał się wspomnieniem nie całkiem realnym i tylko fontanny kipiały energią. Zanurzyłem się w wielonarodowy zgiełk i poczułem, że tęskniłem za taką chwilą, kiedy pochłonięty przez obojętny tłum slalomem przemierzam połacie rynku, by nie nadepnąć niemal zaginionego dziecka, czy nie wedrzeć się pomiędzy ślepe z miłości usta szukające drugich. Uskakiwałem przed obiektywem, bo nie mnie chcieli uwiecznić turyści, tylko panią zza wschodniej granicy, co grała na nieznanym mi, wielostrunowym instrumencie. Zapachniała kawa, jakby chciała mnie uwieść i niemal jej się udało. Fałszywe blondynki mijały nieprawdziwe brunetki i całkiem farbowanych rudzielców. Kwiaciarki całą swoją urodę oddały kwiatom i można było dostać oczopląsu pośród florystycznej różnorodności. Dzwon ratuszowy odhaczył połowę godziny, Niemcy odhaczyli kolejnego krasnala na mapie, kelner dla odmiany podsumował apetyt rodziny z południa Europy. W ogródkach kłębił się tłum głodny i spragniony wrażeń, podglądający przechodniów z wzajemnością. To chyba najpopularniejsza rynkowa zabawa. Podglądanie obcych. Jawnie. Z uśmiechem na ustach.

Podejrzane.


Pani w białych tenisówkach i sukience w wyblakłym błękicie uśmiechała się do własnych myśli tak wytrwale, że słońce zaczęło przedzierać się przez chmury, żeby się ogrzać w jego urodzie. Chyba lekko ją to zawstydziło, bo uśmiech ujęła w ramy własnych dłoni, żeby był bardziej intymnym. Dziewczęta ubrane w sweterki zapięte na pojedyncze guziki sugerowały, że lato minęło bezpowrotnie i czyniły tę sugestię bardzo wiarygodną powielając ją w nieskończoność. Na przystanku skumulował się jakiś klub żeńskich ciężarowców. Panie niskopienne i atletycznie zbudowane tuliły się do siebie, albo negocjowały najbliższe popołudnie z monitorem podpiętym do uszu. Starsza pani z wysiłkiem niosła pokaźne piersi do nieznanej teraźniejszości, a ja pomyślałem, że z wiekiem ludzie stają się coraz bardziej przeźroczyści. Chłopak w sportowym obuwiu, za cenę którego można wykarmić spore przedszkole przez tydzień szedł, jakby naukę chodzenia rozpoczął od zakupów eleganckiego sprzętu. No i sprzęt miał, tylko chodzić nie umiał zupełnie. Najwyraźniej oprócz kasy trzeba do tego choć odrobinę talentu.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Szara myszka.


Pani o niezwykle delikatnej konstrukcji i równie kruchej powłoce uśmiechała się nieznacznie, ale od tego uśmiechu miękła zimna i bezduszna szyba. Dobra nieznajoma (nie powiem stara, bo to byłoby już nadużycie) mijała mnie, gdy okazało się, że to sobowtór niezbyt starannie dopracowany, a oryginał, cokolwiek zaspany, pojawił się setkę kroków później. Widać dzień sobowtórów, bo pani energiczna, która nawet siedząc w bezruchu jest pełna życia wysiadła z autobusu, a dwa przystanki dalej zmierzała w stronę, gdzie wysiadła, co kłóciło mi się z podstawami fizyki. Aż tak rącza być nie mogła. Przechodząc obok budynku ochrony, skąd testosteron powinien tryskać gejzerami, a orły dyszeć wolą walki usłyszałem dyskusję na temat suplementów diety, co sprawiło, że zacząłem obawiać się o całość własnego jestestwa. Czyżby z nagła dojść miało do przebiegunowania płciowego? Może teraz samice będą agresorami, a samczyki z podkulonymi ogonkami będą piszczeć cichutko w kąciku rozglądając się trwożliwie? Nie wiem, ale na wszelki wypadek rozglądam się za zacisznym miejscem.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Mantra.


Kiedy pozwolić podświadomości na zbyt wiele swobody zdarzyć się mogą rozmaite nieprawdopodobieństwa. Do moich kroków przykleiła się myśl: „nieoczywista ścieżka przez las”. Jak guma do żucia podeszwy. Czasem przyczai się w zakamarku mnie i przeczeka jawną wrogość i dyskryminację. Dojrzewa pasożytując we mnie. Gdy zapomnę się kolejną teraźniejszością przejęty, pojawia się znienacka, jak szczeniak pragnący zabawy, by spętać moje nogi i myśli. Idę skandując wątek, obijający się wewnątrz czaszki w nieskończonych echach zmuszając stopy do zachowania rytmu. Szukałem dla niej domu, żeby osiadła gdzieś i poczuła się wreszcie u siebie. Nie potrafię skonsumować jej w żadnym opowiadaniu. Wybrała sobie mnie.

sobota, 10 sierpnia 2019

Charon.


Cmentarz ktoś otoczył murem tak wysokim, że bluszczom jego pacyfikacja zajęła co najmniej dwadzieścia lat. Winorośl pazernie gryzła cegły i wypijała wszystko, czym mogła ją nakarmić zaprawa łącząca cegły. Mieszkały w niej jakieś porzucone gniazda wysoko nad głowami widoczne późną jesienią, kiedy winna purpura szarpana wiatrem spływała w otchłań asfaltowej rzeki i niemiłosiernie deptana oponami ginęła, by odrodzić się wiosną równie nietrwale, uwijały się pająki, żeby utkać mgłę zwodniczą i wyłapać nocne ćmy zbyt nieostrożne, czy muszki zwabione aromatem fermentujących, dzikich owoców.

Wspiąłem się, gdy szlabany świateł zatrzymały ruch kołowy i okolica zamarła w bezruchu. Trzeszczała winorośl, jednak trzymała mocno muru, zakochana w nim na zabój. Szerokim na dwie cegły wierzchem ciągnął się ledwie widoczny pas tłuczonego szkła sterczącego z pokruszonej zaprawy, a dwa splecione węże z kolczastego druty wyliniały całkiem i cicho osypywały się rdzawe i niegroźne. Jakiś jawor podał mi dłoń, więc skorzystałem żeby nie szamotać się w tańcu na szkle. Zsuwałem się po szorstkiej korze trzymając się usłużnych gałęzi i nim się zasapałem wylądowałem w butwiejących liściach i kładących się do snu źdźbłach wszelkich chwastów.

Noc chyba tylko na to czekała i spadła z nagła zostawiając mnie sam na sam z bezwzroczem. Czułem jeszcze pod ręką ciepłą skórę jawora, a pod nogami szeleszczącą, ciepłą płaszczyznę jesiennego dywanu. Powietrze oswojone z ciszą i bezruchem trwało wokół bez niepokoju wsłuchane w bicie serca. Jedynego, które jeszcze mogło bić. Trzeba przyznać, że byłem tutaj mniejszością niespodzianą i tak odmienną od zastanego, że aż kusiło podejść i choć dotknąć. Mnie dotknąć. Wołałem nie myśleć kto, lub co miałoby mnie dotykać nocą na cmentarzu, który był wystarczająco stary, żeby nikt z żyjących nie pamiętał już jak bić potrafi serce tutejszych lokatorów.

Usiadłem, gdyż pozbawiony wzroku mógłbym tylko krzywdę sobie zrobić. Oparłem się plecami o uczynne drzewo i uczyłem swoje ciało cierpliwości. Wiatr zajrzał na chwilę, ale poszedł sobie znudzony miejscem, w którym jak zwykle nic się nie dzieje. Ziemia pachniała próchnicą. Miękką, ciepłą ziemią pełną wilgoci przechowywanej skwapliwie na gorsze czasy. Dało się już wyczuć zapach schnących liści i trawy posiwiałej od słońca, choć nocą rosa starała się wciąż ożywić zmęczone latem rośliny. Ogarek księżyca zakołysał się na krawędzi muru, ale chyba się skaleczył, bo został po tamtej stronie – zbyt mały widać, aby mur przeskoczyć. Niech dorasta w spokoju, choć przydałby się tu.

Siedziałem i słuchałem, jak chroboczą po murze maluteńkie nóżki owadów poszukujących pokarmu, jak bzyczą małymi skrzydłami kryjąc się przed głodem nietoperzy o skórzastych skrzydłach miękko uklepujących noc nade mną. Oczy mogłem spokojnie zamknąć, żeby nie wpadł mi w nie jakiś okruch nocy, pyłek strącony nieostrożnością lub złośliwością nadrzewnej drobnicy. Niewiele jest takich miejsc, gdzie milczenie jest aż tak naturalne i namacalne. Cisza, której można dotknąć i powąchać niemalże łaskotała mnie w uszy i nos. Bałem się, że kichnę i rozproszę ją i będzie się bardzo długo zbierać zanim wróci. Płocha ta cisza niezwykle. Dzika.

Siedziałem beztrosko i kurzyłem się, ale gdzie mi do skorupy, którą tu wszystko obrosło. Drzewa deponowały liście okrywając nimi nierówne, spękane płyty nagrobne i bawiły się w odwrócone scrabble połykając literki, które oczami wyobraźni widziałem z gotyckim sznytem wycięte w kamieniu i z liniejącymi złoceniami.

- Mogę? – znienacka ktoś zapytał, jakbym zajął ostatnią ławkę w parku, a on chciał przysiąść się do mnie.

Otworzyłem oczy, co niewiele wniosło poza tym, że dostrzegłem czerwony krąg żaru. Pytający palił fajeczkę, a kiedy wytężyłem wzrok zdawało mi się, że widzę kontur kogoś równie starego jak ten cmentarz i w pelerynie skrojonej na wzór angielski.

 - Proszę – nie bardzo wiedziałem, jak mam mu zrobić miejsce, żeby się dosiadł, bo przecież mógł się oprzeć o cokolwiek.

- Dziękuję – sapnął siadając obok mnie. Jego peleryna pachniała wełną i wilgocią, trochę fajką, a trochę starym kurzem, którego nigdzie nie brakowało – Tu nieczynne od dawna. Cmentarz nie przyjmuje nowych lokatorów… Poza tym wydajesz się pełny życia, więc trochę za wcześnie przyszedłeś. Odprowadzę cię do bramy. Wróć, kiedy przyjdzie pora. Może uda się jakoś ciebie tu wcisnąć. Oczywiście, jeśli pozostali się zgodzą.

Wstał i otrzepał się z liści, a potem wytrząsnął fajeczkę o nagrobny kamień. Starannie dogasił żar nim zdmuchnął go w ziemię. Chyba czekał na mnie, chociaż ledwie go widziałem. Ale wstałem i poszedłem za nim niepewnie stawiając kroki. Za to on szedł, jakby był nocnym stróżem, który na pamięć zna już każdy krok i pod butem poznaje gdzie się znajduje. Nie wiem jak, ale on wiedział w którą stronę należy iść. Schwytałem poły jego peleryny i szliśmy w milczeniu mijając nicość bezdenną i niedostrzegalną. Ciężkie dwuskrzydłowe wrota tarasowały przejście, ale o tym przekonałem się dopiero, gdy mój przewodnik uchylił jedno ze skrzydeł.

- Bywaj. I do zobaczenia – powiedział dość przyjaznym głosem i gdy tylko zrobiłem dwa kroki przez bramę zamknął ją bez wysiłku, pośród skrzypienia nieoliwionych zawiasów.

– Nie spiesz się, tu każdy zdąży – usłyszałem jeszcze, a potem kroki zaszeleściły na żwirowej alejce pełnej zeschłych liści oddalając się bez pośpiechu.

Rozejrzałem się wokół, a pod cmentarnym murem siedział chudziutki księżyc i patrzył na mnie z wyrzutem, że go ze sobą nie zabrałem. Też wolałbym, żeby poszedł ze mną, ale nie dał rady. Za to teraz miał buzię w podkówkę wygiętą i chyba się na mnie obraził, ale słowem się nie odezwał. Chciałem coś powiedzieć na zgodę, kiedy oświetlił żelazną bramę pełną rdzewiejących zdobień. Poszedłem wzrokiem za jego wskazówką i usiadłem. Brama była wielką kłódką zamknięta na łańcuch…

Perfidia.


Przed niedoskonałością ludzkiego wzroku łatwo ukryć wszystko, co chce się ukryć i bez bardzo wyrafinowanych narzędzi wykrycie spisku wydaje się niemal niemożliwe. Zbrodnia doskonała, o jakiej marzą twórcy kryminałów. Masowy mord, o jakim śnią generałowie spragnieni kolejnej baretki na galowym mundurze, bo gwiazdki posiedli już wszystkie i kiedy nadciągają ze swoimi galaktykami i mgławicami, to mamią wzrok żeński do tego stopnia, że panie gotowe są im wybaczyć nawet mocno przechodzony, przywiędły PESEL.

A przecież laboratoria tętnią życiem i nierzadko całodobowo realizują się pomysły, od których szatan wije się z zazdrości, że nie jemu autorstwo przypiszą. Uczeń przerasta mistrza, co powinno być regułą. Wszak korzysta z doświadczeń nestora, więc startuje z wyższego pułapu, to i dojść powinien dalej. Szczególnie, kiedy etyki nie wpuści się za przeszklone drzwi dając jej po łapach tabliczką „ściśle tajne”, albo etykietą „bezpieczeństwo narodowe” oślepi się ją i zniewoli.

Ja? Mnie kryją obie. I jeszcze po drodze kilku takich, którym do pełni galaktycznego szczęścia brakuje mojego sukcesu. Ostatnią gwiazdką mam się stać na ich firmamencie, jeżeli uda się zrealizować choć pierwszy etap. Patrzę na pryszczatego młodzieńca, który krząta się i nadstawia ucha. Uczy się, ale zapewne donosi posiadaczom mgławic o każdym moim kroku. Jestem pewien, że do poznania mojego menu nie potrzebują grzebać w gównie – wystarczy zapytać pryszczatego, który jest jak na swój wiek uroczo cyniczny i sprzeda mnie bez drgnięcia powieki. Co będzie robił później? Skoro dziwką już został, więc nawet nie będzie musiał się przebranżawiać. Niedwuznacznie sugerował, że podzieli się ze mną własnym ciałem, ale zbeształem go, więc wziął się do roboty, i tylko gdy wypiję o kieliszek za dużo zerka na mnie znacząco.

Miałem do wyboru trzech, a gdybym miał kaprys oddaliby mi ich wszystkich na własność, żebym tylko przyspieszył prace. We wzroku wartowników strzegących tego bunkra widzę pewną niecierpliwość ilekroć wychodzę, żeby zapalić na świeżym powietrzu i popatrzeć na niebo. Patrzę w nie intensywnie i nie zamierzam tłumaczyć sierżantom, że zamierzam je skazić. Całe. Wszystko, co mieści się w dolnych partiach atmosfery stanie się moim wybiegiem, na którym będą się pasły, a może i mnożyły czarne owce. Diablątka, które wedrą się w każdą intymność i niepostrzeżenie opanują podświadomość każdego życia. Wystarczy jeden wdech, żeby wpuścić niewidzialnego wroga, a ten już przeprowadzi błyskawiczny szturm na kopułę i zawładnie neuronami. Osiodła mózg, założy mu wędzidło i będzie czekał na dyspozycje.

Wystarczyło zminiaturyzować bojowe słonie tak bardzo, żeby najlepsze szkło powiększające nie dało rady dostrzec inwazji. Szturmowe myśliwce, niczym wściekły, wygłodniały rój, ławica szpaków nieprzeliczonych splądruje miasta i przysiółki. Dotrze za szczelnie zamknięte drzwi prześlizgując się przez filtry klimatyzacji do najpilniej strzeżonych zakamarków świata. Do miejsc, które nie istnieją. I opanują personel, żeby stał się powolnym, jak nie były nawet dobrowolne niewolnice w bombonierkach haremów trzymane ku rozkoszy sułtana.

Asystent, który chciałby być bardziej osobistym, niż mam życzenie usiłuje przekupić mnie kawą, żebym wrócił do pracy. On nie wie. I nie dowie się, że został zainfekowany jako pierwszy. Nie dowie się do czasu, kiedy będzie mi potrzebny. Na razie raportuje bzdury do galaktycznej menażerii, a ja cierpliwie czekam na rozwój sytuacji. Wiem, że raz w miesiącu spotyka się z całą drogą mleczną. Chcę, żeby im zaniósł konia trojańskiego. Żeby podzielił się swoim wirusem z nimi. Z nich muszę zrobić nosicieli przyszłego porządku świata. Potrzebuję wsparcia i czasu. Oni mi go kupią mamiąc rządy uspokajającymi komunikatami i zapewnią dostęp do technologii masowego rozprowadzania nanokultur.

Zaniesie je we własnych płucach. Przedrą się przez kontrole i skanery. Przez rewizję osobistą, nawet, gdyby miała sięgnąć jelit. A oni będą chłonąć je nieświadomie, aż staną się niewolnikami. Jeszcze jest czas. Jeszcze powietrze jest bezpieczne. W miarę bezpieczne. Ale kiedy wypuszczę swoje nasienie… Kłamię – to oni wypuszczą je w świat i będą monitorować, żeby stężenie było wystarczające do bezwzględnego posłuszeństwa świata. Gryzę się w język nie po to, żeby nie mówić, bo milczeć potrafię aż nadto dobrze. Boję się, że mój rozmarzony uśmiech może naprowadzić kogoś na trop moich myśli.

Jeszcze trochę. Wytrzymam. Asystent jest dobrym nosicielem. Pacjentem zero. Dzisiaj dostanie do przetransportowania malutki prezencik dla ochrony. Oni w pierwszej kolejności mogliby narobić bałaganu w moim planie. Jeden telefon poirytowanego, podejrzliwego sukinsyna z zewnątrz i wypruliby ze mnie flaki nie używając narzędzi. Tych muszę mieć po swojej stronie szybko. Strasznie trudno pracuje się pod nieustającym nadzorem, ale już dzisiaj uda się przejąć kontrolę nad najbliższym otoczeniem. Dopiłem kawę i niecierpliwość gnała mnie do laboratorium, żeby poczynić ostatnie przygotowania, aby pryszczaty mógł stać się transporterem i zarazić personel uległością.

Wracałem zamyślony, lekko rozmarzony i dlatego zbyt późno zauważyłem, że coś jest nie tak, że chwila wykracza poza rutynę codzienności. W drzwiach stali ochroniarze, których nie było tu gdy wychodziłem na zewnątrz. Bez słowa skręcili kark pryszczatemu, a na mnie popatrzyli niemal przyjaźnie, gdy ujęli pod pachy i bardziej zanieśli, niż zaprowadzili do małego, wytłumionego pomieszczenia na peryferiach budynku. Nigdy tam jeszcze nie byłem i nawet nie podejrzewałem, że takie pomieszczenie znajduje się w obrębie tego gmachu. Przytroczyli mnie do jakiegoś rusztowania sprawnie i bezsłownie, po czym wyszli. Zanim zdumienie przerodziło się w strach drzwi otworzyły się po cichu i wszedł do środka starszy, na pozór rubaszny mężczyzna w zgniłozielonym mundurze.

- Widzisz durny? – zagaił przyjaźnie z zaśpiewem rodem z Petersburga – Taki łebski chłop, a taki nierozsądny. Egoista. Sam dla siebie ty chciał cały świat. A ja to sabaczka? A teraz ty mi będziesz mówił bardzo powoli i tak, żebym zrozumiał, bo pokroję na plasterki i każę nakarmić szczury. Zrealizujemy twój plan, ale to ja zajmę centralne miejsce. Sam widzisz, że nie nadajesz się na przywódcę nawet małego stadka, a co dopiero, gdybyś miał być carem wszechświata.

Milczałem łykając gorycz porażki. A przecież pryszczaty miał dzisiaj roznieść zarazę po obiekcie, a przy pierwszym spotkaniu kolegium połączonych sztabów i tam rozplenić wirusa. Potem już tylko bezwład armii i niewidzialne samoloty bez narodowości rozpylające nad coraz większym regionem podstępną bestię, która stłamsi bunt maluczkich. Taka wpadka tuż przed metą. Jak ten bezwzględny i prymitywny raczej generał odkrył, że to ostatni dzwonek, żeby przejąć pałeczkę? Skąd wiedział? A może blefuje? Łudziłem się, że to tylko próba, że kolejna prowokacja, żeby sprawdzić moją lojalność i podporządkowanie. Zaśmiał się chrapliwie i to bardzo złym śmiechem, jakby czytał w moich myślach.

- Posłuchaj durniu! – mrugnął do mnie i walnął na odlew w twarz, jakby to miało poprawić mi słuch – Nie igraj ze mną, bo bardzo szybko tego pożałujesz. Wpadłeś, bo jesteś beznadziejnym durniem. Trzeba było zerżnąć młodego, kiedy się prosił. A tak urażone uczucie musiało się wyżalić. Wyżalić i zemścić. I jak sądzisz, na czyim ramieniu się wyszlochał i kto mu wygodził tak, że śpiewał piękniej niż kanarek? Przydałby mi się jeszcze, bo myślał, że go kocham, ale już go zaraziłeś, a ja nie chcę ryzykować. Teraz ty będziesz śpiewał. I możesz mi wierzyć, że i ciebie zerżnę, jeśli będzie taka potrzeba. Chcesz?

piątek, 9 sierpnia 2019

Dziczyzna.


Dostałem w twarz i byłem tym tak zaskoczony, że nie wiedziałem, co z sobą począć. Patrzyłem na gospodynię, której wcale nie było do śmiechu, chociaż zupełnie nie zrozumiałem dlaczego. Przecież nie zrobiłem nic, co godne byłoby tak siarczystego policzka. Policzek szczypał i aż prosił się, żeby go pogłaskać i rozmasować czerwone pręgi po palcach. Wyglądała na lekko zawstydzoną i chyba też nie wiedziała co zrobić, bo patrzyła na mnie jakimś takim błagalnym spojrzeniem, że postanowiłem udawać, że to się nie wydarzyło i tylko w mojej głowie miało miejsce, kiedy oberwałem ponownie.

- Nie myśl – powiedziała zdumiewająco twardym głosem – Błagam, nie myśl. Tu… Nie wolno…

Już patrzyłem na nią kwadratowym wzrokiem, który teraz nabrał chyba dodatkowych wymiarów, a w każdym był kanciasty i niewiele rozumiejący. Nie myśleć? A co w tym złego? Czemu przeszkadza gospodyni, że mój umysł podejmuje się wysiłku i bawi własną wyobraźnią. Szczypały mnie już oba policzki i chyba miałem rumieńce, a mars na czole ukonstytuował się i wrósł na stałe w kilku falujących zmarszczkach. Tylko patrzeć, jak podniesie ognisty… Trzeci strzał mnie niemal posadził, a gospodyni ze łzami w oczach patrzyła jak osuwam się i przysiadam ciężko na ławie.

- Nie myśl proszę – szepnęła – Tu myśli potrafią zmartwychwstać i stać się wcieleniem piekła na ziemi. Ostatnio… Pamiętasz Zenka? Tego, któremu humor pozwalał śmiać się każdego dnia, choćby z nieba sypał się lodowy kawior, albo płynny ołów, bez różnicy. Potrafił słowem udobruchać wściekłego wilka, a tu przyszedł i nie zdążyłam go powstrzymać przed żartem niewybrednym, który podniósł się z podłogi, okrzepł i rozdarł Zenka na pół i zeżarł mu serce nim przestało drgać. A potem kopniakiem zdemolował ścianę i wyszedł na świat polować na następne, zupełnie nieświadome ofiary.

Po głowie kluły mi się jakieś strzępy wiadomości, które uważałem za dziennikarską kaczkę, o jakimś wampirze polującym nie tylko nocami w naszym mieście i obławach czynionych nieustannie. Wreszcie jakaś strzelanina i hymny pochwalne dla czarno odzianych służb we wszelakich mediach fetowały dramatyczny finał polowania. Podobno zginął na miejscu naszpikowany taką ilością kul, że mógłby stać się trzosem na patrony. Usiłowałem posklejać strzępy wiedzy, żeby dostać wyraźniejszy obraz, lecz gospodyni ponownie udzieliła mi lekcji. Czułem się obity lepiej niż niedzielny kotlet nim trafi na patelnię, ale chyba tylko tak mogła mnie powstrzymać.

Nie poradzę, że myśli klują się we mnie niemal samoistnie i dojrzewają w półświadomości, żeby wypłynąć na powierzchnię zmysłów już ukształtowane i dojrzałe. Jak aligatory… Znowu dostałem po łbie, co było nie dość, że irytujące, to spóźnione. Pod ścianami zaczynało uwijać się nieoczekiwane przeze mnie życie i uśmiechało się wydłużoną paszczą pełną perłowych, nieużywanych jeszcze zębów. Moja podświadomość nie wstydziła się wcale i takich okazów pozazdrościłby mi każdy z filmowych łowców krokodyli. Gospodyni wzruszyła ramionami, gdy na jej tapczanie spod kowbojskiego kapelusza zaczął wyrastać zarośnięty i cokolwiek śmierdzący amator krokodylich skór i innych trofeów. Zafascynowani patrzyliśmy jak zagwizdał z podziwem patrząc na pełzające gady, jak strzyknął śliną na dywan, który aż się wzdrygnął od takiego afrontu. A potem traper poszedł do ataku i usiłował wyszarpnąć aligatorom języki i dusił je wbijając nieprawdopodobnie silne kolana w podbrzusza, podgardla i między oczy gadzio ociężałe i pozornie bierne.

Zaskoczył bydlęta, bo zanim się ocknęły i ruszyły skomasowaną ławą połowa z nich czekała już na wypatroszenie i przetwórstwo na galanterię skórzaną. Szedł, brodził w posoce i deptał jaja, które zalęgły się w mojej głowie. Patrzyłem i czekałem na ciąg dalszy, aż traper łypnął na mnie niedobrym wzrokiem. Najwyraźniej zbyt długo przyszło mu popełniać życie samotnika, gdyż znalazł we mnie rywala. We mnie? Przecież pierwszy z tych aligatorów zrobiłby ze mnie sieczkę, albo nawóz w zależności, jaki miałby kaprys, a o tym, żeby gada przyszpilić kolanem do podłogi i unieruchomić, to nawet marzyc nie umiałem.

Zsunął kapelusz do tyłu, znów strzyknął śliną, jakby to było zawołanie bojowe i ruszył na mnie jak machina oblężnicza. Patrzył to na mnie, to na gospodynię i zaczęła mi świtać w głowie myśl, że ona ma być wojennym łupem, kiedy ja osunę się w przeszłość zdeptany dzikim pożądaniem. Jakiś aligator stanął mu na drodze, więc go sponiewierał kopniakiem wystarczająco mocnym, żeby zielonoskóry wyrżnął w ścianę i znieruchomiał ostatecznie. Pozostałe czmychały niczym króliki starając się zniknąć z życiorysu łowcy i z okolicy, w której realizuje swoje osobliwe pasje.

A kiedy był już tak blisko mnie, że poczułem jak śmierdzi mu z ust gospodyni zademonstrowała sztukę walki, jakiej uczą się kobiety, żeby mieć szanse w starciu z dyszącym pożądaniem. Łowca stęknął, a i ja poczułem psychiczny ból widząc jak rosną mu oczy, gdy kolanami przywalił w oczy złamany w pół niczym szwajcarski scyzoryk. Ostatni z krokodyli w akcie zemsty rzucił się na wijące się z bólu członki i zagryzł łowcę w okamgnieniu. Na własną zgubę resztą, gdyż łowca był absolutnie niestrawny i toksyczny wielce. Gad wił się w agonii leżąc tuż obok zagryzionego łowcy. Kapelusz więdł obok nich jak niepodlewany od dawna boczniak. Takiego grzyba…

Znów zapiekł mnie policzek, a gospodyni kopniakiem gnała mnie w stronę drzwi. Szczęściem nie stosowała ciosów na miarę tego, którym poczęstowała łowcę krokodyli, bo… Ostatni kopniak wywalił mnie bez pardonu za drzwi.

- No! – sapnęła – tam sobie możesz myśleć co chcesz. A do mnie przyjdź, jak się nauczysz panować nad własnym umysłem. I popytaj, czy ktoś nie potrzebuje ze trzy tony mięsa i skór.

Z humorem pod pachę


Latem natura jest syta i zapewne dlatego pozwala rybce schnąć na prawym boku na płytce chodnikowej. Dzień wyraźnie sprzyjał bogatszym cieleśnie osobnikom płci dowolnej i po wczorajszej oszczędności zostało tylko smętne wspomnienie. Z braku lepszych pomysłów poszedłem obejrzeć szuwary, wśród których pyszniły się tatarakowe pałki. Podziwiałem daglezje, głaskałem jodły i współczułem mirabelkom. Przyglądałem się panu, który w majtkach i koszulce brodził Rzeką poszukując czegoś na dnie, ale nie zaangażowałem zmysłów aż tak, by doczekać spełnienia. Poszedłem pod lipami napęczniałymi od jagód, pod dębami, grabami, czy platanami, żeby nacieszyć się niespiesznym marszem. Zdaje się, że przez jakiś czas byłem samowystarczalny. Dopiero młoda pani wstająca z betonowej ławeczki obudziła mój wzrok. Do pośladków przykleiła się jej kolorowa gazeta i miała nieprzepartą chęć pozostać wtulona w kobiece ciepło, gdyż broniła się z całych sił przed odklejeniem, trzepocząc przy ty pozostałymi kartkami. Pewnie zawartość była istotna, bo pani, nie zważając na mój wzrok usiłowała odkleić błyszczący papier od siebie tak, by go nie podrzeć. Zerkała na mnie i śmiała się chyba nawet bardziej niż ja. Bo przecież wyzbyty byłem nawet zamiaru złośliwości w tym uśmiechu.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Przychylność zewnętrza.


Pani była cieleśnie uposażona tak skromnie, że mogła sobie pozwolić wyłącznie na bardzo subtelne tatuaże. Bluzeczka zwisała z niej, jak zwisają flagi nie niepokojone wiatrem, a pięty miała oklejone plastrami. Widać, bardzo krucha i delikatna z niej istota. Inna wdzięcznie wypełniała spłowiałe dżinsy i robiła to tak skrupulatnie, że aż miło. Pomyślałem lubieżnie, że projektant odzieży mógłby dla niej opracować specjalny model z trójwymiarową mapą Tatr, czy Appalachów. Wierzę, że doskonale poradziłaby sobie z ich uwypukleniem, ku radości spontanicznych turystów zwiedzających je wzrokowo niebieskim szlakiem, który jak powszechnie wiadomo ciągnie się głównym pasmem gór nie omijając znaczących wzniesień. Nad starym browarem pochylało się stado żurawi i wnikliwie przyglądało się ludzkiej krzątaninie. Kolejne lofty wypełnią przemysłowe przestrzenie miejskie. Dwie nie całkiem prawdziwe blondynki z osobna przecierały mój codzienny szlak, a dwie kolejne wypatrywały zagrożeń z wysokości rowerowych siodełek. Przy takiej ochronce nic dziwnego, że dotarłem cały, zdrowy i zadowolony do celu.