Wystarczyło wyjść z domu pięć minut wcześniej, żeby się przekonać, jak
obce jest Miasto. Inni ludzie, nawet powietrze zimniejsze, na rzece dzikie
kaczki rzeźbiły w rzęsie wodnej labirynty, a w autobusie przeważać zaczęła płeć
brzydsza. Dwie młode niewiasty idące przede mną zaplotły ręce pod biustem i
kciukami podtrzymywały łokcie. Myślałem, że to z powodu delikatności żeber, albo
skóry usiłują odsunąć łokcie od ciała, aby siebie nie posiniaczyć. Kiedy
zobaczyłem starszą od nich kobietę czekającą na transport w pozie identycznej
pomyślałem, że o poranku to jakaś standardowa praktyka, może gimnastyka, albo
ręczne wsparcie dla wciąż śpiących piesi. Niebo zupełnie niezdecydowane
ciemniało i jaśniało na przemian, jakby było kalejdoskopem turlającym się po
nierównościach chodnika i przyglądającym się, jak między kostkami brukowymi
osiedla się szczaw. Nie zrażony płynącą z prądem Rzeki motorówką policyjną
wędkarz łowił ryby nieopodal mostu i przyglądał się jadącej na hulajnodze pani
wyrośniętej bujnie. Pani przyglądała się przestrzeni po drugiej stronie wody i
za nic miała milczący zachwyt wędkarza. Faktem jest, że nie dał pani
najmniejszej szansy, żeby zauważyła rodzące się uczucia i adorował oddalające
się zaplecze.
środa, 14 sierpnia 2019
wtorek, 13 sierpnia 2019
Zabawa.
Pani uplotła z włosów dwa rude rogi i maszerowała dumnie w świat
szukając ofiar. Upał układał się na asfalcie i wygrzewał się całkiem
bezwstydnie. Nocny deszcz szybko stał się wspomnieniem nie całkiem realnym i
tylko fontanny kipiały energią. Zanurzyłem się w wielonarodowy zgiełk i
poczułem, że tęskniłem za taką chwilą, kiedy pochłonięty przez obojętny tłum
slalomem przemierzam połacie rynku, by nie nadepnąć niemal zaginionego dziecka,
czy nie wedrzeć się pomiędzy ślepe z miłości usta szukające drugich. Uskakiwałem
przed obiektywem, bo nie mnie chcieli uwiecznić turyści, tylko panią zza
wschodniej granicy, co grała na nieznanym mi, wielostrunowym instrumencie. Zapachniała
kawa, jakby chciała mnie uwieść i niemal jej się udało. Fałszywe blondynki mijały nieprawdziwe brunetki i całkiem farbowanych rudzielców. Kwiaciarki całą swoją
urodę oddały kwiatom i można było dostać oczopląsu pośród florystycznej różnorodności. Dzwon
ratuszowy odhaczył połowę godziny, Niemcy odhaczyli kolejnego krasnala na
mapie, kelner dla odmiany podsumował apetyt rodziny z południa Europy. W
ogródkach kłębił się tłum głodny i spragniony wrażeń, podglądający przechodniów
z wzajemnością. To chyba najpopularniejsza rynkowa zabawa. Podglądanie obcych. Jawnie.
Z uśmiechem na ustach.
Podejrzane.
Pani w białych tenisówkach i sukience w wyblakłym błękicie uśmiechała
się do własnych myśli tak wytrwale, że słońce zaczęło przedzierać się przez
chmury, żeby się ogrzać w jego urodzie. Chyba lekko ją to zawstydziło, bo
uśmiech ujęła w ramy własnych dłoni, żeby był bardziej intymnym. Dziewczęta
ubrane w sweterki zapięte na pojedyncze guziki sugerowały, że lato minęło bezpowrotnie
i czyniły tę sugestię bardzo wiarygodną powielając ją w nieskończoność. Na
przystanku skumulował się jakiś klub żeńskich ciężarowców. Panie niskopienne i atletycznie
zbudowane tuliły się do siebie, albo negocjowały najbliższe popołudnie z
monitorem podpiętym do uszu. Starsza pani z wysiłkiem niosła pokaźne piersi do
nieznanej teraźniejszości, a ja pomyślałem, że z wiekiem ludzie stają się coraz
bardziej przeźroczyści. Chłopak w sportowym obuwiu, za cenę którego można wykarmić
spore przedszkole przez tydzień szedł, jakby naukę chodzenia rozpoczął od
zakupów eleganckiego sprzętu. No i sprzęt miał, tylko chodzić nie umiał
zupełnie. Najwyraźniej oprócz kasy trzeba do tego choć odrobinę talentu.
poniedziałek, 12 sierpnia 2019
Szara myszka.
Pani o niezwykle delikatnej konstrukcji i równie kruchej powłoce
uśmiechała się nieznacznie, ale od tego uśmiechu miękła zimna i bezduszna szyba.
Dobra nieznajoma (nie powiem stara, bo to byłoby już nadużycie) mijała mnie,
gdy okazało się, że to sobowtór niezbyt starannie dopracowany, a oryginał,
cokolwiek zaspany, pojawił się setkę kroków później. Widać dzień sobowtórów, bo
pani energiczna, która nawet siedząc w bezruchu jest pełna życia wysiadła z
autobusu, a dwa przystanki dalej zmierzała w stronę, gdzie wysiadła, co kłóciło
mi się z podstawami fizyki. Aż tak rącza być nie mogła. Przechodząc obok budynku
ochrony, skąd testosteron powinien tryskać gejzerami, a orły dyszeć wolą walki
usłyszałem dyskusję na temat suplementów diety, co sprawiło, że zacząłem
obawiać się o całość własnego jestestwa. Czyżby z nagła dojść miało do
przebiegunowania płciowego? Może teraz samice będą agresorami, a samczyki z
podkulonymi ogonkami będą piszczeć cichutko w kąciku rozglądając się
trwożliwie? Nie wiem, ale na wszelki wypadek rozglądam się za zacisznym
miejscem.
niedziela, 11 sierpnia 2019
Mantra.
Kiedy pozwolić
podświadomości na zbyt wiele swobody zdarzyć się mogą rozmaite nieprawdopodobieństwa.
Do moich kroków przykleiła się myśl: „nieoczywista ścieżka przez las”. Jak guma
do żucia podeszwy. Czasem przyczai się w zakamarku mnie i przeczeka jawną wrogość
i dyskryminację. Dojrzewa pasożytując we mnie. Gdy zapomnę się kolejną teraźniejszością
przejęty, pojawia się znienacka, jak szczeniak pragnący zabawy, by spętać moje nogi
i myśli. Idę skandując wątek, obijający się wewnątrz czaszki w nieskończonych
echach zmuszając stopy do zachowania rytmu. Szukałem dla niej domu, żeby
osiadła gdzieś i poczuła się wreszcie u siebie. Nie potrafię skonsumować jej w
żadnym opowiadaniu. Wybrała sobie mnie.
sobota, 10 sierpnia 2019
Charon.
Cmentarz
ktoś otoczył murem tak wysokim, że bluszczom jego pacyfikacja zajęła co
najmniej dwadzieścia lat. Winorośl pazernie gryzła cegły i wypijała wszystko,
czym mogła ją nakarmić zaprawa łącząca cegły. Mieszkały w niej jakieś porzucone
gniazda wysoko nad głowami widoczne późną jesienią, kiedy winna purpura szarpana
wiatrem spływała w otchłań asfaltowej rzeki i niemiłosiernie deptana oponami
ginęła, by odrodzić się wiosną równie nietrwale, uwijały się pająki, żeby utkać
mgłę zwodniczą i wyłapać nocne ćmy zbyt nieostrożne, czy muszki zwabione
aromatem fermentujących, dzikich owoców.
Wspiąłem
się, gdy szlabany świateł zatrzymały ruch kołowy i okolica zamarła w bezruchu.
Trzeszczała winorośl, jednak trzymała mocno muru, zakochana w nim na zabój.
Szerokim na dwie cegły wierzchem ciągnął się ledwie widoczny pas tłuczonego
szkła sterczącego z pokruszonej zaprawy, a dwa splecione węże z kolczastego
druty wyliniały całkiem i cicho osypywały się rdzawe i niegroźne. Jakiś jawor
podał mi dłoń, więc skorzystałem żeby nie szamotać się w tańcu na szkle.
Zsuwałem się po szorstkiej korze trzymając się usłużnych gałęzi i nim się
zasapałem wylądowałem w butwiejących liściach i kładących się do snu źdźbłach
wszelkich chwastów.
Noc
chyba tylko na to czekała i spadła z nagła zostawiając mnie sam na sam z
bezwzroczem. Czułem jeszcze pod ręką ciepłą skórę jawora, a pod nogami
szeleszczącą, ciepłą płaszczyznę jesiennego dywanu. Powietrze oswojone z ciszą
i bezruchem trwało wokół bez niepokoju wsłuchane w bicie serca. Jedynego, które
jeszcze mogło bić. Trzeba przyznać, że byłem tutaj mniejszością niespodzianą i
tak odmienną od zastanego, że aż kusiło podejść i choć dotknąć. Mnie dotknąć.
Wołałem nie myśleć kto, lub co miałoby mnie dotykać nocą na cmentarzu, który
był wystarczająco stary, żeby nikt z żyjących nie pamiętał już jak bić potrafi
serce tutejszych lokatorów.
Usiadłem,
gdyż pozbawiony wzroku mógłbym tylko krzywdę sobie zrobić. Oparłem się plecami
o uczynne drzewo i uczyłem swoje ciało cierpliwości. Wiatr zajrzał na chwilę,
ale poszedł sobie znudzony miejscem, w którym jak zwykle nic się nie dzieje.
Ziemia pachniała próchnicą. Miękką, ciepłą ziemią pełną wilgoci przechowywanej
skwapliwie na gorsze czasy. Dało się już wyczuć zapach schnących liści i trawy
posiwiałej od słońca, choć nocą rosa starała się wciąż ożywić zmęczone latem
rośliny. Ogarek księżyca zakołysał się na krawędzi muru, ale chyba się
skaleczył, bo został po tamtej stronie – zbyt mały widać, aby mur przeskoczyć.
Niech dorasta w spokoju, choć przydałby się tu.
Siedziałem
i słuchałem, jak chroboczą po murze maluteńkie nóżki owadów poszukujących
pokarmu, jak bzyczą małymi skrzydłami kryjąc się przed głodem nietoperzy o
skórzastych skrzydłach miękko uklepujących noc nade mną. Oczy mogłem spokojnie
zamknąć, żeby nie wpadł mi w nie jakiś okruch nocy, pyłek strącony
nieostrożnością lub złośliwością nadrzewnej drobnicy. Niewiele jest takich
miejsc, gdzie milczenie jest aż tak naturalne i namacalne. Cisza, której można
dotknąć i powąchać niemalże łaskotała mnie w uszy i nos. Bałem się, że kichnę i
rozproszę ją i będzie się bardzo długo zbierać zanim wróci. Płocha ta cisza
niezwykle. Dzika.
Siedziałem
beztrosko i kurzyłem się, ale gdzie mi do skorupy, którą tu wszystko obrosło.
Drzewa deponowały liście okrywając nimi nierówne, spękane płyty nagrobne i
bawiły się w odwrócone scrabble połykając literki, które oczami wyobraźni
widziałem z gotyckim sznytem wycięte w kamieniu i z liniejącymi złoceniami.
- Mogę? –
znienacka ktoś zapytał, jakbym zajął ostatnią ławkę w parku, a on chciał
przysiąść się do mnie.
Otworzyłem
oczy, co niewiele wniosło poza tym, że dostrzegłem czerwony krąg żaru. Pytający
palił fajeczkę, a kiedy wytężyłem wzrok zdawało mi się, że widzę kontur kogoś
równie starego jak ten cmentarz i w pelerynie skrojonej na wzór angielski.
- Proszę – nie bardzo wiedziałem, jak mam mu
zrobić miejsce, żeby się dosiadł, bo przecież mógł się oprzeć o cokolwiek.
- Dziękuję –
sapnął siadając obok mnie. Jego peleryna pachniała wełną i wilgocią, trochę
fajką, a trochę starym kurzem, którego nigdzie nie brakowało – Tu nieczynne od
dawna. Cmentarz nie przyjmuje nowych lokatorów… Poza tym wydajesz się pełny
życia, więc trochę za wcześnie przyszedłeś. Odprowadzę cię do bramy. Wróć,
kiedy przyjdzie pora. Może uda się jakoś ciebie tu wcisnąć. Oczywiście, jeśli
pozostali się zgodzą.
Wstał
i otrzepał się z liści, a potem wytrząsnął fajeczkę o nagrobny kamień.
Starannie dogasił żar nim zdmuchnął go w ziemię. Chyba czekał na mnie, chociaż
ledwie go widziałem. Ale wstałem i poszedłem za nim niepewnie stawiając kroki.
Za to on szedł, jakby był nocnym stróżem, który na pamięć zna już każdy krok i
pod butem poznaje gdzie się znajduje. Nie wiem jak, ale on wiedział w którą
stronę należy iść. Schwytałem poły jego peleryny i szliśmy w milczeniu mijając
nicość bezdenną i niedostrzegalną. Ciężkie dwuskrzydłowe wrota tarasowały
przejście, ale o tym przekonałem się dopiero, gdy mój przewodnik uchylił jedno
ze skrzydeł.
- Bywaj. I do
zobaczenia – powiedział dość przyjaznym głosem i gdy tylko zrobiłem dwa kroki
przez bramę zamknął ją bez wysiłku, pośród skrzypienia nieoliwionych zawiasów.
– Nie spiesz się,
tu każdy zdąży – usłyszałem jeszcze, a potem kroki zaszeleściły na żwirowej
alejce pełnej zeschłych liści oddalając się bez pośpiechu.
Rozejrzałem
się wokół, a pod cmentarnym murem siedział chudziutki księżyc i patrzył na mnie
z wyrzutem, że go ze sobą nie zabrałem. Też wolałbym, żeby poszedł ze mną, ale
nie dał rady. Za to teraz miał buzię w podkówkę wygiętą i chyba się na mnie
obraził, ale słowem się nie odezwał. Chciałem coś powiedzieć na zgodę, kiedy
oświetlił żelazną bramę pełną rdzewiejących zdobień. Poszedłem wzrokiem za jego
wskazówką i usiadłem. Brama była wielką kłódką zamknięta na łańcuch…
Perfidia.
Przed
niedoskonałością ludzkiego wzroku łatwo ukryć wszystko, co chce się ukryć i bez
bardzo wyrafinowanych narzędzi wykrycie spisku wydaje się niemal niemożliwe.
Zbrodnia doskonała, o jakiej marzą twórcy kryminałów. Masowy mord, o jakim śnią
generałowie spragnieni kolejnej baretki na galowym mundurze, bo gwiazdki
posiedli już wszystkie i kiedy nadciągają ze swoimi galaktykami i mgławicami,
to mamią wzrok żeński do tego stopnia, że panie gotowe są im wybaczyć nawet
mocno przechodzony, przywiędły PESEL.
A
przecież laboratoria tętnią życiem i nierzadko całodobowo realizują się
pomysły, od których szatan wije się z zazdrości, że nie jemu autorstwo
przypiszą. Uczeń przerasta mistrza, co powinno być regułą. Wszak korzysta z
doświadczeń nestora, więc startuje z wyższego pułapu, to i dojść powinien
dalej. Szczególnie, kiedy etyki nie wpuści się za przeszklone drzwi dając jej
po łapach tabliczką „ściśle tajne”, albo etykietą „bezpieczeństwo narodowe”
oślepi się ją i zniewoli.
Ja?
Mnie kryją obie. I jeszcze po drodze kilku takich, którym do pełni
galaktycznego szczęścia brakuje mojego sukcesu. Ostatnią gwiazdką mam się stać
na ich firmamencie, jeżeli uda się zrealizować choć pierwszy etap. Patrzę na
pryszczatego młodzieńca, który krząta się i nadstawia ucha. Uczy się, ale
zapewne donosi posiadaczom mgławic o każdym moim kroku. Jestem pewien, że do
poznania mojego menu nie potrzebują grzebać w gównie – wystarczy zapytać
pryszczatego, który jest jak na swój wiek uroczo cyniczny i sprzeda mnie bez
drgnięcia powieki. Co będzie robił później? Skoro dziwką już został, więc nawet
nie będzie musiał się przebranżawiać. Niedwuznacznie sugerował, że podzieli się
ze mną własnym ciałem, ale zbeształem go, więc wziął się do roboty, i tylko gdy
wypiję o kieliszek za dużo zerka na mnie znacząco.
Miałem
do wyboru trzech, a gdybym miał kaprys oddaliby mi ich wszystkich na własność,
żebym tylko przyspieszył prace. We wzroku wartowników strzegących tego bunkra
widzę pewną niecierpliwość ilekroć wychodzę, żeby zapalić na świeżym powietrzu
i popatrzeć na niebo. Patrzę w nie intensywnie i nie zamierzam tłumaczyć
sierżantom, że zamierzam je skazić. Całe. Wszystko, co mieści się w dolnych
partiach atmosfery stanie się moim wybiegiem, na którym będą się pasły, a może
i mnożyły czarne owce. Diablątka, które wedrą się w każdą intymność i
niepostrzeżenie opanują podświadomość każdego życia. Wystarczy jeden wdech,
żeby wpuścić niewidzialnego wroga, a ten już przeprowadzi błyskawiczny szturm
na kopułę i zawładnie neuronami. Osiodła mózg, założy mu wędzidło i będzie
czekał na dyspozycje.
Wystarczyło
zminiaturyzować bojowe słonie tak bardzo, żeby najlepsze szkło powiększające
nie dało rady dostrzec inwazji. Szturmowe myśliwce, niczym wściekły,
wygłodniały rój, ławica szpaków nieprzeliczonych splądruje miasta i przysiółki.
Dotrze za szczelnie zamknięte drzwi prześlizgując się przez filtry klimatyzacji
do najpilniej strzeżonych zakamarków świata. Do miejsc, które nie istnieją. I
opanują personel, żeby stał się powolnym, jak nie były nawet dobrowolne niewolnice
w bombonierkach haremów trzymane ku rozkoszy sułtana.
Asystent,
który chciałby być bardziej osobistym, niż mam życzenie usiłuje przekupić mnie
kawą, żebym wrócił do pracy. On nie wie. I nie dowie się, że został
zainfekowany jako pierwszy. Nie dowie się do czasu, kiedy będzie mi potrzebny.
Na razie raportuje bzdury do galaktycznej menażerii, a ja cierpliwie czekam na
rozwój sytuacji. Wiem, że raz w miesiącu spotyka się z całą drogą mleczną.
Chcę, żeby im zaniósł konia trojańskiego. Żeby podzielił się swoim wirusem z
nimi. Z nich muszę zrobić nosicieli przyszłego porządku świata. Potrzebuję
wsparcia i czasu. Oni mi go kupią mamiąc rządy uspokajającymi komunikatami i
zapewnią dostęp do technologii masowego rozprowadzania nanokultur.
Zaniesie
je we własnych płucach. Przedrą się przez kontrole i skanery. Przez rewizję
osobistą, nawet, gdyby miała sięgnąć jelit. A oni będą chłonąć je nieświadomie,
aż staną się niewolnikami. Jeszcze jest czas. Jeszcze powietrze jest
bezpieczne. W miarę bezpieczne. Ale kiedy wypuszczę swoje nasienie… Kłamię – to
oni wypuszczą je w świat i będą monitorować, żeby stężenie było wystarczające
do bezwzględnego posłuszeństwa świata. Gryzę się w język nie po to, żeby nie
mówić, bo milczeć potrafię aż nadto dobrze. Boję się, że mój rozmarzony uśmiech
może naprowadzić kogoś na trop moich myśli.
Jeszcze
trochę. Wytrzymam. Asystent jest dobrym nosicielem. Pacjentem zero. Dzisiaj
dostanie do przetransportowania malutki prezencik dla ochrony. Oni w pierwszej
kolejności mogliby narobić bałaganu w moim planie. Jeden telefon poirytowanego,
podejrzliwego sukinsyna z zewnątrz i wypruliby ze mnie flaki nie używając
narzędzi. Tych muszę mieć po swojej stronie szybko. Strasznie trudno pracuje
się pod nieustającym nadzorem, ale już dzisiaj uda się przejąć kontrolę nad
najbliższym otoczeniem. Dopiłem kawę i niecierpliwość gnała mnie do
laboratorium, żeby poczynić ostatnie przygotowania, aby pryszczaty mógł stać
się transporterem i zarazić personel uległością.
Wracałem
zamyślony, lekko rozmarzony i dlatego zbyt późno zauważyłem, że coś jest nie
tak, że chwila wykracza poza rutynę codzienności. W drzwiach stali ochroniarze,
których nie było tu gdy wychodziłem na zewnątrz. Bez słowa skręcili kark
pryszczatemu, a na mnie popatrzyli niemal przyjaźnie, gdy ujęli pod pachy i
bardziej zanieśli, niż zaprowadzili do małego, wytłumionego pomieszczenia na
peryferiach budynku. Nigdy tam jeszcze nie byłem i nawet nie podejrzewałem, że
takie pomieszczenie znajduje się w obrębie tego gmachu. Przytroczyli mnie do
jakiegoś rusztowania sprawnie i bezsłownie, po czym wyszli. Zanim zdumienie przerodziło
się w strach drzwi otworzyły się po cichu i wszedł do środka starszy, na pozór
rubaszny mężczyzna w zgniłozielonym mundurze.
- Widzisz durny?
– zagaił przyjaźnie z zaśpiewem rodem z Petersburga – Taki łebski chłop, a taki
nierozsądny. Egoista. Sam dla siebie ty chciał cały świat. A ja to sabaczka? A
teraz ty mi będziesz mówił bardzo powoli i tak, żebym zrozumiał, bo pokroję na
plasterki i każę nakarmić szczury. Zrealizujemy twój plan, ale to ja zajmę
centralne miejsce. Sam widzisz, że nie nadajesz się na przywódcę nawet małego
stadka, a co dopiero, gdybyś miał być carem wszechświata.
Milczałem
łykając gorycz porażki. A przecież pryszczaty miał dzisiaj roznieść zarazę po
obiekcie, a przy pierwszym spotkaniu kolegium połączonych sztabów i tam
rozplenić wirusa. Potem już tylko bezwład armii i niewidzialne samoloty bez
narodowości rozpylające nad coraz większym regionem podstępną bestię, która
stłamsi bunt maluczkich. Taka wpadka tuż przed metą. Jak ten bezwzględny i
prymitywny raczej generał odkrył, że to ostatni dzwonek, żeby przejąć pałeczkę?
Skąd wiedział? A może blefuje? Łudziłem się, że to tylko próba, że kolejna
prowokacja, żeby sprawdzić moją lojalność i podporządkowanie. Zaśmiał się
chrapliwie i to bardzo złym śmiechem, jakby czytał w moich myślach.
- Posłuchaj
durniu! – mrugnął do mnie i walnął na odlew w twarz, jakby to miało poprawić mi
słuch – Nie igraj ze mną, bo bardzo szybko tego pożałujesz. Wpadłeś, bo jesteś
beznadziejnym durniem. Trzeba było zerżnąć młodego, kiedy się prosił. A tak
urażone uczucie musiało się wyżalić. Wyżalić i zemścić. I jak sądzisz, na czyim
ramieniu się wyszlochał i kto mu wygodził tak, że śpiewał piękniej niż kanarek?
Przydałby mi się jeszcze, bo myślał, że go kocham, ale już go zaraziłeś, a ja
nie chcę ryzykować. Teraz ty będziesz śpiewał. I możesz mi wierzyć, że i ciebie
zerżnę, jeśli będzie taka potrzeba. Chcesz?
piątek, 9 sierpnia 2019
Dziczyzna.
Dostałem
w twarz i byłem tym tak zaskoczony, że nie wiedziałem, co z sobą począć.
Patrzyłem na gospodynię, której wcale nie było do śmiechu, chociaż zupełnie nie
zrozumiałem dlaczego. Przecież nie zrobiłem nic, co godne byłoby tak
siarczystego policzka. Policzek szczypał i aż prosił się, żeby go pogłaskać i
rozmasować czerwone pręgi po palcach. Wyglądała na lekko zawstydzoną i chyba
też nie wiedziała co zrobić, bo patrzyła na mnie jakimś takim błagalnym
spojrzeniem, że postanowiłem udawać, że to się nie wydarzyło i tylko w mojej
głowie miało miejsce, kiedy oberwałem ponownie.
- Nie myśl –
powiedziała zdumiewająco twardym głosem – Błagam, nie myśl. Tu… Nie wolno…
Już
patrzyłem na nią kwadratowym wzrokiem, który teraz nabrał chyba dodatkowych
wymiarów, a w każdym był kanciasty i niewiele rozumiejący. Nie myśleć? A co w
tym złego? Czemu przeszkadza gospodyni, że mój umysł podejmuje się wysiłku i
bawi własną wyobraźnią. Szczypały mnie już oba policzki i chyba miałem
rumieńce, a mars na czole ukonstytuował się i wrósł na stałe w kilku falujących
zmarszczkach. Tylko patrzeć, jak podniesie ognisty… Trzeci strzał mnie niemal
posadził, a gospodyni ze łzami w oczach patrzyła jak osuwam się i przysiadam
ciężko na ławie.
- Nie myśl proszę
– szepnęła – Tu myśli potrafią zmartwychwstać i stać się wcieleniem piekła na
ziemi. Ostatnio… Pamiętasz Zenka? Tego, któremu humor pozwalał śmiać się
każdego dnia, choćby z nieba sypał się lodowy kawior, albo płynny ołów, bez
różnicy. Potrafił słowem udobruchać wściekłego wilka, a tu przyszedł i nie
zdążyłam go powstrzymać przed żartem niewybrednym, który podniósł się z
podłogi, okrzepł i rozdarł Zenka na pół i zeżarł mu serce nim przestało drgać.
A potem kopniakiem zdemolował ścianę i wyszedł na świat polować na następne,
zupełnie nieświadome ofiary.
Po
głowie kluły mi się jakieś strzępy wiadomości, które uważałem za dziennikarską
kaczkę, o jakimś wampirze polującym nie tylko nocami w naszym mieście i
obławach czynionych nieustannie. Wreszcie jakaś strzelanina i hymny pochwalne
dla czarno odzianych służb we wszelakich mediach fetowały dramatyczny finał
polowania. Podobno zginął na miejscu naszpikowany taką ilością kul, że mógłby
stać się trzosem na patrony. Usiłowałem posklejać strzępy wiedzy, żeby dostać
wyraźniejszy obraz, lecz gospodyni ponownie udzieliła mi lekcji. Czułem się
obity lepiej niż niedzielny kotlet nim trafi na patelnię, ale chyba tylko tak
mogła mnie powstrzymać.
Nie
poradzę, że myśli klują się we mnie niemal samoistnie i dojrzewają w
półświadomości, żeby wypłynąć na powierzchnię zmysłów już ukształtowane i
dojrzałe. Jak aligatory… Znowu dostałem po łbie, co było nie dość, że
irytujące, to spóźnione. Pod ścianami zaczynało uwijać się nieoczekiwane przeze
mnie życie i uśmiechało się wydłużoną paszczą pełną perłowych, nieużywanych
jeszcze zębów. Moja podświadomość nie wstydziła się wcale i takich okazów
pozazdrościłby mi każdy z filmowych łowców krokodyli. Gospodyni wzruszyła
ramionami, gdy na jej tapczanie spod kowbojskiego kapelusza zaczął wyrastać
zarośnięty i cokolwiek śmierdzący amator krokodylich skór i innych trofeów.
Zafascynowani patrzyliśmy jak zagwizdał z podziwem patrząc na pełzające gady,
jak strzyknął śliną na dywan, który aż się wzdrygnął od takiego afrontu. A
potem traper poszedł do ataku i usiłował wyszarpnąć aligatorom języki i dusił
je wbijając nieprawdopodobnie silne kolana w podbrzusza, podgardla i między
oczy gadzio ociężałe i pozornie bierne.
Zaskoczył
bydlęta, bo zanim się ocknęły i ruszyły skomasowaną ławą połowa z nich czekała
już na wypatroszenie i przetwórstwo na galanterię skórzaną. Szedł, brodził w
posoce i deptał jaja, które zalęgły się w mojej głowie. Patrzyłem i czekałem na
ciąg dalszy, aż traper łypnął na mnie niedobrym wzrokiem. Najwyraźniej zbyt
długo przyszło mu popełniać życie samotnika, gdyż znalazł we mnie rywala. We
mnie? Przecież pierwszy z tych aligatorów zrobiłby ze mnie sieczkę, albo nawóz
w zależności, jaki miałby kaprys, a o tym, żeby gada przyszpilić kolanem do
podłogi i unieruchomić, to nawet marzyc nie umiałem.
Zsunął
kapelusz do tyłu, znów strzyknął śliną, jakby to było zawołanie bojowe i ruszył
na mnie jak machina oblężnicza. Patrzył to na mnie, to na gospodynię i zaczęła
mi świtać w głowie myśl, że ona ma być wojennym łupem, kiedy ja osunę się w
przeszłość zdeptany dzikim pożądaniem. Jakiś aligator stanął mu na drodze, więc
go sponiewierał kopniakiem wystarczająco mocnym, żeby zielonoskóry wyrżnął w
ścianę i znieruchomiał ostatecznie. Pozostałe czmychały niczym króliki starając
się zniknąć z życiorysu łowcy i z okolicy, w której realizuje swoje osobliwe
pasje.
A
kiedy był już tak blisko mnie, że poczułem jak śmierdzi mu z ust gospodyni
zademonstrowała sztukę walki, jakiej uczą się kobiety, żeby mieć szanse w
starciu z dyszącym pożądaniem. Łowca stęknął, a i ja poczułem psychiczny ból
widząc jak rosną mu oczy, gdy kolanami przywalił w oczy złamany w pół niczym
szwajcarski scyzoryk. Ostatni z krokodyli w akcie zemsty rzucił się na wijące
się z bólu członki i zagryzł łowcę w okamgnieniu. Na własną zgubę resztą, gdyż
łowca był absolutnie niestrawny i toksyczny wielce. Gad wił się w agonii leżąc
tuż obok zagryzionego łowcy. Kapelusz więdł obok nich jak niepodlewany od dawna
boczniak. Takiego grzyba…
Znów
zapiekł mnie policzek, a gospodyni kopniakiem gnała mnie w stronę drzwi.
Szczęściem nie stosowała ciosów na miarę tego, którym poczęstowała łowcę
krokodyli, bo… Ostatni kopniak wywalił mnie bez pardonu za drzwi.
- No! – sapnęła –
tam sobie możesz myśleć co chcesz. A do mnie przyjdź, jak się nauczysz panować
nad własnym umysłem. I popytaj, czy ktoś nie potrzebuje ze trzy tony mięsa i
skór.
Z humorem pod pachę
Latem natura jest syta i zapewne dlatego pozwala rybce schnąć na
prawym boku na płytce chodnikowej. Dzień wyraźnie sprzyjał bogatszym cieleśnie
osobnikom płci dowolnej i po wczorajszej oszczędności zostało tylko smętne
wspomnienie. Z braku lepszych pomysłów poszedłem obejrzeć szuwary, wśród
których pyszniły się tatarakowe pałki. Podziwiałem daglezje, głaskałem jodły i
współczułem mirabelkom. Przyglądałem się panu, który w majtkach i koszulce
brodził Rzeką poszukując czegoś na dnie, ale nie zaangażowałem zmysłów aż tak,
by doczekać spełnienia. Poszedłem pod lipami napęczniałymi od jagód, pod
dębami, grabami, czy platanami, żeby nacieszyć się niespiesznym marszem. Zdaje
się, że przez jakiś czas byłem samowystarczalny. Dopiero młoda pani wstająca z
betonowej ławeczki obudziła mój wzrok. Do pośladków przykleiła się jej kolorowa
gazeta i miała nieprzepartą chęć pozostać wtulona w kobiece ciepło, gdyż
broniła się z całych sił przed odklejeniem, trzepocząc przy ty pozostałymi kartkami. Pewnie zawartość była istotna, bo
pani, nie zważając na mój wzrok usiłowała odkleić błyszczący papier od siebie
tak, by go nie podrzeć. Zerkała na mnie i śmiała się chyba nawet bardziej niż
ja. Bo przecież wyzbyty byłem nawet zamiaru złośliwości w tym uśmiechu.
czwartek, 8 sierpnia 2019
Przychylność zewnętrza.
Pani była cieleśnie uposażona tak skromnie, że mogła sobie pozwolić
wyłącznie na bardzo subtelne tatuaże. Bluzeczka zwisała z niej, jak zwisają
flagi nie niepokojone wiatrem, a pięty miała oklejone plastrami. Widać, bardzo
krucha i delikatna z niej istota. Inna wdzięcznie wypełniała spłowiałe dżinsy i
robiła to tak skrupulatnie, że aż miło. Pomyślałem lubieżnie, że projektant
odzieży mógłby dla niej opracować specjalny model z trójwymiarową mapą Tatr,
czy Appalachów. Wierzę, że doskonale poradziłaby sobie z ich uwypukleniem, ku
radości spontanicznych turystów zwiedzających je wzrokowo niebieskim szlakiem,
który jak powszechnie wiadomo ciągnie się głównym pasmem gór nie omijając znaczących
wzniesień. Nad starym browarem pochylało się stado żurawi i wnikliwie przyglądało
się ludzkiej krzątaninie. Kolejne lofty wypełnią przemysłowe przestrzenie
miejskie. Dwie nie całkiem prawdziwe blondynki z osobna przecierały mój
codzienny szlak, a dwie kolejne wypatrywały zagrożeń z wysokości rowerowych
siodełek. Przy takiej ochronce nic dziwnego, że dotarłem cały, zdrowy i
zadowolony do celu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)