niedziela, 25 sierpnia 2019

Antidotum.


Mechanizacja opanowuje kolejne gałęzie przemysłu. Kontrolowana coraz doskonalszą elektroniką eliminuje ograniczenia fizyczne życia codziennego. Postęp medycyny sprawia, że świat stał się miejscem zatłoczonym i niebezpiecznym, gdyż zbyt wielu dysponuje nadmiarem wolnego czasu bez uzasadnienia dla własnej, pasożytniczej egzystencji. A gdyby drastycznie ograniczyć populację, likwidując mimochodem większość cywilizacyjnych zagrożeń? Wielkie migracje do pozornych rajów, z wszechobecnym niedostatkiem, deficytem wody i pożywienia. Nadmierna emisja i katastrofalne ocieplenie na skalę trudną do powstrzymania…
Wystarczy zachować świat żeński, żeby uzyskać natychmiastową poprawę bez szkody dla gatunku. Męski? Starannie wyselekcjonowane okazy zamknięte w gettach, albo ogrodach zoologicznych stanowić będą odnawialny rezerwuar dla zachowania ciągłości gatunku.

sobota, 24 sierpnia 2019

All inclusive.


Trzeba przyznać, że dość trudno było JĄ zadowolić. Jak na księżniczkę przystało kaprysy miała pierwszoligowe i nie nawykła płacić za poślednią jakość… Prawdę powiedziawszy, nie nawykła w ogóle płacić. Nigdy i za nic. Wystarczyło, że oplotła ofiarę mglistym spojrzeniem wypielęgnowanym paluszkiem wskazując kaprys, aby czekać z gasnącą błyskawicznie cierpliwością na nieuchronne spełnienie.

Życzenie zdawało się być proste, choć wymagało mozolnej pracy, z jaką i Kopciuszek miałby kłopot, nawet uzbrojony w pomoc sił natury. Plaża miała być wysypana perłami. Czarnymi. I to bez najmniejszego wyjątku. Łącznie z obowiązkową ruchomą wydmą, na której miały zakwitać bezkolcowe błękitne róże, pstrokate orchidee, rajskie ptaki wić miały gniazda, a drzewa owocowe rodzić miały na wpół obrane już mandarynki, jabłuszka w łódeczkach i banany w plasterkach.

Skłoniłem ławicę ostryg do współpracy, ale wolę nie zdradzać, jakimi posłużyłem się argumentami, żeby zwiększyć ich wydajność. Były pracowite, choć sikały po nogach ze zmęczenia produkując garściami czarny, perłowy piach pierwszej jakości. Za niedoskonały kształt, albo kolor wyblakły karą był talerz przeznaczenia stawiany przed niezbyt jurnym, ale wystarczająco bogatym bubkiem, w celu konsumpcyjnego wzmocnienia sztywności organu ucisku płci słabszej ponoć (choć to hipoteza mocno naciągana). Skropione płaczem cytryn ostrygi dogorywały w przepastnych otchłaniach nienasycenia, co dopingowało pozostałe przy życiu do wzmożonego wysiłku.

Kiedy uporałem się z plażą, okazało się, że dno oceanu również należy wybrukować perłami, ale dla odmiany białymi. Zerknąłem na wycieńczone ostrygi, a one (jak jeden mąż) z rezygnacją poczłapały do talerzy przeznaczenia dając mi jednoznacznie do zrozumienia, że zostały wyeksploatowane po kres. Zatrudniłem somalijskich piratów do ograbienia plantacji na morzu południowochińskim, czy może na półwyspie malajskim… Jeden czort! Poszli w tango z morskimi rolnikami i dostarczyli lekko tylko okrwawione zastępy, które błyskawicznie nauczyłem posłuszeństwa demonstrując talerze przeznaczenia z wyczerpanymi ostrygami. Wzięły się do roboty i aż furczało od pereł toczących się na mokrą stronę brzegu.

Malachitowa bezludna wyspa dyskretnie zlokalizowana pośród toni i ubarwiająca wystrój, to już był pryszcz. Piraci odwiedzili parę kopalni, kilka muzeów i było po sprawie. Z bezludnością poszło jak z płatka (piraci nadal kotwiczyli tuż za widnokręgiem i gotowi byli spacyfikować każdą wyspę – łącznie z Wielką Brytanią i Australią, a na moim maleństwie zamierzali poćwiczyć rozmaite scenariusze inwazji). Nieco trudniej było z kolorem oceanu, który miał się wybarwiać w zależności od koloru stroju kąpielowego, żeby podkreślać niewątpliwą urodę nosicielki, ale nie przytłaczać własną doskonałością. To chyba zrozumiałe, że jednostka mniej więcej punktowa, choć z wielką aureolą, miała marne szanse konkurować z majestatem nieskończoności oceanu, więc musiał on służyć jako nienachalne tło. Oczywistym było, że wszelkie próby zajęcia pierwszego planu były niedopuszczalne, nawet pod nieobecność Majestatu.

Woda, co jest zrozumiałe, powinna być pełna wielokolorowych, żywych kwiatów, chętnych do głaskania i niejadowitych, a przy tym nie mogła cuchnąć rybami, żeby nie prowokować złośliwości, jakoby ciało księżniczki nawiązywało aromatem do wysłużonego kutra rybackiego. Woda, naturalnie osolona solą morską pierwszej jakości została przyprawiona rozmarynem z nutą mięty, a z odległych krain ostatnie drewniane żaglowce wiozły zapasy goździków i cynamonu.

Zostało wyczesać barany na firmamencie i wypolerować gwiazdy. Księżyc dramatycznie pełnoziarnisty, wielkogęby dostał w pysk, aż się zawinął w rogal wychudły i czuwał grzecznie za horyzontem czekając na wezwanie. Na wszelki wypadek na słusznym łańcuchu przytroczony do korwety, żeby znów nie zaczął samowolnych harców. Pejzaż był gotów do przeglądu i można było Księżniczkę zaprosić na inspekcję.

Kiedy sześciu niewolnych o naoliwionych ciałach ustawiało lektykę i budowało kurort z zadaszeniami, tarasami, knajpą z dancingiem, portem, molem, galerią handlową i lotniskiem dla helikopterów Księżna łaskawie wyjrzała, by oszołomić świat własną osobą. Udzielny minister od spraw cielesnych rozwinął przeźroczysty ręcznik wielkości boiska do futbolu amerykańskiego i grubości dwunastu cali, żeby największy z hipotetycznych gwoździ nie przedarł się w pobliże Majestatu, który właśnie rozwijał swoje… no przecież nie członki, lecz własną, niepokalaną kobiecość pielęgnowaną od… hmm… zagalopowałem się – szczęściem w myślach, bo jak nic szwadron obronno-zaczepny Jej Doskonałości przerobiłby mnie na krwisty dżem.

Półnadzy posłańcy w spódniczkach z morskiej trawy donosili napoje w kolorach tęczy w kryształowych szklankach pełnych kości lodu ciętych gdzieś na Grenlandii z ostatniego dogorywającego lodowca, kucharze grillowali samego Michellina, żeby na talerzu nie zabrakło gwiazdek, cygańska kapela z włoskim rodowodem i sprzętem kradzionym gdzieś na hawajskich plażach (nieśmiało podejrzewam współudział moich piratów) zaczynała grać oryginalną hiszpańską balladę ukradzioną przedpremierowo wprost z partytury mistrza sztuk wszelakich, by dogodzić Wielmożnej.

Słońce czołgało się na czworakach skarcone wzrokiem pełnym oburzenia, że raczy lizać to ciało doskonałe, mleczne i godne czci nieskończonej, wiatr merdał ogonem błagając o zauważenie, bo chciał się pochwalić biedaczysko, że na cześć Bogini wszystkie baranki na niebie zapędził tak, żeby żadne nie świeciło na Majestat odwłokiem, a każdy był błogo uśmiechnięty (pod karą dożywotniego szarpania na strzępy zgodnie ze wzorem ściągniętym z niepokornego Prometeusza). Dwuosobowy klimatyzator wachlarzami z piór właśnie wymierających gatunków układał powietrze w gładkie fale i loki, aby nadawało się do wchłonięcia i nie stanęło w gardle ością. Gondolierzy we frakach utrzymywali jednostki w pełnej gotowości, czekając chwili, by kuligiem wyruszyć w podróż dookoła malachitowej wyspy sunąc po promieniach zawstydzonego wciąż słońca.

Jej Łaskawość przedzierała się wzrokiem przez niedoskonały świat szukając uchybień gotowych skaleczyć jej subtelne zmysły, a miała ich zdecydowanie więcej od prostaczków, więc otoczenie zamarło w bogobojnym skupieniu czekając na polecenia. W pół drogi do pirackiej korwety po powierzchni pomarszczonego (? cóż za niedopatrzenie!) oceanu brykały delfiny świadome konsekwencji, gdyby zabawa nie została doceniona z brzegu, a pomiędzy barankami, niczym motyle fruwało wszystko, co potrafi fruwać usilnie starając się utrzymać jelita w bezczynności. Zabrakło tylko pingwinów, gdyż te z braku talentu do fruwania i strój adekwatny dla lokaja zostały oddelegowane do posług wszelakich z produkcją lodów włoskich na czele.

Pani przetoczyła się wzrokiem po najbliższej geografii, skubnęła z talerzyka jakąś nieistotność i wyssała jeden z kolorów drinka, który ukrywał się tuż pod parasolką, po czym zagaiła:

- No i co dalej? Nudno tu… Wymyśl coś. Baw mnie proszę…

piątek, 23 sierpnia 2019

Pierwsza runda.


Wysłał za mną swój cień. A potem drugi i następne. Skradały się bardzo cicho i sporo czasu musiało minąć, zanim się zorientowałem. Obejrzałem się raz i drugi, jednak wtedy jeszcze nie czułem niepokoju. Dopiero, kiedy przebiegły za mną na pasach jak wataha wilków niemal mnie osaczając poczułem, że miękną mi kolana. Przysiadły na chodniku i warowały. Czekały na mnie tam, bezpieczne już i niecierpliwe.

Odwróciłem się znienacka i pobiegłem najszybciej, jak umiałem. Schowałem się za rogiem ulicy, stając w jakieś zamkniętej bramie, gdy przebiegły zadyszane. Chciałem odetchnąć z ulgą, kiedy zawróciły. Jeden zawył złowieszczo, żeby pochwalić się przed stadem, że mnie odkrył. Nacisnąłem guzik domofonu i błagałem, żeby mnie ktoś wpuścił.

Kiedy brzęczek odezwał się byłem już mokry ze strachu, a stado zbliżało się siekąc ogonami zakurzony asfalt chodnika. Wśliznąłem się na klatkę schodową i starannie zamknąłem drzwi. Potem pobiegłem po schodach w górę sadząc susy po dwa-trzy stopnie. Z poziomu piętra zerknąłem na drzwi. Wciąż były zamknięte, jednak najodważniejszy cień wsadził już mordę wprost przez lite skrzydło.

Chwilę później pokazał się drugi, a trzeci, gdy zauważył sukces pobratymców skoczył przez przeszkodę i wylądował na czterech łapach ślizgając się na terakotowej podłodze. To było jak sygnał dla pozostałych i stado błyskawicznie zmaterializowało się na parterze kręcąc się, jakby szukało tropu. Nie czekałem dłużej. Zrezygnowałem z ostrożności i parłem pod górę biegiem trzymając się poręczy, żeby na zakrętach nie wpaść na jakieś drzwi od mieszkania i nie stracić rytmu.

Pode mną zagrzechotały pazury drapiące zimny kamień klatki schodowej. Szczęściem wyjście na dach nie było zamknięte na kłódkę i po kilku metalowych klamrach udało mi się wspiąć, by uchylić klapę. Wreszcie zaczęło sprzyjać szczęście. Przecież te bestie nie wejdą po takich klamrach. To trudniejsze nawet od wejścia na drabinę. No i klapa, którą oczywiście zamknę za sobą, chociaż pamiętam, co zrobiły w bramie wejściowej…

Ledwie wystawiłem głowę, wiatr oblizał mnie swoim chłodnym, lekko wilgotnym językiem. Śmierdział lepikiem, więc pewnie opalał się na dachu. Wyszedłem cały i stanąłem w pomarańczowym słońcu przytulającym się ze wstydem do drapacza chmur na zachód ode mnie. Skąd wiem, że na zachód? Pewnie stąd, że słońce powinno tam zasypiać, a wyglądało na mocno utrudzone dniem. Poszedłem w jego stronę bez pomysłu, co dalej. Wydawało mi się, że w mroku trudniej mi będzie uciekać, więc lepiej zostać w świetle, ile tylko się da.

Doszedłem do krawędzi dachu. Lekko podniesionej, ledwie na kilka cegieł nie wyglądających na renesansową attykę. Z wierzchu pokryta była blachą, jakby to był parapet. Słońce przyglądało mi się z zaciekawieniem. Może czekało, aż je pożegnam dobrym słowem, albo opowiem bajkę na dobranoc, kiedy ja musiałem wyrównać oddech po ucieczce. Obejrzałem się z niepokojem. Klapa wciąż była zamknięta, a na dachu prócz mnie nie było nikogo.

Odwracałem się właśnie znów w stronę słońca, gdy dostrzegłem go. Siedział w samym rogu dachu i przyglądał mi się kpiąco. Usiadłem i ja zwieszając ramiona. Skoro on tu jest, to wszelka ucieczka staje się absurdalna. Dokąd? Skoczyć z krawędzi wprost w objęcia rumianego słońca? Przecież mnie nie złapie. Dość ma swojej tułaczki, żeby się mną zajmować.

Buńczucznie pomyślałem, że z nim jednym, to może sobie poradzę, więc rzuciłem okiem raz jeszcze na klapę. Śmiał się. Ze mnie się śmiał, jakby czytał w moich myślach, a przez klapę wynurzało się stado drąc pazurami nasmołowaną powierzchnię . Gdyby umiała, to krwawiłaby, jak ja zacznę krwawić za chwilę. Obedrą mnie z życia nim dobrze krzyknę. Stanęły już półkolem, tyralierą i tłukły ogonami tak rytmicznie, jakby skończyły musztrę w kompanii reprezentacyjnej, albo ćwiczyły pływanie synchroniczne.

Przyszło żegnać się z życiem. Nie zamierzałem skamleć, bo stado strzygło uszami sugerując, że to daremny trud. A ten… oryginał… nadal się uśmiechał szyderczo. Strach ustąpił w obliczu wściekłości. Przekroczyłem granicę, za jaką strach przestał istnieć. Pompowałem w siebie powietrze w oddechach tak szybkich, że poczułem się pijany. Stanąłem na parapecie i zacisnąłem pięści.

Słońce rzuciło się na ratunek i przytrzymało mi plecy, żebym nie stracił równowagi. Okolony aureolą płomieni popatrzyłem na stado. Dziwne. Przestało tłuc ogonami, a co tchórzliwsze podkuliło go pod siebie. Tylko patrzeć, jak zaczną piszczeć! Nadzieja zakwitła we mnie i spłynęła w nogi. A potem wypłynęła ze mnie cieniem potężniejącym z każdą chwilą.

Stałem podtrzymywany słonecznym ramieniem na krawędzi dachu, a mój cień biegł w kierunku stada. Nie grzeszył wyrozumiałością. Sam widziałem, że kipi chęcią zemsty i lada moment rozszarpie to stado. Kiedy pierwszy opuścił szereg tyraliery było już po walce. Reszt podążyła za jego strachem i pognały wszystkie w kierunku rogu dachu.

Mój cień nie zamierzał odpuścić i ruszył w pościg. Stado żebrało u oryginała, żeby je ocalił. Zeskoczył z parapetu i pochłonął wystraszone bestie nim mój cień zawisł nad nim jak gradowa chmura. Sierść mu pociemniała i nie chciała przestać ciemnieć. Wyglądał, jakby każdy połknięty cień powodował, że stawał się głębszą ciemnością. Zbyt szybko pożarł te cienie i dopiero teraz widać było, że nabiera głębi. Słońce spadało coraz niżej i nie miało już sił trzymać się okien wyższych kondygnacji drapacza chmur, tylko schodziło na rękach piętro po piętrze, trzymając się gzymsów i parapetów.

Oryginał zlekceważył mój cień i podbiegł do mnie. Ciężkawo dość, ale wystarczająco szybko, żebym się zaniepokoił. Na szczęście mój cień czuwał i stanął tuż obok. We dwójkę mieliśmy spore szanse wygrać z tym wynaturzeniem, a ono patrzyło mi prosto w oczy, aż stygły mi zmysły.

- To było niezłe – powiedział z wyraźnym uznaniem – Do zobaczenia następnym razem.

A potem, odbiegł w stronę przeciwną słońcu i skoczył z dachu zbiegając cicho po wschodniej elewacji. Kiedy podszedłem do krawędzi był już tylko niknącą plamą na asfaltowej jezdni. Rozmywał się w mroku nocy. A może sam był nocą? Może wyciągał macki mordując każdy kształt i kolor? Coś zaskrobało pazurami na szkle. Chyba wspinał się na stojący samotnie przy krawężniku samochód.

- Więc jutro? Jesteśmy umówieni! – zaszeleściło z daleka tchnieniem, od którego poczułem spocone ciarki usiłujące ukryć się w moich butach.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Z prądem.


Niektórym los daje rozum i urodę, a talent podpiera ekonomicznie, dorzucając fizyczną doskonałość wolną od bolączek. Nawet gdy umrzeć przyjdzie, to wyszykuje śmierć lżejszą od szeptu motylich skrzydeł. Innym nieustannie odmawia wszystkiego i z wielką wytrwałością pilnuje, żeby trudno było dostrzec poprawę. Nie widzę reguły, ani najdrobniejszej choćby wskazówki, jednak niepokoi mnie myśl, czego może zażądać w zamian. Przecież nie istnieje darmowy obiad i ostatecznie ktoś musi za niego zapłacić. Choćby w rozpaczy.
A jeśli los już przydziela w zamian? Jeżeli piękni i zdolni szczodrze zostali obdarzeni, to czym zasłużyli się wcześniej? Inna sprawa, czy będą potrafili wykorzystać ową hojność.

Wielka improwizacja.


Jedne z kilkorga drzwi w stalowe i zielone dżdżownice zniknęły niepostrzeżenie i na korytarz cichcem wypełzł zza nich smród. Formalina? Muchozol? Nie jestem specjalistą od masowej aborcji drobnoustrojów, więc nie udało mi się zidentyfikować bezbłędnie woni, która snuła się po korytarzach szukając wrażliwych nozdrzy. Uciekłem czym prędzej i zaaferowany pilnym projektem zapomniałem uczulić pozostałych, by oszczędniej spacerowali po korytarzach. Uciekłem jednak niewystarczająco, gdyż pęcherz upomniał się o swoje i wynurzyłem się ponownie na korytarz, gdzie woń zdołała już spacyfikować wszystkie kąty i sięgała już zapewne stropu.

W kącie (oprócz smrodu) zmieścił się spory, przeźroczysty worek wypełniony śnieżnobiałym obuwiem marki crocks, stół z podwójnym, metalowym blatem i butelkami z tajemniczą, płynną chemią. Kiedy w zadumie mijałem rzecz posłyszałem za plecami harmider. Inne z drzwi obarczonych obowiązkiem niesienia w przyszłość śladów po pierścienicach otworzyły się i na korytarzu pojawiła się Ruda prowadząc zastęp pań w różnym wieku i białych kitlach.

Czmychnąłem w otchłań męskiej łazienki, by z ulgą podumać nad pisuarem. To pomieszczenie… to było jakieś laboratorium. Pozbawione okien, pełne przeszkleń dzielących na mniejsze części sporej wielkości przestrzeń i ta cuchnąca, sterylna zabudowa. Szafy w szkle i chromie, metalowe stoły, sejfy, i wieszaki na odzież ochronną… Być może wymyśliłem to samodzielnie, jednak oczami mojej szkaradnej wyobraźni dostrzegłem Rudą odzianą w maskę pe-gaz marki buldog jak rozpylaczem unicestwia kurz, roztocza i inne równie niewielkie insekty, bo te większe dawno już wyzdychały pod obcasem. Inkwizycja współczesna.

Służbowa łazienka nie jest miejscem nadającym się do dłuższych dywagacji, a o medytacji można zapomnieć, więc wróciłem, lekko tylko przyspieszając na wysokości brakujących drzwi. Zapewne ulga, że dotarłem bez strat własnych sprawiła, że znów milczeniem okryłem swoje oblicze i nie podzieliłem się odkryciem z nikim. Stanisław nie był tak delikatny.

- Coś cuchnie! – wygłosił komunikat zanim zamknął za sobą drzwi, co spotkało się z karcącym spojrzeniem pani Kasi, która nie mogła przejść do porządku dziennego z myślą, że Stanisław raczy wpuszczać fetor przed jej oblicze nieskazitelnie pachnące zdecydowaną dojrzałością, lekko tylko spatynowaną perfumami zbyt francuskimi, aby je marnować na utylizowanie odorów zewnętrznych.

- Mówię wam! – kontynuował zaledwie zawstydzony po zamknięciu drzwi – Ruda musiała coś wyhodować, a potem tłukli to ze Szparagiem, aż nie wybili do cna. Pamiętacie? Ostatnio Rudej nie było ani widać, ani słychać. Moim zdaniem Ruda ze Szparagiem przychodzili do pracy w nocy…

Stanisław zawiesił głos, wykazując się aktorskim talentem dramatycznym i powiódł wzrokiem po biurze. Nie dał rady ukryć, że w ramach tego wodzenia najchętniej trwale osiadłby wzrokiem na biuście pani Kasi niczym małż wyrzucony przypływem na piaszczystą plażę, by mógł tak dogorywać aż do śmierci licząc, że litościwa fala porwie go znów w otmęty, lub przeczekałby jakiś trias, czy jurę, żeby odrodzić się zachwyconym trylobitem kokoszącym się na domyślnej wypukłości, której urody nawet czas nie byłby w stanie wykruszyć.

- Otóż! – najwyraźniej zapamiętał się w roli – Ruda wyhodowała coś, czego Unia Europejska nie zamierzała adoptować, więc przyszła nocą ze Szparagiem i wytłukli całą niechcianą populację, a następnie chyłkiem pozbywali się korpus delicti. Być może karmili bezdomne koty, żeby ostatecznie pozbyć się śladów zbrodni. Kocie żołądki potrafią materiał dowodowy sprowadzić do zwyczajnego…

Piorunujący wzrok pani Kasi jednoznacznie wyraził opinię na temat ciągu dalszego wypowiedzi Stanisława i była to opinia zdecydowanie negatywna. Każdy wie, jak zwierzęta potrafią zbezcześcić zwłoki bez wnikania w ich zwyczaje związane z pochówkiem. Stanisław bliski wypowiedzenia słów niegodnych w obliczu pani Kasi zarumienił się od kołnierzyka w górę, a kto wie, czy rumieniec nie poszedł za podszeptem grawitacji w dół. Ja zarumieniłbym się zapewne po całej objętości, a nie tylko powierzchownie.

- Hmmm… - Stanisław chrząknął, żeby ukryć zmieszanie – A skoro już wybili i nie dali rady usunąć wszystkich ciał jednej nocy, to pozostałe zaczęły się rozkładać, więc je wynosili aż do skutku, pozostałe przechowując we wszystkich możliwych lodówkach. Czy ktoś z was zauważył, że lodówka w kuchni była kilka dni temu wypełniona surowym mięsem po brzegi?

Tu mnie załatwił lepiej, niżby walnął mnie łokciem w splot słoneczny. Faktycznie! Lodówka pełna była czegoś, co nie mogło być wątróbką dla dwojga, tylko było rąbanką na miarę małego wesela. Trudno było wyłuskać z szuflady mleczko do kawy. Musiałem zrezygnować, gdyż niesmak mnie przepełnił, gdy to mięso drgało w rytm posapywania sprężarki.

- A teraz wezwali ekipę sprzątającą w liczebności plutonu i dezynfekują do piwnic! – Stanisław zaperzył się i  musiał zakończyć mocnym akcentem, po czym powiódł wzrokiem ponownie i z satysfakcją osiadł na mieliźnie bujnej kobiecości, niechybnie jedynej godnej uwagi.

Pani Kasia strzepywała dyskretnie i z wdziękiem ten wzrok z siebie, gdy wszedł szef i spenetrował wzrokiem dość statyczną scenę w pracowni. Najwyraźniej krasomówczy popis Stanisława nie umknął jego czujności, gdyż położył na jego barkach swój wzrok w kolorze spłowiałego błękitu i wygłosił monolog ledwie unoszący się powyżej słyszalnego szeptu.

- Panie Stanisławie. W lodówce było mięso dla szefa z centrali. I zapewniam pana, że pochodzenie owego mięsa dalekie jest od pańskich domniemań, gdyż pochodziło z ostatniego polowania na dziki, a po badaniach weterynaryjnych nasz wspólny szef postanowił zakupić większą ilość w celu sporządzenia wytrawnych wędlin na planowaną uroczystość związaną z rozwojem firmy. Dlatego proszę nie opowiadać współpracownikom bzdur, tylko wziąć się do roboty i realizować cele przewidziane na bieżący rok. Ze zrozumieniem przyjmuję do wiadomości, że zarówno pan, jak i reszta załogi postanowili odpracować właśnie dzisiaj tę niefrasobliwość po godzinach w ramach rekompensaty za zmarnotrawiony czas pracy. Oczywiście pani Kasi nie możemy obarczyć odpowiedzialnością, więc proponuję rozłożyć ją proporcjonalnie na pozostałych.

Szef nie jest od dyskutowania, tylko od wydawania poleceń, więc nic dziwnego, że po zakomunikowaniu nam swojej woli skinął na panią Kasię, żeby za jej szlachetnym pośrednictwem doprecyzować swoją wolę, gdy tylko podzieli się nią w zaciszu gabinetu i przełoży na słowa dostępne prostaczkom. Pani Kasia odpłynęła miękko niczym żaglowiec wiedziony cumą holownika by bezpiecznie dotrzeć do macierzystego portu. Biodrami rozsuwała nadmiar powietrza na boki, a my staliśmy z minami niezbyt zachwycającymi. Jednak gdy tylko drzwi za panią Kasią się zamknęły, jeden z młodych szepnął:

- A jednak dezynfekują…

Przypływ humoru.


Młoda pani dorobiła się przepięknych rumieńców jadąc rowerem ścieżką w górę Rzeki. Widać wiatr swawolił i szeptał jej do ucha rozmaite bezeceństwa, bo ogień płonął jej w oczach, a i mi się udzieliło, bo jechałem dalej bezzasadnie zadowolony. Chyba jestem zwolennikiem analogowych kontaktów międzyludzkich i sporą satysfakcję mam z widzianego. Choćby i takich, gdy dziewczyny zakładają do eleganckich, letnich sukienek w kwiatki martensy, albo adidasy nadmuchane nie wiadomo czym do nadnaturalnych rozmiarów. Młodociany King Kong maszerował tak anemicznie, że wyprzedziła go dziewczyna połowę mniejsza w każdym wymiarze fizycznym, co dało mi kolejny powód do radości. Pan King Kong miał na ramieniu torebeczkę miniaturkę, jaką kobiety nazwałyby „kopertówką”. Nie ma to, jak dobrze zaczęty dzień.

środa, 21 sierpnia 2019

Pozwoliłem sobie znów.


Pan wirtuozem saksofonu nie był na pewno, jednak kilka rzewnych melodii zagrać potrafił. Wystarczyło, żeby z kapeluszem stanąć w cieniu mostu brutalnie pozbawionego rdzewiejących symboli młodych uczuć, oślepić ludzi mrugnięciem słońca na polerowanej blasze i skłonić ich do dobroczynności. Azjatka zdjęła buciki i w białych skarpetkach usiadła na ławce z panoramą na Rzekę i mieniącą się w oddali najstarszą częścią Miasta. Może opowiadała komuś wrażenia, albo opisywała pejzaż jednak trudno było rozpoznać to z mimiki, a ze słów było to całkowicie niewykonalne. Naganiacz ubrany w wyjściowy marynarski mundur bezskutecznie zachęcał młode dziewczyny do rejsu statkiem, mirabelki zebrane miotłą w zaspy czarowały kisnącym aromatem, a wrony nieopodal raczyły się gruszkami świeżo strąconymi przez wiatr od wody. Ławki pełne spokoju, lub entuzjazmu, czasem miłości, albo błogiego lenistwa grzały się w nienachalnym słońcu. Kościelne dzwony rozmawiały ze sobą wymieniając uprzejmości i życzenia dobrego dnia, a latarnie cierpliwie czekały na swój czas pośród ostrych, długich traw. Koneserzy niezapomnianych widoków wspinali się na wzgórze, by również z takiej perspektywy podejrzeć okolicę, a zmęczeni słońcem w dowolnie wybranym języku szukali wytchnienia w podcieniach rozłożystych katalp. W taki dzień nawet psom nie chciało się szczekać i tylko ogonami kiwały przestrogi. Na wodzie zajączki kicały całymi stadami biegnąc w górę Rzeki. Być może, gdy się zmęczą, położą się, a nurt zwróci je tej okolicy. Ziemia pachniała wilgocią, a lawendowe klomby straciły na barwie i zapachu. Zmęczona robinia przewróciła się na inną, która niechętnie podpierała biedactwo gubiące liście w chwili trwogi. Zajęczała syrena, więc może pomoc jest w drodze – zbyt późno. Sznur samochodów owinął się wokół wspomnienia estakady dopiero co rozebranej i ruszył, by rozwiać złudzenia. Znów dałem się ponieść, by obejrzeć z dawna niewidziane elewacje i zupełnie obcych ludzi. Zdecydowanie dobry dzień.

Na rozpędzenie wyobraźni.


Woda wykrywa nierówności chodników i pokrywa je gładką tonią kałuż. Winniczek postanowił się przeprowadzić pod sąsiedni żywopłot, jakby liczył, że tam nie będzie mu kapać na głowę, więc ciągnął swój kamper wytrwale i po cichu. Na chodnikach panie z wielkimi torbami, w których zmieściłby się survivalowy zestaw przetrwania dla niewielkiego osiedla. Nieustannie zdumiewa mnie to, co może się kryć we wnętrzu takiego bagażu. Może jakieś tajemne życie się tam rozwija? Alternatywny świat? Pamiętam kilka opisów z książek i blogów, więc wiem, że zawartość potrafi nieźle zabełtać myśli.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Jeszcze bez porannej mgły.


Letnie sukienki znikają z chodników i szukają już schronienia w głębokich szafach. Masowo lęgną się za to dżinsy, co niechybnie oznacza zbliżający się koniec lata. Pani puściła swobodnie biodra, które szły samopas wyrafinowanym slalomem, gdy ona zajęta była konfigurowaniem dynamiki piersi, żeby elegancko wyeksponować je na krótkim, porannym filmie dokumentującym jej atrakcyjną obecność w świecie nie tylko rzeczywistym. Pani zgrabnie zeskoczyła z hulajnogi, gdy rowerowa ścieżka przestała być asfaltową i obrodziła drobną, granitową kostką. Najwyraźniej obawiała się, że jej się śniadanko ugniecie w brzuszku, albo cała się w nerwach roztrzęsie już bladym świtem i to bez ingerencji ciał obcych i wrogich. W przybrzeżnych zaroślach pośród dojrzewających pereł dzikiej róży i zarumienionych mirabelek wróble bawią się ze mną w chowanego pogwizdując, żebym całkiem nie zabłądził wzrokiem. A jest gdzie, bo nawłocie na rzecznej ostrodze kuszą miękką, ciepłą żółcią kołysząc się w niewyczuwalnych podmuchach.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Komórka w sieci neuronów.


A jeśli to wszystko, co wokół, to iluzja? Gra wyobraźni napędzana moimi myślami? Jeśli czuję to, co przed chwilą wyobraziłem sobie, a dzieją się wyłącznie myśli? Ból łydek nietrudno wymyślić, gdy wcześniej myślało się spacer po bezdrożach. Najtrudniej pomyśleć pierwszy raz. Potem jest już łatwiej. Mogłem nie wymyślać szczegółów, które teraz kłują. Zbyt pochopnie podszedłem do zagadnienia i pozwoliłem sobie na słabsze chwile. Mogłem być przezorniejszy. Zapobiegliwy bardziej. Zachciało mi się zaglądać, gdzie nie trzeba. I słuchać innych, równie „przebiegłych” jak ja. Dziwne, że oni mają podobne złudzenia. Jakbyśmy wspólnie budowali tę rzeczywistość. Może mamy wspólne korzenie? Stanowimy jeden mózg?