Piąta
trzydzieści. Środek nocy. Przynajmniej dla kogoś, kto zarabia
głównie wieczorami, często długo w noc pracując. Ledwie zdążyłem
zasnąć, układając w głowie plan na kolejne dni, kiedy wpadli.
Jak gangsterzy. Pod bronią, z wielkim tumultem. Rozwalili drzwi,
choć pewnie mieli specjalistów od dyskretnych włamań. Nie.
Chcieli demonstracji. Chcieli mnie upokorzyć i ostrzec innych
śmiałków, czym kończy się życie poza krawędzią prawa.
Obudzili wszystkich mieszkańców kamienicy i dwóch sąsiednich
zapewne. A teraz leżałem z gołą dupą wypiętą w stronę pani
komisarz, która złośliwie zaglądała mi między pośladki, czy
tam nie ukrywam „dowodów”. Moje skromne mieszkanko pod mocarnymi
ramionami „czarnych” uniosło się niczym kiecka taniej dziwki na
widok pełnego portfela i nie chciało opaść. Grzebali we wszystkim
bez oporów. Szafka z bielizną, czy zapasy artykułów spożywczych
na cięższe czasy. Kosz z brudami i pudełko leków. Rozpruli
materac i przyglądali się kotu, jakby zamierzali także jego
wypatroszyć, gdyby krzywo miauknął. Kot był na to zbyt mądrym
zwierzęciem. W przeciwieństwie do mnie.
Musiałem
otworzyć gębę. Jak zwykle. I zanim powiedziałem słowo krwawiły
mi wargi, a zęby chwiały się na swoich stanowiskach, zastanawiając
się, czy nie zwiać dokądkolwiek poza moją niewyparzoną gębą.
-
Jasne! – pomyślałem z bolesnym opóźnieniem – Musieli wiedzieć
do kogo i po co idą. Nie potrzebują wyjaśnień, ani słuchania
wersji zdarzeń, bo sami wiedzą lepiej.
W
ramach „pokazówki” wyciągnęli mnie wreszcie z domu, gdy zebrał
się już liczny tłumek sąsiadów i gapiów węszących sensację.
Oczywiście nie pozwolili mi się ubrać, a skutymi na plecach rękoma
nie mogłem się zasłonić przed widownią.
-
Panowie – jęknąłem - tu są dzieci!
Nie
skończyłem mówić, kiedy dostałem w brzuch wystarczająco mocno,
żeby mnie zgięło w pół. No tak. Znowu mnie poniosło. Trzeba
siedzieć cicho, jeśli mam w jednym kawałku przetrwać ten paskudny
poranek. Może na komendzie znajdzie się ktoś, kto mówi innym niż
migowy język. Miałem talent do języków obcych i język pięści
stawał się dla mnie równie zrozumiały jak ojczysty. Więcej nie
otworzę pyska.
„Dołek”
przywitał mnie chłodem i wilgocią. Na pryczy chrapał jakiś
pijaczyna, dwóch wytatuowanych do obłędu byczków rozmawiało
slangiem dostępnym wyłącznie dla bywalców zakładów karnych.
Siedziałem na drewnianym taborecie przykręconym do podłogi
masywnymi śrubami i liczyłem uderzenia serca. Przez gęstą kratę
słońce wpadało tak, jak wpada światło stroboskopu w dolinę oka.
Oślepiając, nie dając nadziei na zobaczenie czegokolwiek. Lepiej
było już oglądać liszaje na ścianach i wymyślać dla nich
alibi, albo historię od stworzenia świata do dziś. W sumie, równie
dobrze mogłem wymyślać ich pojutrza, czy dwa wieki w przód. Bez
różnicy im było i zapewne nie obrażą się. Najwyżej za te
dwieście lat się ze mnie ponatrząsają, jak im pamięci wystarczy.
Słońce
w spowolnionym tempie przesuwało swoją ciekawość wzdłuż ściany
i najwyraźniej bało się każdego kroku – zupełnie tak, jak i
ja. Ale w końcu dosięgło zamka w drzwiach celi, co w
niewytłumaczalny sposób uruchomiło zamek.
-
Ty! - Warknął opasły strażnik – Łapki!
Znaczyło,
że mam mu ułatwić założenie stalowych bransoletek, bo jak nie…
Nie zamierzałem utrwalać znajomości z językiem pięści. Podałem
posłusznie i poczłapałem za nim na piętro. Zapukał nie
rozwalając drzwi, czyli – potrafią, kiedy chcą, albo obawiają
się szarż.
-
Wejść! - władcza komenda sugerowała wyraźnie, że spotyka mnie
zaszczyt spotkania z kimś, kto zna więcej niż język przemocy.
Strażnik
jąkał się i trząsł na widok gospodarza. Chyba się uśmiechnąłem
pod nosem, licząc, że ze strachu zmoczy służbowy uniform, ale
gospodarz zgasił mnie wzrokiem.
-
Wesołek co? - zapytał przyjaźnie, jednak była to przyjaźń
głodnej kobry do króliczka i bynajmniej nie ja byłem kobrą -
Możecie odejść. Zadzwonię, jak skończymy. I niech przyniosą mi
kawy.
-
Mi – byłem pewien, że wyraził się w liczbie pojedynczej,
lekceważąc moje suche gardło i wielki apetyt na przyzwoicie
zaparzony napój.
-
Czyli – zaczął bez wstępu – jesteś złodziejem energii. Nie,
nie zaprzeczaj, bo to mnie obraża. Ustalmy, że faktami nie będziemy
żonglować, co skróci naszą pogawędkę i uwolni twoje ciało od
następnych… następnych, nieprawdaż?
-
Taaaa… - bardziej skinąłem głową niż powiedziałem, ale jeśli
wzrok miał bystry, widział jak moje ciało nabiera kolorów i
żółto-brązowe siniaki przebarwiają się sięgając od błękitu,
aż po czerń. Kwestia czasu. Dobrze, że pod nimi wszystko mam całe.
-
Może opowiesz własnymi słowami? Nie chciałbym zanudzić cię
opowieścią o twoich osiągnięciach, pomijając te największe,
albo lekceważąc inne, które ty uważasz za kluczowe.
-
Na kawę nie ma nadziei? - zapytałem bez wiary – Z suchym pyskiem
słabo się gawędzi
-
A może jeszcze kielicha?
-
Gdyby był pan tak uprzejmy, to chętnie – świadomie nie
zauważałem sarkazmu – Dobry trunek przenosi opowieści do świata
żywych.
-
A niech mnie! - roześmiał się (naprawdę, nie udawał) –
Rozbroiłeś mnie. Niech będzie.
Nacisnął
dzwonek interkomu i zamówił dodatkową kawę, a z czeluści szafy
pancernej wyjął butelkę twierdzącą, że leżakowała wraz z
zawartością lat dwanaście najmarniej.
-
Żebym nie pożałował – Powiedział napełniając szklaneczki
bursztynową cieczą – Ale, lubię ryzyko. Na zdrowie.
Oczy
miał jakieś wyblakłe, ale nie od płaczu, który wypłukuje kolor
z tęczówek, tylko pobladłe od oglądania świństw, jakich na
trzeźwo nie powinno się oglądać. Popatrzyłem w nie i wzruszyłem
ramionami. To, co znaleźli u mnie wystarcza, żeby mnie zapakować w
ciemną dziurę i wyrzucić klucze na dno studni. Żadna opowieść
nie mogła mi już zaszkodzić. A trunek naprawdę zasługiwał na
szacunek dla swojego twórcy. Westchnąłem i zacząłem mówić, nie
czekając na zaproszenie.
***