sobota, 6 kwietnia 2024

Szczypta pikanterii.

 

    Noc skurczyła się do czarnego kota lustrującego chwasty na uboczu świata. Kobiety z chemicznymi rumieńcami nie wyglądały na zadowolone i nawet kolorowe pazury z pepco, czy aliexpress nie potrafiły tego zmienić. Baba z brodą ścigała panią zasiedlającą od wewnątrz rajstopy tak ekspansywnie, jakby je chciała rozszarpać pulsująca cielesnością. Pasożytować należy z umiarem – pomyślałem przekornie – śmierć nosiciela nigdy nie wychodzi na dobre korzystającemu.


    Ciepło wdziera się do Miasta, uwalniając co zuchwalsze biusty. Pępki całymi stadami przyglądają się a to podartym nieludzko kabaretkom na nogach trzynastolatek (a może i młodszych), leginsom udającym, że kryją to, co miało zostać objawione, stringom, które działają jeszcze skromniej, bardziej podkreślając, niż ukrywając cokolwiek. Pośród rozmaitych zdumień trafiam starszą kobietę doganiającą tramwaj i torującą sobie drogę kulą inwalidzką. Husaria mogłaby pozazdrościć wprawy w operowaniu lancą.

czwartek, 4 kwietnia 2024

O kosmicznej sile przekleństwa.

 

    Mama miała słabszy dzień. Trzasnęła drzwiami i poszła przed siebie. Nawet nie zauważyła, że wyszła bez butów, a i strój był daleki od wyjściowego. Piżamka, na szczęście niezbyt prześwitująca, choć dla wiatru absolutnie przeźroczysta mogła ujść za strój wyjściowy wyłącznie na bezludnej wyspie. Jednak tu, między drzewami na skraju osiedla, świtem tak bladym, że nawet psiarze jeszcze nie wstali z łóżek – mogło jej ujść na sucho. Czwarta nad ranem. Okropny czas dla cierpiących na bezsenność. Noc trwała już ze cztery nieskończoności, a końca nie widać.


    Mama była zwolenniczką trwania w zamęcie, żeby jakoś one nieskończoności przykryć namiastką kontaktów międzyludzkich. Wirtualnych, więc zwykle fałszywych i wymagających niezwykle grubej skóry odpornej na pikantne żarty i filtrującej szlam przechwałek lepiej, niż filtry na kominach cementowni. Tego przedświtu jednak ubodło ją mocniej i musiała dać folgę wściekłości. Machnęła klapą laptopa, jakby to były drzwi do znienawidzonego świata i poszła. Goła i bosa. Nie wiem, czy powinienem skląć ją za ten wybryk, czy dziękować. Ale o tym później.


    Poszła, to słowo zbyt łagodne. Furie nie chodzą. Furie nadciągają. Znienacka. Błyskawicznie opanowują otoczenie i biorą we władanie całe garście galaktyk na raz. Wyżymają i wykręcają, a kiedy te skruszeją – rozglądają się za kolejnymi. Mama była uprzejma zająć się Kasjopeją (niech ją szlag!) Mgławicą Oriona, Paroma pomniejszymi gwiazdozbiorami, a przy okazji sklęła księżyc aż się zarumienił. Purpurowy księżyc to coś. Warto pocierpieć bezsenność, żeby ujrzeć podobne widowisko. Mama nogi miała już solidnie ubłocone, w marszu donikąd. Drzewa, gdyby tylko umiały schodziłyby jej z drogi. Nie walczy się z piorunami. Przeczekuje się zły czas i miewa się nadzieję. Albo i nie. W przypadku wściekłej mamy, nadzieja zazwyczaj musiała zakasać kieckę i wiać w podskokach, żeby i jej się nie dostało za głupie gadanie.


    Koniec świata właśnie poprawiał gacie na dupie, żeby wyjść jej naprzeciw, kiedy z jasnego nieba spadł grom. Nooo… powiedzmy, że gromek. Nie za wielki. Żaden kataklizm. Raczej incydent. Spadł mamie pod nogi, a ta (cud prawdziwy) nawet nie potraktowała go z kopa. I dobrze, bo meteoryt gąrący był jak wszyscy diabli. Do dziś nie wiadomo jak to zrobił, ale ujeżdżał go kosmiczny kowboj. Bez kapelusza. A niech wam będzie – w ogóle bez. Bez wszystkiego. Może spłonęły na wrzącym kamieniu, może wiatr słoneczny mu zerwał gdy galopem przemierzał nieskończoność.


    Trafił na kosę, bo kamień po prostu musi. Kamienie i kosy tak mają, że ostatecznie spotkanie jest nieuniknione. Mama była bardzo zgrabną kosą, nawet, kiedy była wściekła. A kowboj ujeżdżający kamień pod ciśnieniem był niczym szatan – przystojny i nie do odparcia. Słabość miał do niewieścich ciał i oblizywał się łakomie na widok maminych krągłości. Nie powiem, że cham, ale słabo jej słuchał, kiedy rugała go wręcz niebosko. Przeczekał dwie nawałnice, jakieś monsuny poboczne i tornada towarzyszące, a kiedy w mamie krew w końcu się nieco wygotowała, przystąpił do kontrnatarcia. Przedarł się przez piżamkę i już nie tylko podziwiał, ale działał z wielkim animuszem. Mamie zostało tylko wzdychać. To też umiała. Bestia utalentowana, jak mało która. Usidliła łotrzyka.


    Tak mu się spodobało, że po pierwszym natarciu ruszył do następnych, aż padł pół żywy w trawę z jęzorem wywalonym na wierzch. Mama otrzepała piżamkę z zieloności i już stateczniejszym krokiem wracała ku domowi. Szatan nie był w stanie nawet na czterech za mamą ruszyć i został tam, jak niepotrzebna nikomu brudna bielizna. Mamie duma nie pozwoliła napraszać się, a kosmiczny gamoń zamiast przywlec się do domu i zostać długo i szczęśliwie, gdy tylko siły odzyskał wsiadł na ten swój kamień i pognał dalej. Bóg jeden wie, gdzie. Ważne, że do dzisiaj nie wrócił, a mama, ilekroć pytam o tatę, to ręką macha i wzdycha.


    - Znajdzie go tylko ten, co nie szuka. Idź gdzie w noc i klnij tak, żeby niebo na łeb ci spadło, to może się w końcu pojawi. A jak się uda, to capnij tatusia za dupę i do chałupy! Niechby choć gniazdka poprzykręcał, pralkę naprawił i rybę wypatroszył na obiad, bo nie cierpię tego robić. Ech!

W słońcu.

 

    Mniszki rozbiegły się po łąkach, usiłując ukryć się przed trzmielami o tyłkach cały rok wtłoczonych w kuse futerka. Daremny trud. Pomrukując jakieś ludowe przyśpiewki owadzie stado rzuciło się na słoneczka taplające się w brylantowej trawie i dawaj, zapylać bez opamiętania. Mrówki – oooo… te wcale nie były lepsze. Wdrapywały się pracowicie po pustej łodydze i wciskały między płatki, żeby popić nektaru do syta. Jakaś siwowłosa pani, niczym nastolatka usiadła w trawie na niemal pustym plecaku i fotografowała wytrwale coś znajdującego się na skarpie rowu. Chłopak, żeby dobrze wybiegać swojego psa, wsiadł na rower i mocno popracował odnóżami. Pies raczej był rozbawiony i ciekaw, jak długo potrwa ów animusz. I miał rację. Chłopak, gdy tylko stracił psa z oka, zatrzymał się i nawoływał, jakby to on zgubił się na bezdrożach. Kwitną pokrzywy, młode mamy wywożą plankton na wycieczki przyprawione słonecznym ciepłem. Ptasi świergot skłania do zwolnienia, do zatrzymania się i liczenia baranków nad głową. Pociąg, wracający skądś, gdzie mnie nie ma, zatrzymuje się na stacji tak małej, że tylko lokalne pociągi-tramwaje zatrzymują się na moment, a i to nie za często.

Dziwny świat.

 

    Niebo pękło tam, gdzie było najcieńsze i na świat wyjrzał świt. Drzewa obrzuciło kwiatami, a wiatr robi co może, żeby je wszystkie obwąchać i strącić w niebyt. Na przystanku dzieci podskakują z radości, gdy gdzieś daleko objawia się autobus. Wewnątrz młode kobiety z pieprzykami na buziach, z przedziałkami asymetrycznie leżącymi na gładko uczesanych główkach. Zaspany tłok przemieszczający się pokornie w kierunku centrum. Towarzystwo dousznie karmione treściami, rozrywkową papką, wiedzą niezbędną do przetrwania najbliższych godzin pochłania je, aż przypominają zombie.


    Nad Rzeką szpak pedantycznie czyszczący garnitur lekceważy lecącą bezszelestnie czaplę, zmierzającą na niższy stopień wodny tuż za wiekową elektrownią. Słońce rozbite milionem luster elewacji hotelowej oślepia mnie nie grzejąc. Kwitnące wśród jaskółczego ziela pokrzywy usiłują odwrócić uwagę od porzuconej wszędzie garderoby. Skarpety, rękawiczki, podkoszulki, majtki, a nawet kurtka. Nie wiadomo, kto zdobył się na heroiczny ekshibicjonizm i pod wpływem jakich używek, ale striptizerów musiało być więcej i to każdej domniemanej płci, sądząc po szmatkach – czasy niepewne, więc kategoryczne przypisanie czegokolwiek jednej z płci może okazać się przedwczesne i nieuprawnione. Mijam dziewczę o tak obfitym biuście, że gdyby okoliczności tego wymagały, mogłaby mierzyć trzy kapelusze jednocześnie. Mogłaby, a przecież nie ma ani jednego. Szkoda. Byłoby jej do twarzy.


    - Czy facet z białymi włosami, to białogłowiec? Białogłownik? Białogłowacz?

środa, 3 kwietnia 2024

Ekstrakt uzasadniający damską skłonność do niegrzecznych facetów.

    Facet to strasznie dziwne zwierzę. Wystarczy go oswoić, wygładzić i ucywilizować, by w reakcji na tę brutalną terapię nabawił się trwałych problemów z potencją. Nie wiadomo, czy to savoir vivre drastycznie kastruje instynkty, czy dopiero seksualna emerytura wieńczy okres adaptacji społecznej samca.


poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Szczęściara.

 

    Był psychopatą. Podświadomość ledwie liźnięta odrobiną intelektu podpowiadała mu, że kwestią czasu jest, by znalazł się na przedłużeniu osi odbezpieczonej lufy. Nie miał aspiracji samobójczych, ani skłonności do poświęceń – z premedytacją więc wybrać tę stronę lufy, która znajduje się bliżej kolby niż muszki. Ankieta, szkolenie wstępne, parę miesięcy patrolowania miejskich krawężników, podczas których zastanawiał się, dlaczego „blacha” mająca go chronić przed złem wszelakim, nożem wycelowanym wprost w serce, czy pociskiem niesionym zza węgła nienawiścią do „niebieskich” jest tak mała. Dopiero, gdy popatrzył na jej rozmiar przez pryzmat postury zaciężnych kolegów i koleżanek, zrozumiał, że masywniejsza zbroja byłaby śmiertelnym brzemieniem i nie jest chorym przejawem skąpstwa ministra MSWiA.


    Po latach szczenięcych, już jako doświadczony „pies”, uzyskał świadomość bezkarności. Był pewien, że dokonał właściwego wyboru, a wnętrze jego lufy wypolerowane było na wysoki połysk od służbowego używania ku chwale ojczyzny. Armata, grzejąca się zwykle pod pachą zrastała się z dłonią na dobre i złe, ilekroć okoliczności wymagały wsparcia, a wymagały niemal regularnie. Podobało mu się, że nie musi się ukrywać po każdym strzale, a trafieniami może się zgoła chwalić podobnym jemu degeneratom podczas wspólnych posiłków w zakładowej stołówce. A kiedy nikt nie widział, czyszcząc broń doznawał podniety, jakiej nie osiągał w towarzystwie kobiet, czy mężczyzn. Próbował, lecz bez wiary w sukces. Fizycznie był ogryzkiem człowieka, intelektualnie przegrywał partię warcabów z rozgarniętym dwunastolatkiem. Nie był najostrzejszym nożem w szufladzie. Dopiero, gdy odbezpieczał broń, w jego oczach zapalały się ognie, które mogły skłonić kobietę, by spojrzała drugi raz, już bez wstępnego uprzedzenia. Rzadko która miała okazję ujrzeć go takim, a te, które widziały należały do świata leżącego na drugim końca lufy i często drugie spojrzenie, było spojrzeniem przez idealnie wyczyszczoną lufę na sadystyczny uśmiech niekompletnego uzębienia.


    Nie tracił jednak nadziei, że kiedyś trafi na właściwą, tylko jemu pisaną kobietę. I wysłuchał go chyba zapomniany z imienia Bóg, gdy pacyfikował dyskretnie ukryty na uboczu dom pod czerwoną latarnią. Po standardowo wyszczekanych komendach, po kliku ostrzegawczych strzałach, w pulsujących wściekłością światłach kogutów policyjnych przeszukiwał kolejne pokoje, szukając ukrywających się mężczyzn i kobiet, aż znalazł nagą nastolatkę z obłędem w oczach trzęsącą się ze strachu. Nieletnia, nafaszerowana nielegalną chemią jąkała się, a kiedy uspokajał ją gestami dłoni, zdołała w nim dostrzec wybawcę. Spodobało mu się. Schował pistolet do kabury, a dziewczyna zdobyła się na drugie i kolejne spojrzenia. Nie mógł zmarnować takiej okazji, bo liczyć na lepszą, byłoby igraniem z kaprysami losu.


    Nie kryjąc się z zamiarami, wyprosił u lekarza dokładniejsze niż zwykle badanie, chcąc wiedzieć o niej wszystko, czego tylko jest w stanie dokonać skrupulatna obdukcja. Lekarz, jak chyba każdy, był cynikiem. Stwierdził, że pomimo młodego wieku pacjentki, wszystkie otwory wlotowe (i wylotowe) zostały spenetrowane dokładniej, niż słynne jaskinie krasowe na Morawach. Niewybredni klienci najwyraźniej usiłowali dostać się do małoletniego wnętrza nawet przez nos i tylko lekko skrzywiona przegroda nosowa uchroniła dziewczę od spełnienia, którym klient chwaliłby się po wsze czasy przy każdym szynkwasie. Chyba, że był tak naćpany, że zwyczajnie nie trafił. W oczodoły także nie, choć naderwane małżowiny i podbite oczy sugerowały, że ktoś próbował również tamtędy dobrać się do przedpłaconej miłości.


    Dla psychopaty fakt, że ktoś odebrał dziewictwo wybrance i trudno będzie wymyślić coś, czego dotąd nie zaznała, nie stanowiło żadnej przeszkody. Uznał, że nauczona posłuszeństwa wybranka nietuzinkowymi umiejętnościami i pokorą zrekompensuje mu defloracyjny deficyt. Nim ochłonęła po szoku błękitno-czarnego szturmu na jej czerwony zakład pracy, zaproponował jej natychmiastową emeryturę u swojego boku. W słowach niewyszukanych obiecał, że już nikt poza nim nigdy nie zbliży się do dziewczyny i tylko on będzie korzystał z futerału jej ciała. Kiwnęła głową na zgodę, bo zdawało się jej, że to Bóg nad nią postanowił czuwać właśnie w tej chwili.


    Formalności, w obliczu uzbrojonej po zęby władzy nie trwały długo, poddając się bez walki woli stróża prawa i nastolatka wydukała „tak”, by chwilę później urzędnik oficjalnie uznał ją za własność psychopaty. Zaprowadził ją do domu, który od dziś miał być „ich” domem. Dziewczyna do gadatliwych nie należała, ale oczy jednak miała. Starzejący się kawaler nie dba o szczegóły, szczególnie, kiedy większą część życia spędza na służbie. Bez protestu zabrała się za sprzątanie, a jak się szybko okazało, z gotowaniem także nie miała kłopotu. Psychopata siedzący przed telewizorem z zadowoleniem obserwował krzątającą się dziewczynę, ćwicząc w myślach mantrę:


    - Jest moja. Tylko moja. I tak już zostanie na zawsze! Obiecała!


    Urlop spędzili nie wychodząc niemal z domu, bo szkoda było mu dzielić się z innymi jej obecnością. Aż do ślubu nie podejrzewał siebie o zazdrość, a teraz błyskawicznie zapadł na nieuleczalną chorobę w bardzo ostrym wydaniu. W pierwszym odruchu kupił obrożę i łańcuch, na próbę ograniczając jej możliwość ruchu. Kłódką przypięta do kaloryfera mogła poruszać się na długość łańcucha. Łaskawie zostawiał wybrance miskę z wodą i nocnik, żeby nie nabrudziła w dopiero co posprzątanym mieszkaniu, czasami zostawiał jej nawet pilota od telewizora, gdy szedł na dwunastogodzinny dyżur. Każdego dnia przypinał ją do innego grzejnika, żeby mogła dokładnie wysprzątać kolejne pomieszczenie, jednak nigdy łańcuch nie pozwalał sięgnąć drzwi wyjściowych.


    Nawet niespecjalnie protestowała. Miała sporo czasu dla siebie, a jego fanaberiom daleko było do ekscentrycznych popisów wcześniejszych klientów, opitych Bóg wie czym i nafutrowanych narkotykami po czubek nosa. Bywał rzadko, a z jej ciała korzystać zwyczajnie nie umiał – w parę chwil zrzucał nasienie, co wystarczało mu na tydzień, czasem dwa. Niekiedy wracał tak zmęczony, że tylko przepinał wybrankę do kaloryfera w sypialni, żeby zagrzała mu pościel, kiedy będzie brał prysznic i zasypiał przewracając się na łóżko. Zasadniczo nie rozmawiali. Ona, zostawiała mu w kieszeniach listę zakupów potrzebnych do skompletowania paru obiadów, a z tego co przyniósł przeważnie udawało się jej upichcić coś jadalnego. Kiedy nie kupił nic – podawała mu puste talerze na pierwsze i drugie danie. Wzruszał ramionami i szedł do knajpy, a ona jadła zachomikowane tu i tam wiktuały na czarną godzinę. Wiedział o tym? Chyba tak, ale nie był złośliwy. Niech ma swoje chwile pozornego tryumfu.


    Pewnego dnia, zwyczajowo przeciągnął żonę na łańcuchu do kuchennego grzejnika – znak, że spodziewa się lepszego niż zwykle posiłku, który wymaga nieco więcej zachodu. Nim wyszedł mruknął coś, że po powrocie zamierza nie tylko jeść i wyszedł, starannie zamykając drzwi na dwie systemowe zasuwy. Wyszedł i nie wrócił. Telewizor z salonu mruczał coś o nieznanych sprawcach, o rzezi, o prezencie, jakim okazał się odbezpieczony granat w paczce, którą kurier położył na jego biurku w komendzie i wyszedł, zanim psychopata ją rozpakował detonując. Sama zjadła dwudaniowy obiad, powtórzyła po jakimś czasie, wreszcie wyjadła lodówkę do czysta. Nocnik dawno już przepełniony cuchnął niemiłosiernie, kiedy w końcu zaczęła krzyczeć błagając o pomoc. Tydzień to trwało? Może nieco więcej. Wreszcie ktoś usłyszał i wezwał służby. Straż pożarna rozwinęła drabinę i jako pierwszy do mieszkania wszedł przez okno jej wybawca – może niezbyt urodziwy fizycznie, może niekoniecznie geniusz intelektualny, ale silny i sprawny. Kawaler o szpakowatych włosach. Popatrzył na nią, na łańcuch i wzrokiem spytał, czy zostanie z nim… na zawsze…


piątek, 29 marca 2024

Ekstrakt o idealnej polityce wewnętrznej.

 

    Żeby monokultura nie popsuła zbyt wiele, rząd i samorząd powinny pochodzić z wrogich plemion. Zajęci rzucaniem sobie kłód pod nogi, będą mieli mniej czasu na uatrakcyjnianie życia mieszkańcom i rzeczy będą się mogły dziać, pozostając w zgodzie z naturą i przyzwyczajeniami.

Mnogość doznań.

 

    Stado szpaków usiadło karnie w szeregu na jednej gałęzi, a szpaczy generał-watażka usiadł na innej. Oczywiście, wyższej, żeby nie było złudzeń, kto pierwszy łychę do garnka włoży. Kilka kobiet, pozbawionych ciał i emocji czekało na przystanku. Wierzby płakały, ale wierzby płaczą zawsze. Niebo zaciągnęło się pierzyną chmur w sam raz na zimowe chłody. Między narcyzami pojawiły się szafirki i pierwsze maki, choć to przecież wciąż marzec. Kierowca spieszył się, by wypełnić autobus bardziej treściwymi ludźmi i nie zwalniał, dopóki nie upakował do pełna. Pani, której popiersie wymagałoby solidnego cokołu spełniła wreszcie zapotrzebowanie na masę i kierowca zwolnił, a nawet zatrzymał się na światłach zbyt dojrzałych według kodeksu drogowego.


    Kobieta z mocno opancerzonym uchem pachniała „krówkami”. Jako łasuch, nie mogłem się nie ślinić, choć na więcej się nie siliłem. Pani prowadziła bogatą korespondencję wymagającą mimicznego wsparcia, czyli kto inny będzie delektował się jej aromatem.


    Kobiece delikatności potrafią rozsiąść się tak, że nawet satyr zarumieniłby się ze wstydu. Brakowało tylko, by nieskrępowana otoczeniem dziewoja trzycyfrowej masy zaczęła się drapać po włosach łonowych. Być może dlatego, że je wcześniej wystrzygła – na szczęście dla zmysłów otoczenia. Młode dziewczątka prześcigają się w demonstracyjnej wulgarności, jakby chciały udowodnić, że stać je na więcej od rówieśniczek.


    Pies na trzech łapach nie nadążał za swoim przewodnikiem, choć naprawdę się starał. W trakcie podróży autobusem wysłuchuję obojętnych mi, cudzych życiorysów i zawirowań losowych. W końcu spada na mnie zrozumienie – dzięki elokwencji telefonicznej, spotkania przestają być potrzebne – nie będzie o czym gadać, skoro wszystko zostało już powiedziane.


    Zwiódł mnie pan ukrywający swą męskość w delikatności wyglądu. Sądziłem, że to pani wystylizowana na męską modłę i zakamuflowana w tych męskościach. Na wzgórzu zabudowania odzyskują przedwojenny sznyt – długo trwało, ale… lepiej się cieszyć, niż narzekać.


    Ostatecznie powala mnie istota ubrana w koronkowe, czarne body, różową kieckę i czarne szpilki. Osobliwość nie goliła się od co najmniej tygodnia i przy wsparciu dwakroć większej koleżanki dźwigało komodę na trzy ogromne szuflady centralnym deptakiem Miasta.


    Zbudowana z rozmachem pani szła nieopodal w taki sposób, jakby miała w pupę wkręcony uchwyt umożliwiający mocowanie końskiego ogona i tylko chwilowo, dla nabrania wprawy szła bez niego, ucząc się, jak czynić to z wdziękiem rasowej klaczy. Brodaty gość wietrzył stopy na bulwarze nad Rzeką, przed „Żabką” dziewczątko opalało plecy w bluzeczce pozbawionej materiału na zapleczu. Kobieta w spodniach bielszych od sumień świętych zastanawiała się, czy zapłacić za wejście na „mostek pokutnic”. Chłop w klapeczkach i zimowej kurtce najwyraźniej musiał żyć w dwóch różnych strefach klimatycznych, budząc moje nie pierwsze tego dnia zdumienie.

czwartek, 28 marca 2024

Po męsku – dla odmiany.

 

    Budowlaniec wędrował do roboty w stroju służbowym i crocksach. Może remontował chałupę pedanta, któremu gość w butach czyni zamieszanie w światopoglądzie.


    Gość w militarnym stroju niósł na ramieniu torbę (nie – nie chlebak pełen granatów) z laptopem. Najwyraźniej szedł na wojnę, ale taką więcej wirtualną i mniej fizyczną, bo zbyt krzepkim młodzieńcem raczej nie był.

Podróże autobusem upodobali sobie koszykarze. Wysokopienny szczep musiał manewrować kokpitem decyzyjnym, żeby przejść pomiędzy zbyt nisko zaczepionymi poręczami.


    Przedwcześnie łysiejący (od mycki?) chłopak podróżował w okularach i masce. Na pewno widział dużo, szkoda tylko, że przez mgłę. Wysiadając ściągnął osłonę układu oddechowego, więc jedynie wewnątrz powietrze było skażone.


    Na rajskiej jabłoni czekającej pokornie u wrót kościoła pojawiły się wiśniowe pąki. W nagich koronach lip coś śpiewa do wtóru sygnalizacji dźwiękowej z przejścia dla pieszych. Słońce przegląda się w zmarszczkach lustra Rzeki wygryzając mi z oczu wszelkie widzenia. Stokrotki skupione w małe stadka kulą się pośród panoszących się niemiłosiernie traw.

środa, 27 marca 2024

Wieża Babel.

 

    Stadko napuszonych wróbli naradzało się, siedząc na dachu wystrzyżonego na gładko ligustru i wyglądały jak dmuchawce, zanim wiatr je odnajdzie w trawie. Nieopodal, dwóch panów usiłowało rozkołysać własny układ nerwowy winem wątpliwej jakości. Na trawnikach rozpanoszył się szron.


    W autobusie wczorajsza telefonistka kontynuowała misję zbawiania świata, dzięki czemu ów trwał nie niepokojony i pozwalał sobie nawet na leżenie odłogiem. Tu i ówdzie. Starsza pani, której krew odpłynęła z twarzy tak dokładnie, że gejsze umarłyby z zazdrości, gdyby dane im było ujrzeć buzię staruszki, namalowała sobie rumieńce godne dziewiczego wstydu. Chłopak z milionem drobnych warkoczyków wyglądał na rasowego Francuza. Może z powodu kurtki w barwach narodowych, może z genealogii mocno osadzonej w Algierii, będącej jeszcze niedawno francuską kolonią w północnej Afryce.


    Opuchnięty dostatkiem pan ledwie zmieścił się w drzwiach sklepu spożywczego. Ów wysiłek będzie musiał uzupełnić przy kasie mnóstwem kalorii. Spoza samochodowej bożnicy wychyla się ciekawski żuraw i obserwuje jak gram w klasy na chodnikowych płytkach. Muszę uważać. Niektóre są oznaczone świeżymi, czerwonymi łebkami goździków, choć to nie pora na kwietną procesję. Kwiaty wyglądają jak świeża krew, a takiej z szacunku nie powinno się deptać.


    Na krawężniku tańczy zziębnięty Azjata w skórzanych rękawiczkach. Most dziarsko przemierza zakonnica z bukietem bukszpanu. Barierę oddzielającą Miasto stałe od płynnego, zdobi hasło wyborcze zaczynające się gramatycznie dziwną konstrukcją – Wasza Prezydent. Albo Wasz, albo Prezydentka… Prezydentówka… ech! A wszystko na żółto-niebieskim tle, więc czyja niby ona? Na pewno nie moja.