wtorek, 11 sierpnia 2026

Erotyzm rozsiewczy.

 

    Jądra mi już całkiem spuchły od uporczywego nieużywania, a samym lizaniem, daleko uciągnąć nie zdołałbym. Zaprzyjaźniona kotka wypowiedziała mi tak przyjaźń, jak i wzajemność prokreacyjną, uniosła ogonek do góry i kręcąc kuperkiem na pożegnanie (żeby mnie podpalić do krwi) odeszła w siną dal. Nic więc dziwnego, że od pewnego czasu na każdego przedstawiciela kociego gatunku patrzyłem łakomie. Mezalians międzygatunkowy nie przyszedł mi (na razie!) do głowy, ale patrzenie, co kto pod ogonem nosi uznałem za drugorzędne. Najwyraźniej stałem się erotokotem i wnętrze łba opanował seks. Na wyłączność, dowolnie rozpasany i niekoniecznie grzeczny. Najwyraźniej „myślałem za głośno”, bo młody kocurek popatrzył na mnie tak jakoś, jakby ważył mnie i moje hipotetyczne wado-zalety. W końcu powiedział:


    - OK! Raz się żyje. Poszalejmy!


    - Och! - Tego było mi trzeba. Nic więcej. Ruszyłem w tany, a kocurek (jak on miał na imię) nie dość, że dotrzymał mi kroku (powiedzmy, że kroku), ale wykazał się inicjatywą, od której przed rumieńcem ocaliło mnie futerko, roziskrzone, podniecone i szalejące. Bezpieczny seks! Cudo!


    Kiedy miłosny zapał pokonał nasze słabe ciała, zasnęliśmy na sobie, w sobie, poplątani, zakochani, dumni i szczęśliwi. Nigdy mój pyszczek nie cieszył się równie szeroko. Gdy się obudziłem, kocurka (jak on miał na imię) już nie było. Polazł gdzie, jak to koty. Czasy ciężkie, więc nawet spontaniczny, improwizowany seks się liczy. A z kocurkiem (jak on miał na imię – jak napisać otwierający cudzysłów dużą literą?) seks zdarzał się częściej. Częściej niż sporadycznie. No! Zdarzał się i był powtarzalny. Powtarzalnie zachwycający. Kto by liczył orgazmy? Chyba tylko stuknięty księgowy.


    Pewnie coś spieprzyłem, bo za którymś razem kocurek (jak on miał na imię) zdawał się być nieswój i mniej zaangażowany. Jeszcze trochę i zacznie udawać orgazmy! Przyjrzałem mu się nieco przytomniej, jeśli w pełnym wzwodzie można zachować przytomność. Chyba mu się nieco utyło. Nie wiem, gdzie żreć chadzał, ale karmili tam wybornie. Nabrał boczków i na pysku wyokrąglał. Ładniutki taki. Puchatek. Baryłeczka. Mój kocurek (jak on miał na imię)…


    Wreszcie przy kolejnym spotkaniu powiedział twarde i stanowcze nie! Normalnie zwiędłem z wrażenia. Smutek zgasił płomień namiętności. W kocurku (jak on miał na imię) szybciej, niż we mnie. A choć żebrałem i błagałem, choć obłaskawiałem mojego kochanka, ten tylko kręcił głową i trzymał mnie na dystans. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem:


    - O co ci chodzi? Czy źle nam jest ze sobą?


    - Nieeee… zamiauczał jakoś tak łzawo, ale ja… jestem w ciąży


    - No i szlag trafił bezpieczny seks, a kocurek (jak on miał na imię) okazał się kotką. Tylko patrzeć, jak zadrze ogonek i kręcąc pupka pójdzie w siną dal.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz