czwartek, 17 września 2026

Poszukując jedynej.

 

Skupiłem się na okolicy. Miasto skatalogowane wraz przyjezdnymi (chyba na stałe), oraz studentami co rok zasilającymi „substancję miejską” zamyka się liczbą na poziomie miliona sztuk. Z corocznie rosnącej rzeszy sześciu milionów turystów skromnie doliczam do kwoty wyjściowej dziesięć procent, które być może spotkam na dnie rozpaczy, gdy zawiodę się na tubylcach. Stanęło na jeden koma sześć miliona egzemplarzach, pośród których zamierzałem wykryć Tę Jedyną, moją, wymarzoną i wyśnioną (jak wzdychają w wersach poeci, lecz ja śnić nie potrafię, więc tylko tak chytrze podpiąłem się pod domniemaną naturę romantyczną). Skażony wielkimi liczbami nie przeraziłem się wolumenu i zacząłem aktywną eliminację tła zaciemniającego obraz poszukiwań wartości oczekiwanej.


- Statystyka podpowiada, że połowa owej populacji, to faceci, kompletnie mnie nie interesujący z punktu widzenia celu poszukiwań. Mogłem wstępnie odetchnąć, bo zostało do przeczesania stadko zaledwie 800.000 sztuk.


- Skoro druga połówka miała stać się moją, to powinna być z grubsza w moim wieku, czyli plus minus dziesięć lat różnicy liczonej od daty moich urodzin. Wiem, zdarzają się uczucia niebanalne, ale to margines, a ja nie miałem czasu na błąkanie się po marginesach przy tak obszernym zbiorze. Dzieląc ludzi na kategorie wiekowe z gradientem dziesięciu lat, przyznałem priorytety dwóm najbliższym mojemu przedziałowi, chcąc na nim skupić wysiłki, kompletnie ignorując pozostałe przedziały. Statystycznie żyjemy około 80 lat, a „target” w jaki wycelowałem, obejmował raptem dwadzieścia, co znakomicie ograniczyło zbiór interesujących kandydatek do ćwierci wszystkich dostępnych samiczek, czyli bagatela - 200.000 sztuk.


- Ostrożnie przyznałem, że ma szansę mi się spodobać najwyżej co dziesiąta z potencjalnych przedstawicielek – nie, żebym był grymaśny, ale w końcu szukałem nie byle kogo, a Bogini, tej Jedynej pośród dwustu tysięcy nieświadomych mnie kandydatek. Szukanie ideału ograniczyło zbiór drastycznie, a i tak zostało 20.000 hipotetycznych Jedynych do przesiania przez amatora-konesera, czyli mnie.


- W kolejnym kroku uzmysłowiłem sobie, że ja także nie każdej się spodobam, więc przyjąłem, że one (podobnie do mnie) „wyrzucą” dziewięciu na dziesięciu i zbiór samiczek skłonnych zakochać się z wzajemnością skurczył się do raptem 2.000 sztuk.


Co za ulga! Dwa tysiące w takim wielkim Mieście? To już detal, z którym można… Naprawdę? G-prawda! Zapomniałem, że przecież ONE MI NIE POWIEDZĄ, ŻE TO NIE JA. Przynajmniej nie od razu. I dziewięćdziesiąt procent aktywnego czasu poszukiwań poświęcę bezproduktywnie, marnując zasoby uroku osobistego i elokwencji, niewłaściwie adresując żar przyszłych uczuć. A nawet, gdyby te starannie wyselekcjonowane przyszłe Jedyne ustawiły się ciurkiem, to przecież… ech!


Doba ma 24 godziny. Osiem śpię, osiem pracuję, dostępnych na rozsiewanie powabu i chwalbę paletą zalet zostaje osiem, z czego wielkopańsko zamierzałem aż połowę poświęcić na selekcję, arogancko lekceważąc czas na popas i wypas. Naprawdę - cztery godziny dziennie zwiadu i rozpoznania w walce. Więcej jak na hobby i inne pasje! A przecież od czasu do czasu wypada chociażby się ogolić, czy wypić kieliszek kawy w godziwym towarzystwie. Żeby cokolwiek się dowiedzieć o Jedynej i zdążyć zareklamować własne zalety, choćbym był skrajnie lakoniczny, nic mniej jak godzina nie chciało mi się zmieścić między uszami, czyli góra cztery podejścia dziennie. Przy dwóch tysiącach kandydatek, daje to poziom 500 dni ciurkiem, żeby przeprowadzić sprawiedliwy casting i wybrać tę najbardziejszą na świecie, albo chociaż tymczasowo utkwioną w Mieście i skłonną - nie pytaj do czego.


Ciężka robota. Nawet Bóg po tygodniu orki odpoczywał, a co dopiero ja, paproch mizerny… Dwa lata w skrajnie sprzyjających warunkach, to niedościgłe minimum, gdyby nawet chętne stanęły w kolejce do mnie. Widział kto taką kolejkę? Chyba tylko Wielcy Władcy, Kochankowie z legend i wielokrotni laureaci – Oskarów, Złotych Piłek, Nobli, czy innych wyróżnień stawiających ich wysoko w panteonie historii świata. Nie ja. I o takiej kolejce nawet marzyć nie wolno, bo to sprzeczne z logiką i współczesnymi poglądami – pierwszy ruch należy do faceta, czyli mnie. Więc jednak wrócić muszę do zbioru 20.000 dąsających się i przeważnie źle reagujących na próbę kontaktu. A to już pięć tysięcy dni orki, czyli z grubsza niemal czternaście lat jednym ciągiem. Zanim skończę, niektóre z wybranek będą już wzdychać za utraconą młodością, albo zgoła obwinią mnie o opieszałość eksploracyjną okropnie zaniedbanego złoża! Szaleństwo!


Skąd wziąć energię do przesiewania i jak zwiększyć własne szanse? Może trzeba było zacząć w przedszkolu? Albo w podstawówce? Tam miałem dostęp do samiczek w ilościach hurtowych (trzydziestoosobowa klasa, z czego statystyczna połowa to dziewczynki, plus klasa równoległa, dwie starsze o rok i dwie o rok młodsze, to 6x15, czyli dziewięćdziesiąt przedstawicielek trwale zniewolonych tuż obok mnie, a posiłkując się powyższą logiką liczb - na dziewięć mi-się-podobających przypadało zero koma dziewięć takich którym z wzajemnością!). W technikum? Tam dziewcząt było mniej, ledwie kilka na klasę i w całej szkole nazbierałbym góra pięćdziesiąt przedstawicielek płci przeciwnej do mojej. Studia, to już kompletny dramat, powiedzmy dziesięć zdeterminowanych, ślepych na towarzyskie zalety młodych kobiet z misją zbawienia świata. W pracy, to lepiej w ogóle nie rozważać, bo romans w pracy, to koszmar. Fatalne zauroczenie powodujące niekończącego się kaca, nieprzyjemności zbyt duże, nawet gdy rokowania na sukces rosną. Trzeba być skończonym desperatem, by się podjąć takiej akcji. Więc nie. Absolutnie.


Dlaczego nikt mnie nie uprzedził? Nie pokierował drzemiącymi w młodziutkim ciele przyszłymi potrzebami? Mogłem iść do szkoły dla fryzjerów. Albo pielęgniarek. Zostać cukiernikiem, albo bibliotekarką. Teraz, zamiast płakać nad rozlanym mlekiem mogłem jedynie zapisać się na aerobik, albo do baletu, ale w trykocie jądra puchną, ściśnięte do niemożliwości i o wybrykach prokreacyjnych trzeba byłoby myśleć z dużym wyprzedzeniem, żeby nie było wpadki.


Zapadłem w letarg umysłowy, a łeb sugerował, bym niezwłocznie został gwiazdą oklaskiwaną przez miliony z dowolnego powodu – ale czy wtedy uczucia będą szczere? I ci nobliści, to przecież stare, zjełczałe dziady… Nauczyć się kopać piłkę? Za późno. Śpiewać disco-polo na dożynkach nie przejmując się szyderstwami? Pomysły skwierczały we mnie rozmaite, co jeden to zuchwalszy, aż zupełnie znienacka przypomniałem sobie chińskie przysłowie – chcesz złapać rybę, myśl jak ryba!


Co lubią dziewczyny? Kwiaty i taniec! Eureka! Otworzę kwiaciarnię i zapiszę się do szkoły tańca! Niesamowite, jakie to proste! Wystarczyło na chwilę oderwać się od liczb, by wykryć nie do końca oczywiste rozwiązanie. Niezwłocznie zasięgnąłem wiedzy wprost z sieciowej otchłani i doznałem szoku.


W bieżącym roku w Mieście zamierzano otworzyć dwadzieścia tysięcy nowych kwiaciarni, a na kurs tańca towarzyskiego zapisy (w kolejce dla rezerwowych, proszę dowiadywać się w czwartki od siódmej trzydzieści) prowadzono na rok 2055… chyba, że amator był płci piękniejszej.


PS. Kiedy już serdecznie dość miałem strategii połowu, planowanych ruchów rozpoznawczo-zaczepnych i pozwoliłem sobie na pewną lekkomyślność, rzuciłem pytanie. W przestrzeń nad sobą. I pytanie ugrzęzło w materii bliżej nieokreślonej, aż się niebo zwarzyło.


- Bo przecież ona, ta Jedyna-wyśniona, ma dokładnie ten sam problem statystyczny, choć reaguje zero-jedynkowo. Tak-nie, selekcja i eliminacja. Decyzje ważone pierwszym spojrzeniem, domniemaniem, złą, czy dobrą chwilą w życiu, zanim zawiśnie nad nią pierwszy znak zapytania. Czy będzie wystarczająco intrygujący, by pozwolić zaistnieć drugiemu? Czy odpowiedź na pierwszy nie sprawi, że drugie w ogóle się nie pojawi?


Cud prawdziwy, że komukolwiek się udaje. A przecież Miasto, jak ongiś napoczął opowieść nieznany syn sławnego ojca - Red Vonnegut:


Mieszkam na Zakrzowie. Zakrzów, to zadupie Wrocławia. Wrocław to zadupie Polski. A Polska, to zadupie Europy.


Nie wiem, czy cytat jest dokładny, bo trochę czasu minęło i nie trzeba się z tym zgadzać. A jednak zmieniając liczby na proporcje dotyczące Polski, Europy, czy świata sytuacja niewiele się zmieni, bo procenty zostaną takie same – szansa na spotkanie i wzajemność jest mrzonką, Marzeniem Wariata (jedna z propozycji pana Łysiaka na rozwinięcie tajemniczego tytułu MW). I powiedzenie o ślepej kurze nie będzie w żadnym stopniu na wyrost, gdy dotrze przed oblicze szczęściarzy, którym dane było/będzie zaznać wspólnoty – niechby na jeden dzień!

4 komentarze:

  1. Cudna jest ta kalkulacja:))Uwielbiam statystyki,rachunek prawdopodobieństwa itp.Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to działa w obie strony. ci, co mieszkają w mniejszych miasteczkach, mają i łatwiej, bo liczby mniejsze i trudniej, bo jak wybierać na bezrybiu?

      Usuń
  2. Przecież mamy internet,przepraszam-Internet,sprawiający,że świat to globalna wioska i moja sąsiadka może poznać Kenijczyka a sąsiad z Oporowa jakąś miłą dziewczynę z Zakrzowa a facet z Zakrzowa panią ze Środy Śląskiej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. być może może - o czym będą gadać z Kenijką i w jakim języku? kwestia środowiska, wychowania, zainteresowań - to wszystko leży blisko - nie daleko. jak mawiali człowieka ze wsi można wyciągnąć, ale wsi z człowieka już nie. to wielka ekstrawagancja, taki mezalians i nie każdy sobie poradzi.

      Usuń