piątek, 10 maja 2019

Erotoman.


Niskopienna pani rozsznurowała żółciutką bluzkę, żeby jej piersi mogły wzejść niczym dwa słońca ciekawe świata i zaszczycić własnym ciepłem otoczenie. Zapachniało fiołkami, a pierścionek na palcu miał ametystowe oczko. Kto zwracałby uwagę na jakieś pierścionki, kiedy dwa słońca wschodzą na widnokręgu? Czoło mam chłodne, więc to zapewne inna przypadłość. Czereśnie zawiązały się i zwiastują już nieodległą rozpustę. Kasztanowce przekrzykują się z bzem, kto piękniej się wystroił i tylko rozłożyste biodra potrafiły na moment oderwać myśli od jednej, ku innej pokusie. A potem znów kolorowe trampki i blade kostki wolne od skarpet. Zerkam chwiejąc się w wątpliwościach, czy to z zapomnienia, czy mody. Bo o wygodzie i higienie chyba mowy nie ma.

środa, 8 maja 2019

(Nie)spełnienie.


Pudełko było stare. Z różanego drzewa? Ludzie lubili tak myśleć, szczególnie ci, którym wyobraźnia hodowana na romansach podsuwała takie pomysły. Nieszczęście polegało na tym, że było zamknięte, a w środku coś intrygująco grzechotało. Na co komu pudełko bez klucza? Ładne, zdobne i szkoda byłoby zaspokajać ciekawość niszcząc je.

A z tym różanym drzewem, to jednak coś na rzeczy było, bo wieko zawierało różyczkę inkrustowaną masą perłową. Takie trójwymiarowe zwieńczenie siedzące dumnie w najwyższym punkcie kuferka niczym wrona na antenowym maszcie. Drewno zdawało się być klejone z drobniejszych kawałków o różnych odcieniach. Z miniaturowych, nie zawsze regularnych klepek.

- Tetris – pomyślałem, gdy gospodyni wręczała mi je, jak ciekawostkę, którą nieodmiennie raczyła gości zaraz po herbacie i drożdżowym cieście z wiśniami. Obracałem w dłoniach niczym kostkę Rubika widzianą pierwszy raz w życiu pod czujnym wzrokiem gospodyni. Ona chyba była gotowa nająć włamywacza, żeby uwolnił jej ciekawość.

W środku grzechotało niepojęte, a tuż obok grzechotała uwolniona od kagańca wyobraźnia. Szafir większy od śliwki, pierścień czarnoksiężnika ze srebra tak starego, że poczerniałego niemal jak oczko skrzącego się w pierścieniu morionu, rzeźbiony w kości lewiatana posążek inkaskiego bóstwa o czterech pępkach i trójce oczu. Albo wręcz ziarno rokrocznie kwitnącej paproci zapakowane w konchę tchnieniem Afrodyty. Gdy humor nie dopisywał gospodyni, albo gościa chciała wyprosić tłumaczyła mu, że to kryształ górski, w którego wydrążonym wnętrzu ukryty jest dżin przeklęty, co na opak spełnia marzenia, albo wygłodniałe, ciekawe świata bakcyle zarazy.

Pudełko nie wyglądało krwiożerczo, więc niespecjalnie się obawiałem. Któż starszej pani dawałby broń biologiczną do ręki, kiedy ona potrafiła wydestylować z malin krople tak aromatyczne, że można było się zatracić przy pierwszej filiżance herbaty z konfiturą. I każda wojna mogła wtedy przejść obok niepostrzeżenie. Pudełko było jednak jej świątynią, przy której marzyła świat niepojęty. Może od dziewczątka wyobrażała sobie, że jest w nim obietnica nieśmiertelności, albo wskazówka do Sezamu?

Gospodyni poszła do kuchni, ukroić jeszcze trochę ciasta. Najwyraźniej przypadłem jej do gustu, gdy z szacunkiem obracałem to pudełko i kiwałem głową zgadzając się na każdą, nawet najbardziej nieprawdopodobną hipotezę. Słyszałem jak podśpiewuje cichutko. Chyba lubi śpiewać, gdy krząta się po kuchni. Głos miała miły, ciepły i pełen łagodności, a ja stałem bezradnie obracając w dłoniach pudełko. Rozdzwoniły się jakieś szklane naczynia, może drobniuteńkie kieliszki na nalewkę dereniową, o której wspominała, zerkając na portret wąsatego byczka prężącego muskuły w bardzo starych ramach.

Gdy tak obracałem pudełko do rytmu nuconej czastuszki zaczepiłem palcem o różę z wieczka, a pudełko kończąc obrót zostawiło mi ją w dłoni. Róża wpięta była w wieko krótkim, ostrym gwoździem. Chciałem wsunąć ją na miejsce nim gospodyni zauważy, że uszkodziłem jej świątynię, ale wtedy się stało coś, czemu nie potrafiłem zapobiec. Jeden z kawałków drewna z cichym skrzypieniem przesunął się o jakiś centymetr w głąb.

Stałem zdumiony tak bardzo, że nie wiedziałem co począć z rękami, gdy w drzwiach pokoju stanęła gospodyni. Rzuciła okiem na pudełko, potem na mnie, a głos jej zamarł.

- Umiesz to otworzyć? – wyszeptała pytanie pobladłymi ustami.

A potem przysiadła na skraju fotela i patrzyła jak zaczarowana. Nie umiałem, bo chyba tylko autor tej szarady potrafił ją rozwikłać, ale starałem się. Odłożyłem różę na stół i powoli starałem się wciskać i przesuwać fragmenty trójwymiarowej układanki. Zmierzch dojrzał już do intymności i stanowił znakomite tło dla płomieni tańczących w kominku, a ja wciąż naciskałem, szukając rozwiązania. Pudełko ostatecznie straciło swój z dawna utrwalony kształt i zmieniło się w skomplikowaną geometrię.

Gospodyni skubała ciasto i nawet nie zauważyła kiedy na przyniesionym z kuchni talerzu zostały okruchy mogące wystarczyć najwyżej jednemu, niezbyt głodnemu wróblowi. Palce mnie bolały i chciało mi się pić, ale w żarliwym, pełnym wiary wzroku gospodyni czaiła się niewysłowiona prośba o rozwiązanie zagadki. Zdążyłem wyzbyć się entuzjazmu, kiedy kształty znów zaczęły wykazywać się płaszczyznami. Po kolejnym, sam nie wiem którym obrocie bryła stała się zwarta i wolna od sterczących fragmentów.

Obracałem w dłoniach, aż między palcami coś niewielkiego spadło na dywan bezdźwięcznie. Nie zdołało się ukryć przed roziskrzonym wzrokiem gospodyni, która opadła na kolana i w półmroku dywanu szukała spełnienia marzeń. Zacisnęła dłoń z cichym okrzykiem tryumfu i podniosła się z kolan. Staliśmy we dwoje patrząc na starą, zasuszoną piąstkę, w której skryło się rozwiązanie zagadki.

Rozchyliła palce. Na dłoni leżał malutki, metalowy klucz… Nie musiałem sprawdzać, żeby wiedzieć. On był kluczem do otwierania pudełka. Gospodyni usiadła i widziałem, że odkrycie ją przygnębiło. Oczy miała wilgotne, a ręka drżała wraz z cienkimi wargami. Bałem się, że serce nie wytrzyma, że żałość powali tę silną kobietę. Szarpnąłem się prosząc o klucz, a przemodelowane pudełko zagrzechotało. Inaczej niż wcześniej, ale zagrzechotało. Zamarłem z dłonią wyciągniętą po klucz, a gospodyni zamknęła pięść.

- Nie! – krzyknęła z energia odrodzonej nadziei – nie wolno otwierać tego pudełka… Przecież wiesz, że nie wolno. Tam może mieszkać dżin złośliwy wielce i na opak spełniający marzenia, może jest tam czarna ospa przekładana dżumą i trądem, która czyha na śmiałka, żeby stał się siewcą śmierci? Może perła z morza nieskończonych łez, przy której śmiech posiadacza umiera dożywotnio?

wtorek, 7 maja 2019

Co nowego panie?


Na horyzoncie pojawił się pan z kosiarką, a ja myślałem, że ktoś wyprowadził na spacer stado szerszeni. Dziecię na huśtawce wstrzymało oddech. Pyzata buzia oddała się dywagacjom, kiedy oczęta poszukiwały roju. Mama znalazła go szybciej, bo porwała dzieciątko z huśtawki i uciekli w wielkiej trwodze. Na podwórku zapanował galimatias i zapach skoszonego trawnika. Tylko ptaki zerkały z wysokości żywotników, czy jakieś dzikie białko im się nie trafi. Miasto przywykło już chyba do tego, że jest niekończącym się placem budowy i bez dziur, hałd i zastaw drogowych czułoby się zapewne nieswojo i nie bardzo u siebie. Może to i dobrze, bo spaceruje się z ciekawości.

poniedziałek, 6 maja 2019

Dejavu.


Otwieram, bo cóż innego mógłbym zrobić z drzwiami? Nie nadają się na kompana do spacerów – jedynie do tego, aby odciąć się od świata, albo od przeszłości. Dzisiaj miałem ochotę na świat. Na zewnętrze niepoznane i być może wrogie. Pewnie dlatego, że lodówka pusta, a dwie setki wypite na czczo dodały mi animuszu. Trzasnąłem z fantazją – nie powstrzyma mnie mebel wrośnięty w ścianę.

Kurz się posypał na klatce schodowej, jak zwykle, kiedy nadmiar energii wyniesie w drogę organizmy buńczuczne z niespożytkowaną energią. Jakby mi kopa wprost w plecy kto wymierzył. Powietrze przesunęło się i zaatakowało mnie, aż się potknąłem na nierównościach klatki schodowej, która poprzedni remont przeżyła chyba zaraz po wojnie i był to raczej prymitywny, amatorski występ jakiegoś lokatora, niż fachowa restauracja przestrzeni.

Odwróciłem się, by skląć owe drzwi, że tak nieobyczajnie i wrogo ze mną postępują, ale co ja wiem. Zanim otworzyłem usta zapieczone wrastającym z podłogi kurzem drzwi stęknęły i poniosły echami larum. Od każdej strupieszałej ściany niosły się dźwięki, które oczywiście musiały zalęgać się w moich uszach powodując kakofonię niezrozumiałych dźwięków. Zupełnie, jakby po persku przemawiał ktoś do mnie. A drzwi przecież uczciwie dębowe i piasek na zaprawę z najbliższej okolicy z Persją miał równie wiele wspólnego, co ja.

- No i po co z taką fantazją walisz, jakbyś miał świat zawojować właśnie dziś?

- Drzwi do nie gadają – pomyślałem – nie wypiłem aż tyle, żebym popadł w omamy i wtórną świadomość.

Zerknąłem na nie podejrzliwie. Dobrze, że sam sobie chuchnąć nie musiałem, bo pamiętam, że dwie setki, to wszystko, co uniosła lodówka. Zdaje mi się, że przez tydzień usiłowałem przetrwać, jak jakiś traper pośród zapasów zgromadzonych i z domu wyszedłem jak wyżeł zagłodzony. A teraz w lodówce smętne lodowe obrazy zasiedlają tylną ścianę i gdybym do rzeczy podszedł ze zrozumieniem, to odłączyłbym kabel i pozwolił lodowcom spłynąć na podłogę, nim wypełnię ją zawartością.

- Ty! – drzwi szczeknęły do mnie skrzypiąc mosiężnymi zawiasami i cała tą biżuterią skromnie ukrytą pod niezliczonymi warstwami olejnicy.

- Ja? – powiedzieć, że byłem zdumiony, to nic nie powiedzieć – Do mnie mówisz? Eeee… mówicie?

- A widzisz tu kogoś innego cymbale jeden? Pewnie, że do ciebie. Skoro wreszcie zdecydowałeś się na odmianę, to dokończ, coś zaczął!

- Ale… Co zacząłem?

-Wróć do środka i sam zobacz! – drzwi były zdecydowane i jednoznacznie apodyktyczne.

Wróciłem, a drzwi usłużnie rozpostarły skrzydła, żeby syna marnotrawnego przyjąć. Od wewnątrz, na podłogę spłynęła płachta farb odsłaniając nagie drewno. Ciemne. Nie wyglądało na dębinę, choć nie był to mahoń. Sam nie wiem, co to było, ale drewno udawało spalone. Puknąłem w nagą przestrzeń, a ona oddała dźwięk, jakbym zapukał w pancerz czołgu. Drzwi skwapliwie zatrzasnęły podwoje i zostałem w środku, dość smętnie wspominając, że w lodówce przechowuję jedynie lód o znikomej wartości energetycznej, a żołądek przystąpił właśnie do trzeciego requiem. Czysta improwizacja, jednak na tyle wyrazista, że nie pozostawiająca złudzeń. Byłem głodny. A drzwi były zamknięte.

Chciałem nacisnąć klamkę i uciec, bo w końcu resztka starej farby na podłodze nie była warta mojego głodowania. Klamka wiła się w rękach jak wąż i wyślizgiwała, ale o zaczepieniu języka i uwolnieniu mnie mowy nie było. Kopać nie próbowałem, bo prędzej nogę złamię, niż osiągnę coś konstruktywnego. Pamiętałem ich grubość. To nie była tektura spinająca ramę z sosnowych żerdek, tylko masywna jednolita konstrukcja. Drzwi rycerskie, odporne na atak tłuszczy. Może nawet wytrzymałyby napór ZOMO podczas szturmu bez wsparcia artylerii.

Byłem więźniem we własnym domu, a strażnikiem stały się drzwi. Czwarte piętro, kamienica pamiętająca schyłek dziewiętnastego wieku i standard budowlany z tamtych czasów połączony z prostą algebrą podpowiedział wynik – 13 metrów nad poziom chodnika. Z grubsza, bo nikt na milimetry mierzyć nie będzie. Przez okno nie wyjdę, chyba, że skoczę na tę brzozę sponiewieraną wichurą, której kikut sterczy i straszy niebo z pięć metrów niżej. Chodnik niechlujnie betonowy gryzł szarymi zębami moją wyobraźnię i obiecywał, że dla ciała będzie równie bezlitosny.

Postanowiłem negocjować, ale nie miałem w ręce żadnych kart. Mogłem tylko słuchać, chowając dumę do kieszeni. Popatrzyłem raz jeszcze na drzwi. W górnej części drewno pokryte było galimatiasem jakichś kresek, jakby przepełzł przez nie wąż, który uciekł z kałamarza. Wzorek był nawet elegancki i mógł się podobać, a jego reszta kryła się pod farbami.

- Najpierw wyskrobiesz do końca – drzwi poinformowały mnie beznamiętnie o własnym kaprysie – tylko ostrożnie, żebyś nie zatarł treści. A potem… Zapewne nie znasz arabskiego? Pamiętając twoje wcześniejsze zachowania, to pewnie żadnego języka nie znasz łącznie z własnym. W takim razie przemalujesz starannie wszystko i pójdziesz poszukać tłumacza. Trochę ten napis łaskocze, ale zanim się coś zetrze dobrze jest wiedzieć czym to grozi.

Skrobanie drzwi, to nie jest piknik na działce u sąsiada, tylko orka na ugorze. Szpachelka złamała się nim nią pięć razy machnąłem, a noże kuchenne niezbyt się nadawały do takiej pracy. Pazurami olejowych farb zedrzeć się nie da, a wiertarkę wyposażoną w papier ścierny drzwi wykluczyły. Dobrze, że trochę pomagały i starały się oswobodzić we własnym zakresie, gdyż bez wsparcia nie miałbym żadnych szans. Farby na jadalne nie wyglądały, a drzwi były nieubłagane. Dzień cały i pół nocy zeszło nim farby spadły na podłogę, a ja wraz z nimi. Spałem zwinięty w kłębek i głodny wciąż bardziej.

- Tylko patrzeć, jak drzwi mnie kopną! – z takim przesłaniem się zbudziłem i poderwałem się na nogi patrząc z nieukrywanym strachem na mojego prześladowcę. Drzwi pozwoliły na skopiowanie zygzaków i zaakceptowały jakość, choć poskrzypiały odrobinę nim mnie wypuściły.

Szczęście pełne. Uciekłem nie siląc się na zamykanie – niech same sobie radzą. Uciekłem zziajany i tak głodny, że trzy rundy w barze mlecznym musiałem obsłużyć, nim rękawem otarłem usta. Miałem już wyjść i zastanawiałem się niespiesznie, czy wracać, czy dać sobie spokój i poszukać innego lokum, albo wręcz innego miasta. Nim podjąłem decyzję zauważyłem człowieka w turbanie, który dość płynnie posługiwał się językiem tubylców usiłując zamówić coś jadalnego. Naleśniki z serem? W końcu nie mój problem. Podszedłem wyciągając kartkę z przemalowanymi obrazkami i pytaniem, czy nie byłby uprzejmy wyjaśnić o co chodzi z tymi szlaczkami.

Przyłożył palec tak suchy, jakby omyłkowo zostawił go na pustyni i wrócił po roku. Od drugiej strony, jak jakiś bezbożnik! I wiódł tym paluchem do początku. A potem roześmiał się.

- Tu jest napisane, że ze złej strony prawdy szukałeś, bo ona jest po przeciwnej. Żeby nie zbudzić demonów, powtórz po drugiej stronie, a prawda cię oświeci.

- Demony? – zabił mi ćwieka, ale pamiętałem już jednego… no… jedne – Jeśli drzwi mają mnie ścigać i straszyć do śmierci, to może lepiej pozwolić sobie na oświecenie?

Na wszelki wypadek okulbaczyłem się prowiantem i narzędziami. Wróciłem nim zmierzch ogarnął okolicę i wziąłem się do pracy. Drzwi popiskiwały cieniutko i chyba były zadowolone, a ja zgrzany, upocony skrobałem je bez litości. Powierzchnia wynurzała się powoli i pokryta była również szlaczkami. Nie patrzyłem, bo fragmenty niewiele mogły mi powiedzieć. Całość zresztą też. Kiedy skończyłem nie miałem siły patrzeć, czy rysować. Miałem nadzieję, że gdy się obudzę przerysuję te ślimacze harce i znajdę tego gościa w turbanie. Tyle bandaża na łeb zakładać może chyba tylko ktoś, kto z drzwiami gada i boi się, że łeb mu pęknie. A ja nie miałem bandaża i czytać nie umiałem.

Kiedy wstałem zacząłem przemalowywać znaki. Dziwne. Nie znałem języka, a miałem wrażenie, że znam napis! Kiedy skończyłem gapiłem się na malunek i na drzwi, które szepnęły do mnie coś na kształt „dziękuję” i przestały mnie zauważać. Zupełnie, jakby odarte z tego futra straciły głos. Mogłem wejść, albo wyjść bez kłopotów. A ja stałem z kartką szlaczków w ręku i dumałem co dalej. Podrapałem się po tyłku, a w kieszeni coś zaszeleściło – wyjąłem wcześniejszą kartkę i porównałem… Obrazek był identyczny!

niedziela, 5 maja 2019

Randka z nieznajomym.


Patrzył na nią. Zuchwale i jakoś tak, jak się patrzy na pierwszą miłość. Niemal czuła, jak siwe włosy znów nabierają barwy dojrzałych kasztanów i miękły skręcając się, by ułożyć się na plecach. Dawno nie miała już długich włosów, a takiej miękkości nie potrafi nadać żaden szampon. Tylko młodość potrafi sprawić cud, który niestety zbyt szybko mija. Przywykła do swojej siwizny i nie usiłowała jej tuszować farbami. I tak były twarde niczym szczotka do podłogi, a farby tylko potęgowały niemiłe wrażenie.

Kim był, że pozwalał sobie na taki wzrok, w którym miękły jej włosy? Wstydziła się przyznać nawet przed samą sobą, że nie tylko włosy jej miękły. Odgarnęła je z czoła tak, jak robiła to będąc nastolatką – dmuchnęła na niesforny kosmyk, żeby spadł znów na oczy i dopiero potem odgarnęła go ręką nietrwale chowając za uchem. To działało zawsze, więc nie zdziwiła się nawet, gdy zadziałało i teraz. Patrzył na nią z głodem, jakiego ukryć się nie da przed kobiecym wzrokiem. Jak mały książę na jedyną różyczkę w ogrodzie. Wolała milczeć – bała się, że zacznie się jąkać, że starczy głos ją zdradzi.

Zarumieniła się, a kurze łapki wokół oczu kurczowo przytrzymały wzrok siedzącego naprzeciw i bezwstydnie prosiły o więcej. Kiedyś… Schowałaby oczy pod stół, na własne kolana i udawałaby, że nie widzi jak ją pożera wzrokiem taki głodomór, ale dzisiaj nie chciała stracić ani sekundy. Patrzyła bojąc się mrugnąć okiem. Oblizała wargi, które zaczęły pulsować. One też były miękkie i żądne wrażeń. Chciały się oddać patrzącemu. Ileż to lat nikt nie przyssał się do nich? Nie pogryzł do bólu? Zdawało się jej, że pamięta, ale straciła całą pewność, gdy widziała, jak jego oczy śledzą niepozorny ruch języka i niemal toną w zazdrości, że to nie jego język zwiedza jej wargi. Boże – jak bardzo chciała, żeby tak się stało!

Wyciągnął rękę, więc mu podała własną. Bez słów, bo cóż mądrego mogła powiedzieć. Widać było po niej, że jej ciało pragnie towarzystwa i gotowe jest oddać mu się bez granic. Ręka, to tylko pierwszy z kroków… Wziął ją we własną i niemal się schowała. Miała małe dłonie, wyschnięte i poznaczone starczymi plamami. Zimne od niedotykania. Żadna kąpiel, czy rękawiczka nie zagrzeje przecież dłoni tak, jak druga dłoń. A on właśnie trzymał jej rękę w zagłębieniu własnej dłoni i przykrywał drugą. Bez pośpiechu, delikatnie, aż poczuła, że zaczynają się budzić jej palce i przeciągają się jak młode kocurki odsypiające obiad w wiklinowym koszu.

Kiedy odkrył jej dłoń była już gładka… przesiadł się, by móc ją pocałować. Obudził dreszcz, który trzepotał się po całym ciele starszej pani i nie potrafił sobie miejsca znaleźć. Zwiedził ją całą od środka, a serce staruszki rozśpiewało pieśń, jakiej nie zapomina się do śmierci. Wtuliła się plecami w ramiona pasujące wciąż bardziej i bardziej, gdy jej ciało odprężało się i ocierało o męską pierś. Jeżeli pożądanie ma zapach, to tak właśnie pachnieć musi. Gryzła wargi. Nie mógł tego zobaczyć, ale ona czuła jego oddech przedzierający się przez włosy na szyję. Parzący, odbierający spokój i … mógł ją tym oddechem rozebrać i strącić w piekielne czeluści. Był bezbronna.

Tak szybko oddychała chyba tylko dwa razy w życiu – raz, kiedy uciekała przed wulgarną przemocą płacząc i wzywając pomocy i wtedy, gdy pierwsza miłość niezdarnie rozpinała jej guziki… Oczy odpłynęły jej we wspomnienia, a piersi unosiły się pod bluzką znów za ciasną. Guzik walczył, żeby utrzymać się w jej cieple spłoszonym, unoszącym się pod niepokalaną bielą. Chciała przełknąć ślinę, lecz nie znalazła jej w ustach. Język błądził po zębach. Były gładkie i nawet bez sprawdzania wiedziała, że są równie białe jak bluzka, pięknie odcinając się od czerwieni warg pokąsanych, by nie krzyczeć piękna.

Czuła jego nos szukający czegoś za jej uchem i łaskoczący nieśmiało przy każdym wydechu. Usiłowała mocniej złączyć kolana, które miała już ściśnięte najbardziej jak mogła. Pod spódnicą pękała ziemia. Jeszcze się łudziła, że powstrzyma erupcję zakładając nogę na nogę i udami ściśnie. Pośladkami, siłą woli… Wystarczyło jednak, że spróbowała unieść stopę i kolana straciły łączność, gdy poczuła w nosie własny aromat. Ostry jak brzytwa. Szczery jak wyznanie i prawdziwszy od każdego piekła. Warga wymknęła się zębom, jak zając wymyka się czasem nagonce.

Uczucie nie zna więzień i granic. Jęknęła cicho. Musiał poczuć. Usłyszeć musiał. A przede wszystkim wiedzieć. Była jego. Cała i bez reszty. Nie musiał nawet prosić, bo zanim poprosiłby dostałby więcej niż mógł wymyślić. Rozchyliła kolana, aż spódnica zaczęła trzeszczeć w szwach pomiędzy gładkimi udami. Prawda płynęła z niej wąziutkim strumieniem czekając, aż przykryje go dłonią, ustami. Aż zanurzy się w niej po zatracenie. Świat przestał istnieć i nie było już żadnych wspomnień wartych wspominania. Była tylko chwila i ona kipiąca, wtulona we wspólny rytm.

Krzyczała? Być może. Uśmiech nie był piękny, bo w ekstazie jest najbrzydszym z możliwych. Popatrzyła na własny uśmiech i ciało pomarszczone, umęczone i zimne. Leżało wolne od bólu i od niej. Ona… Cóż – trzymała za rękę kogoś, kto dał jej poczuć ciepło i nie obiecywał nic. Nie musiał – był. I to wystarczało. Był, jak cała wieczność i tylko dla niej. Zostawiła ciało bez oglądania się po raz drugi. Niech zostanie to opakowanie. Zbędne. Zużyte życiem. Grunt, że nauczyło ją kochać.

sobota, 4 maja 2019

Szóste wrota.


Są takie światy, w których można tylko być. Po prostu. Nic więcej, tylko być. Obserwować i karmić się samym sobą. Czasami zanurzam się w swój intymny pamiętnik, a czasami on sam uchyla wrota i kusi wspomnieniem. Staję całkiem bezradny, nagi i bezbronny. Mogę odwrócić się i uciec, albo zostać i dać się ogarnąć szaleństwom.

Galeria obrazów – portrety ludzi, którzy są, lub tylko byli przez chwilę. Ważną, albo zupełnie niedocenianą. Ponoć pamiętać można pięćset sylwetek, choć ocieram się o więcej nieistotnych bytów każdego dnia niemal. I oni w swojej nieistotności zapadają we mnie mgłą wspomnień, bo skąd miałbym wiedzieć, która nieistotność faktycznie żadnego znaczenia nie ma? A może dopiero mieć będzie? Spotykam niekiedy ludzi niemożliwych, wymyślonych chwilę wcześniej. Spotykam obcego, który ma wyrzeźbione w mojej podświadomości rysy i nawet gest odgarnięcia włosów z czoła jest przewidywalny i oczekiwany. Mijam miejsca nieistniejące, choć wyryte w duszy tak dokładnie, że nawet dziś noga przeskakuje kałużę, która wyschła tak dawno…

Uszy też nie śpią, chwytają znajome dźwięki i oprawiają je w wieńce innych powodując, że płuca stają się zbyt płytkie i zachłanne jak wszyscy diabli. Idąc węszę zawzięcie smugi nierozpoznanych nut i tylko na dnie łepetyny snuje się imperatyw, żebym nie poprzestawał. Nie puścił tej nitki łączącej mnie z przeszłością dawno zapomnianą. A kiedy nogi stracą poczucie rytmu, zgubią sens drogi i zaplączą się w detalu głowa przerzuca karty szukając chwili. Muzyka potrafiąca wydusić z serca ostatnie krople krwi, żeby nią wymalować na policzkach to, do czego jeszcze dziś nie potrafię się przyznać przed sobą. Ciszę tak odległą i zapodzianą w przeszłości, że niemal charczy o zauważenie i chwyta za nogawki, żebym nie minął bezmyślnie.

Uderzony aromatem czuję zawroty głowy, ilekroć wrota otworzą się tak odległe, że usta szepczą: to niemożliwe, nie mogło tak być. Przecież nikt i nigdy. Nigdzie nie było tak właśnie. A jednak było! Rozpoznaję dziewicze zapachy dziewictwem wtórnym zarażone, połatane i posklejane pomiędzy zapomnieniami doskonale. I tylko oczy łzawią, bo pamiętają, że był ciąg dalszy, wart uniesienia, albo żałoby. Kręci mi się w głowie, więc siadam byle gdzie, niechby pod murem, albo w poręcze dowolnego mostu się wpinam kurczowo i szukam w pamięci niedbale, bo dbałość nic nie da, skoro nie wiem, gdzie szukać.

Kawałek chleba drę gołą ręką, bo darty chleb ma inny smak, niż ten maszyną pochlastany na cienkie formatki. Chleb w każdym domu ma inny smak i niech bym tych domów milion zwiedził, to dwóch takich samych nie znajdę. Język cierpliwie zbiera uniesienia i nie protestuje. Ale czasem, gdy wargi obliże, gdy pozwolić mu powspominać, to usta wypełni potopem śliny i siłą woli trzeba powstrzymać szczęki od przeżuwania. Połykam wspomnienia, jakby były pełne kalorii i drugi raz zjadam wieczerzę. Nie ostatnią, lecz pierwszą.

Można mnie dotknąć. Wiatr czy słońce czynią to bez pytania. Woda przedziera się nieustępliwie przez pokłady ubrań, żeby zlizać ze mnie pot i ściągnąć go w kałużę, która przypominać będzie upadłą aureolę. Ciało szamocze się od dotyku, który już był. Do matczynej dłoni przedzierającej się przez skołtunione włosy, do pięści, która zostawiła bliznę wyblakłą na policzku, do paznokci w plecy wbite podczas ekstazy i rozkwitłe kwiatami purpurowymi ukrywanymi skrzętnie przez całe tygodnie. Wygniatany biodrem w piasku dołek, z którego morskie fale wypłukiwały ciepło chcąc mnie podmyć i utopić też się gdzież zapodział w pamięci i teraz przepytuje mnie, co było potem.

Głowa zbiera okruchy i nic nie porzuci. Nie potrafi. Jak nałogowiec kolekcjonuje detale, aby upleść z nich niepowtarzalne jutro. Jakieś dzisiaj. Ubiera w dumę, albo wstyd. Potrafi grzbiet zgarbić, albo dorysować łopatkom skrzydła. Ponieść, lub przewrócić – bez różnicy. Lepiej to zrobi od wytrawnego kata i bardziej będzie bolało. Żadna gąbka nie chłonie rzeczywistości lepiej i bardziej łapczywie. Pazerna głowa, nałogowiec szalejący głodem pożądania wszystkiego, co objąć zmysłami potrafi. Szczęście, że upycha po zakamarkach, że z oczu nie sterczą jakieś łachmany i strzępy zdarzeń…

Dopiero nocą, gdy mrok wydusi ostatnie kształty i kolory, kiedy oswojona klatka sypialni stanie się sterylną powtarzalnością, która zamorduje pozostałe wrażenia otwierają się szóste wrota. Do świata lęków i nadziei. Do przeczuć i podejrzeń. Do nieistniejącej rzeczywistości, którą głowa stara się rozpętać niczym tornado. Rozdmuchać iskrę wydłubując nieistniejące z niebytu. Nie zawsze z głowy wyjdzie łagodność ubrana w życzliwość. Czasem demon chichotał będzie bezczelnie gryząc w nos. Innym razem, gdy zajrzeć ciekawością pochopną pchnięty, w cień lustra podniesie podłość domniemaną i uwypukli, odbije i przyklei do skóry, rozjątrzy zarazą, aż całe ciało zapłacze gorzko. W świecie, w którym wszystko jest możliwe i nic dozwolone, jedynym prawem jest chłonąć to, co przyniesie los.

Uciec? Skąd? Z niebytu, w którym umarł nawet czas? W uchylonych wrotach pokus nie brakuje. Może są tam kolejne drzwi? Na drugą stronę? Siódme wrota? Nim zapytałem, już obudziłem robaka ciekawości, żeby wejść w szósty portal i poszukać, a skołatana głowa szepce nadzieje, że skoro było sześć, to czemu nie siedem? Przecież nawet, gdy ich nie ma, to za szóstymi drzwiami wszystko się zdarzyć może, więc jeśli gdzieś, to tylko tam. Drzwi skrzypią łagodnie, jak pies czekający na patyk za którym znów będzie mógł gnać z jęzorem na wierzchu – byle miał kto go rzucić.

Nie chcę! Nie potrzebuję wcale! Sen nie różni się niczym od śmierci. Pijanymi oczami przeszywam ciemność i duszę się własnym oddechem. Że też mi się szwendać zachciało po nocy! Eksplorować przestrzenie nieistniejących światów. Po skórze spełza strach i niespiesznie wgryza się w kołdrę. Siedzę i zliczam oddechy do poranka, a dużym paluchem maluję na podłodze zaprzeczenie nieskończoności. Bezczasie zaczęło znów pluć sekundami, ale bardzo niechętnie. Niech ktoś obudzi kształty! Uciekłem! Znów się udało przetrwać noc…

piątek, 3 maja 2019

Na ludowo.


Klucz zachrobotał w drzwiach odcinając mnie od zewnętrza. Wyszli wszyscy, a choć mogłem od środka otworzyć, to przecież wcale tego nie chciałem. Poszli, więc tak miało być. Czyżbym ulgę poczuł? Znienacka, zamiast tego pobieżnego otoczenia wymieniającego uwagi z pogranicza plotek i błahostek zostałem sam na sam z przestrzenią pełną smug ich wspomnień i niezrealizowanych (na szczęście) popędów. Nie sądziłem, że można aż tak, że ubodzie mnie i będzie trzymać niesmak. Rozbierałem się nerwowo, jakbym miał koszulę skażoną cudzym wzrokiem. Dopiero nagość dała poczucie, że wracam do siebie i znów potrafię oddychać.

W swojej skórze czułem się nie najgorzej, choć odrobinę śmierdziała używaniem. Głupio tak o sobie mówić. Powiedzmy, że pachniałem intensywnie i ten zapach niewiele miał wspólnego z drogerią. Nienajmłodsze ciało wydzielało smród strachu, samotności i nieużywania. Może nawet zapomnienia? Stopy zaklaskały na parkiecie zbierając mimochodem jakieś drobiny wcześniejszego zbiorowego szaleństwa. Podszedłem do okna za którym zewnętrze rozszalałe układało się w objęciach wieczoru krzykiem pijanym, pieśnią, co do boju wieść miała „naszych” przegrywających kolejne złudzenia, cienkim głosem zawodziła miłosny rytm studentka zza ściany.

Na zewnątrz pies o wyglądzie złodziejaszka przyglądał się szczurowi zastanawiając się, czy to dobry pomysł na kolację. Szczur był spory. Weteran. Nienaturalnie krótki ogon i wyraźna asymetria grzbietu sugerowała twarde życie pełne potyczek. Stary, czyli cwany. Niebezpieczny. Pies tylko prychnął i poszedł dalej, szukać łatwiejszego łupu. Sroka usiłowała wymusić na gołębiu posłuszeństwo i szarpała za ogon nieszczęśnika, aż piszczał z przerażenia nie wiedząc za jakie grzechy cierpi. Uchyliłem okno, żeby wpuścić do środka wiatr. Najpierw uciekły duchy gości.

Właściwie dlaczego mnie tu zostawili? Nie mogłem skojarzyć. Bodajże zbyt mało hałasu robiliśmy i poszli gdzie indziej szukać uniesienia. Zostałem, bo ja dla odmiany przyjąłem już dawkę hałasu z nawiązką i nie spieszno mi było po więcej. Wiatr oblizał mnie lubieżnie, aż zadrżałem. Dawno już nikt mnie nie molestował i zapomniałem, jak nieprzyjemne to uczucie. Zerwałem firankę i okryłem się nią. W sam czas, bo podwórkiem nadchodziły dwie kobiety zataczające łuki krokami, zamiast biodrami. Jedna niosła szpilki w ręku, a podwórze dobierało się do jej rajstop i pięt. Druga paliła, zaciągając się jakoś tak konwulsyjnie, aż jej oczy spopieliło brudnym błękitem. Stałem zawinięty w firanę wdychając kurz drapiący mnie w plecy i gardło.

Dostrzegły mnie i podeszły. W oprawie okna musiałem wyglądać jak jakiś niedokończony posąg, albo rzeźba dopiero co zapakowana na podróż w nieznane. Pani od szpilek przysiadła półgębkiem na parapecie i machała nogą beztrosko. Druga poszukiwała czegoś w torebce, aż wyciągnęła małą piersiówkę i przyssała się do niej. A potem przyglądały się obie, jak stoję omotany gazą zerwaną z karnisza. Za moimi plecami kilwater porzuconej garderoby znaczył mój szlak jednoznacznie. Milczały, co mi bardzo odpowiadało. Mogliśmy tak patrzeć na siebie wzajemnie, jak rozbitkowie, albo dożywotni skazańcy.

- Chyba pasowałby ci do halki – niepewnie zauważyła bosonoga.

- A gdzie tam. – ta druga na wszelki wypadek sprawdziła paletę barw zaglądając sobie w dekolt, żeby się upewnić – Prędzej pasowałby do twojego tyłka. Patrz, jaki on blady, jak jakiś faraon po mumifikacji.

Stałem cicho niczym czapla i tylko strzygłem uszami.

- Może zatańczy… – rozmarzyła się bosonoga – Wiesz, taki azjatycki striptiz z szaliczkiem, czy z kastanietami.

- Eee tam. – koleżanka była cyniczna – Faraon tańczyć nie potrafi. Chyba sama musiałabyś wskoczyć i zatańczyć. Chcesz? Jest drugie okno i druga firana. Nawet nie musiałabyś rozbierać faraona, niech siedzi w bandaże okutany, to nie nabroi.

Uchyliła mocniej okno, a bosonoga nieskładnie pakowała się do środka przeciskając się koło mnie. A kiedy już weszła, to zaczęła się rozbierać i rozrzucać garderobę uzupełniając wystrój podłogi. Chichotała przy tym jakimś amaretto, a potem powiesiła się na firanie oburącz i szarpała drobnymi dłońmi brzeg firany.

- Te! Faraon! – cyniczna szturchnęła mnie zajmując miejsce bosonogiej na parapecie – pomóż kobicie, bo jej tipsy spadną.

Zerknąłem na sąsiednie okno. Faktycznie – jej pośladki pasowały do firany jak ulał – ma oko cyniczna. Przedreptałem do drugiego okna i pociągnąłem. Raz, a dobrze. Żabki puściły, a bosonoga wcale, więc gruchnęła na podłogę, aż cyniczna ze śmiechu splamiła uda i parapet. Potem przyszła tancerka to już gramoliła się nie przestając chichotać, a mnie mdliło od migdałów, więc podreptałem do otwartego okna woląc wdychać smród mentolowych slimów, niż cyjanek dobiegający od bosonogiej już doskonale. Była bosa aż po czubki włosów farbowanych niedawno, bo wciąż zgrabnie udawały czerń ciemniejszą od nocy w nowiu. Cyniczna wstała i chwiejnym krokiem stanęła przed sąsiednim oknem kontemplując widzenie.

- Faraon! – cyniczna z wysokości parapetu poczynała sobie ze mną bezczelnie – Chyba uczyli cię, że kobieta w oprawie kwiatów wygląda korzystniej. Poszukaj jakiegoś flakona, czy co tam masz pod ręką.

Była tylko jedna doniczka w kuchni z jakimś egzotycznym kwiatem nakrapianym tak, jakby miał wiatrówkę, ale okazało się, że to motyle z brazylijskiego lasu deszczowego, czy inna orchidea wzbudzająca pozytywne odczucia obu pań i nadaje się znakomicie jako oprawa wieczornej rusałki. Pani udrapowała się w firanę dość nieskromnie, bo skoro miała tańczyć, to swobody ruchów potrzebowała niewątpliwie, a cyniczna w tym czasie spacyfikowała cygańską kapelę wracającą z symultanicznego koncertu w kawiarnianych ogródkach w rynku.

Szef kapeli pobrzękując tamburynem roztkliwił się nad odsłoniętą piersią napęczniałą od chłodu wieczorka zapowiadającego się dość niezwykle, ale gdy tylko cyganie zapodali rytm pani ożyła i tańcem uwiodła nawet szpaki, które pogwizdywały z podziwem, a z okien po sąsiedzku w kurz podwórza posypały się monety, od czasu do czasu przeplecione sfruwającym banknotem. Cyniczna znów przysiadła na parapet z zamiarem wyprodukowania sztucznego dymu i oddała się temu zajęciu po kres świadomości. Zasnęła siedząc z nogami pod brodą ukołysana rzewną melodią akordeonu. Cyganie ukłonili się kapeluszami i poszli wybierając spod nóg metale kolorowe i bilety narodowego banku. Ja stałem wciąż obandażowany szczelnie, a idealnie bosonoga wciąż wirowała nucąc melodię z własnej pamięci. A kiedy otworzyła oczy… Zdjęła firankę i gardząc bielizną wsunęła się w sukienkę.

- Na nas pora Faraon. – szepnęła – Trzymaj się cieplutko. No chyba, że chcesz mi pomóc odholować to moje nieszczęście gdzieś na nocleg. Ale ubierz coś wygodniejszego, bo w tym się kiepsko chodzi.

czwartek, 2 maja 2019

Przedwojenna.


Knajpa. Z wymyśloną ideą powrotu, choć wrócić się nie da. Międzywojnie. W sepii i nostalgiach. Oby nigdy więcej nie zdarzyło się. Stoliki pamiętające lepsze czasy, ściany obwieszone reprodukcjami starych gazet. Menu wymalowane na ścianie. Gzik, śledzik, galareta… Tłok i harmider. Co pochopniejsi piją stojąc z małych kieliszków wypełnionych przeźroczystością. Kobiety zajadające się tatarem z surowym jajkiem i cebulką. Obok panowie. Subtelnie poszczą, zadowalając się wyłącznie płynami niszczącymi szare komórki. Tylko palić trzeba na zewnątrz i mniej kapeluszy, a więcej tatuaży. Więc współczesność dopadła historię i modyfikuje ją na potrzeby chwili. Zabrakło kufli, dlatego pije się z butelek. W końcu święto.

Łaknienie.


Po szkle płynęła kropla wody. Dość kapryśna i niezdecydowana. Niby ciągnęło ją w dół, a przecież krygowała się i kręciła piruety usiłując uciec gdzieś w bok. Szkło znosiło te kaprysy w milczeniu i na chłodno. Wreszcie kropla chwyciła się jakiejś niewidocznej szczeliny w gładkiej tafli i zastygła. Patrzyłem przez jej brzuszek na świat w karykaturze, jakbym własną twarz w wypolerowanej łyżce oglądał. Po drugiej stronie kropli szli chodnikiem mokrzy ludzie wyszydzeni, spotworzeni ową kroplą, sprowadzeni do kleksów barwnych. Patrzyłem, jak z drobniuteńkiej dziewczynki kropla przeistacza obraz na ciężarną dojrzałość, jak domalowuje mężczyznom dodatkowe podbródki i wydyma im pępki.

Niebo spochmurniało, ludzie schowali się pod grzyby nieśmiertelnie czarnych parasoli. Nie wiem skąd pomysł, żeby tę kroplę zabić, sprowadzić do parteru, ale wyciągnąłem kciuk, żeby ją zdławić, jak jakąś muchę. Docisnąłem do szyby bezskutecznie. Nie zaskwierczała miażdżonym truchłem. Płynęła z drugiej strony. Nie znalazłem w sobie wystarczająco dużo determinacji, by wyjść i zamordować ją od zewnątrz. Nie chciałem też rozbić szkła i sięgnąć po nią od środka. Wzruszyłem ramionami bezradnie, bezdecyzyjnie i postanowiłem ją zignorować, chociaż zaglądała mi w kufel tak, że gdybym to ja komuś zaglądał równie nachalnie doczekałbym się co najmniej guza.

Popatrzyłem raz jeszcze wzrokiem jamnika, któremu ktoś odmówił łakoci na kroplę, która uczepiona niewidzialnego chwytu trwała na szybie. Wylizany przez nią szlak skusił kolejną i następną. Spadły tej pierwszej na grzbiet i ręce najwyraźniej osłabły, bo popłynęły stadnie krzycząc milczeniem własne tragedie. Na szkle został rozwiewający się dym ich nieszczęścia. Mam zbyt grubą skórę, żebym mógł wykryć pory szkła. Wodzie się to udało. Rozejrzałem się po powierzchni szyby i dostrzegłem wiele podobnych, uczepionych nie wiadomo czego, ale trwających na różnych wysokościach i zaglądających do środka. Chyba zmarzły, bo pokurczyły się bardzo i szukały towarzystwa. Absurdalnie, gdy się udało staczały się na parapet, gdzie dopadały ich tłuste krople skaczące z przeciekającej markizy.

Latarnie zaczęły wycinać w przestrzeni jakieś linie niepojęte, ścieżki wiodące na pokuszenie, a deszcz pluł na nie coraz mocniej. Asfalt w spazmach usiłował nie utonąć, krzyczał swoją trwogę do nieba i tylko kratki burzowej kanalizacji przełykały haustami jakby od wieków nie piły. Nocami budzą się do życia historie niepojęte, a kiedy deszcz usypiającą monotonią powtarza pluszczące mantry zapadam w letarg. Kufel już się zaraził i ciepła kropla spływa zewnętrzem, jakby sugerowała, abym zwiększył tempo spożycia. Zignorowałem i ten kwant wody w niczym nie lepszy od tych zewnętrznych kropli. Pośród gejzerów wodotrysków przejechał jakiś samochód i rozmazał po szybie światło. Zabłysnęło miliardem tęcz, rozpruło blask na części składowe. Kto by pomyślał, że światło niesie w sobie tyle kolorów?

Niczym namolna mucha kolejna kropla przycupnęła na wysokości wzroku i gapiła się na mnie bezwstydnie. Wzrok omdlał już z niezrozumienia. Dlaczego mokry świat jest taki rozmazany? Nieczytelny, obły i potrafiący znaleźć na ostrzu noża wygodne siedzisko? A jeśli… Jeśli mokremu światu bliżej do rzeczywistości niż sądzę? Jeśli każdego suchego dnia żyję w ułudzie i dopiero pod mżawką zaczynam prawdziwie postrzegać? Może przyzwyczaiłem własne pojmowanie do sygnałów suchej przestrzeni nienawykły do odbioru mokrego świata szarpię się w paranoi?

Wyszedłem porzucając niedopity kufel czegoś, co przestało bawić. Bóg sikał z nieba niekończącym się strumieniem. Stanąłem pod latarnią, żeby widzieć odrobinę dalej. Świat cięty na chude porcje kroplami niezliczonymi. Rzeka! Pójdę i tam zobaczę, jak przyjmuje się wilgoć. Mokre w mokrym. Kamienice rozpływające się w nurcie nietrwałymi, zmiennymi obrazami podświetlały rzekę migawkami skadrowanymi moją skalą widzenia. Światło surfowało po drobnej zmarszczce, po muldach i stokach wulkanów rozkwitających pod ciosami niebiańskich kropli. Sklejone włosy snuły mi się po twarzy, rzęsy nie nadążały z czesaniem obrazów, żeby wydłubać wilgotne wszy zapodziane w patrzeniu i przeszkadzające pieszczotami.

Pozwoliłem. Oczy zalane deszczem płakały wraz z nim, a ja szukałem objawienia. Utopiłem wzrok i patrzyłem na wieczną wodę. Przez wodę i w wodzie. Krople szeptały mi nieprawdopodobne bezeceństwa i rozbierały mnie z iluzji. Ciało poddało się – tak bardzo było spragnione pieszczoty, że klęło moją głupotę, która je okryła szmatami, zamiast pozwolić mu chłonąć prawdę nieskażoną. Rzeka chłeptała i tyła bezwstydnie, ja stałem jak pomnik gryziony nieustannie chmarą niezłomnego drobiazgu, który i skałę wydrąży cierpliwie nękając przez stulecia. Woda… Wieczna i nieujarzmiona. Ani ją schwytać, ani zniewolić. Umknie z najbardziej zawziętych dłoni. I wróci, gdy przyjdzie jej czas.

środa, 1 maja 2019

Na zdrowie.


Stała na dachu najwyższego budynku w mieście. Lubiła tu przychodzić nocą, kiedy miasto płonęło miliardem intymnych świateł i sznurami spieszących dokądś samochodów. Ochroniarz-emeryt łatwo dawał się przekupić jej uśmiechem i wsuwaną dyskretnie w kieszeń munduru płaską buteleczką nalewki z malin, czy wiśni, które robiła każdego roku bardziej dla zabicia czasu i pielęgnowania wspomnień niż z chęci na słodki alkohol. W taką noc, kiedy niebo podziurawione światłem gwiazd zdaje się rozsypywać, jak do cna zeżarty przez mole koc, czuła wolność tak bezgraniczną, że śmiała się w głos najszczerzej, jak dziecko nie znające trosk. A kiedy płakała, to lamentowały z nią wszystkie gwiazdy i drżały wstrząsane spazmami i oddechem zbyt krótkim, żeby wyrazić wszelkie emocje.

Tu, na tym dachu potrafiła przytulić samą siebie do utraty tchu i czuła się tak bezpiecznie, jak nie czuła się we własnym łóżku, czy w domu dziadków chuchających na nią od kiedy tylko sięga pamięcią. Nawet rodzice nie kochali jej tak mocno, jak dziadkowie. Zawojowała ich zanim nauczyła się pierwszych słów i był to afekt trwalszy od wszelkich chorób i niemocy pamięci. Mogli zapomnieć o wszystkim, tylko nie o niej. Babcia umierając trzymała ją za rękę i upominała dziadka, żeby pilnował wnuczki, kiedy ona już odejdzie, jakby to miało nastąpić za kilka lat, a nie w pojedynczych godzinach.

Była szczęściarą. Zaznała w życiu więcej miłości niż miała prawo oczekiwać, chociaż one kolejno odchodziły od niej zostawiając ją samą, nim zdążyła poznać jej kres. Tak samo, jak odszedł On. Opłakiwała go długo i wciąż nie mogła pogodzić się ze stratą. Skarżyła się Bogu na tym dachu tak żarliwie, że noc się z nią popłakała i w strumieniach łez pieściła ją ciepłem lipcowego deszczu błądząc po ciele tak odważnie, jak pozwalała tylko jednemu mężczyźnie.

Rok zaledwie minął od chwili, kiedy stopą ubraną w grubą, wełnianą skarpetę pokazywała mu ze śmiechem drogę do kuchni, żeby z lodówki przyniósł lody bakaliowe. Leżała bezwstydnie naga i przekomarzała się z nim, że skarpet nie zdejmie, bo jej bardzo marzną stopy i nawet jego oddech nie potrafi ich rozgrzać. Obiecywał wtedy, że w jego ustach na pewno staną się równie ciepłe jak dłonie, którymi poszukiwał na jej pośladkach wyłącznika rzeczywistości. Znajdował podejrzanie łatwo i za każdym razem. Nie umiała się oprzeć i pozwalała sobie na zapomnienie w którym tonęła bez reszty. A kiedy wreszcie wracała do żywych wstydziła się i zdumiewała, gdy opowiadał jej, co też jej ciało wyczyniało, gdy rozum był ubezwłasnowolniony i opętany szaleństwem.

Te lody… Przyniósł je przecież w końcu, a ona zdawała się nie dostrzegać ani jego ani tych lodów. Leżała na brzuchu, z nogami zgiętymi w kolanach i machała nogami czytając jakąś niezbyt zajmującą, kolorową gazetę pełną bzdur i plotek. Choć starannie to ukrywała widziała każdy gest i każdy wyraz twarzy, gdy usiłował zwrócić na siebie uwagę, albo teatralnym szeptem opowiadał coś niezwykłego, co go spotkało przez tę chwilkę w drodze do lodówki, gdy samotnie przemierzał nieskończoność korytarza i zdawało się, że po owe lody szedł pieszo na Saturna, a po drodze jeszcze opędzając się od wilków, cyklopów i pterodaktyli odprowadzał Odyseusza, żeby tak głupio nie błądził po manowcach. Uśmiechała się, choć tego dostrzec nie mógł, zajęty drobiazgowym spacerem opuszkami palców po jej kręgosłupie. Miłe to było… Bardzo miłe.

Jej oczy już wtedy nie były w stanie śledzić gazety, ani mężczyzny. Całą energię pochłonęły starania, żeby nie drgnąć, żeby nie spłoszyć tych palców, które rozbierały jej nagość z rozumu i wychowania. Meszek na pośladkach nastroszył się i wypatrywał okazji, żeby oddać się tym dłoniom w dożywotnią niewolę, a aromat pożądania pierwszym nieśmiałym strumyczkiem wypływał z niej łaskocząc wewnętrze ud. Przygryzła jeden z własnych palców. Chciała zatrzymać czas, żeby ta chwila nigdy się nie skończyła. Szczęście, jak kot mruczało w niej całej i była jednym, rozedrganym kłębełkiem pluszu.

Wtedy w przegięcie kręgosłupa spadło coś drobnego, żeby ją oparzyć. Nie utrzymała głosu. Krzyknęła. A chwilę później usta przykryły kroplę wrzątku i popchnęły ją językiem w dół kręgosłupa. Język zdolniejszy od Syzyfa wtoczył kroplę na przełęcz między pośladkami i bawił się nią tam, gdzie topniała wpływając w jej intymność łaskocząc nieznośną pieszczotą. Przekręciła się na plecy żebrząc o spełnienie, gdy napełniał jej pępek porcją pachnącego chłodu. Gryzł jej sutki udając, że to wytopione z lodowej kulki rodzynki, a ona gryzła własne wargi, gdy dłońmi spychała te usta niżej to ostatniej zaniedbanej pestki. Potem… resztę znów musiał jej opowiedzieć, bo pamięć się jej skończyła ledwie minął ustami łuk bioder.

Od tamtej pory, ilekroć wspomni, czy zauważy lody bakaliowe rwie się jej oddech, a twarz okrywa rumieńcem. A teraz stojąc na dachu i patrząc na zasypiające miasto, w którym znów jest sama, przesiąknięta wspomnieniami i pewnie zbyt podniecona by usnąć patrzy w niebo, jakby stamtąd miało nadejść lekarstwo na samotność. Mógłby wrócić. Z lodami, bądź bez nich. Byle był. Oddałaby mu się na tym dachu natychmiast, kiedy jeszcze pachniałby rajem. Zakręciło się jej w głowie więc usiadła. Przecież nie przyszła tu, by pójść w ślad za swoim mężczyzną. Nie chciała odwiedzać dziadków.

Przyszła pobyć z sobą. Porozmawiać z Nim. Poczeka. Musi na nią poczekać, tak jak i ona czeka na Niego. Nie wiadomo czemu, ta myśl ją rozbawiła i zaśmiała się, jak z udanego figla. Skraj spódniczki osunął się po udzie odsłaniając nogi aż po wilgotną od wspomnień plamę na bieliźnie, którą wiatr zainteresował się natychmiast. Wiatr? Czy On? Zamknęła oczy i pozwoliła ręce sprawdzić, kto odważył się na taką bezpośredniość. Czas zakołysał się i zatrzymał czekając na spazm. Miasto uśmiechało się milcząc, żeby nie popsuć chwili. Milion pięter niżej nieświadomy niczego staruszek w militarnym uniformie dolewał do herbaty parę kropli malinowej nalewki życząc jej mnóstwa szczęścia.