czwartek, 14 lipca 2022

Nieco bezludnie.

 

Wróble, jak co rano, zaatakowały zmasowanym nalotem drzewo wymodelowane do absurdu. Najwyraźniej inwazja zakończyła się sukcesem, bo z uschniętej gałęzi dobiegał taki rwetes, jakby każdy z nich musiał pochwalić się bitnością i przekrzykiwał pozostałe, dowodząc własnych zalet. Kos tymczasem wizytował krawężnik i wypłaszał zapodzianego pośród żywopłotu osamotnionego wróbla, przy okazji natrafiając na kosiczkę, która w tych zaroślach Bóg-wie-co… Przyłapana – odfrunęła ku gniazdu, pomstując pod nosem, jednak niezbyt zuchwale. Widać na sumieniu miała małe co nieco. Jakaś młodziutka pani pozwalała nieśmiałym wiatrom wdzierać się pod letnią sukienkę a że skórę miała gładszą od diamentowych fasetek – wiatr swawolił bez umiaru, sięgając obojczyków, z których bezwstydnie strącał wątłe ramiączka. Psy węchem sprawdzały aktualną listę obecności pod drzewkiem – tym-co-zawsze i naznaczały je własnym ciepłem. Przedszkolakom (jak zwykle) udało się posiać piach wokół piaskownicy, a, że energii im nie brakowało – zrobiły to doskonale i bez umiaru. Niebo zarażone drobnymi chmurami we wszystkich możliwych kolorach mieniło się pośród tłoku, tłumiąc dźwięk nieuniknionych kolizji. I tylko samoloty warczały swoje niecierpliwości zmierzając ku nieodległemu lotnisku.

środa, 13 lipca 2022

Po wsze czasy.

 

Mieszkaliśmy w niezwykle ekstrawaganckim domu, który obfitował w wymiary uczepione nie tylko kartezjańskich współrzędnych. Pomieszczenia rozsypane były również wzdłuż dyskretnej i czułej osi czasu.

 

Patrzyłem w nieustającym zachwycie, jak starzejesz się ilekroć wchodzisz do kuchni, by pośród zmarszczek i siwych włosów krzątać się gotując zupę. A potem wracałaś do salonu, żeby młodszą wersją siebie obudzić we mnie pożądanie. W sypialni… czas błyskawicznie odzierał cię z dorosłości i zasypiałaś wtulona w poduszkę, z kciukiem w buzi i spokojem, jaki dany jest jedynie maluszkom otoczonym rodzicielską miłością.

 

Chodziłem za tobą krok w krok, aby nie przegapić żadnej wersji ciebie. Kochałem cię wszędzie!

wtorek, 12 lipca 2022

Zwyklak.

 

Wyedukowany poranną prasówką (dowiedziałem się między innymi, jak nosić pasek, jak myć ptaszka i uzyskałem darmową poradę dotyczącą wyboru serum, żeby mój biust dumnie unosił się w powietrzu nie wiotczejąc ani na moment) poszedłem na spacer. Od pierwszego zachłyśnięcia się powietrzem, poczułem się, jak nad morzem. Mnóstwo słońca i wiatru. W parku ciepło pachniała ściółka i torf, zadumany kos siedzący na gałęzi wydawał się wydłubywać mięsko spomiędzy ząbków, a zielony dzięcioł gnał slalomem pomiędzy drzewami do nieznanego celu. Dwie mamusie, którym udało się rozkołysać do snu dzieciątka gaworzyły leniwie na ławce, kolarze spieszyli do mety, samochodowe powarkiwania roztrzaskiwały się o pnie daglezji i sosen. Starsi ludzie snuli się w rzadkim cieniu brzóz i krzewów pachnących kwitnieniem rozmaitym, a przedszkolaki chłonęły obrazy w całkiem radosnym zachwycie. Szyszki zagryzione przez wiewiórki dogorywały pośród więdnących liści konwalii, z próchnicy rozkładających się na stosie drzew wychylały głowy białe muchomory, na trawniku ktoś rozsypał sporą garść świeżuteńkich purchawek. Pan zrobił sobie przerwę na flaszeczkę browaru, przy okazji racząc się wiadomościami ze świata wirtualnych mediów. W sumie – nic nowego, nic sensacyjnego – najzwyczajniejsza proza życia. Piękna.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Z drogi.

 

Tramwaj kolebał się na szynach, jakby świat pod wpływem szybkich zmian temperatury pomarszczył się i zakrzepł w pół fali. Na przystanku dziewczę bujne jak inflacja i skromne niczym polityk na przedwyborczym wiecu w skąpej czerwieni topu demonstrowało doskonałe krzywizny biustu i otchłań pępka, pomimo zachmurzonego nieba i klimatu dalekiego od tropikalnej gorączki. Smętny pan z wędką usiłował na bezrybiu złowić właściwy „numerek”, a wewnątrz pani przypięta kablami do wirtualnej rzeczywistości parskała radośnie we wnętrze własnej dłoni, usiłując schwytać rżenie w zaimprowizowane wędzidło – bez skutku. Szczęśliwie, szyszki wciąż spadają nieopodal sosen-rodzicielek, a nie spod wierzby, czy wystrzyżonej niemiłosiernie pigwy. Przed nieczynną jeszcze knajpą, z drewnianej skrzyni wyrosły grube niczym przedramię dorosłego faceta pnącza wisterii, bezwstydnie przymierzającej niekończące się grona ametystowych kolii, sprawdzając w świeżo umytych oczach witryn, jakie robi wrażenie na przechodniach i malarzach. Dzikie jabłonie rumienią się pierwszymi, niedojrzałymi owocami, a patrole czaplich eskadr penetrują widnokrąg w poszukiwaniu czegoś ekstrawaganckiego na śniadanie poza oklepanym menu ogrodu zoologicznego.

piątek, 8 lipca 2022

Więzień.

 

Ugrzęzłem w koleinach rzeczywistości, a grawitacja chwyciła mnie za gardło i trzyma tuż przy sobie. Zaborcza taka. Brnę. Bez zabezpieczenia. Jak przez dżunglę ze słów nieprzychylnych. Jedne milczą, inne obserwują czujne i syczące jakieś toksyczne spółgłoski. Poczułem się opluty. Wymięty. Znoszony, jak kapcie, które stoją obok fotela, bo uzyskały prawo do lokalu przez zasiedzenie. Razem z fotelem zresztą. Ostatecznie – dywan, nie jest najgorszą „miejscówką”. Mogłem trafić na zimną taflę kafli, albo uświnioną wycieraczkę.

 

Mimo to brnę, bo „nawet świni wolno patrzeć w gwiazdy”. Podobno gdzież POZA jest coś więcej. Bardziej. Inaczej.

 

Skosztowałbym (pomyślałem); wtedy koleiny okazały się zbyt stromymi ścianami.

środa, 6 lipca 2022

Projekt.

- Pora zmienić sytuację w rejonie basenu bałtyckiego – wymruczał naczelny strateg, jeszcze większy niż basen.

 

Na początek zaproponuję nieco więcej wiatru. Niechby nawet szkwał! I może odrobina śniegu, żeby zaciemnić obraz. A co! Jak szaleć, to bez kagańca. Tylko skąd wziąć wiatr? Dobre pytanie. Można ze wschodu, a można i z północy. Jednym i drugim marzną tyłki przez większą część roku i każdemu trudno odmówić urody. Losowo stawiam na północ.

 

Basen jęczał pośród nocy i wybrzuszał się niebezpiecznie, jak kipiące mleko. Tylko patrzeć, jak się w końcu przeleje.

 

- A gdzie? – zarechotał naczelny strateg - Teraz wiadomo, że na południe!


wtorek, 5 lipca 2022

W piernatach lepiej.

 

Pan wielkości odpasionego bez żalu baribala, zabezpieczył wyloty słuchowe narzędziami i zaczął pochrząkiwać i mruczeć kompletnie nieadekwatnie do tego, co wysączało się przez niedoskonałości materii. Podrzemywał, to znów ratował młodą panią z opresji, bo chciała wysiąść bez parasola, a tam deszcz. Obok wąsaty gość z otwartą paszczą ciamkał gumę do żucia, ale on ruszył do wyjścia pierwszy, więc nie dostrzegł, że pociecha szamoce się z wysiadaniem. Za przystankową wiatą przykucnął gość w kapturze, spod którego wystawała zaledwie kozia bródka nie pierwszej świeżości. Cmoktał sobie spokojniutko papieroska, bo poprzedniego wyrzucił kucając. Wróbel mnie opiórkał, że ciecze mu na łeb i czemu dachu nie uszczelniłem, kiedy było sucho. Nie szło wytłumaczyć, że to nie mój dach. Ale dzień tak ponury, że najbardziej popularnym ptakiem w mieście są żurawie. Całymi stadami obsiadają niezliczone budowy i pochylają łebki nad kupą betonu.

poniedziałek, 4 lipca 2022

Zaświaty.

- Błoto słabo się pali – mruknąłem, krusząc w dłoni podniesiony przed chwilą okruch węgla drzewnego - A skoro dookoła jest muł, to znak, że wcześniej była woda. Wszędzie, tylko nie tu!

 

Trafiłem na uroczysko. Mogłem sięgnąć historii sprzed wieków. Wyspa była mikroskopijna, ale grunt, obecnie zbity, zawierał jaśniejsze smugi ziemi przesyconej zmurszałym drewnem. Zapewne stał tu niewielki dom, do którego można było dopłynąć czółnem. Kucnąłem i oparłem dłoń na wątłym obelisku pogryzionym przez niezliczone, powtarzające się cykle natury. Szorstki. Może pod nim kryje się odpowiedź?

 

- Zostaw! – kostucha (skąd się wzięła?) w szaro-burej pelerynie odtrąciła mnie kosturem – To nasze groby!


Kilka pytań na kupie.

 

- A w jaki sposób taki zwyczajny pająk zawraca? W miejscu, niczym robocik? Kopułka mu się przekręca o 180 stopni i tył staje się przodem? Czy musi te wszystkie nóżki poprzekładać z lewa na prawo, biedaczysko? A może łazi tyłem, albo bokiem?

 

- Ile musi mieć oczu, żeby każdą nóżką trafić w cieniutką niteczkę i nie potknąć się? Ciekawe, w jaki sposób trafia na te niteczki, do których nie przyklejają mu się nóżki? Bo te lepkie, to dla ofiar. A przecież czasami wiatr zatrzęsie pajęczyną, gdy ten, jak linoskoczek - z wdziękiem i lekkością brnie tym swoim labiryntem, pełnym pułapek.

Logistyka i synchronizacja.

 

Magazyn skrzydeł BYŁ PUSTY!

 

Kierownik podrapał się po opalonej głowie. Nie chciał irytować szefa takim drobiazgiem, ale nikt też nie palił się do roboty przy pierzu, mając przed sobą rozległą wieczność. Nic dziwnego, że zapasy topniały błyskawicznie i taki dzień nadejść musiał.

 

Nie poddawał się. Puścił niebiański okólnik – do aniołów starszych, do tych z lękiem wysokości i uczuleniem na pierze, żeby zdawali do magazynu. Przynosili nawet chętnie, inni wysyłali kurierem.

 

Piotr na bramie zasłaniał się wiekiem, żeby nie wpuszczać nikogo, dopóki nie będzie go można w pełni wyposażyć w atrybuty.

 

- Wyście poszaleli na tej Ziemi? Co wam tak spieszno?