wtorek, 17 grudnia 2024

Passa wypasionego w paśniku pasożyta.

 

    Pani, doświadczona długoletnim użytkowaniem życia ziewała radośnie, jakby chciała połknąć małe jabłko. Zmieściłoby się bez kłopotu w paszczę, choć może przełyk miałby z nim kłopot. Patrzyłem zafascynowany, więc w końcu zauważyłem, że włos miała wymięty, zmierzwiony, jakby noc nie minęła nadaremnie, szczególnie, że podpierała się dyskretnie uśmiechem pełnym satysfakcji.


    Autobus pędził przez Miasto niesiony zieloną falą, a tłum wewnątrz zatracał się w wirtualnym świecie i sennych marzeniach. Wiatr męczył się, by postrącać z nieba drobne stada gołębi i pojedyncze gawrony. Niesione nim nasiona bożodrzewu wirowały obłędnie, niczym myśli pobudzone gorzałką. Nie sądziłem, że elegancka skądinąd kobieta może tak intensywnie pachnieć potem, jeśli w ogóle ów aromat można rozpatrywać w kategorii zapachu. Mało który owocowy ocet pachnie tak intensywnie.

sobota, 14 grudnia 2024

Czai się czajnik na kapkę czaju nad brzegiem ruczaju.

 

    Nastoletnia księżniczka zainwestowała w sztuczne szpony wszystkie zaskórniaki i zabrakło jej na chusteczkę. Żeby nie rozmazać kunsztownego makijażu nieustannie wciągała gdzieś głębiej zawartość zadartego nosa. Staruszka dreptała w zmiennym tempie, najwyraźniej od czasu do czasu zapominając, że nogi już nie te. Ale czemu stanęła na środku (szczęśliwie nieuczęszczanej) jezdni, by się rozglądać?


    Młodziutka dama w czerni, z torebką wtuloną pod pachę, szła jak na ścięcie, choć przecież piękna, młoda, zdrowa i najwyraźniej nie najbiedniejsza o co nie tak łatwo. Może uśmiechać się dzisiaj potrafi już tylko sąsiadka, która jak nie wyprowadza paru psów, to różowy rower? A kiedy to robi, zdaje się być o niebo piękniejsza.

piątek, 13 grudnia 2024

Lektyka – pojazd do przewozu leków, albo lekkich lekarzy.

 

    Ciemność śpiewała ptasią arię, a mi ktoś usiłował zadeptać cień na śmierć. A przecież wlókł się skromnie za mną i czaił się, wykorzystując okazję, by całkiem zniknąć w mrokach.


    W autobusie podglądałem (jak zwykle) i naszła mnie myśl, że znowu komuś udało się wmówić paniom, że piękne będą dopiero, gdy ukryją twarze pod maską makijażu. Im grubiej, tym lepiej. Skąd mniemanie, że twarz jest brzydka i trzeba ją „upiększać”. Ja wiem, że kobiety mają zmysł artystyczny i potrafią wymalować takie cuda, że Michał Anioł z zazdrości umarł, zanim zobaczył.


    Melancholijny Karampuk dyskretnie pachniał mandarynkami, Ruda Kobra z rezygnacją wlokła swoją dojrzałą urodę już myślącą o jesiennych szarugach. Zbudowana z rozmachem pani, na własnych piersiach wystukiwała rytm, gdy przez okna tramwaju pokonującego krzyżówkę mogliśmy podziwiać, jak gaśnie nam przychylne światło. Kto tak ustawił sygnalizację, że każdy tramwaj zabiera jak nie cały, to większość czasu na przejście?


    Zaraz potem zrobiło się popołudnie. Na klombie pełnym białych róż usiłowały się okopać koronkowe, czarne majtki. Niewiele później dostrzegam na asfaltowym chodniku czerwone, niemal pachnące jeszcze nosicielką. Parę kroków dalej dziecięce getry w samochodziki zerkały spod balustrad oddzielających piechotę od jazdy. Schludny, dobrze ubrany gość penetruje śmietnik uliczny, kompletnie nie zwracając uwagi na zdumienie przechodniów.

czwartek, 12 grudnia 2024

Lepsza wersja.

 

    Promocja rozumu „szła” w telewizji. Pomyślałem, market niedaleko, czas mam, więc może zaryzykować i zafundować sobie na święta odrobinę rozumu? Może niekoniecznie od razu cały wielki i wypasiony jak jesienne owce na hali, ale mały rozumek. Startowy. Na próbę. Taki, co to go bez żalu wyrzucę, jak się nie sprawdzi. Albo oddam komu, niech se donosi i dodrze do cna.


    Tak i polazłem, z dumą myśląc, że ostatni spacerek głupiego odstawiam, ale do domu już wrócę mądralą takim, że nosem będę po suficie szorował z dumy. W markecie, w koszu promocji na samym dnie kulił się ostatni. Zabiedzony jakiś, albo cwaniak, ukrył się przed porywczymi klientami, albo mu się nie podobali i dopiero przy mnie wynurzył się oddech złapać. Opakowanie miał już rozdarte i kod kreskowy nadszarpnięty, ale się zaparłem. Wziąłem, bo ostatni i hyc do kasy. Kombinowałem, że ponegocjuję i zejdą mi z marży, bo przecie towar lekko przechodzony. I faktycznie – kierownik dał 10% w zamiana za brak gwarancji i rozum zyskał nosiciela.


    Zaraz za sklepem przymierzyłem, czy rozmiar dobry. Pasował. Wszedł jak do siebie i coś tam ględził. Szczęśliwie po naszemu, bo równie dobrze mógł być z dalekiej Mongolii, albo innej Kostaryki. Postanowiłem dać mu szansę, więc cicho siedziałem, a on zwiedzał i zwiedzał, jakby wyleżał się w tym sklepie całe wieki i spragniony był rozrywek.


    A ten od wewnątrz capnął mnie za uszy i zajrzał głęboko w oczy, jakby chciał tamtędy wyskoczyć na świeże powietrze i mówi:


    - Te, co tu tak pusto? Nikt tu jeszcze nie mieszkał?

Ważka waga odważnej ważki.


    Dziewczęta pozaplatane w iksy okupują przystanki. Śnieg topnieje pod wpływem wzroku, jakby na potwierdzenie twierdzenia, że obserwacja zmienia obiekt. Tyraliery świateł zamkniętych sklepów gapią się na przechodniów skulonych, chowających głowy w ramiona. Latarnie, miejskie księżyce, przysiadły nisko i nie im myśleć o zerkaniu na horyzont, czy wyższe kondygnacje kamienic. Żaden Twardowski nie połakomiłby się na nie, jedynie wrony przestępując z nogi na nogę liczą na drobny cud chodnikowy i pojawienie się na nim czegoś jadalnego.


    Garażowy Człowiek, spędzający więcej czasu w nim, niż w domu, dziś przydreptał z psem marki chart. Przywiązał go do przyczepy samochodowej tak krótko, że pies nie mógł nawet usiąść, więc stał i czujnie rozglądał się dookoła. A ja, bo tak już mam, zastanawiałem się, co w takich warunkach robi/myśli pies, nie znając choćby orientacyjnego czasu zniewolenia.

środa, 11 grudnia 2024

Nostalgia znosi nos nosiciela noszy.

 

    Kiedy czytam, że sprzątanie, albo masowa produkcja śmieciowego żarcia „jest pasją” to podejrzewam, że autor reklamy jest psychopatą.


    Wolę patrzeć, jak kobiety o długich włosach radzą sobie z zimową garderobą i utykaniem włosów pomimo kurtek, kapturów, grubych szali, co mi zdaje się być sztuką pełną wyrafinowanych i subtelnych zabiegów. Świąteczne światełka przeglądają się w ulicznych kałużach, podstarzała architektura woli przeglądać się w Rzece.


    Zabawka:

    Mili – ony na mikro – granty, by finansować mega – inwestycje w giga – ntyczne zakłady nano – technologicznych cudeniek.

wtorek, 10 grudnia 2024

Sromotnik – facet, któremu oczy sromem zarosły. Najczęściej samotny.

 

    Czarnuszka O Bladych Nóżkach (domniemanie uzasadnione pamięcią – skoro blade były na koniec lata, to z dużymi szansami na sukces, są blade również na progu zimy) drobiła kroczki nerwowo kręcąc kółka na przystanku, a ja w tym czasie marnotrawiłem czas we własnej głowie, by wyszło mi, że końcówki nazw pewnych zawodów w sposób jawny (a na końcu) wskazują kobietę – na przykład kierowca, łowca, przedszkolanka, prostytutka. I w tych przypadkach bardzo trudno znaleźć męskoosobową formę nie prowadzącą do nieporozumień, czy śmieszności. Przedszkolanek? Prostytutek? Kierowiec? Łowiec? Łowczy, to szef chyba łowców, więc raczej nie.


    W przeszklonej kuchni lepią się pierożki z każdego zakątka świata. Młoda pani trzymając w dłoniach ciasto namiętnie je wygniata patrząc w oczy młodego pana śmiejącego się raczej zbyt szeroko, niż skromnie. Poszedłem, nie chcąc przeszkadzać rodzącej się chwili i lepieniu tego, co nie na sprzedaż. Na przystanku wysokopienny pan prowadzi mamę której nos ledwie wystaje ponad balustrady. W autobusie zlot gigantów płci wszelakiej. Dość powiedzieć, że poręcze podsufitowe były niebezpiecznie nisko, jak dla nich.

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Materialistka.

 

    Dama z łasiczką… Piękna, ponadczasowa. Nazwać moje zauroczenie fatalnym, to nawet nie dotknąć tematu. Najchętniej nie wychodziłbym z muzeum i rozmawiał z nią bez końca, choć zdawała się być zdecydowanie dojrzalszą ode mnie i taktownie milczała, słuchając moich płomiennych przemów. Zerkała z obrazu poprzez okno złoconej ramy, całą sobą manifestując dumę i świadomość nieśmiertelnej urody. Nie była nastolatką, jak ja, ale „kto nigdy nie jadł jabłek, nie sięgnie po zielone” – tak odpowiedział filmowy nastolatek kobiecie w obozie koncentracyjnym, gdy sugerowała mu poszukanie młodszej kobiety na pierwsze miłosne uniesienie. Magia. Zamykałem oczy, a wtedy mogłem dotykać jej policzków i cieszyć się ciepłem jej oddechu.


    - A może… - obrazoburcza myśl niczym błyskawica nocne niebo przeszyła mnie na wskroś – może…


    Ostrożnie, żeby nie zostawiać śladów, pęsetą zdjąłem z jej nadgarstka jeden włosek, tak drobny, że musiał umknąć oczom widzów.


    - Ała – poskarżyła się dama z obrazu, albo mi się tylko zdawało.


    Da Vinci sięgnął doskonałości malując to dzieło. Wierzyłem, że udało mu się pokonać granicę między życiem i śmiercią, między rzeczywistością a fantazją. On pewnie nie miał możliwości, a może i potrzeby, by chcieć sięgnąć po modelkę, by pomóc jej zejść z obrazu i zanurzyć się w życiu geniusza. A teraz ja ukradłem DNA tej, o której nie potrafiłem przestać myśleć. Nie bezinteresownie. Poddałem się szaleństwu. Bez reszty. Aż w końcu stworzyłem ją na nowo. Sklonowałem, skopiowałem, czy co tam jeszcze, aby była moja! Piękniejsza niż na obrazie, bo żywa.


    Patrzyłem na nią z takim zachwytem, że brakowało mi powietrza w płucach. A ona przeciągała się po bardzo długim śnie, po bezruchu trwającym ponad pięćset lat… Gdy mnie ujrzała krzyknęła zaskoczona, okryła się prześcieradłem i rumieńcem dodającym jej uroku. Ciekawość biła z jej oczu, a siła życiowa szukała ujścia po wiekach stagnacji.


    - Tyś to zrobił? - ręką wykonała jakiś nieokreślony gest, który odczytałem, jako pytanie o jej obecność, więc kiwnąłem głową na tak, dumny jak sam Bóg-stworzyciel – A gdzie mój gronostaj łobuzie?

niedziela, 8 grudnia 2024

Ekstrakt o złowionej szansie.

 

    Wyszedłem na zewnątrz, a tam, w oceanie chłodu tułał się pozornie bez celu ostatni promyczek nadziei. Żal mi się zrobiło biedaka i z własnych dłoni uwiłem dlań wygodne gniazdko. Kiedy skorzystał, zamknąłem dłonie, żeby mi nie zmarzł, a wtedy świat pogrążył się w mrokach depresji.

Nowalijki.

 

    Ludzie przekroczyli barierę rasy i krzyżują się, zuchwale mieszając geny z różnych kontynentów. Lecz to obecnie za mało. Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc kolejnym etapem, przewidywalnym i zgoła oczywistym stały się eksperymenty w obrębie jednopłciowej bliskości. Nauka, jeśli tak można nazwać dążenie do spełnienia takiego kaprysu – robi co może, żeby się udało, pionierom gwarantując sławę wiekuistą i nimb boskości. Przy takim zaangażowaniu, kwestią czasu jest medialny sukces eksperymentu.


    I co dalej? Ludziom wystarczyło odwagi (fantazji?) by kopulować międzygatunkowo, partnerów wyławiając ze świata fauny. Pewnie taki seks przestanie dziwić, gdy nieplatoniczna miłość do kotków, psów, czy kucyków stanie się treścią porannych wieści z wielkiego świata, a śluby z sarenką, delfinem butlonosym, czy wietnamską świnką staną się propozycją dla koneserów ekstrawaganckiej miłości. Tym bardziej, że już za chwilę, dzięki osiągnięciom zaawansowanej elektroniki wirtualne będzie można poeksperymentować w zakresie wirtualnych doznań, nawet z partnerem dawno wymarłego gatunku.


    Więc, idąc tym tropem, warto poszukać dziewiczych uczuć gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie na dotychczas nie eksplorowanych polach. Amatorsko, ale jednak zainteresowała mnie biologia, gdyż nowoczesna, niedopracowana technomiłość zdawała się być nieco kanciasta i pozbawiona duchowości. Elementu związanego z tajemnicą istnienia i instynktami, w jakie wyposażony został świat natury ożywionej.


    Zacząłem czytać, studiować życie i rozmnażanie roślin, od prozaicznie płodnych warzyw okopowych, poprzez chwasty z ich niezachwianą wolą przetrwania, aż wreszcie swój zachwyt skierowałem ku drzewom. Tak. Życie potrafiące przetrwać każde warunki, rozciągnięte na setki, a może i tysiące lat. Najpierw, naiwnie, gromadziłem nasiona, eksperymentowałem. Jak oślepiony żądzą nastolatek całe zapasy nasienia przeznaczałem wyłącznie im. Masturbując się pozyskiwałem materiał badawczy każdego dnia. Nawet w święta nie odpoczywałem. Każdy sukces ejakulacyjny trafiał prosto do starannie wyselekcjonowanych próbek zawierających tyle nasion, ile zdołałem pokryć spermą, żeby zwiększyć szanse. Podejrzewałem, że to będzie trudne, jednak liczyłem na łut szczęścia, albo przypadek, jaki stawał się udziałem wielkich odkrywców.


    Jak skończony głupiec usiłowałem zapłodnić nasiona drzew, zapominając, że to gotowe do życia embriony. Mijały miesiące pełne goryczy i zniechęceń. Żyłem tak zdrowo, jak tylko się dało. Zrezygnowałem z nałogów, używek i wszystkiego, co mogło zdegradować nasienie. Wtedy nadeszło olśnienie. Trzeba zapładniać kwiaty żeńskie, a nie nasiona! Całymi tygodniami snułem się po lasach, wspinając się na drzewa i zapładniając „partnerki” wprost na stanowisku badawczym. Jakżeż żałowałem, że nie urodziłem się kobietą i nie mogłem pyłkiem zapładniać siebie. Byłem pewien, że już dawno osiągnąłbym spektakularny sukces. Znałbym swoje ciało i wiedziałbym, kiedy przeprowadzić iniekcję pochwy maksymalizując nadzieje na potomstwo gęstymi strumieniami męskiego pyłku. A tak? Rozlewałem nasienie gdzie popadnie, niczym nieszczęsny Onan, a żaden Bóg nie zamierzał ofiarować mu życia.


    Popadłem w marazm. Zimą, kiedy drzewa nie kwitły, przez co spółkowanie było daremnym snułem się po mieście, nie mogąc znaleźć miejsca dla siebie. Na jakimś afiszu wyczytałem informację o prelekcji światowej sławy dendrologa na miejscowym uniwersytecie. Z rozpaczy postanowiłem pójść, a po części oficjalnej poprosić o indywidualną konsultację. Prelegent okazał się być kobietą, a nie tylko zawodowy kontakt z przyrodą wzmógł w niej empatię. Instynkty macierzyńskie również mogły mieć swój udział – niespełniona w życiowej roli, bezdzietna kobieta po menopauzie usiłowała zrozumieć mój punkt widzenia.


    - Przedłużenie gatunku brzmi dziwnie – skomentowała ostrożnie moją rozbudowaną opowieść – Szczególnie, gdy zamierzasz zmienić świat i zapoczątkować nowy gatunek. To oczywista mrzonka, ale rozumiem twój punkt widzenia. Po co powielać schematy, skoro można pójść pionierską ścieżką i zrobić coś nieoczywistego, choćby była absurdalna. Krzywdy raczej nikomu nie robisz, więc można to traktować jak ekstrawaganckie hobby. A skoro zdobyłeś się na śmiałość, żeby ze mną porozmawiać by zwiększyć szanse sukcesu, to podrzucę kilka wskazówek. Skorzystasz, jeśli zechcesz.


    Kiwnąłem głową, bez słów, żeby się nie zniechęciła, albo nie wystraszyła współudziału w rewolucji seksualnej. A co mi tam. Niech mnie uzna za kompletnego czubka, ale chciałem skorzystać z podpowiedzi.


    - Człowiek i drzewo… dojrzewają w swoim czasie. Przypomnij sobie swoje dzieciństwo. Nocne polucje pojawiły się zanim poczułeś instynkty. Potem był ten trudny czas, kiedy dostęp do seksu był niezwykle trudny, a ciało potrzebowało go i gotowe było do działania na zawołanie. Wtedy mówili ci, że jesteś niedojrzały. Teraz powiedzą, że już za późno, że twój czas minął, chociaż erekcję miewasz pewnie regularną. Przypomnij sobie, że w pierwszym okresie aktywności (a raczej jej braku) nie myślałeś o perwersjach, o doznaniach nieoczywistych, bo takimi stawał się każdy akt, choćby i autoerotyczny. Dobrze byłoby założyć, że drzewa mają podobnie. Tylko dojrzewają proporcjonalnie dłużej. I choć młode okazy miewają kwiaty żeńskie, to nie są gotowe na perwersję. Z kolei te najstarsze mogą już nie mieć w sobie wystarczającej siły życiowej. Stąd prosty wniosek, że celować ze swoim apetytem musisz w „panie w średnim wieku”. Dla sosny to będzie jakieś sto-dwieście lat, choć znana jest nauce sosna oścista, które w skrajnie niekorzystnych warunkach przetrwała ponad cztery i pół tysiąca lat i wciąż żyje. A tak poza protokołem, powiedz, jak zamierzasz potwierdzić ojcostwo? Może już się udało i w gruncie pod drzewami leżą twoje dzieci, czekając na wiosnę? I ostatnia sprawa, czy te dzieci mają wrosnąć w grunt i stać w lesie, czy też chodzić na dyskoteki i zwiedzać świat?