Młoda pani okryła skórę nóg skórą spodni. Czarne na białym...
Domyślnie białym, bo tego naocznie nie sprawdzałem z wielu rozmaitych powodów.
Ale obok szedł podobny zestaw kontrastów i kosteczki lśniły bielą, więc jest
szansa, że się nie pomyliłem. Ludzie otoczeni muzyką sączącą się im z kieszeni
tłoczyli się na deptakach, koparki niespiesznie zakopywały betonowe trumny pod
ziemię, elektroniczne termometry przekrzykiwały się dokładnością, blaszane
rzeźby stawały się mrożonkami, więc chyba się nie zepsują do wiosny… Ktoś
usiłował namalować nogą i psim gównem jakiś obrazek na chodniku. Nie miał talentu
zupełnie. Nawet ja maluję czytelniej, choć mój talent malarski żwawo maszeruje
po ujemnej stronie skali i zmierza w stronę absurdu. Podejrzewam, ze poeci dostaliby
rozstroju nerwowego usiłując zatytułować jakiekolwiek moje dzieło. Nawet, gdy wybiorę
farbki o znacznie większym potencjale estetycznym. Nie – nie zrobię im tego.
Poetę mieć na sumieniu? Brr... brzmi jak przypis z sennika z dramatycznym
znaczeniem. Bo przecież dzieci, kwiatów i poetów zabijać nie wolno…
wtorek, 22 stycznia 2019
poniedziałek, 21 stycznia 2019
Bezpańsko.
A dziś, to już taki
dzień nastał, że nawet czas ode mnie uciekał w popłochu, żeby się bezruchem nie
zarazić. Napisałem nastał, bo on nie nadchodził, nie zbliżał się, nie mijał,
tylko trwał i udawał, że jest tu od zawsze i nigdzie się stąd nie ruszał. Miałem
zamiar chrząknąć znacząco, ale poskromił moją pochopność tym swoim beznamiętnym
trwaniem. Takim szarym, niezdecydowanym i uporczywym. Odbierającym wolę i
chęci. Przytłaczającym monotonią i niepowtarzalnością – bo powtarzalność
kojarzy się z czymś, co się zaczyna i kończy. Z czymś, co ma gabaryt, kubaturę,
fakturę, smak, rozmiar… „Trzeba było uważać”… - Flinto uśmiechnął się całkiem
nierealnie, epicko chowając ustnik trąbki w kieszeń.
Poczułem się… (a może
od zawsze się tak czułem?) jak monument - wiekowy, wygasły, antyczny wulkan,
który stracił nadzieje na erupcję czegokolwiek tak dawno, że już bólu straty
nie czuje. Zużyty, rachityczny i z przyszłością równie niepewną, jak pamięć
jednostkowa. Kiwałem się w odruchu sierocym i wzrokiem bezkrwawym, obojętnym,
może nawet tępym, malując mizerną oś braku zainteresowania z grubsza
prostopadle do krawędzi oddzielającej ścianę od podłogi. Nieciekawą, typową,
nudną. Może trochę skurzoną, ale i ta krawędź udawała, że jest tam od zawsze.
Dzień trwał…
Trwałem i ja bez
uzasadnienia, gdyż uzasadnienie również odwołuje się do pamięci historycznej,
albo ma nadzieje każdego, najdrobniejszego nasienia na ciąg dalszy. Kto wie –
może nawet rokuję… Tymczasem (i jest to słowo jak najbardziej zasadne, gdyż dojrzałem
już do myśli, że stałem się wieczną tymczasowością) trwałem i byłem
niespełnionym potencjałem. Białkiem, w którym jeszcze nie zadrżała iskra życia.
Talentem, który nie olśnił jeszcze sceny publicznej i już nie zamierza. Czyżby
domniemanym? Pchniętym w ścieżki tryumfu przez rozbuchane ego własnych przodków?
Ideą namaszczony zbyt wielką, żeby ludzki rozum mógł stanąć w szranki chociaż z
ułudą sukcesu?
Teraźniejszość została
przygwożdżona w przypadkowym miejscu mozołem - ciężkim, podkutym buciorem,
rażona reumatyzmem i ubolewając spontanicznie, gotowa była w chwilach drgnięcia
emocji eskalować skargą zająknioną tak rozpaczliwie, że aż samozachłystującą
się w niedopowiedzeniu. Nie daj Bóg, w takiej chwili spazmu, zapragnąć
powołania do życia słowa mającego trzy sylaby. Bieżący świat nie zna
wystarczająco pojemnych płuc, żeby mogły przeżyć podobną lekkomyślność. Byłbym
zaklął i furią nieprzebytą się wykazał. Znam wystarczająco wiele magicznych
słów, choć nie w domu mnie uczyli. Drugi fakultet kończyłem wieczorowo, poza zasięgiem
karzącej ręki sprawiedliwości ludowej. Oparty plecami o mojżeszowe tablice z
tej mniej czytelnej strony, pobierałem słowa gorące, mogące przepalić łańcuchy,
jeśli modlitwa żarliwa rozpali płomień w pochopnej głowie. Byłbym zaklął… W
rewolucji kaprali słowa spoza słownika wspinają się nawet na urojone
piedestały.
Zrezygnowałem, bo
wygasłym wulkanom rezygnacja przychodzi z wiekiem coraz łatwiej.
Niepostrzeżenie. Ich intymność bezczeszczona wielokrotnie, zdeptana, zbrukana,
zelżona, przestaje zauważać cudze namiętności i pożądliwe spojrzenia.
Przestaje? Przepraszam – zapomina odczuwać i wydaje się jej, że owo zawsze i
teraz, to synonimy. Że nie istnieje alternatywa. Czas, jak złodziej, jak
kochanek przyłapany, nim w ekstazę popadnie, ucieka pod pachą unosząc
siedmiomilowe buty pożądania i pozostawia za sobą niespełnienie. Obietnicę
zapieczętowaną tak wymyślnie, że trudno ją w ogóle znaleźć.
Wstrzymałem oddech.
Wstrzymałem? Przecież to bez znaczenia, skoro trwa we mnie nicość, która nie
zna żadnych interwałów. Wobec rezygnacji z erupcji, czymże jest rezygnacja z trwogi
i niepokoju trudnego do zmierzenia narzędziami pyszniącymi się sąsiedztwem
absolutu? Czas też wstrzymał oddech – najwyraźniej opacznie odczytał aluzję, że
może być przydatny, że może moje chętne uda, ramiona, usta, czy powieki
rozwierają się właśnie, żeby przyjąć go w siebie niczym niepokalany sakrament,
żeby się oddać do końca, bez granic postawionych defektem rozumu, albo
przesądem wyćwiczonym pod chłostą otoczenia. Nawet barierą głupoty dotąd ponoć
niezmierzonej. Skubaniec – muszę to z pokorą przyznać, że oddech wstrzymuje
idealnie. Potrafił przeczekać na bezdechu Wiosnę Ludów, Rewolucję
Październikową i jej następstwa, nie zżyma się, gdy każą mu poczekać
siedemdziesiąt wiosen, aby przeczytać akta spraw zamkniętych w sejfach bardziej
niedostępnych niż Strefa 51. Cierpliwością zawstydził nawet Bieszczady, które
karleją po młodzieńczych ekscesach i z pobłażliwością kiwa głową nad życiem
dawno już zapomnianym, odciśniętym w wapieniach niegdysiejszych mórz.
A teraz? Teraz
przycupnął gdzieś w zapomnianym kącie i zerka na mnie. Udaje, że go nie ma. Wiem,
że mnie pożre, gdy tylko oczy zamknę, by już więcej ich nie otworzyć. W tej
chwili? Kopię nogami ze strachu. Bodę powietrze, które uchyla się niczym
torreador. Ole! Ole! Krzyczę! Krzyczę? Ja? Skoro krzyczę, to chyba żyję? Czy
znów mi się coś wydaje? Nie sądziłem, że potrafię krzyczeć, a jednak.
- To jakiś sen – myślę sobie i faktycznie. Czas wgryza
się we mnie i usiłuje zdeterminować teraźniejszość pchając ją w przyszłość. Rozbił
szkło i wszedł we mnie ponoć niezbywalnym prawem zdobywcy. Boli. Sapie lepiej,
niż sapał Syzyf popełniając karnie własną wieczność. Pewnie za dużo pali, albo
o kondycję przestał dbać. Może utyło mu się i teraz pracuje nad formą? Gwałci
mnie, który hantlem bezwolnym się stałem? Może entuzjazm wreszcie mu zgaśnie i
ktoś nadepnie go, choćby nieświadomie, jak niedopałek porzucony na zatłoczonym
chodniku.
niedziela, 20 stycznia 2019
Obława.
Noc z impetem wpadła
na mnie odbierając mi oddech. Patrzyła spoconymi oczyma wielkimi jak światy.
Rozedrganymi, rozdygotanymi i przeszukującymi przestrzenie dookoła mnie, a
nawet te głęboko we mnie schowane. Krótkie, ciemne włosy sugerowały ekstremalną
odwagę, albo dramatyczny jej brak. Czarna, skórzana kurtka kryła w sobie ciężar
wielu lęków i fobii. Wydobywał
się spod niej poszarpany najbliższą przeszłością oddech zaszczutego zająca. Dżinsy
i martensy w kolorze kurtki skrywały długie nogi śmiertelnie zmęczone biegiem.
Strach dołączył do nas
chwilę później ciągnąc za sobą echo. Może zatrzymał się, żeby je zabrać, aby nie
zdradziło, gdzie się zbieg ukrywa. Może echo potknęło się na krawężniku i upadło
kalecząc kolana do krwi? Syczało teraz cicho pocieszane przez strach trzymający mocno szczupłą
dłoń na ustach dziewczyny. Noc przecinały zbliżające się, ostre, nienawistne okrzyki i werble stad podkutych butów na wilgotnym bruku. Złapała mnie za ręce i szepnęła:
- Proszę… Nie mam sił dalej uciekać…
Sam widziałem, że nie
miała. Kurtka nie była zapięta aż tak wysoko, żebym nie widział jak szybko
unoszą się jej piersi w pośpiesznie chwytanych oddechach. Oparła się o ścianę
zaułka, ale nie miała aż tyle odwagi, żeby pozwolić oczom się zamknąć. Strach
przycupnął koło jej nóg jak pies i patrzył, jakby czekał na ciąg dalszy zabawy.
Ulice zdawały się kipieć od nienawiści. Od wściekłości porozrzucanej po kilku
sąsiednich przecznicach i nawołujących się nawzajem, żeby przeczesać każdą z
bram przechodnich i każde podwórko. Krzyk zdawał się być czarniejszym od jej
ubrania, na tle którego jej twarz stawała się już nie blada, a śnieżnobiała.
Nie sądziłem, że strach
potrafi nałożyć tak ostry makijaż. Jej oczy szukały ucieczki, sprawdzając
jednocześnie, czy kryjówka nie została odkryta. Usta jej drżały, a to drżenie
przeniosło się na rękę i zaraziło ją całą. Wpatrywała się we mnie szukając
podłości, albo heroicznych talentów. Nie miałem. Nic poza zdumieniem nie miałem. Położyła mi dłoń na ramieniu i
przyciągnęła bliżej wilgotnej ściany, żebym wraz z nią wtopił się w gęstwinę mroku. Mur
śmierdział moczem, pleśnią i wilgotną cegłą. Dziewczyna śmierdziała strachem i
jakąś łagodną nutką kwiatowych perfum, które nie radziły sobie absolutnie z
przytłaczającą siłą otaczających nas aromatów.
Pośród nocy kroki
zdawały się mnożyć, rozpełzać, zaglądać w czeluści piwnic o drzwiach
skrzypiących, w zakamarki wyglądające tak, jakby wkrótce miały się stać sceną drastycznego horroru. Z najbliższej krzyżówki dobiegały krótkie, zdecydowane komendy. Skończyła
się amatorska nagonka. Teraz, to już było perfidne, skoordynowane polowanie, z
finałem gwarantującym rozrywkę dla zaangażowanych żołnierzy. Wrzask dowódcy wysyłał właśnie
patrole złożone z wielu bardzo szerokich ramion dźwigających kije do bejsbola i
karków szerszych niż talia dziewczyny. Czułem, jak dziewczę cofa się za mnie i kwiląc cichutko wkleja się w pęknięcie muru zazdroszcząc pająkom talentu do ukrywania się poza
zasięgiem wzroku. Kroki zbliżały się do nas nieubłagalnie.
Przegapiliśmy szansę
chyba ostatnią. Pięciu ostrzyżonych na jeża, lub jeszcze krócej przerośniętych
mutantów patrolowało ulicę zaglądając we wszystkie bramy. Pchnąłem ją lekko i
pokazałem niszę zakratowanego, piwnicznego okienka przyczajoną pośród mroku i śmieci. Kucnęła i wtuliła się w
ledwie widoczne wgłębienie. Szczęściem była drobna i zmieściła się bez trudu. Nim
zdążyłem otrzeć pot z czoła dopadło mnie światło latarki.
- Brudasa widziałeś ziomal?!
Zaprzeczyłem ruchem
głowy, bo nie miałem zaufania do własnego głosu. Latarka usiłowała wydrzeć ze
mnie zmianę zeznania, lecz w końcu pozwoliła mi żyć.
- Do rana znajdziemy na pewno. Jakbyś zobaczył, to
wiesz…
Wiedziałem. Ściana z
cegieł też wiedziała i ukradkiem piła moje cierpienie nie bacząc, że pulsem dobijam się do
obcych ludzi o pomoc. Pajęczyna rozwijała się po okolicznych ulicach nieubłaganie, stuocznie, a skórzastogłowy
pająk z wysokości skrzyżowania wyszczekiwał kolejne komendy. Z piwnicznego
okienka dobiegł urwany szloch paniki gryzącej własną pięść. Wydłubałem dziewczynę z
kamiennej ramy wysmarowanej wiekowym, węglowym pyłem i pociągnąłem w podwórze. Przez mur na sąsiednie, zamknięte zupełnie, by wejść ledwie dostrzegalną bramę i po skrzypiących schodach w
pustostan na trzecim piętrze, żeby tam dotrwać poranka. Drżała… Drżeliśmy…
Przez wybite szyby zajrzał wiatr, a za nadszedł nim chudy księżyc. Dziewczyna
wtuliła się we mnie, jakby chciała się schować i przed nimi.
- Brudasa? – wyszeptałem jej wprost do ucha.
Odepchnęła się lekko
ode mnie i stanęła na tle okna. Teraz, kiedy strach został na poziomie parteru
jej twarz odzyskiwała kolory, a oczy kształt daleki od okrągłego. Powiedziała
coś czego nie mogłem zrozumieć i chyba widziała moje niezrozumienie, bo złapała
mnie za ręce i powiedziała:
sobota, 19 stycznia 2019
Błogostan.
W ramach poobiedniego
dłubania w zębach pomyślałem sobie leżąc nieskromnie na kanapie, że ten mój Stwórca,
to jednak jest gość. Może i ma lekko spaczone instynkty macierzyńskie, co
sugeruje, że dysponuje płcią z tych brzydszych, a może nawet pryszczem na nosie,
ale tak całkiem nieużytkiem, to nie jest. I złośliwością specjalną nie grzeszy.
Jeśli nawet uziemił kogoś gromem z jasnego nieba bez większego uzasadnienia, to
jednak nie na masową skalę, lecz selektywnie i w miarę dyskretnie, skrupulatnie
unikając służb mundurowych, czy mediów. Ślady własnej ingerencji starannie
zaciera, a potencjalnych świadków rozbraja zaburzając ich psychikę wizją
domniemanego raju, tak wyszukanego, że przestają być wiarygodni w zeznaniach.
Ten mój wielki,
niepoznany dotąd Tatko to chyba taki większy dzieciuch i to z bogatej rodziny,
która niedostatek miłości rekompensowała mu bezkresem zabawek. Pewnie na
osiemnastkę dostał wszechświat, żeby mógł sobie troszkę poeksperymentować bez
większego uszczerbku na majątku Protoplastów. Bo taki wszechświat, to
zasadniczo mnóstwo niczego. Takie powietrze w plastikowej butelce. Tylko nawet
bez powietrza, żeby przypadkiem coś nie wybuchło, albo nie zaraziło przez
prątkowanie sąsiadów szkarlatyną, dżumą, czy innymi wiatropylnymi nieszczęściami.
Choćby smród. Tkwi na ziemi, bo nie ma dokąd uciec, a tak gotów byłby wysmużyć
się do sypialni Staruszków i zakłócić im to, co staruszkowie wyczyniają, kiedy
dzieci nie widzą – bo ja wiem jak nie Ikebana, to pewnie Kamasutra, albo inna
Joga. Powietrze prócz smrodu ponieść jest gotowe również skargi, a kto chciałby
słuchać skarg, kiedy właśnie Szanowną Małżonkę kolanem ucapił i dech jej
skrócił bedeesemując w celach pomnożenia wyrafinowanej boskości na wieki
wieków? Taki zestresowany Potomek gotów się objawić udręczony pierworodnym
cierniem i runąć na świat jak siedem plutonów ciężkozbrojnych Jeźdźców
Apokalipsy, a każdy z czterema siatami pełnymi puszek Pandory i egipskich plag.
Nieliczne światy tkwią
w kosmicznej pustce tak rzadko, jak rodzynki w postnym serniku, a i światy wyglądają
zupełnie podobnie do tych rodzynek. Biedne, pomarszczone i wciąż wzdychające do
urody z okresu dojrzałości. Mumifikowana młodość – pewnie ten wszechświat na
promocji poszedł w jakiś Czarny Piątek, ledwie trzy dni przed końcem terminu
przydatności do spożycia i się zupełnie postarzał. W sam raz na pierwsze podejście
dla Żółtodzioba – jak zepsuje, to nie będzie żal. A, że zepsuje, to było niemal
pewne.
Pomiędzy zęby
wśliznęło mi się jakieś włókno i drażni, przyjemnie przypominając ledwie co
zakończony posiłek wysokobiałkowy. Młodziak zadbał o swoje stado. Lodówki
wymyślić jeszcze nie umiał, ale czego od Szczeniaka wymagać? Kto o lodówce
myśli, zanim się dorobi mięśnia piwnego? Grunt, że przewidział problemy z
aprowizacją narodu wybranego (do eksperymentu) i zabezpieczył paszę. W młodym
wieku nie zawsze ma się tyle rozsądku, żeby pamiętać, że mięso psuć się lubi i
to raczej błyskawicznie. I broni się zajadle. Dosłownie – jadowicie. Miał nas
jakoś nakarmić i przypilnować, żebyśmy się nie struli zbyt masowo stając się
gatunkiem wymierającym w konwulsjach i torsjach. Bo tymczasem jad kiełbasiany
wymyślił się sam nie czekając na czyjekolwiek błogosławieństwo, czy klątwę.
Dlatego właśnie paśnik musi być żywy i odnawialny. Żeby nikomu nie brakło.
Chytra sztuka ów Młokos.
Błogość i sytość
mijały się gdzieś w moich trzewiach, gazy szukały ujścia, a grawitacja namolnie
zapraszała mój dobrobyt w odmęty kanapy. Oczy kleiły się, jakbym je żelatyną
posmarował. Znikąd nadziei. Z tym mięsem spacerującym swobodnie aż do chwili,
gdy przyjdzie czas na pieczyste, to dobrze wymyślił. Trochę uciążliwie, po co
to tyle kształtów i kolorów? No i nóżki mógł zaprojektować krótsze, żeby tak
szybko nie uciekało. A te zęby? Szpony, kolce, jad? Poniosła go młodzieńcza
fantazja. Mógł opracować jakieś sześciany, czy kule w dziewięciu smakach i
wystarczyłoby. Chociaż…
Koneserzy chwalą sobie
rozmaitość. Wielobarwność i wielosmakowość. Rozpieszczeni grymaszą, szukając
subtelnych odcieni i przypraw nie z tej ziemi. Eksperymentują zaciekle i
wytrwale. Część tej różnorodności udało się już zeżreć do cna. I martwe
przepisy zasiedlają stare księgi. Nikt już nie odtworzy specjałów z braku
surowca. Delikatesy… Podobno w zeszłym roku udało się ludziom odprowadzić trzy gatunki
drobiu do przeszłości. Pewnie z rybkami było podobnie. Przepuszczone przez
jelita nie potrafią dłużej pływać. Co ten Młodzian myśli? Znudziło mu się?
Wietrzy spiżarnię? Zapomniał o nas? Poszedł pewnie pograć w bilard, albo za
dziewuchą jaką oczami powłóczy i nie widzi, że skrajne ubóstwo grozi ludzkości.
Tylko patrzeć, jak skończy się rozpusta i nawet najzdolniejszy kucharz będzie
miał kłopot z dwunastodaniową ucztą. Mógłby już wrócić i reaktywować zapasy.
Inaczej przyjdzie pościć.
Drepczący filozof.
Plemnik wie. Skąd,
dokąd i po co. Wie też, że jeśli przegra, to nie warto nim sobie głowy
zaprzątać. Tylko zwycięzca ma prawo do kaprysów i do ekscytacji życiem. Do
ciągu dalszego i śmiania się w twarz pobratymcom. On wie, żyjąc w swoim
perfidnym świecie, który powołuje go do biegu i piętnuje koniecznością o tak
mizernych szansach powodzenia, że powinien się załamać zupełnie. Upić,
rozmazać, skoczyć z okna w czeluści nieskończonego kosmosu. Dwustanowy,
bezwzględny i całkiem nieprzyjazny świat ma do zaoferowania drobną iskrę raju w
oceanie piekieł. Jak wielka musi być nadzieja, która każe wypatrywać sukcesu?
Jak silne wiązania, żeby nie rozpadł się z niepokoju? Gdy młodość musi zastąpić
doświadczenie, talent, siłę, przetrwa najsilniejszy w gnieździe. Pomazaniec
szczęścia. Wybraniec losu. On wie, zanim wystartuje, że każda chwila wahania,
detaliczny błąd, zwyczajny pech, czy niedbalstwo skończy się tragicznie. Wie…
A ja nie wiem, choć
przecież na starcie jestem sumą szczęśliwych zbiegów okoliczności. Sumą cudów,
które tak mizerną szansą określone zdarzyły się pomimo wszystko. Dwie
cudowności splecione we wspólny węzeł w jedynej świątyni. Misterium
zachwycające i niezrozumiałe, układanka karmiona ciałem, żeby mogła się
rozbudować i być. Żyć. Jak drwina z niemożliwego, bo przecież cuda nie zdarzają
się co dzień. Zupełnie, jakbym zużył cały limit szczęścia nim pierwszą,
nieporadną samodzielnością się wykażę. Nie wiem. Zerkam na życie bezrozumnie,
rozpaczliwie. Płaczę, bo świat każe mi wystartować do kolejnego wyścigu, żebym
na mecie… No właśnie… Nie wiem, czy jest meta, gdzie jej szukać i w jaki
sposób. Jak sprawić, żebym w tym wyścigu nie pobłądził? Dlaczego nie wiem? Przecież
wynurzam się niczym ten plemnik i drogi szukać powinienem. Szczęścia.
Przyszłości, jedności, czegoś, co sprawi, że idea splecie się w wyższą
rzeczywistość i powije jakąś przyszłość. Bogatszą, mądrzejszą, bezpieczną.
Moją.
Nie wiem nic i nic nie
rozumiem. A gonię naprzód. Donikąd. Sam gonię, chociaż wszędzie wokół podobni
do mnie. Oszołomieni, nieumiejętni. Potykamy się wszyscy. Klniemy wpadając na
przeszkody. Pomagamy sobie nawzajem, choć przez to możemy się spóźnić do TAM. A
jeśli znów wygrać może tylko jeden? Dobić do wysp szczęśliwych i tryumf ogłosić
w świątyni spełnienia? Krzykiem drążącym pustkę, w której zdychać będą
konkurenci? Objąć ramionami i wziąć w posiadanie wzajemność niezbędną do
spełnienia? Stać się zalążkiem kolejnego cudu?
Milczę. Na ogół
milczę, bo mówić nie ma o czym, a tym bardziej nie ma z kim. Nikt nie wie. Co
bardziej cyniczni zamiast biec chcą po drodze choć namiastkę raju skonstruować
i otaczają się upadłym tłumem łudząc go i faszerując fałszywą obietnicą. Zwolnić?
Włożyć ręce w kieszenie i pogwizdywać w pozornej beztrosce? Skoro i tak nie
wiem, dokąd zmierzam, więc czemu miałbym dotrzeć tam zasapany? Słaby? A jeśli
sił mi będzie potrzeba u kresu drogi, to skąd je wezmę? Głupio byłoby zdechnąć
u źródła… Głupio w ogóle zdychać… Rozglądam się niepewnie. Przede mną wielu i
już ich nie dogonię, więc i sensowność pośpiechu karłowacieje. Rozglądam się na
boki, bo może tam znajdę boczną furtkę przemyślnie ukrytą, ominiętą przez
prowadzących maratończyków. Degenerat toczący swoją kulkę błota i ekskrementów
donikąd. Zawodowiec w drodze na manowce. Jedyne co mam, to nadzieja. Wiara, że
sens istnieje, choć go nie dostrzegam.
Trzeba iść. Ręce z
kurzu otrzepuję, wzrok wbijam niezbyt inteligentnie w widnokrąg i idę do
nieznanego celu. Wyobraźnia usiłuje ów cel upiększyć, a zmęczenie spotworzyć.
Dzień i noc, dobre ze złym. Splecione we mnie kipielą niepewności. Szumem
wrzasku ignorantów zanieczyszczone. Leniwie wybieram wydeptane ścieżki, choć
logika cierpi – tam, nawet jeśli cel istnieje, to już ma swojego szczęśliwca.
Lepiej skręcić w bezdroża. W mniej uczęszczane okolice. Przecież ci z przodu są
równie bezradni. Nic mądrzejsi. Idę. Gdzie oczy poniosą.
piątek, 18 stycznia 2019
Przekąska.
Kobieta była pełna
pasji. Nie miała jeszcze czterdziestu lat, choć pierwsze siwe włosy srebrzyły
jej fryzurę. Grzała dłonie trzymając pomiędzy nimi kubek gorącego mleka z
cynamonem i goździkiem. Ja niemrawo dłubałem w carpaccio. Bez apetytu. Odebrała
mi go w paru pierwszych zdaniach i wzrokiem, w którym więcej było cierpienia,
niż mogłem sobie wyobrazić.
- Co ty możesz o tym wiedzieć? Przyjeżdżaliście na
najbliższą farmę w ramach nagrody, żeby uwolnić młode ciała od presji
prokreacyjnej i już. Gdybyś został… Na dowolnej… Wtedy mógłbyś mówić. A teraz,
to milcz i słuchaj. Jestem w ciąży. To dziecko będzie pierwszym, które zobaczę
żywym. I modlę się, żeby urodziło się chłopcem, bo nie wiem, czy znajdę w sobie
siłę do życia, jeśli będzie dziewczynką. Modlę się, choć nie znam życia
chłopców. Za to doskonale znam życie dziewcząt. Tych, które nie należą do
elity. Znam też życie tych, które należą do każdego gorszego sortu.
Popatrzyłem na nią z
wyrzutem. Biedna – nie miała pojęcia o doli nastolatków wcielonych do armii
ochraniającej plantacje i produkującej żywność roślinną. Dwadzieścia lat
służby, gdzie każdy dzień był niemal takim samym. Państwo wymagało pełnej
wysługi lat, zanim można było przejść na emeryturę. Dwadzieścia lat w zapadłej
dziurze na uprawie roślin, w stadzie samców w podobnym wieku. Wieczny dyżur i
tylko rzadkie wizyty na farmach zgodnie z harmonogramem. Każdy mógł się
zobaczyć z kobietą raz na kwartał, a za szczególną aktywność zawodową nawet raz
na miesiąc. Pół dniówki odmiennej od pozostałej, wykorzystywanej pospiesznie,
do zachłyśnięcia się własnymi emocjami, które kipiały i nie pozwalały na jedną
chwilę zwolnić.
- Gdybyś został… - kontynuowała – wiedziałbyś, co się
dzieje po waszym wyjeździe. Mnie zabrali z domu nim zdążyłam zjeść tort urodzinowy,
na którym powoli stygło szesnaście świeczek. Zabrali mnie na farmę bez prawa do
protestu. Bez szansy na zmianę decyzji. Dostałam przydział na pełne dwadzieścia
lat produkcji żywności. Zostałam przepuszczona przez medyczne tryby i
zakwaterowana zanim obeschły mi łzy po rozstaniu z rodzicami. A potem
przyjechali chłopcy na farmę… Wiedziałam, że jeśli chcę żyć muszę zajść w ciążę
nie później niż w pojedyncze tygodnie. Państwo nie utrzymuje darmozjadów.
Miałam być płodna. I byłam… Ten pierwszy, pamiętam go jeszcze – miał niewiele
więcej niż ja i tulił się we mnie myśląc, że będę mu matką, a ja miałam zostać
matką za jego przyczyną. Tak strasznie się bałam, bo w przeciągu miesiąca część
kobiet zniknęła z farmy bezpowrotnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam…
Zaintrygowała mnie
opowieścią i gmerałem widelcem z rzadka tylko podnosząc przezroczysty płatek
delikatnego mięsa do ust.
- Kiedy nie było męskich wizyt pracowałam sortując i
pakując mięso. Na tacki, w próżniowe opakowania, hurtowe porcje do mrożenia
luzem i świeżo mielone na bieżący użytek. Pakowałam, nie wiedząc dokąd trafi.
Nie wiedząc skąd pochodzi. Pod nieustającym nadzorem i kontrolą medyczną. Kiedy
ciąża była już zaawansowana i praca wiązała się z ryzykiem zostałam odizolowana
od załogi na czas porodu i połogu. Dziecko… zabrali mi zanim je w ogóle
zobaczyłam. Łudziłam się, że oddadzą, że to tylko badania kontrolne, ale nie…
Nie oddali. Nigdy i nikomu nie oddawali. Pytałam, to kazali mi milczeć. I
pokarm ściągać trzy razy na dobę. Pokarm też zabierali nic mi nie mówiąc.
Milczałem, bo nie
bardzo wiedziałem, co mam powiedzieć. Wolałem zaczekać aż dokończy opowieść.
- Potem była kolejna ciąża i następna. Pełne
dwadzieścia lat. Po każdej ciąży miałam sześć tygodni na regenerację, nim
pierwszy mężczyzna pojawiał się w progu z uśmiechem pożądania. Jak w zegarku
pojawiał się i pojawiali się kolejni, aż ciąża nie stała się pewnikiem. Wtedy
pracowałam na taśmie, przy rozbiorze i porcjowaniu… Filetowaniu, jak mawiały
bardziej doświadczone współpracowniczki. Prawie połowa kobiet pracowała z
wiszącymi z piersi laktatorami, żeby nie uronić pokarmu. Dopiero po trzeciej
chyba ciąży zobaczyłam…
Rozpłakała się i łzy płynęły
jej nieprzerwanym strumieniem. Zupełnie, jakby kurek odkręciła. Łzy dwiema strużkami
spływały ku brodzie i kapały wprost do kubka ze stygnącym mlekiem. Poczułem się
dość nieswojo, bo nie potrafiłem radzić sobie z emocjami kobiet… Przecież nie
znałem ich wcale. Poza krótkimi wizytami na farmie widywałem wyłącznie
mężczyzn.
- Dopiero po trzeciej ciąży chlipała zanosząc się
szlochem – zobaczyłam. Postawili mnie bliżej początku taśmy. Zobaczyłam żebra i
malutkie serduszka, nóżki… rączki malutkich dzieci i poćwiartowane ciała
dorosłych. Kobiet, które nie umiały rodzić i mężczyzn, którzy trafili na taśmę
z nieznanych przyczyn. Miałam rozbierać mięso i oddzielać je od kości, a
przecież te kości… Boże… niemowlęce… delikatniutkie takie… Mało się nie
przewróciłam, kiedy jedna z bardziej doświadczonych kobiet dała mi w twarz z
otwartej ręki. Żebym się nie wygłupiała, bo jak zacznę histeryzować, to trafię
na taśmę tak, jak te ciała, które się przede mną przewijały. Straciłam spokój
na kilka lat. Patrzyłam każdego dnia na te drobne ciałka i myślałam, czy moje
dzieci też dotknęłam nożem, czy patroszyłam własne niemowlę…
Carpaccio zaczęło mnie
drapać w gardło i z mówieniem miałem coraz większy kłopot, a ona szlochała
cicho.
- Dwadzieścia lat… Nie liczyłam, ale jedno dziecko
rocznie… Może je tuczyli, zanim na taśmę trafiło, może takie prosto z porodu
szło pod nóż… Nie wiem… Naprawdę nie wiem… Straciłam rozum i czucie. Byłam
maszynką do produkcji i obróbki mięsa. Z taśmy znikały te mniej odporne, te
niepłodne, zbyt leniwe… We mnie zgasło czucie całkiem. Nawet, kiedy pod nóż
trafiła ta, która stała obok mnie przez dwa lata… Filetowałam… Pakowałam i
porcjowałam. Mleko zdawałam nim wystygło. Miałam szczęście. Przetrwałam całe
dwadzieścia lat.
Podniosła kubek do ust
i zrobiła drobny łyk patrząc na mnie przez łzy.
- Wiesz skąd pochodzi mleko? Skąd biorą się sery,
tłuszcze? Może z moich piersi. Może własne mleko piję i nie wiem. A ty… może
właśnie zjadasz swojego synka… - odsunąłem talerz, ale przytrzymała mi dłoń – Jedz,
na zdrowie, nie wolno marnować żywności. Zbyt wiele kosztuje. Jedz proszę…
Równie dobrze mogłaby
mi kazać jeść kamienie, ale faktycznie – przez całe dorosłe życie nie dostrzegłem
żadnego zwierzęcia. Żadnej obory, chlewu – nic. O dziko żyjących zwierzętach,
to tylko słyszałem, że ponoć gdzieś na peryferiach świata może się uchowały
pojedyncze egzemplarze przeznaczone na odstrzał dla prominentnych obywateli. A
przecież dania mięsne przysługiwały mi zarówno podczas służby na plantacji, jak
i obecnie na emeryturze… Jadłem je całe życie i nie powiem, że bez smaku.
Żarłem zachłannie, bo mięso było rarytasem, który nie trafiał się co dzień.
Dziś pozwoliłem sobie na rozpustę, bo chciałem zaimponować kobiecie, która ma
zostać matką mojego dziecka… Zużyłem deputat na cały najbliższy tydzień, a
teraz boję się do ust podnieść. Kobieta pogłaskała mnie po policzku i zgrabnie
zwinęła plasterek w rulonik.
- Jedz. Musisz mieć siłę. A potem… Pójdziemy się
pomodlić, żeby urodził się nam syn. Zdrowy. Bo zdrowemu pozwolą zostać przy nas
szesnaście lat. Ani dnia dłużej. Ale szesnaście lat będziemy mogli się cieszyć,
że jest nasz, zanim państwo nam go zabierze. A jeśli będzie córka… Powiedz, że
tak nie będzie… Myślałam, że nie mam w sobie już łez… Nie chcę patrzeć na nią i
widzieć siebie, jak rośnie, żeby wyfiletować ciebie i mnie, gdy tylko dorośnie
do farmy. Bo chyba nie sądzisz, że pozwolą nam się zestarzeć i sprawić, że
mięso będzie żylaste? Nie pożyjemy dłużej jak te szesnaście lat. A potem
zabiorą – najpierw dziecko do pracy, a potem nas na rzeźnicki stół. Na
taśmociąg. Dokończ carpaccio i chodźmy już proszę… Nie mam sił patrzeć na
jedzenie…
Spektakularna kariera.
Wstawałem i wstawałem
i „wstaniętym” czuć się jakoś nie umiałem. Czyżby depresja? Na wszelki wypadek
podlałem ją kawą czarną, żeby zabłądziła w myślach, albo przefiltrowana nerkami
spłynęła w czeluści kanalizacji. Bezskutecznie. Niemal czułem, jak mi się broda
naciąga, a za oknem dzień równie ponury i zaspany. Solidaryzuje się niechybnie.
Malkontenci uwielbiają się gromadzić, żeby w skupiskach i skupieniu poddawać
się martyrologii własnej i wzajemnej, eskalować i kolaborować w nieszczęściach.
Napędzać się i dramatyzować. Wywyższać się. Zerknąłem podejrzliwie, bo dzień
chyba miał zamiar popełnić samobójstwo, zanim w ogóle dojrzał. Jakby aborcję.
Jeszcze niepoczęty, a już wyskrobki i resztkami, ochłapami krwistymi zwisa z
żywopłotów i masztów antenowych.
Szukając wytchnienia i
natchnienia oddałem się rozpuście porannej prasówki i niebacznie wpadłem na
pomysł, żeby błyskawiczną karierę zrobić. Przykłady chłostały mnie po oczach
rozmaitością. Tak bywa, że z braku rozsądku człowiek oddaje się mrzonkom
bezpłatnie i bezterminowo. Jak zwykle, powiedzieć było łatwiej, niż
zrealizować. Podglądałem zdolnych i utalentowanych licząc lekkomyślnie, że
zarażę się talentami, ale to prawdopodobnie nie jest choroba zakaźna. Już
prędzej dziedziczna. Wiem, bo przytulałem się do monitora i nic. Może nie ta
płeć? Zwierzenia z dzieciństwa czytałem i autobiografie ilustrowane. Nie
pomogło, choć wiolonczelę zdążyłem pokochać platonicznie i warsztat
samochodowy, gdzie spawały się dzieła sztuki niezrozumiałej, konserwowanej w
blasze ze skwarkami nagaru. Nic. Nawet wysypki nie dostałem, chociaż starałem
się i byłem pełen zapału – ostatnie resztki entuzjazmu poświęciłem na ołtarzu
nadziei. Czarna, bezdenna rozpacz.
Rodziny o
dziedziczność wolałem nie pytać, bo mogłaby się okazać wstydliwa, a przecież
nie chcę stać się rodzinnym konfesjonałem, albo grabarzem, co z dębowej szafy
trupy wyjmie, odkurzy i z precjozów okradnie, nim w sosnowym meblu poświęci je
w ziemi. Cóż - rozgrzeszać nie umiem nawet siebie. Po nieudanym szczepieniu
talentu byłem odrobinę większym sceptykiem i przodkom postanowiłem nie zakłócać
wiecznego odpoczynku, a pradziadkowa umiejętność dmuchania w okarynę nie wydała
mi się szczególnie godna reinkarnacji. Może nawet perwersyjnie poddałbym
wiwisekcji jakieś zapieczone, szlacheckie przeszłości z domniemanego drzewa
genealogicznego, lecz w trakcie jego pobieżnego przeglądania z jakiejś gałęzi
zaćwierkało do mnie szyderstwo, że wszelkie uzdolnienia raczyłem we własnym
kadłubie zdeformować i spotworzyć. Weźmy takie pływanie – przodkowie pływali w
poziomie, podczas gdy ja, z wątpliwym wdziękiem, kursuję wyłącznie w pionie.
Odważny przy tym jestem bardziej, niż zawodowy nurek głębokościowy – bez
sprzętu potrafię osiągnąć dno nie pytając nawet, jak bardzo jest odległe. Tylko
opowiedzieć o rekordzie nie miałbym już sił, bo płuca mam zbyt skromnie
skrojone i na powrót do świata żywych już ich nie wystarcza.
Ech ta moja skromność.
Nie tylko płuca z resztek mam szyte. Żałość we mnie zaczyna skowytać, więc
chwytam się drastycznych rozwiązań. Mógłbym zostać milionerem. Nie – nie takim
z telewizyjnego teleturnieju, który zaczyna się jąkać, gdy pytają o kraj
pochodzenia, albo równie fascynujące tajemnice umysłu. Bank bezlitośnie
poinformował mnie, że nie był uprzejmy pomylić się na moją korzyść, a uskładane
środki wystarczą na utopienie niecnej nadziei w czteropaku piwa z dolnej półki
(na falach krótkich odbieram znaczące, ironiczne chrząknięcia suflera z wyraźną
sugestią – raczej z palety), chyba że trafi się promocja w markecie, to może
nawet ze środkowej. Zer za mało! Coś takiego… Nawet cyfra dumnie na przedzie
stała i tylko zer zabrakło. A przecież każdy wie, że przewodnik stada musi mieć
autorytet, a za nim, to już mogą wędrować te zera nieskończone i dowolnie
upośledzone. Zazwyczaj o zera łatwiej niż o sternika. A tu taki afront na
rachunku! Na mostku wódz sterczy samotnie niczym…. (pomińmy to drobne
niedopowiedzenie milczeniem), żeby zejść jako ostatni, zgodnie z etyką
zawodową.
Dzień się rozpłakał
widząc jak pogrążam się w szaleństwie i desperacji. A ja przecież rozwiązań
szukam, które mogę dogonić. A może warto zerknąć na takie, które są w stanie
dogonić mnie? O! Wreszcie! Powiłem myśl płodną i wartą pielęgnowania. Ortodoksyjną,
skrojoną na miarę mojego umysłu. Bo przecież czekać już umiem! A przypływ
kiedyś nadejść musi! Tak samo, jak podatki, Alzheimer, czy kometa Halley’a. Rzuciłem
się na prasówkę jak głodny rekin w obliczu ławicy sardynek i najpierw teleskopowo,
a później nieco dogłębniej poszukuję precedensu. Jest! Są! O Boże – ile ich!
Więc jednak – można! Można być sławnym nierobem. Beztalenciem utalentowanym.
Można być. Niesamowite. Jest tłok, ale wciąż nie taki, jak na pierwszomajowych
pochodach przed obliczem. Wcisnę się. Zmieszczę… Chyba…
Studiuję osiągnięcia
jednostek mi obcych. Wsłuchuję się w głoszone idee. Ekstrawaganckie… W
piaskownicy powiedziałbym, że głupie, ale głupi, to jestem ja, bo dziaduję w
mrącym poranku, kiedy tam kwitnie życie pełne euforii i wyrafinowanych
krajobrazów. Jak ktoś sugestywnie powiedział – „zima, to nie kwestia
kalendarza, tylko geografii – zawsze gdzieś jest!” Zerkam na panie kręcące
tyłeczkami w pogoni za nieustającą wiosną, podglądam z lekkim zawstydzeniem wiecznie
letnie piersiątka faszerowane masą polimerową, porzuconą odzież jednorazowego
użytku tulącą się do dywanów z rozpaczy za ciepłem idealnego ciała, gadżety,
których przeznaczenia nie jest pewien nawet producent, lecz pięknie wyglądające
w otoczeniu boskości jednodniowej.
Ogarnia mnie zapał
bojowy. Knuję strategię, szturm, inwazję, albo kolonizację. Pacyfikuję
niepoznane dotąd przestrzenie i myślą w posiadanie je biorę. Wzwód poranny
symbolicznie identyfikuje akceptację ciała i gloryfikuje myśli nieskromne. Naśladuję,
a przynajmniej mam zamiar. Szkoda wysilać się, skoro gotowe sukcesy aż się
proszą o kolejne kopie. Z salonu przytargałem palmę. Może nie całkiem palmę,
ale palemkę… Fotoszop dorobi brakujące fragmenty. Z morzem był niejaki kłopot,
ale ugotowałem prześcieradło z kałamarzem i trochę się zaraziło kolorem. Od
biedy ujdzie. Początki są trudne. Kotu zabrałem żwirek z kuwety i udrapowałem
słoneczną plażę. Nawet jak kot się upomni i przyjdzie, to wilgotna plama na
plaży uzasadni się samorzutnie i bez słowa. Egzotyczne otoczenie już prawie
miałem. Przydałyby się jeszcze wodorosty. W lodówce miałem por i pęczek koperku,
a w sypialni geranium od babci – musi wystarczyć. Na wszelki wypadek dołożyłem rybie
truchło – mrożony filet z mintaja zagęścił atmosferę. Jeszcze tylko stolik,
parasol i kolorowy drink w egzotycznym opakowaniu… Pognałem do „Biedronki” po
ananasa i słomki, z piwnicy wyciągnąłem parasol z reklamą jakiegoś piwa, a na
plastikowe krzesło rzuciłem słomiankę ze ściany, żeby udawała bambusowe meble.
Na rattan pozwolę sobie, jak zacznę zarabiać. A teraz trzeba improwizować.
Zapaliłem energooszczędne słońce półtora tysiąca lumenów z górką, trzy razy
powielone jak każe pismo, żeby piasek zaskwierczał tropikiem.
To było łatwe. Teraz
pora na transformację obiektu, który ma ozdobić ów pejzaż zaprojektowany z
rozmachem. Obiektu westchnień, czyli mnie. Niczym boski wiatr porwałem sąsiadce
z balkonu stringi. Trudno było wymagać, żeby w styczniu suszyła bikini.
Machnąłem ręką – wystąpię topless. W końcu blitzkrieg ma być, a nie pełzająca
wojna pozycyjna. Uuuh… Nie sądziłem, że mam takie biodra… Poczucie wartości we
mnie wzrosło, kiedy usiłowałem się wbić w odzież tak skromną. Wciągnąłem
brzuch, wypuściłem powietrze (nie przyznam się którędy) i wreszcie się udało.
Wąski pasek materiału wśliznął się w przedziałek bezlitośnie, dzięki czemu moje
oczy nabrały szklistego połysku, a pośladki charakteru. Nooo… Pośladki mam
teraz jak młody Bóg… Chyba przyjdzie się kłaniać sąsiadce i razem z nią na
zakupy chodzić. Kto wie – może i szybki kurs makijażu? Albo depilacja wzajemna?
Hmm… Może się rozpędziłem, ale w pozyskaniu sławy nie chciałem już się
ograniczać. Mam zawojować świat, to może i sąsiadkę uwiodę. No przecież widzę
jak elegancko potrafię wypiąć się na rajskiej plaży. Żaden homar tego nie
potrafi. Hamer? Humor? Homer? A kogo to interesuje – grunt, że portfolio
zaczyna się mocnym akcentem!
czwartek, 17 stycznia 2019
Szkolenie indywidualne.
Spotkanie było tak
nieoficjalne, że skryło się pod płaszczykiem imienin gospodarza. Nie tych
oficjalnych, przedpołudniowych, urzędowo biało-czerwonymi goździkami
oprawionych i przemówieniem, ale osadzonym w prywatnych pieleszach, z imiennym
zaproszeniem i jawną sugestią zachowania dyskrecji. Patrzyłem po zgromadzonych
gościach ze zdumieniem obserwując, że żaden nie pojawił się z partnerem, czy
partnerką. Poskromiłem prywatną ciekawość wierząc, że nim wieczór upłynie
kwestia nietypowych imienin zostanie wyjaśniona i nie będę błąkał się w bezzasadnych
domysłach. Postanowiłem możliwie dobrze się bawić, zanim gospodarz przejdzie do
meritum.
Jego żona wnosiła
właśnie jakieś egzotyczne, parujące danie, a gospodarz niepostrzeżenie, hojną
ręką napełniał kieliszki. Zimne drobiazgi leżące w miseczkach i na talerzykach
uśmiechały się z przekąsem, przystrojone piękniej od gości. Miałem już okazję
degustować ręką gospodyni przyrządzonych potraw i byłem pełen zrozumienia dla
rozrastającego się brzuszka prezydenta. Nie miałem siły obronić się przed tymi
rarytasami przygotowanymi tak pieczołowicie i wyszukanie. Chyba każdy z
obecnych wiele sobie po tej uczcie obiecywał, co gorliwsi być może nawet
pościli, żeby podołać wyzwaniu i nie odpuścić żadnej z podawanych potraw.
Gospodyni wydała mi
się nieswoja, odrobinę zdenerwowana, albo zmęczona. Może wypiła ze dwa
kieliszki wina za dużo, bo jej miękkie kobiece ruchy zdawały się być
nienaturalnie sztywne. Może mi się przywidziało, jednak i gospodarz był nieco
zbyt wylewny, choć przecież pierwszy toast dopiero mieliśmy wznieść. Wzruszyłem
ramionami, przerzucając uwagę na talerz, gdzie parował gulasz w wyrafinowanej potrawce
warzywnej uwodząc mnie aromatem. Ktoś wręcz jęknął z zachwytu i pracowite
milczenie ogarnęło okolicę. Grzech takie żarcie wódką zabijać, ale toast wypić
wypadało. Dziczyzna smakowała wytrawnie. Nietuzinkowo. Co śmielsi prosili już o
dokładkę, nie czekając na kolejne dania. Gospodarze rozluźnili się, prezydent
poluźnił nawet krawat dając sygnał, że oficjalna część nieoficjalnego wieczoru
właśnie dobiegła końca.
Wódka schłodzona tak
bardzo, że była aż gęsta. Grzała i sprawiała, że marynarki po kolei zaczynały
się zaprzyjaźniać z oparciami krzeseł, a krawaty chowały się zawstydzone po
kieszeniach. Nieliczne, obecne panie ukradkiem zsuwały pod stołem szpilki, a
bardziej bezwstydni panowie popuszczali paski spodni sugerując bezgraniczne
apetyty kulinarne i szponami widelców selekcjonowali zawartość stołu nakładając
bez umiaru na własne talerze dzieła sztuki gospodyni, która lekko zaróżowiona
zerkała z dumą na męża. Kiwnął jej głową, może nawet oko puścił i atmosfera
wyraźnie zelżała. Wódka potrafi zmiękczać nastroje. Gospodarz wstał i zadzwonił
widelcem o butelkę.
- Szanowni goście. Dziękuję wszystkim za przybycie.
Cieszę się, że przy kieliszku… hmmm… kawy… możemy porozmawiać, jednak spotkanie
to, jak się zapewne domyślacie ma również drugie, nieformalne dno. Pozwólcie,
że tym toastem napocznę temat, który być może rzutuje w jakimś stopniu na waszą
zawodową codzienność i jak mniemam na przewidywalną przyszłość
Wypiliśmy. Goście
rozglądali się niespokojnie starając się ze składu osobowego wyczytać temat zapowiedzianej
nieformalności. Sztab kryzysowy, sanepid, jednostki oczyszczania miasta, straż
miejska, służby komunalne i mieszkaniowy zasób gminny, rzecznik prasowy, służby
specjalne… Można powiedzieć, że zebrany skład osobowy gotów jest zarządzać nie
tylko małym kryzysem, ale i sporą wojną, emigracją, czy pacyfikacją. Prezydent
miał talent do wzbudzania zainteresowania. I te teatralne, dramatyczne
zawieszenia głosu i wzrok spersonalizowany, sięgający dusz indywidualnie. Gdyby
nie został politykiem, karierę aktorską miał gwarantowaną. Goście odsunęli
lekko talerze i patrzyli na gospodarza w niewypowiedzianym pytaniu.
- Temat jest złożony, wielowątkowy i rozwojowy. Ze
względu na… powiedzmy przewidywalne kontrowersje musi pozostać tajnym. Do
czasu. Przedstawię państwu dzisiaj zręby idei, a za rok, zaproszę wszystkich obecnych
na kolejną imieninową ucztę, żebyśmy wspólnie popchnęli temat w kierunku jego
realizacji. Nie ma powodu do pospiechu, gdyż zamierzenie jest długofalowe, ale
musi być doskonale przygotowane, przemyślane i powinno zawierać rozwiązania na
każdy możliwy potok zdarzeń. Znamy się wszyscy, więc chyba widzicie po
personaliach, że podchodzę do tematu nader poważnie i nie zamierzam zdawać się
na przypadek.
Wódka wyparowała już
chyba z każdej głowy, więc uzupełnienie płynów wydało się koniecznością.
Prezydent zaintonował, sztućce cichutko zadźwięczały skubiąc zimne mięsa,
galarety i sałatki.
- Temat, który medialnie istnieje niezbyt często, a
jednak sporadycznie pojawia się, chociaż usiłuję własnymi, nieformalnymi
kanałami spowolnić rozpływ informacji, dotyczy szczurów miejskich. Nie deratyzacji,
a szczurów. Zapewne każdy z nas widuje je niemal co dnia idąc do pracy. Według
danych docierających do mediów w granicach miejskich populacja szczurów
osiągnęła poziom 2-3 mln sztuk. Powiem wyraźnie. Media mają bardzo zafałszowane
dane i to nie jest błąd kilkuprocentowy, a kilkukrotny. Moim zdaniem ich
liczebność błyskawicznie zbliża się do dziesięciu milionów i będzie nadal rosła
w postępie geometrycznym.
Jeśli chciał nam
odebrać apetyt, to właśnie mu się udało. Narzędzia powypadały z rąk i oszpeciły
obrus kleksami sosów i soczystymi plamami. Ktoś zakaszlał, ktoś sapnął. Nikt
się nie odezwał, a prezydent kontynuował.
- Populację otrzymaliśmy w spadku po moim poprzedniku.
Nie chciałem i nie mogłem wcześniej państwa uprzedzić, gdyż musiałem pośród
personelu znaleźć osoby godne zaufania. Sprawdziłem was wszystkich dokładniej
niż urząd skarbowy, niż IPN. Ta informacja nie może opuścić waszych ust.
Szczury mamy w spadku po dwóch poprzednich gospodarzach tego miasta i zostaną
również po nas. Polecam… Żądam bezwzględnego milczenia poza tym gronem i nie
życzę sobie nawet dygresji w tej kwestii. Będziecie skrupulatnie pilnowani
przez tajny, wyszkolony w tym celu podmiot.
I jeszcze nas
wystraszył. Uśmiechnąłem się lekko i cynicznie. Widać tak mam, że nie walczę z
nieuniknionym i domyślałem się, że ceną za dostatek będzie lojalność. Szczury?
Bałem się, że będę musiał znacznie bardziej uświnić sumienie. Ze szczurami
poradzę sobie bez uszczerbku na śnie spokojnym, czy pełnym wstydu zerkaniu w
lustro podczas golenia.
- Powiem najogólniej, żebyście mieli rok na własne
myśli. Szczury mają się stać dobrem miejscowym. Trzeba tylko pilnować, żeby nie
działa się im większa krzywda. Nie wolno dopuścić, aby przyrost był zagrożony.
Dwaj prezydenci, do dziś społecznie szanowani, pilnowali, żeby się udało i nie
chcę wyjść na nieudacznika, który zniweczył ich trud! Mamy pilnować, żeby miały
co i gdzie jeść. Żeby mogły się rozmnażać, a trutka była bardziej szczepionką
potęgującą przyrost, jak narzędziem mordu. Żadne zdecydowane, zmasowane akcje
nie wchodzą w grę. To nasz kapitał, który musi dopiero zaprocentować.
Tu mnie miał. Zginąłem
we własnej głowie i nie widziałem najmniejszego sensu, aby pielęgnować te
ohydne gryzonie. Dokąd tej chłop zmierza? Nie jest pijany, bo on mógłby wypić
pół wiadra wódki i idąc po rozciągniętej pod niebiosami linie recytować płynnie
konstytucję wspak. W sześciu językach!
- Moi drodzy. Jesteśmy inicjatorami. Gospodarzami
plantacji. Eksperymentalnej hodowli. Ekologicznie czystej. Dzikiej, więc nieskażonej
koniecznością budowy zagród, inspektów, szklarni, wolier, czy klatek. Hodujemy
dziczyznę na konsumpcję. Wolnowybiegową, nie faszerowaną sterydami, odporną na
choroby cywilizacyjne. Prawie dziesięć miliardów ludzi… Świat nie wyżywi nas
planktonem, czy krowami z kolczykiem unijnego paszportu. Musimy nauczyć się
jeść to, czym dysponujemy. A dysponujemy wybieganym, czujnym i roztropnym
mięsem kryjącym się przed ludzkością, żeby nie wpadła na pomysł zjeść to mięso.
Cóż… Szczury miały pecha – ktoś je w końcu dostrzegł. I teraz… Hodowla ma się
znakomicie. Trzeba ją wesprzeć i pomóc rozwinąć, zrobić marketing i
dystrybucję. Ubojnie, masarnie – wszystko dedykowane temu mięsu. Pomyslcie
proszę w zaciszu prywatności. Poświęćcie chwilę czasu tej myśli, a za rok
spróbujemy wspólnie przesunąć granice tolerancji społecznej tak, żeby
niemożliwe stało się fascynującym rozwiązaniem i kontynuacją żywotności ssaków
naczelnych.
Kiedy kończył mówić…
Może tylko mi się zdawało, ale brodą niechcący wskazał na nasze talerze… Nie… -
szepnąłem sam do siebie – Nie mógł nam tego zrobić… Podniosłem wzrok i poszukałem
oczu gospodyni…. Znalazłem je, skupione na niewidocznych z mojego miejsca
czubkach butów. Pomimo to znalazłem w nich poczucie winy… Więc jednak…
Gospodarz właśnie zaczął się żegnać, ale ja wciąż trzymałem się wzrokiem
gospodyni usiłującej uniknąć kontaktu z którymkolwiek z gości.
- Mógłbym w czymś pomóc młody człowieku? - Prezydent
objął mnie ramieniem – może zostaniesz z nami jeszcze na pół godzinki?
Dostrzegam w tobie potencjał, który może ci w przyszłości zjednać wielkich
przyjaciół i równie mocarnych wrogów. Jeśli nie uznasz tego za impertynencję,
chętnie podzielę się z tobą doświadczeniem przy lampce czegoś, co dojrzewa
wolno, lecz w smaku pozwala odnaleźć tchnienie przyszłości. A przecież
przyszłość to coś, co obiecujemy wyborcom…
środa, 16 stycznia 2019
Historia.
Pozazdrościłem
archeologom spektakularnych efektów i odkrywania na nowo minionych idei
reprezentowanych poprzez zmurszałe kości, czy malunki naskalne, nadzbanne,
naścienne. Tysiącletnie papirusy skamieniałe niczym drzewa odarte z żywic, żeby
bursztynowym ukropem podzielić się mogły ze współczesnością niezależnie od
wysmukłości kamiennej kolumny miłorzębu, czy paproci drzewiastej. Wiem, że
zazdrość nie należy do cech przydających chwały nosicielowi, ale sam siebie
oszukiwał nie będę – pozazdrościłem i wiem, co mówię.
Na początek
przejrzałem oferty „last minute”, „all inclusive” i inne, które promocyjnymi
gadżetami przykrywały niemal cel podróży i termin wyjazdu. Grymasiłem i decyzji
podjąć nie mogłem, aż w końcu pomyślałem sobie, że nie będę grzebał w piasku
pustyni, jak jakaś zabiedzona kura, czy wielbłąd z aspiracjami, szukający
punktu podparcia przed maratonem Paryż-Dakar… Nie stanę się dla Egiptu kolejnym
Ramzesem, sto ósmym wcieleniem Cezara również nie, a tym bardziej kolejną
reinkarnacją bezimiennych bóstw dalekiego wschodu, czy głębokiej północy, bo
jestem tubylcem i owo „tu” mam w sobie dość mocno ukorzenione. Taki defekt
genetyczny, który sprawia, że koszula ciału bliższa, szczególnie, kiedy się jej
nie zdejmuje z grzbietu od… Przepraszam – nie pozwolę sobie w PESEL zaglądać
nadaremnie – kolonoskopia dla genetycznie obciążonych, czy rentgen
profilaktyczny w ramach bilansu -dziestolatka?
Wyjrzałem przez okno.
Klepisko, jak klepisko. Wydepilowane oponami uniwersalnymi i zimowymi też. Na
kość. I to żywą, która wciąż nie wie, co to próchnica, czy artroskopia. Kopać w
czymś takim? Stanąłem przed lustrem, żeby zbadać, czy mam rejestrację,
homologację i godło producenta, ale nie – koparką nie jestem na pewno.
Kim/czym, to już inna bajka, jednak na pewno nie koparką i motogodzin w tym
klepisku ku chwale przeszłości nie zmitrężę. Nawet kapelusza ze skóry bawołu
nie mam, żeby wzorem Indiany Jonesa przykryć bezradność malującą się na twarzy
i oddać się medytacjom w drodze do sukcesu. Jakoś nie nauczyłem się spać z
czymkolwiek na twarzy, choćby to była gazeta o niezbyt wysokich aspiracjach i
jeszcze mniejszej wadze i znaczeniu. W takim gruncie i pies sobie niespecjalnie
radzi, a dopiero za piątym razem posadzona sosna przebiła się korzeniami przez
miejską historię upakowaną gęsto tuż poniżej darni. Mój prywatny manicure… cóż…
nie zniósłby podobnych obciążeń…
Zerkam ukradkiem na
własne drzewo genealogiczne, jak próbuje zapuścić korzenie i skarży się, że to
nie tu. Że do innej gleby nawykło wiekami i teraz czuje się bezdomne,
bezpańskie, dziewiczo szlaja się po obczyźnie i uczyć się musi zmian
klimatycznych i składu chemicznego skorodowanej przez wieki wyściółki.
Aklimatyzacja. A ta jest niespieszna. Nie darmo mówią, że marynarka dopiero w
siódmym pokoleniu przestaje uwierać i staje się drugą skórą. Przyszło mi za
pierworodnego na obczyźnie uprawiać egzotyczną rolę… Bez rolniczego
wykształcenia… Bez talentu do obsługiwania maszyn prostych. Taki mamy klimat…
podobno… Nawet wierzę, że niewykształcony, że tymczasowy i przechodni,
przelotny być może. Podlegający fluktuacjom i mającym wpływ na teraźniejszość
zmienną.
Gdzież więc mam Graala
szukać, Arki Przymierza, żeby choć zerknąć, jeśli nie zrozumieć przesłanie? Szukać
mam słów w Pięcioksięgu, Siedmioksięgu, Prawdy Ostatecznej w dowolny turban
zawiniętej śpiewnie na wysokości minaretu, lub wyrytej w glinianej tablicy
spieczonej ziemi? Gdziekolwiek… A przecież nawet do szukania trufli ludzie
zatrudniają psy i świnie. Sami nie grzebią w ziemi, chyba, że jednostki wybitne
– hmm… Wybitne, są te, które się dokopią sukcesu, bo pozostałe, to szaleńcy,
szarlatani i fantaści. A teraz ja usiłuję dołączyć do armii pędzonej nadziejami
i mamionych obietnicą zwycięstwa. I perły zapładniane są sztucznie, żeby
loterii uniknąć i uniezależnić się od kaprysów natury. A ja? Naturszczyk bez
papieru? Wieszcz bez zwiastowania? Jasnowidz z kwarcowym wzrokiem? Amator
kwaśnych jabłek i kolekcjoner porażek chłoszczących po wypiętym nieświadomie
tyłku?
Zazdrość mnie nie
opuszcza, choć logika wskazuje beznadziejność aspiracji. Beztalenciem buty
można wycierać, a nie skarbów szukać. Zacisnąłbym zęby, ale obawiam się o
całość szkliwa – wiadomo – stomatologia ceni się i nie pozwoli sobie na
uszczerbek ekonomiczny, kiedy z godziny na godzinę potrzeba jątrzy się bólem
eskalującym w krainy, których nikt do końca poznać nie chce. Trzeci raz
przyglądam się paznokciom, a one wciąż mówią mi „nie, nie będziemy ryć w
ziemi”. Biceps, który nigdy nie imponował kubaturą udaje swoją uboższą krewną i
usiłuje się schować pod kość ramienną, żebym nie napompował go ideologią.
Odporny jest na doktrynę sukcesu mniemanego. Dłoń ślizga się po naskórku, gdyż
nieodpowiedzialnie zdążyłem się ogolić i (o zgrozo!) przedwcześnie wyłysieć,
więc ślizga się ta dłoń po kres zasięgu i zanim zaczepi o cokolwiek może być
już za późno na żale.
Na szczęście dłoń
usiłuje nauczyć się rozpoznawania kształtu czaszki, licząc, że antropologia
przydać się w poszukiwaniach może. Wiadomo – na początek korzysta się z zasobów
własnych, żeby ekonomia nie zwiędła, nim dojdzie co-do-czego. Co-do-czego, to
taki wybryk słowny, który mówi, że jest nadzieja, lecz mizerna, ale gdyby… to
wiadomo – kolejka do sukcesu stanie długa i można się w niej nie zmieścić, bo
czarnoodziane potwory z karkiem większym niż przeciętne talie wygnają wzrokiem
krwią nabiegłym, paluchem wskazującym szczekającym niczym sierżant w jednostce
karnej – PRECZ!
Pozwalam dłoni, bo
miękka jest. Ciekawska, ale moja. Niech szuka. Przymykam oczy, może nawet
mruczeć zaczynam, jak kot, który rozciągnął granice zaufania aż po dotyk
wybrańców. Dłoń uczy się kształtu, choć nie spieszy się wcale. Zanim wygnam na
obczyznę, niech we własnych granicach ćwiczy talenty antropologiczne. Zaczynam
grzbiet wyginać. Może kocieję? Psieję? Dłoń poczyna sobie wciąż śmielej i już o
archeologii nie myślę wcale. Poczekam, Słyszałem, że ziemia rodzi kamienie.
Może zamiast pracować i eksploatować instynkty wystarczy patrzeć, co nowego
dzień przyniesie? Na patrzenie mam w sobie zgodę. Konsensus i polityczną
deklarację zapewniającą o nieagresji. Zawieszam bezterminowo aspiracje związane
z wykopkami. Jednogłośnie i jednomyślnie. Podglądam naturę i uczę ją idei –
rozbierz się sama z przeszłości. Ja się tymczasem popieszczę. Pod własnym
dotykiem nawet obczyzna nie doskwiera.
wtorek, 15 stycznia 2019
Po.
Mokre, bukowe liście mimowolnie
nasiąkają miedzią. Pod wzrokiem niemalże się uginają i sprawiają wrażenie,
jakby świat pokrył się miękką, kojącą rdzą. Złudne nadzieje. To pułapka gotowa ukraść
nogi nieostrożnemu piechurowi. Pod liśćmi czają się wykroty. Pęknięcia i
szczeliny. Jama borsuka, wypróchniały pień pełen zmarzniętej, omszałej deszczówki
i wysuszone letnim słońcem, ostro złamane gałęzie tak ostre i twarde, że nie
trzeba ich w ogniu hartować, żeby ciało na wylot przebiły. Głazy pokruszone,
wracające z dumnego dziś szczytu ku podnóżom góry w schyłkowej, skruszonej doskonałości
też się ukrywają pod tym pozornym, kosmatym dywanem. Wystarczy przyjrzeć się
kolosom hardo stojącym na srebrzystych, gładkich nogach, żeby dostrzec wysiłek,
jaki wkładają w utrzymanie się w pionie właśnie tu. W warunkach niegościnnych,
skrajnie nieprzyjaznych.
Wiatr spływający z
wierzchołka udaje, że droga jest bezpieczna i nawet tańczyć próbuje, w wir
ciągnąc oporne, nawilgłe liście. Buki milczą wytrwale. Pazurami korzeni oplatają
głazy, żeby nie stoczyły się na ścieżkę i leczą blizny tam, gdzie góra im
spadła na palce. Dzik czochra się o poturbowany pień, lecz ulgi mu nie
przyniesie buczyna. Nie uwolni go od pcheł. Ale nakarmi, bo to robić potrafi.
Pod koroną i w dół zbocza grubą warstwą rozsypane orzechy kuszą smakiem i
barwią wiewiórkom ogony. Może pędraki jakieś się pośród nasion kryją? Larwy
usiłujące przezimować pod skorupą śniedzi? Ostrożnie stawiam stopy czując, jak
ugina się podłoże zbyt wilgotne, by trzeszczeć. Ono już czeka na śnieg, żeby
zgnić bez pośpiechu, nie narażając się na pogardliwy wzrok. Pojedyncza jodła
wycina w miedziano-szaro-czarnej perspektywie posępność zieleni tak
intensywnej, że tylko środek dnia potrafi się domyślić jej głębi. Gdy tylko
słońce zejdzie odrobinę niżej zieleń tężeje do matowo-aksamitnej czerni. Do
czasu zjaw i potworów. Do zmierzchu. Nawet ona czeka śnieżnych iskier, żeby się
przebrać w puchową baranicę i znów zapłonąć, zajaśnieć pośród szponów
buczynowych sztywno drapiących niebiańskie poduszki. Aż dziw, że tak mało się
wysypuje, gdy tak wielu się wysila.
Świat wokół milczy i
trawi obraz powoli. Nie ma pośpiechu. Dla góry dzień, czy rok, to niezauważalny
odcinek czasu. To teraźniejszość posiniaczona zachodami słońca i pochopnością
przebiśniegów rwących się do życia w rytmie nerwowego oddechu. Serduszka
zajęczego szczawiu chytrze udają czterolistną koniczynę tak doskonale, że nawet
mięsożercy się nabierają, niechcący uzupełniając witaminy. Szczęście noszą w
żołądku. Jałowiec, ostrożny z natury, niewyrywny, oschły, zerka na świat
zaskorupiałymi od krwi jagodami. Już nazwą sugeruje jałowość oczekiwań na
jakikolwiek pośpiech, czy wzajemność. On uczy się od gór stoickiej
doskonałości. Łykowaty, twardy i niezależny. Broni własnej wolności jak tylko
potrafi i drapie do krwi przy każdej próbie zbliżenia, a krople wiesza sobie na
ramionach jakby to były kolczyki z płomiennych rubinów. Albo ordery za krew na
polu bitwy.
Skórę liże śnieg
mający spaść dopiero za tydzień, ale już teraz zmusza włoski pokrywające ciało
do czujności. Ono wypatruje niezależnie od woli tego, co nadejść musi. I
nadejdzie. Natura myli się rzadko. Może nawet wcale. Jest zbyt doskonała, żebym
ja, własnym, nieumiejętnym spojrzeniem mógł wiarygodnie wskazać jej błąd.
Chyba, że wskażę na siebie. Bo ja jestem błędem. Nie musiałem tu być. Zakłócać
nie musiałem. I rdza leżąca odłogiem poradzi sobie beze mnie znakomicie. Góra,
buczyna, dzik… Żyć potrafią beze mnie. To ja jestem zależny od nich, choć nie
przyznam się głośno. Oni i tak wiedzą. Moja próżność mi jednak każe powstrzymać
się od dziękczynienia. Przecież noszę w sobie również inne uczucia. I potrzeby
noszę podłe. Skąd we mnie mniemanie, że swoją tymczasowością mogę ton naturze
nadawać? Mnie na to stać, bo krótkim wzrokiem na świat patrzę, więc mogę w
swojej ignorancji puszyć się, jak puszy się pałka tataraku, nim wybuchnie
sierpniową erupcją i rozproszy się na wietrze miliardem drobin niesionych daleko,
poza zasięg wzroku, by tam spróbować raz jeszcze.
Idę poprzez i pomimo.
Wąwozem wilgotnym się wspinam po śliskich od rosy liściach opitych bardziej,
niż wtedy, gdy drzewo zdobiły. Zieleń dojrzałą do rudości, życie w chwale
minionej – depczę. Miażdżę i ziemi pomagam strawić to życie wątłe, jednoroczne
i powtarzalne do znudzenia. Ślizgam się idąc, wzrokiem szukając nieba. Jest
gdzieś tam. Wysoko nade mną, nad bukami, nad górą. Jest. Wiatr stara się mnie
zniechęcić i spycha ze ścieżki iluzorycznej. Mami kołyszącą się kępą parchatych
brzóz siwobrodych. Staje redutą jeżyn, maliniakiem rozsnuwa wspomnienie
słodyczy. Liście bukowe, lakierowane wiosennym słońcem niewielu mają
konkurentów – może miodowo-pomarańczowe liście jesiennej czeremchy polerowane
świecową politurą, może gładkie platany skórzasto-listopadowe… Wspinaczka.
Amatorska i nieudolna. Życie za krótkie na doskonałość wyuczoną. Może mieć
tylko jeden ideał – ten, który w nim został zakodowany nieodwołalnie przed
poczęciem. Idę. Proste zadanie, choć droga niełatwa. Pod górę, pod prąd
strumieni szemrzących radość powrotu w doliny.
Instynktownie nieba mi
się zachciało, nie nizin nieskończonych, rozpędzonych po horyzont samopas. Mnie
się zachciało wyjść tam, skąd świata nie widać, bo bliżej chmur. Nie musi być
wysoko. Pot usiłuje zostać w dolinie, nogi krzyczą z trwogą, że krzywdę chcę im
zrobić, a głowa pcha naprzód. Pomiędzy stoki, żeby przełęczą, na grań, na
szczyt. Tam, skąd świat jeszcze potrafi jawić się niepokalanym. Gdzie szukam
braku mnie. I was, nas, ich. Gdzie świat wzrusza ramionami i gdera życzliwie
znosząc łaskawie obecność nieprzeliczonych insektów. Pasożytów i wirusów. Może
moja obecność czyni świat silniejszym? Może uodpornił się na mnie? Albo pozwala
mi trwać, póki nie zrobaczywieję do szczętu i nie zacznę deprawować innych
komórek? Idę na szczyt. Po nic. Po wszystko. Pomału. Idę – po prostu. A buczynowe
liście ułożone w mandalę większą niż potrafię ogarnąć wzrokiem lekceważą mnie rumieniąc
się nieznacznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)