czwartek, 15 kwietnia 2021

Noc, gorąca od braku słów.

 

Bezsenność wiedzie mnie na pokuszenie - szczypię pośladki, śniące w bezpiecznym atolu moich bioder. Na łące skóry zakwitają drobne, czerwone niezapominajki piękne przez sekundę, by potem ostygnąć i zgasnąć. Zasnuć się mgłami i pogrążyć się w dyskrecji bezwiednego uśmiechu.

Kreślę paznokciem ścieżki zbyt poplątane nawet na pajęczynę. Ciało otwiera się, zaczyna uwodzić aromatem. Jękiem niespełnienia drażni słuch. Wreszcie bezwstydnie chyli się ku mnie, a dłonie zaborczo przyciągają ku tajemnicy stworzenia. Oszołomiony - zabijam czas. Topię wstyd i pruderię.

Stwarzam wrzask trzęsienia ziemi, brzuchem pozwalam przepłynąć falom monsunów, tornadom zwichrzyć wzrok.

- Śniło mi się… - szepczesz wreszcie, odziewając twarz rumieńcem.

środa, 14 kwietnia 2021

Rozmnażanie.

 

Przyszło do mnie takie Duże, nie do końca świadome własnej płci, może zgoła wielopłciowe? Nieważne. Gorzej, że przyszło ze mnie powykrajać jakieś ochłapy i ulepić nową wartość. A nawet wartości, bo chyba byłem zbyt wysokopienny, rozpasany powodzeniem lat spędzonych przy paśniku, więc teraz czas nadszedł zapłacić za rozpustę.

 

Owo, bez skrępowania ogoliło mnie z ubrań i sierści, pomacało niezbyt delikatnie, a lokalnie, to zgoła boleśnie i zaczęło stawiać na mnie granice. Dłonie, czy może narzędzia, którymi piętnowało moją skórę miało toto jak lasery, czy damasceńskie ostrza, bo ból zaczynałem czuć grubo po fakcie. Może dzięki temu, zanim ostygła moja kubaturowa świadomość, a ja zostałem podzielony na jednostki mniejsze, stabilniejsze i bliższe centrum grawitacji, zdążyłem zapoznać się z rozmiarem zabiegu.

 

Teraz byłem już w pięciu jednostkach, choć żadna nie przypominała mnie wcale. Okropne. Nie sądziłem, że stanę się swoim własnym potomstwem i to tak dalekim od wzorca. Duże – zadowolone było chyba z siebie, bo posapywało i jakieś takie, jakby frywolne się stało. Gdyby miało ogon, to pewnie zamerdałoby. Może ogon gdzieś tam był, tylko ja, z mniejszej już wysokości nie dostrzegałem?

 

Wtedy po raz pierwszy poczułem niezależności małych świadomości. Duże podzieliło mnie starannie, rozebrało błyskawicznie i posklejało jak jakieś pulpety, a jednak każda z części miała własną świadomość i to niezależną od pozostałych. Wtedy ja-pierwotny odszedłem do przeszłości, a moja globalna świadomość załkała i zdechła, osiadając łupieżem na wątłych, ciałkach nowego pokolenia. Poczułem się żywicielem, który musiał nakarmić maleństwa własnym jestestwem z braku innych pokarmów.

 

Chyba im smakowałem. Nam smakowałem. Cała piątka wierciła się, jak miot bernardynów w koszu z kudłatym kocem i suką obrzmiałą od pokarmu. Byłem z siebie tak dumny, że zapragnąłem pokazać Dużemu, cośmy tu osiągnęli właśnie, ale kiedy podniosłem zbiorowy wzrok, znaczy pięciokrotny wzrok, który dopiero co był jednym zmysłem zamieszkującym wnętrze mojej głowy, a teraz zasiedla różne wysokości i odrębne ciała niby-mną-będących zauważyłem, że Duże było zajęte pochłanianiem kości.

 

Z wielki apetytem wcinało moje piszczele i nie zamierzało ich oddać maleństwom, tylko żarło, jakby mu się należały. Ależ chciałem tupać nogami z wściekłości – ciężko jednak tupać, kiedy brak piszczeli sprawia, że zadanie staje się wykonalne. Niby rozumiałem, że takie kości dla młodziutkiej trzódki były zbyt wybujałe i sterczałyby jak maszty ponad ich malutkie brzuszki, ale żeby tak bezwstydnie mnie pożerać przy maleństwach? Przy mnie?

 

Dużemu wiele nie zeszło na tej raczej ubogiej przekąsce, szybko beknęło zanieczyszczając okolicę niezbyt świeżym wyziewem, otarło się czymś tam wokół otworu pochłaniającego i dopiero zerknęło na mnie.

 

- Dzięki stary! – sapnęło Duże, jakby się tłumacząc – Sam rozumiesz, musiałem, żeby się mięso nie zepsuło. I tak już byłeś żylasty. Teraz znów będziesz mógł rosnąć i sam zobacz, będzie cię pięcioro!

 

- Pięcioro? Duże powiedziało pięcioro? Zmieniło mi płeć, nie pytając o preferencje, czy upodobania? Nie dość, że zeżarło piszczele, to jeszcze gmerało przy moim… no wiesz…

 

Ręka powędrowała tam, gdzie kiedyś miałem krocze. Świadomości budziły się dość opieszale, jednak uczucie, kiedy się w dłoni(ach!) trzyma za jednym zamachem pięć organów, to doświadczenie dalekie od konserwatywnej zabawy w autoerotyzm pod osłoną ciemności.

 

- A czemu nie? – Duże wzruszyło czymś na kształt uszu, łopatek, czy fałd grzbietowych – Będziesz samowystarczalny i nie będziesz musiał szukać towarzystwa. I wszystko zostanie w rodzinie! Ale. My tu gadu gadu, a robota czeka – wrócę, jak dorośniecie. No to pa!

Tuż obok.

 

Ścieram noc. Szyba jęczy, łzawi, ale jestem niewzruszony. Ścieram, jakbym z blatu zgarniał niepotrzebną już mąkę. Trochę klei się do palców, trochę smuży po zimnym czole szkła, ale schodzi. Na dnie widzenia zaczynają jątrzyć się zorze w ciepłych kolorach płonącego lasu. Najpierw nieśmiało, aż w końcu sztylety ostre jak szpady torreadorów dopadają moich oczu i wykłuwają z nich wszelkie widzenie.

 

Mażę po szkle na oślep, ale jest już za późno. Nie uważałem, więc szklanka goryczy mi się należy. Łzy schną, zanim osiągną kącik ust, więc nie wiem - są gorzkie, czy słone. Słońce dojrzewa w takim tempie, że zaczyna już łaskotać moją nagość, wypełnia dołki obojczyków i sięga zuchwale po męskość, ześlizgując się z brzucha miękką poduchą z tłuszczu, pod którym ukrywam „kaloryfer”, którym paradoksalnie latem mógłbym oszałamiać istotę o wiecznie zimnych stopach.

 

Ramy szkła stanowią o wielkości obrazu, na który słońce zachłannie się rzuca. Obrysowuje mnie w okamgnieniu, spotwarza, wykrzywia kreską nieokiełznanej perspektywy. Nie widzę, ale domyślam się, że podłogi za mało, bym zmieścił się na niej, więc łamię się w pół, by resztę korpusu rozmazać po ścianie, a kto wie, czy karku nie przyjdzie skręcić sięgając sufitu. Mój cień panoszy się, rozpościera, zjada kurz z dywanu, może faraonki biegające skrzętnie wszędzie tam, gdzie nieostrożność moja zgubiła wczoraj resztki kolacji.

 

Rozstrzelane oczy podejmują wysiłek, by pozwolić mi cieszyć się z już skończonego dzieła. Czuję, jak słońce zlicza mi żebra, jak sprawdza, czy każdy, najdrobniejszy włosek zmieścił się na obrazie, bo nie lubi partactwa i dąży do ideału w skupieniu. Oddycham raczej ostrożnie, żeby nie przeszkodzić w twórczym szale. Pozwalam sobie na bezmyślność i oddanie.

 

Gdzieś obok harmider, jaki uczynić potrafi otwierane na oścież okno. Sąsiadka. Ona wietrzy każdego ranka, gdy tylko wstanie. Otwiera okna i pozwala wiatrom penetrować ciepłą od snu nocną koszulę. Skąd bierze materiał tak cienki, że wiatr nie potrafi się zatrzymać i zanim wyhamuje, już chwyta kwitnące od tej zuchwałości brodawki?

 

Słońce błyskawicznie ucieka ode mnie. Nawet mu się nie dziwię. Widziałem w lustrze nie raz, więc wiem, że urodą sąsiadce do pięt nie dorastam, choćbym nie wiem, jak się wydepilował, czy jakich farb nie użył. Słyszę krzyk śmiechu, schrypniętego od zawstydzenia, mającego ukryć pożądanie. Krzyk szybko stłumiony dłonią, bo przecież uczucia wystawiać na publiczne zmysły, to grzech.

 

- Dobrego dnia sąsiedzie – szepce jeszcze, ale tak, żebym usłyszał mimo zamkniętego okna.

 

- Dobrego – mamroczę, czując się rozebrany ze słonecznego szlafroka i tak nagi, że tylko jednej kobiecie wolno widzieć mnie takim. I nikt nie wie, czy to jej właśnie pisana bliskość, choć dzieli nas żelbetowy mur ściany poza którą popełniamy kolejne, niezależne noce.

(R)ewolucje.

 

Jeśli czegoś nie ma, a zaistnieje potrzeba stworzenia –zaczynamy od pomysłu. Wynalazek warto przedyskutować z mądrymi głowami, nim zbuduje się prototyp, aby sprawdzić, czy rzecz działa. Potem wystarczy obdarować grupę królików doświadczalnych, którzy łakomym okiem spojrzą na nowalijkę, żeby poużywali sobie do woli, określając wady i zalety. Wersję poprawioną można już puścić w szeroki świat.

Cóż innego począć, kiedy nowe bywa motorem postępu, a stare zużywa się, psuje, nudzi? Starym trudno komuś zaimponować, chyba, że jest równie wiekowe, jak węgiel, czy krzesła Ludwiczków Numerowanych na francuską modłę.

Nieważne, czy chodzi o system komunikacji, potrawę, czy wirusa. Ktoś musi je stworzyć.

Niepewność.

 

Pani zamalowała maską twarz zapewne na śpiąco, ciężko się bardziej oszpecić i powód zbyt zawiły do odgadnięcia. Szła jakby była lunatykiem, nie słysząc szpaka, co kołysał brzozą, ani kosa kryjącego się przed ciekawością wróbli. Błękit dżinsów spłowiał do idealnej bieli, żeby pomieścić tkanki młodej mamy zajętej reorganizacją dubletowego wózka, w czasie, gdy dzieciątka siedząc na murku wyciskały z tub owocowe musy. Narcyzy pachnieć chyba nie chciały, lecz może mój węch upośledzony nie sięgał ich aromatu. Ale przecież nie położę się na chodniku, by węszyć. Nie przystoi. Słońce nieśmiało odziera ludzi z intymności i uwypukla zalety życia. Gdybym napisał, że ktoś mi się przygląda, byłaby to jawna granda nie poparta sensownym wyjaśnieniem, a przecież jawnie szedłem, nie spiesząc wcale. Otwarty na cudze spojrzenia i zapytania, których nie spotkałem. Widać nie tylko ja wiem, że trudno jest odpowiedzieć rozsądnie nawet na niedorosłe „dlaczego”, więc tylko dzieci pytają siebie na wzajem, bo nie są skażone doświadczeniem niemocy.

wtorek, 13 kwietnia 2021

Niedośpiewana aluzja.

 

Ubogi krewny. Nic więcej o mnie powiedzieć się nie dało. Kiedy już wyznanie, albo zaściankowe koligacje sprawiły, bym się od święta pojawił, wciąż pozostawałem ubogim krewnym. Tłem, na którym błyszczeć było tak łatwo. Czasy inne, nieznające psychoanalizy i wsparcia miodowego głosu z telefonów zaufania. A ja chciałem żyć i łykałem nastoletnie upokorzenia wszem i wobec mi fundowane. Obawiałem się kary i zapłatą za nie, ale miałem wolę życia silniejszą od kury z uciętą na wyschniętym pieńku głową, biegającą „post mortem” po obejściu, by przestrzec nierozumne pisklęta, przed klątwą toporka zwiastującego niedzielny obiad na sarmackim stole.

 

Słuchałem opowieści pełnych ciepłych bułek z wydrążonym miąższem, szuflad pełnych czekolad, w czasach, gdy kartkowy przelicznik deputatu zrównywał tabliczkę „masy zbliżonej do”, z półlitrową, czterdziestoprocentową wódką. Słuchałem o wyczynach herosów łowiących smocze ogony, gdy tylko moda zapragnie gadziej łuski na biodrze, o marzeniach tak wielkich, że moje zdawały się być zakurzone, bliskie zaścianka i siermiężnej codzienności.

 

A potem bard, wygnany przez ojczyznę, wyśpiewał moje żale, których nigdy-nikomu. Choć nie szukałem, znalazł mi kuzyna poza zasięgiem mściwych łap zaborcy, pośród swobód ograniczonych jedynie małą, zieloną księgą praw i obowiązków, nazywaną wszechobecnie Kodeksem Karnym…

 

Bard skutecznie uciekł, lecz wybrał na kompasie inny azymut, lecz obaj wystrzegali się wschodu, jako miejsca zsyłki tych, którym się nie powiodło. Obu się udało, o obu na lata zamilkły media, udając, że nigdy nie istnieli. Bard… umiał śpiewać. Grać na gitarze i znalazł patrona, którego natychmiast zniewolił pieśnią, omotał siecią dźwięków dokładniej, niż greckie Syreny.

 

Kuzyn? Miał w sobie więcej z greckich mitów i chyba zaczął porastać łuską, bo w końcu zwabił ku sobie nie tylko muzy, ale i ich babki.

 

Opętała mnie myśl tak niedorzeczna, że aż popuściłem w spodnie:

 

- To Bogowie mają babki (BABKI)? Podatne na wdzięk mojego kuzyna? A on… daje IM radę?

 

- Och! – wyrwał się ze mnie dźwięk, bo ludzka niedoskonałość uwielbia kalać zmysły IDEALNYCH.- Och! Chłopie! Bóg, w swojej mądrości przewidział wszelkie słabości i potrzeby gorejącego ciała. Wszak wiedzieć musiał, skoro posiłkował się boskim modelem, by stworzyć jednostki tak nieśmiałe i zuchwałe jednocześnie. By stworzyć CIEBIE!

 

Matematyka we mnie szuka wciąż praprzyczyny i nawet Bóg jej nie powstrzymuje. Dziecinne „dlaczego” drąż coraz głębsze pokłady i o coraz mniej zrozumienia we mnie. Manowce jątrzą zmysły i wciąż ich więcej… Za mały się staję na kolejne dlaczego… Ale on przecież wypłynął. Zanikł w obcych landach i wierzyć mi się nie chce  wszystko i w nic.

 

- Więc jak być ma? Był, jest, czy będzie? Trudno żyć w każdych czasach i nawet Cagliostro ponoć żył od kiedyś… Potrzeby maluczkich ktoś musi jednak zaspokajać. Nawet tych, których skóra pomarszczyła się bardziej, niż jabłuszka zapomniane w kompostowniku.

Bezgranicznie.

 

- Też byłbym wielkim, gdybym wykradł słowa, zanim ONI zdążą ogłosić?

 

Plączę się w pajęczynach domysłów, a przecież żyć mi przyszło pośród drzew tak wysokich, że promień słońca zdaje się raczej westchnieniem nadziei, niż pewnością. Pośród głodnych, czyhających na moją cielesność, na białko. Bo syci wyznają wegetarianizm, a głodnym nieustannie trzeba krwi.

 

Ślinię się – również jestem głodny. Rozpościeram dłonie na wzór pająka (tak nazwała moje potrzeby pani z TV). Rzeka między palcami przepływa, ledwie je kołysząc; powietrze? Ani zadrży! Ja drżę, a wokół wszystko, co mniejsze. Każdemu życiu wbudowano pierwotny strach przed Goliatem. I każde lęka się wedle własnej skali.

Schłodzonym wzrokiem.

 

Wieczorem, chociaż szpaler rozświetlonych latarni udaje, życie/ O poranku martwa natura. Nieśmiało zaczynam spodziewać się żubrów, borsuków i całej chmary zajęcy na ulicach, jeleni beztrosko podgryzających żywopłoty i bobrów czyniących porządki godne szanującego się bobra i dalekie od beznadziejnej, ludzkiej symetrii. Sosna zagląda mi w okno i nie wydaje się być zachwycona moja bliskością. Tylko patrzeć, jak wydrapie mi oczy. A dopiero co – była taka maleńka, że winorośl z parterowego balkonu się na nią wspinała. Mokre, czarne rzeki asfaltu wiodą wszędzie – byle nie tu. Nieliczni wikingowie płyną z prądem, a może i wbrew? Płyną, bo trzeba pływać, żeby nie zgnuśnieć, jak pieski starszych pań rozleniwione wiecznym ubóstwieniem, bo trudno być twardym w obliczu ogromu miłości.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Prasówka już nie wiem która.

 

1. Odyseja kosmiczna.

- Czy koń może latać?

- Z przyjemnością – odpowiada szwajcarska służba zdrowia.

I ma na to nawet dowody – żywe okazy, które wzbiły się na wysokość dwustu metrów i osiągnęły zawrotną prędkość 140 km/h. Na ziemi byłoby to nie do pomyślenia, chyba, że spadałyby z alpejskiego urwiska. Tymczasem, na linach podczepionych do helikoptera – proszę bardzo! Ruszyły na podbój kosmosu przekraczając nawet ambicje życiowe.

 

2. Higiena

Wirus, podobnie do wszy, uwielbia włosy, jak głosi zdrowotny portal. W związku z powyższym zaleca zabiegi higieniczne. To wszystko, na wypadek, gdyby ludzie zapomnieli już całkiem, że myć się trzeba, a nie tylko dezynfekować. Szczęśliwie „społeczny dystans i maseczki” w pewnym stopniu nas zabezpiecza (z wyjątkiem złośliwej, brytyjskiej odmiany, ale wymagać od Anglików życzliwości, to jak od Szkota funta), jednak pojawia się niedopowiedziana sugestia, żeby ewentualnego partnera poszukiwać pośród tych starannie wydepilowanych – przez czas, lub inne uwarunkowania. Wdychając ukochany aromat gładkiej potylicy zwiększamy szansę na oddychanie bez pomocy respiratora.

 

3. Rezerwaty.

         Pozostając (niestety) przy szaleństwie monotematu, na punkcie którego zwariowały wszystkie zmysły i media – pojawił się Mesjasz! Albo i kilku. Oferują niesprawdzone leki, za które kilka lat temu poszliby do więzienia, albo znaleźli się na cenzurowanym, jak rozprowadzacze dopalaczy.  Oni jednak zdołali przekonać cały świat, że dla naszego dobra należy podzielić się na dwa szczepy – zaszczepionych i oportunistów. Nieszczepionych, w przeciągu pojedynczych miesięcy czekać będzie totalna izolacja (albo wręcz izolatka). Marzę, żeby to był chociaż rezerwat przyrody, wielkości Karkonoszy, czy Bieszczad. Niechby wyspy Wolin, czy warmińskich pustkowi. Wszak nawet Indianom Amerykanie dali żyć pod błękitnym niebem, chociaż Samarytan nie przypominali wcale.

 

4. Grill.

Skoro rezerwat i świeże powietrze, więc i sport narodowy przymierza się do nowego sezonu, choć dla zwycięzców prawo przewiduje wysokie uposażenia – do zapłacenia i sławę sięgającą wokandy, a kto wie, czy nie wzmianki w Teleekspresie… Pora najwyższa zaadaptować się i owe grille urządzać w miniaturze. Na balkonie, z córką, albo symultanicznie z przyjaciółmi. Wystarczy opracować grafik, jak we włoskiej lidze – spotkanie/rewanż/faza play off.

- No! Chyba, że kogoś stać, wtedy można gwałcić przepisy i oddawać się zezwierzęceniu, niczym wataha wilków na przednówku.

 

5. Bezludna wyspa.

Rząd najwyraźniej pozazdrościł bohaterom powieści Verne’a i postanowił zafundować narodowi nową wyspę. Spiął pośladki, zwarł szeregi, opodatkował, wydusił zarówno konstytucję, jak i naród, czy wykonawcę, a teraz nieśmiało się chwali, że już wkrótce Bałtyk uzyska nowy port. Dziwaczne, jeśli wcześniej sprzedało się wszystko, co było bliżej Kattegat, dzięki której łososie (jeszcze) znajdują drogę ku Drawie. Chciałem napisać Dźwinie, jednak to tak niepatriotyczne, że się wstydzę, a tamtejsze łososie zapewne zdążyliśmy zjeść dzięki zaangażowaniu kłusowników. Interesujące, czy w Białogardzie wciąż można zjeść świeżego łososia…

 

6. Manipulacja.

Irytują mnie nieodmiennie świadome prowokacje i niedopowiedzenia. Szukanie dziur tam, gdzie tylko dziury. Może dlatego czytam niedoskonale i muszę pytać:

- Skoro mówią, że teraz ruska ropa płynie ku mnie cieńszym strumieniem, a docelowa wartość ubytku wynosi pół miliarda złotówek, to jak mam uzupełnić owe braki, ile zapłacę za ową „niezależność” i czy aby na pewno są mi potrzebne aż tak rozpasane zapasy? Czy przypadkiem jakaś paranoiczna nienawiść nie powoduje, że kilkadziesiąt tysięcy kilometrów dalej, za morzami i górami, zapłacić przyjdzie więcej (bo logistyka żre gotówkę tylko trochę mniej łapczywie niż celnicy i akcyza). Nie lubię Ruskich – szczerze. Ale szczepienia głupoty jeszcze bardziej. Norweskie złoża są tak drogie, że nawet Norwegia z nich nie korzysta, a amerykańskie? Przecież oni „normalizują” gospodarkę paliwami na świecie i wstydzą się pochwalić, że mentalność Kalego zawsze przechyli szalę, którą księgowi określają mianem „MA”. Dla nich!

 

7. Magia liczb.

Jeśli „Informatorzy zbliżeni do źródeł” podają informacje, za rogiem czekają na wszystkich śmiałków kokosy większe od tych, jakie nosi facet bezprawnie indagujący kobietę, która po siedemkroć powiedziała NIE, to ja się pytam:

- Jak to jest, że posiadacz informacji, którą ścieżką dotrzeć do doczesnego Raju, sam nie podąża rozpoznaną drogą, czemu nie zabiera rodziny, przyjaciół i bliskich? W imię jak wzniosłej idei dzieli się bezinteresownie drogowskazami z obcym, samemu pozostając z boku, w siermiężnej, ubogiej rzeczywistości?

Uwielbiam wstrzemięźliwość moich finansowych doradców. Zakochany jestem po czubki włosów, w tych, którzy są niewzruszonymi drogowskazami i wznieść mnie chcą ponad Panteon. Zachwyt aż skomli w mych piersiach, kiedy widzę gołodupca, który wskazuje kierunek, gdzie Nirwana merda ogonkiem zacieklej, niż głodny jamnik.

 

8. Rzezimieszek.

Niemal bajka, choć zakończenie może sugerować horror – wszystko zależy od sympatii i antagonizmów czytelnika.

Pewien (z grubsza czarnobiały) szop pracz – jednostka stanowiąca na szczęście mniejszość narodową, odwiedził ciemną nocą gniazdo gwiazdy internetu – czarnego (z grubsza) ptaka; celebrytki – bocianicy czarnej. Przyznam się od razu, że lekko naciągam fakty, gdyż atak na bociana czarnego, chociaż zdaje się być zgodny z tęczową ideologią nawet mi wydawał się niesmaczny i napotkał zdecydowane protesty już na poziomie strun głosowych, czy może płuc.

        Napastnik był głodny, a napastowana – bezradna. Dzięki skłonności ludzkiej, ku barbarzyństwu, które ich osobiście nie dotyka – sfilmowanej z wysoką rozdzielczością i z uczuciami, jakie żywi kwaśny deszcz do nylonowych rajstop - był bezkarny.


9. Novus Ordo Mundi.

 Oficjalne media informują o zamachu na 70% internetu! Kosmos! We łbie rosną mi demony tak wypasione, że nie mieszczę ich w sobie – idę, chociaż posikać. I popłakać, litościwie ignorowany okiem kamer.

- Boże! To można aż tak? Złapać za gardło siedemdziesiąt procent ludzkich marzeń? I wszystko to w rękach jednej korporacji?

- Biada nam – bez względu na skutki!

 

10. Gołe baby.

Jak inaczej sprzedać on-line cokolwiek w męskim świecie? Jak sprawić, żeby ten, a nie inny przepis na życie znalazł uznanie w oczach podwładnych, spragnionych uznania Wielkich Penisów? Zamknięte sklepy eskalują potrzeby prezentując bezwstyd w globalnej sieci. Bo jak przetrwać z kimś, kto ma tylko wygląd, albo z kimś, kto ma jedynie kasę? Kompromisy… Układy… Sprzedajność.

- Gówno!

Wychowanie zmusza nawet najcnotliwszą cipkę, by zapachniała słodko, choćby w oczach gorzkie łzy codzienności łykać przyszło, a teraźniejszość już innego goniła króliczka. Reklamy projektują geniusze i sięgają atawizmów, do jakich nikt się nie przyzna. I nie powie w świetle reflektorów:

- Przyjdź! Zapłacę. Twoja wilgoć przecieka cnotę? To wyłącznie kwestia ceny, żebym mógł ją uwolnić? Pachniesz… Ja też? Plastik złotej karty powinien być aseptyczny. Chyba poskarżę się bankowi. Tyle ich ma kaprys negocjować ze mną… Ty też?

Drobne zauważenia.

 

Kos usiłował przekrzyczeć stadko wróbli i chyba miał świadomość, że to beznadziejne zawody, bo oddalał się, skacząc z balkonu na balkon, byle umknąć rozwydrzonej tłuszczy. Wiosną obrzuciło trawniki i krzewy, nawet bardziej pochopne drzewa zdążyły już pokryć się makijażem. Słońce w pełni wzeszło o poranku i było tak bezwstydnie pomarańczowe, jak paznokcie dziewczątka w kożuszku zbyt krótkim, by ukryć nerki, lecz z rękawami w jakich chowały się sztuczne, kolorowe szpony. Niestety – wąska szparka między ziemią, a chmurami nie wystarczyła, żeby zmieściło się aż do zenitu i tylko patrzeć, jak pot zacznie kapać na asfaltowe chodniki, na których dosypiają gołębie. Wybrały asfalt, bo czarny, a noc już zbyt krótka? Mijam blokowiska - jedno po drugim, a wokół niezmienny, miejski krajobraz, ubogi w twarze, nietłoczny. Jakby porzucony.