piątek, 19 czerwca 2026

Zespół zepsuł kosztowny krzyk kszyka w koszyku.

 

Autobus przyjechał z mokrymi (od zewnątrz) szybami. Pewnie brał prysznic dla ochłody przed zbliżającym się skwarem, albo boi się zwiędnąć gdzieś na pętli. Przez te mokre okna zerkam i czytam, co czynię machinalnie:

- My perfect break,

- Energy for you,

- Barber shop,

- Welcome to a better day,

- Medical center.

Naprawdę trzeba reklamować firmy i usługi w języku obcego kraju który wyparł się całej Europy? Dzieciaki w swoim slangu mają tak wiele wtrąceń i dziwacznych skrótów, że trudno w tym rozpoznać polszczyznę. Może ktoś usiłuje ukryć własne kompleksy, brak wartości, przegiętą marżę, podłą jakość? I po co to komu? Gówno nie zacznie pachnieć, kiedy nazwiesz je shit.


Okazała dama w bieli na hulajnodze wytrąca mnie z zawziętości, a barszcz Sosnkowskiego kolonizujący zrekultywowane wysypisko śmieci sprowadza na ziemię. Kępka dziurawca osiedliła się między pasami ruchu i ściąga wzrok ciemnożółtymi słoneczkami kołyszącymi się na wietrze. Kolejny napis dla odmiany poprawia mi samopoczucie – kwiaciarnia nazywa się KWIATOLUBNA. Do autobusu wtacza się dziewczątko w czerni z metalowymi smarkami i różowiastą walizą-krową. Dziewczątko ma na sobie tej czerni nie za wiele i pewnie resztę kryje krowa, ale ten fragment przyszłości będzie już mógł podziwiać ktoś odległy, bo wysiadła przy dworcu. Przypominam sobie wczoraj widzianą dziewczynę w koszulce FC Barcelony związaną pod biustem, by opalić nereczki. Sądziłem że na plecach znajdę nazwisko pani Pajor, ale jednak zajął je pan Lewandowski. D0 NUGAT – stoi i nudzi się czekając na wyzwania ze strony posiadacza. Niedaleko nagiej babci na kościelnym murze znajduję fioletowe spostrzeżenie artysty – SŁOŃCE ZASZŁO – kto jest ojcem i czy dziecię zdrowe, tego już nie wiadomo. Na bulwarach szaleństwo „małej architektury”. PIN CATERING (i inni) rozstawiają namioty ławy i stoły, czyli kulinarne szaleństwo za chwilę się zacznie i znów zabraknie miejsca nad Rzeką, a wielkie żarcie zbierze żniwo – ciekawe, czy farmacja szykuje się już na wątrobiarzy, cukrzyków i otyłych na życzenie, by zarzucić świat „wyrobami medycznymi” i suplementami pozwalającymi zeżreć więcej i częściej.


Emerytowany Dżokej znów w siodle! Dosiadł wreszcie, może nie szlachetnego rumaka, ale rower – cóż, też ma siodło i potrafi rozwiać włos na wietrze. Jak tu mieć zaufanie do knajpy crême oferującej pierogi domowe? Już prędzej bistro palce lizać brzmi jakoś bardziej tubylczo, choć bar byłby jeszcze lepszy. Kompletuję działalność literacką na tablicach rejestracyjnych P6 RANGE, D1 SENSO, V8 LAVIE, V6 FEEL. Mnożą się te wybryki literackie na potęgę.


Wracam nadziewając się na obraz beztłuszczowej dziewczyny pałaszującej łyżką coś dużego z plastikowej miski-talerza. Patrząc na nią zawartość pewnie jest dietetyczna, albo zgoła o ujemnym bilansie energetycznym. Podziwiam pocąc się i współczując krągłościom wciśniętym w czernie, gdy słońce potrafi wytopić wodę i tłuszcz nawet z nagiego ciała. Przed sklepem z piwem stoi koziołek reklamowy a na nim reklama: dziś na kranach - IPA, APA, UPA – trochę się zapędziłem, ale trafić piwo, które smakuje jak piwo, a nie wynalazek szaleńca który po prostu musi odcisnąć swój talent na wytworze, to już sztuka. Gdy koncerny masowo używają żółci bydlęcej zamiast chmielu napój staje się trudny do wypicia i trzeba szukać mniejszych browarów, ale kto powiedział, że skórka od grapefruita, to doskonały pomysł na piwko? Ech! Dobrze, że choć kefir zachowuje się uczciwie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz