D0 YERKA – czyżby fan realizmu magicznego pana Jacka? Zaraz potem D8 DORFF – zagadkowo, może z niemiecka? Dziarsko maszeruje wysoka dziewczyna w jednej, czerwonej skarpetce, ale jak odczytać przekaz nie za bardzo wiem. Więc cieszę się bez uzasadnienia, bo mi się podoba. Jak u małych dzieci. Nie wszystko musi być przegadane do końca. Kobiety w letnich kieckach z rozcięciami pociągniętymi w górę na ile nosicielkom odwagi wystarczy – są i takie którym biodra uciekają z tekstylnego uścisku.
Na świeżo zbudowanym skwerze rosną nie niepokojone inną roślinnością krwawnice kwitnące na różowo. Zasypany kamieniami podmokły teren robi im za rów z wodą, a kamienie wcale nie przeszkadzają pięknie rosnąć i czerpać wilgoć spod nich. W oknie wystawowym przegląda się młoda kobieta. Tu zagra nóżką, tam się uśmiechnie, a to kosmyk włosów za ucho zatknie. Chyba się sobie podoba, bo uśmiecha się z nieukrywaną satysfakcją, tańczy i śpiewa. W rozłożystych ramionach cisu trwa debata ptasiego planktonu. Burzliwa i każdy członek stada ma coś niezmiernie ważnego do przekazania reszcie. Harmider jak podczas sejmowych burd.
Nad Rzeką buduje się koncertowy przyczółek. Metalowe filary dźwigają reklamy, skrzynie wzmacniaczy udają ściany, kable ukrywają się w tymczasowych korytach. Na kamiennych obmurowaniach rzecznych tajemniczy ekstremista namalował napis MUZYKA OFF ALBO ŚMIERĆ. Mam nadzieję że wybrał śmierć i nie będzie już zaburzał świata niezbyt estetyczną działalnością. Przy jednej z ławek widzę cztery butelki po piwie. Przy drugiej – dwie po winie. Idąc tym tropem wymyślam, że przy trzeciej powinna stać flaszka po wódce, a do czwartej boję się zbliżać. Szczęśliwie z naprzeciwka szły dwie panie sprzątające ślady nocnych aktywności lokalnych i nie wiem jak było, a może tylko sam sobie wymyśliłem ciąg dalszy?
Idę. Nim przeszedłem jeden przystanek w Dzielnicy Boga, między mostami wyprzedza mnie pięć tramwajów i dwóch Kozaków na rowerach. Rozszczebiotanych, zaaferowanych. Królowie Życia! Jeden z nich o mały włos, a zderzyłby się ze stojącym tramwajem. Nie zauważył? A może był naćpany czymś, co z błędnika i oczu robi sieczkę? Przede mną biegnie do Żabki pulchna biegaczka. Druga, też pulchna, właśnie z niej wybiega. Chyba umawiają się na wspólny ciąg dalszy, jak skończą się zakupy. Nóżkę spotykam nim dojdzie do salonu sukien ślubnych – mam czas i mogę sobie pozwolić na dywagacje.
Długowłosy chłopak w kaszkiecie podszedł do ceglanego muru i robił mu zdjęcia telefonem. Niektórych cegieł dotykał wierzchem pięści, inne głaskał. W końcu z bliska sfotografował jakiś detal i kilkakrotnie pocałował, by chwilę później odejść ocierając usta. Chmura, choć biała zdawała się być tak tłusta, że tylko patrzeć jak spadnie na ziemię i wywoła trzęsienie. Wracam w butach z tak cienką podeszwą, że gdybym nadepnął monetę, mógłbym przeczytać jej nominał. Stopą! Ale monety nie leżą na chodniku, więc stopom grozi wtórny analfabetyzm. Na wąskim chodniku mijam za to dwóch fotografów. Sprawdzają gorączkowo czy zdjęcia im wyszły i czy kościół nie uciekł im z kadru. Boją się, że nie trafili? Chwilę później podziwiam pana zaopatrzonego w tkankę na czasy gorsze. Idzie tuląc się wo wentylatora i chyba szuka gniazdka, żeby gdzieś go podłączyć choć na chwilę.
Doczytałam, że Krwawnice dopiero w lipcu kwitną, a te już w maju zakwitnięte były. Chciałam coś o podeszwach, ale zabrakło śmiałości.
OdpowiedzUsuń