Skoszone chabry już nie zachwycają. Szczęściem nieco dalej od cywilizacji, na szczęśliwszych trawnikach, złocą się wrotycze, dziurawce, dziewanny i wiesiołki. Dzień ludzi puchatych. Okazali przeważają. Pulcheryjka w błękitnej sukni z wdziękiem truchta do autobusu otulona czujnym wzrokiem brodacza King-Konga. Paru kolejnych mijam w trakcie jazdy, w tym jednego na rowerze i z czerwonym irokezem na łbie. Drobne dziewczęta o pupach wymodelowanych strojem, zerkają ostrożnie, czy są podziwiane. A i owszem – są. Staruszka z różową fryzurą, wspierając marsz laseczką, zamierza „przebiec” ulicę pomiędzy oznakowanymi przejściami korzystając z luk w ruchu kołowym.
Na bulwarze cisza. Kaczorki czyszczą torsy na kamiennych schodach wiodących ku Rzece. Pewnie zechcą za chwilę oszołomić wyglądem jakąś kaczuszkę i wspólnie popełnić to i owo. Znajduję pomalowany kamień. Z jednej strony napis LUZIK ARBUZIK, a z drugiej 42-253 FB KAMYCZKI ZABIERZ MNIE, plus wykrzyknik, dwa serduszka i uśmiech z dwukropka z połówką nawiasu. Jaskółki wspinają się wyżej niż kościelna wieża i chyba sam Bóg głaszcze je po główkach, bo krzyczą coś rozkosznie – chciałem napisać, że głaszcze je po łebkach, ale zabrzmiałoby to dwuznacznie. Kto chciałby być tak głaskany?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz