czwartek, 23 czerwca 2022

COŚ.

 

    Statystycznie dziwne dzieje się na tej stronie i trwa toto niemal od miesiąca. Zamiast „zwyczajowych” odwiedzin na poziomie 30-150 – powtarzających się w miarę regularnie – statystka czerwca oszalała i sugeruje zaskakujące zainteresowanie treściami na poziomie 800-2000 dziennie. Czyżbym coś przegapił? Najwyraźniej maszyny wirtualne knują jakiś spisek przeciw mnie. Nie wiem, czy bać się mam, czy cieszyć. Dlatego proszę -

 

- Postaw X w anonimowym komentarzu jeśli pragniesz mnie ukamienować.

 

- Postaw Y, jeśli wolisz zastać mnie żywym.

 

- Z zostaw dla tych, którzy mają mnie „gdzieś”, ale nie życzą mi nic złego, ani dobrego.

 

- Jeśli jesteś wirtualną inteligencją SI – podpisz się Q – łaskawie proszę…

 

- Mniejszościom, płciom dotąd niezdefiniowanym i oportunistom – proponuję grecką omegę –ω, jednostkę oporu, choć niewielką, kształtem przypominającą kobiece krągłości, to przecież znaczącą, tym bardziej, że zamyka alfabet, niczym Charybda, stanowiąca drugi koniec widnokręgu dla Scylli.

 

- Jeśli pominąłem jakąkolwiek mniejszość etniczną, duchową, czy dowolnie zdefiniowaną indywidualność arabską, proponuję -

 

- Zwolennikom kwitnącej wiśni w obliczu własnej ignorancji - mogę zaproponować dowolny znak w kanji – i tak nie potrafię ich prawidłowo nazwać w języku MOICH tubylców, a co dopiero rozczytać znaczenie. Będę wspierał się cyfrowym tłumaczem.

 

- Ludom, czującym etniczną niezależność i niechęć do wszystkich OBCYCH nacji – kłaniam się z szacunkiem i zrozumieniem proponując znak krzyża/gwiazdy/ sierpa z młotem, bądź bez, albo czegokolwiek, co trwale definiuje oną odrębność – niechby polską siedmiokropką, nie mającą wiele wspólnego z napływową , azjatycką biedronką.

 

Uczciwie wyjaśnię, że usilnie będę się starał wykryć pochodzenie chwilowego powodzenia, albo kompletnie je zignoruję.

 

- # zostawiam dla tych, którzy MUSZĄ COKOLWIEK ZAMANIFESTOWAĆ. U mnie? Po hasztagu – można, chyba, że zamierzasz obrażać moich gości – wtedy bez żadnej litości skasuję bałwochwalcze ukłony i inne insynuacje.

 

- Ach! Jest jeszcze dla pozostałych, nie mieszczących się w żadnej ze skromne zaprezentowanej gamy definicji – nie cierpię wstęgi Moebiusa– naprawdę. I sam już nie pamiętam, za co…

 

Więc – jeśli nie jesteś maszyną – proszę – postaw DOWOLNY ZNAK POD POSTEM, że to nie nagonka WSZECHWIEDZĄCEGO, tylko TY – z krwi i kości CZŁOWIEK PŁCI DOWOLNEJ! Stać Cię na podobną łaskę? W dowolnym języku świata? W ten sposób, być może… poprawisz komuś humor - na drugim końcu galaktyki. Fale elektromagnetyczne i promieniowanie gamma trwają w przeświadczeniu, że koniec wszechświata ich nie dotyczy. Ludziom jakoś to nie wystarcza.

 

-Hej! Jesteś tam? To się odezwij!. Inaczej ta zabawa straci sens!

Zdumienie

Nie jestem łatwy. I nie zamierzam. Nie wystarczy mnie oprószyć solą i doprawić szczyptą pieprzu dla pikanterii. Nawet w gorącej wodzie - staję okoniem i wierzgam. Potrafię plunąć słowem i uderzyć tam, gdzie nikt się nie spodziewa. Jestem złośliwie żylasty i pełen niedopowiedzeń stających w gardle kością/ością/pestką/ czy kulą ognia.

 

Bronię się jak potrafię, choć szpony mam ucywilizowane i obcięte tak, żeby żaden paragraf nie był w stanie pokusić się o kwalifikację czynu: „atak bronią białą”.

 

- Białą? Białą, to mam tylko d… przepraszam – pupkę. Chyba… bo dawno nie zaglądałem na zaplecze, ale lato dopiero przede mną, a Chałupy daaaleko!


Ekstrakty cz.66

 

 

Dżuma lamparcia.

Eksperci alarmują (taktycznie nie zdradzając genezy wiedzy tajemnej), że tejże jesieni, nastąpi zmasowany atak na Ziemię dżumy odzwierzęcej. Zarażenie (dobrowolne, bądź przymusowe) wystąpi po odbyciu stosunku z lampartem. Ponieważ ludzkość pożąda stosunków, więc pandemia dosięgnie niemal każdego!

 

Klechdy domowe.

Niektórym dzieciom rodzice czytają przed snem, albo opowiadają historię ich rodu. Pozostali, skazani są na telewizyjne komiksy, które w piktogramach upraszczają życie do dwóch stanów – pożądanych przez chwilową władzę, albo „społecznie nagannych”. Wiadomości słucham z rosnącym niesmakiem.

 

Kozetka psychoanalityka.

Dziewczęta, opętane szóstym zmysłem, atawistycznym instynktem, nie radzą sobie z rzeczywistością, która skrzeczy, głosząc sprzeczne komunikaty. Dziewczęce dusze odpowiadają echem, widząc rozpasanie absurdów nie mieszczących się w głowie. I zadają naganne filozoficznie pytanie: „dlaczego?”

 

Paradoks bankiera.

Gość w sukience animował mi nieśmiertelność, jeśli życie spędzę na kolanach, ignorując wszelką radość z ekonomii. Palcem Pomazańca nakreślił piekielne kręgi słabości ducha i upiorny cień raju, gdybym jednak pokonał wszelkie zasieki pokus. Czyżby niedoskonałość nie miała dostępu do Wszechmogącego?

 

Życie „po”.

Ziarnko po ziarnku, zbierałaś zakwitające krople spełnienia z moich pleców i pośladków, dotąd drżących w gejzerze uniesienia. Sięgałaś wargami wszędzie - tam, gdzie dotąd sięgała jedynie woda z prysznica, a twoje głodne, szukające soczystych pereł usta szeptały mantry w tajemnym języku:

- Kocham!

Letnie (gorące?) porno.

 

Rozpiąłem guzik. Najpierw jeden, a po dojrzałym namyśle – drugi. Potem, było już łatwiej. Trzeci i kolejne… poszły za ciosem, aż wreszcie poły koszuli wiatr wyszarpał spod ciut za luźnych spodni. Ten wakacyjny, co więcej daje pieszczoty, niż kancer. Zuchwale zdjąłem koszulę, żeby się nacieszyć pieszczotą bezimienną.

 

- Mało! – szepnął wiatr, tarmosząc nogawki spodni i usiłując wśliznąć się w tajemnicę stworzenia.

 

Potem? Był już tylko obłęd. Wiatr pozwalał sobie na więcej, wciąż nienasycony, prowokował do eskalacji. Nim się opamiętałem – stanąłem nagi przed światem, a wiatr lubieżnie kąsał zakamarki, nie czekając na przyzwolenie. Nierozważnie rozwarłem uda. Wiatr wykorzystał to niezwłocznie…


Mnie wykorzystał!

środa, 22 czerwca 2022

Prasówka cd. Chłopski rozum(ek).

 

Ratunku! Nie wiem, co się ze mną dzieje. Czytam i czytam i pojąć nie mogę o co chodzi:


- Ci barbarzyńcy Putina dopuścili się kolejnej zbrodni – zbombardowali plażę, na której opalali się niewinni Ukraińcy wraz z dziećmi. Czyli jak to jest? Wojna, czy kanikuła? Zginęła (podobno) jedna osoba w morderczym ataku bombami kasetowymi. Przypominam sobie repertuar kin i teatrów otwartych miesiąc temu w Kijowie, albo kolejki do rejestracji kupionych w Niemczech aut na preferencyjnych warunkach celnych wprowadzonych w maju, gdzie byli ci waleczni – zamiast toczyć boje z najeźdźcą – masowo przekraczali polską granicę li tylko w celu zajęcia miejsca w ogonku do magistratu kijowskiego.

 

- Bohaterowie „likwidują” wrogów tysiącami, a larum podnoszą, gdy w rewanżu zostanie „bestialsko zamordowany” jeden obywatel, który w życiu nie zdążył się pochwalić na instagramie, że koktajlem Mołotowa, albo doniczką z pelargoniami popełnił czyn chwalebny, godzien bluzy w kolorze khaki i tygodniowego zarostu na użytek mediów. A mimo takich dysproporcji w stratach – każdego dnia władze kijowskie apelują i wymuszają wsparcie, bo jeśli nie… to wy wiecie – złe przyjdzie do was, bo my dzisiaj za was i slava bohatyrom rodem z Wołynia!

 

- Jeśli nie wiesz, to podobno „nasz rząd” zamierza zalegalizować ludobójstwo Bandery, jeśli tylko kult głoszony będzie z ust naszych nowych braci i sióstr. Niechby tak Niemiec spróbował – byłaby kolejna światowa, bo przecież – gestapowcom nie darowalibyśmy na pewno!

 

- Prasa grzmi we wszystkich (poza rosyjskim) językach o eskalacji podstępnych działań Rosji. O szantażu energetycznym, o domniemanym głodzie w Afryce w wyniku konfliktu i działaniu z premedytacją kraju potępionego nawet przez Anioły z zachodniej flanki firmamentu. Ale ta sama prasa chwali się, że odcięła wschód od dostaw wszystkiego, a kto wie, czy nie czegoś więcej. Skąd więc zdziwienie, że po kilku miesiącach „pobłażliwości” Wschodu - Zachód spotkała riposta?

 

- Sankcje, dotkliwe, choćby po naszym trupie! Zawzięci tokują i licytują, kto więcej. Zakazać, nie pozwolić, bojkotować. Tymczasem rosyjska ropa, zamiast płynąć dla kilkudziesięciu milionów europejczyków – płynie do kilku miliardów chińczyków i miliarda hindusów. Gaz też. Za miesiąc, może dwa – kwestia nord-strimu będzie już tylko opowieścią stetryczałych polityków. Lepszy amerykański gaz łupkowy za wściekłe pieniądze, niż rosyjski za grosze? Być może. Trzeba tylko przekonać tych, co zarabiają mniej od uciekinierów – oni (podobno) wrócą do siebie, kiedy tylko reszta świata urządzi tam raj na ziemi porównywalny z tym, co mają tu – świadczenia w gratisach, żarcie/spanie/utrzymanie i grosz na rozpustę plus turystyczne all inclusive na koszt rządu – który jak wszystkim wiadomo nie zarabia, lecz wydaje więcej, niż ściągnie z tubylców w postaci wszelkiej maści podatków. Dla swoich zabrakło, ale obcym – ptasie mleczko i ukłon, z zapytaniem czym jeszcze możemy służyć. I to jest słowo klucz – SŁUŻYĆ!

 

- Europejskie zuchy i zuszyce prześcigają się w epitetach względem pana Orbana, bo ów raczył przypomnieć Europie, że „jest prezydentem Węgrów i ma działać na ich rzecz”. Mało tego, że ma, to jeszcze robi. Dzięki czemu dysponuje paliwami w cenach sprzed konfliktu i nie myśli, że najbliższa zima będzie zimą stulecia dla Węgrów. Dla reszty Europy – taką właśnie być może.


Wiele tego wszystkiego i nie nadążam bo jestem kretynem, płaskoziemcem, antyszczepem i onucą. ale nie przeszkadza mi to myśleć i pytać - więc jak to jest?

Bliskie spotkania III stopnia.

 

- Ładnie pan wygląda – powiedziała bezpretensjonalna pani do kogoś jawnie odizolowanego od realiów słuchawkami o wysokim stopniu tłumienia wpływów zewnętrznych. Usłyszeli wszyscy, poza adresatem. Przykre.

 

Pani niezrażona ignorancją atakowała dalej sięgając zaścianków zainteresowania – Wie pan, czy poczta? A o której otwierają? Czy Internet ma świadomość, że dzisiaj jest środa? Bo w środy POWINNA BYĆ CZYNNA od ósmej! Nie wiedziałem, jakim jadem plunie w rewanżu Internet i czy nie zacznie sarkać na peryferia interakcji, więc czmychnąłem ukradkiem. Pani zresztą też – do Biedronki – wszak, to też poczta. Kto wie, czy załatwiła niezwerbalizowane jednoznacznie potrzeby. Pan w słuchawkach odszedł jednak, pełen nieświadomości, jakie poczynił spustoszenie w libido pulchnej pani usiłującej nawiązać kontakt. Gdyby wiedział – być może ogoliłby się trzeci raz w życiu. I po raz pierwszy – zdjął… słuchawki!

Analityk w trakcie spełnienia.

 

- „Głodny sęp krążył nad miastem” – przeczytałem elektronicznego niusa, siedząc z gaciami spuszczonymi na kostki.

 

- Intrygujące... ale:

 

- Sęp głodny jest zawsze.

 

- Posiadając skrzydła - krąży, usiłując z bezpiecznej wysokości wykryć pokarm, który nie będzie zawzięcie bronił skóry, jak marchewka, albo „kotlet sojowy”. Wiadomo - krwisty befsztyk, to inna liga, niż rucola z kroplą octu balsamicznego.

 

– Że nad miastem? Tylko upośledzony romantyk szukałby spełnienia wśród piasków pustyni, gdy w mieście każdego dnia ludziska porzucają pełne talerze, czasem co zdechnie w rynsztoku, albo stetryczały układ pokarmowy wydali niestrawione łupy.

 

- Czyli - sęp? I tu właśnie ukryła się sensacja!

Tu, i teraz.

 

Wczoraj miałem nadzieję, że świat jednak powstrzymał nieprzepartą dotychczas potrzebę gnania do przodu i pochylił się nad minionym. Pani w rajtuzach i „grzecznej” sukience miała na nogach półbuciki, co w obliczu metalowych smarków komiksów dzierganych na skórze, powodzi nieistniejących w naturze barw sierści stanowiło kotwicę, na jakiej zawisłem zachłannie. Obok przedwojennej pani szwendał się młodzieniec z okazałymi „pekaesami” i chociaż krążyli po różnych orbitach życzyłem im wszystkiego najlepszego RAZEM! Nieopodal, ocieniona wiatą przystankową, dramatycznie szczuplutka pani wspinała się na palce, by skosztować warg chłopca. Miałem wrażenie, że przez igielne ucho prześliźnie się niedostrzeżona. A potem były kolejne, równie zajadłe w nienawiści do grama tłuszczu. Serię ucięła łydka wściekłej na nie-wiadomo-co dziewczynki tupiącej nóżką, bo tramwaj miał niewłaściwy numerek. A na jej łydce zakwitł siniaczek w kształcie atomowego grzyba w pełnym rozkwicie.

 

Dzisiaj nadzieja wstąpiła na ścieżkę samounicestwienia. Bo jak to tak, żeby pani na rowerze jechała w skórzanej kurtce i kapciach? Ba! Zaraz potem jechał pan (z mocno przerzedzonym, srebrzystym jeżem na głowie) korzystający z usług tego samego projektanta mody! Gdy chwilę później długowłosa, potrójna nastolatka ujeżdżała swego ogiera w długiej, kwiecistej sukni, uzupełniając strój… skórzaną kurtką i kapciami, poczułem, że świat mocno mnie przerasta. I przeraża.

 

Szczęśliwie bożodrzewy kwitną obłędnie odciągając wzrok od niedoskonałości zmysłów. I miedzianowłosa pani cieleśnie dostatnia – idąc przede mną wzniecała na chodniku małe, zakurzone tornada niebanalnym ruchem pośladków.

wtorek, 21 czerwca 2022

Zły adres.

 

m. była pajęczycą o długich palcach, jakimi wyjmowała z mojej paczki papierosa, na którego nie było jej nigdy stać. Wysoka i chudsza od kobiet mijanych każdej nocy w tramwaju przecierającym nocne ścieżki pijanego miasta, ku opłotkom pełnym cienia rubasznego i schrypniętego od alkoholu. Wtedy mówiła o sobie m. – z małej litery, ale tłustym drukiem. I chyba właśnie taką była. Wewnętrznie piękną i rozdartą tajemnymi ideami, jakie tylko w jej głowie mogły znaleźć bezpieczną przystań nie pozwalając na sen dłuższy niż półtorej godziny ciurkiem. Nikt nie klął jej tak głośno, jak ona sama. Nawet Lola, która o sobie myślała z dużej litery, za to wszelkie oznaki pogrubiania lekko uwierały ją w sumienie i obrażała się na niewerbalne oznaki poszukiwania w niej kropli nadmiernego ciała. Mimo to, gdy spotykały się na sabat, już po pierwszej lampce domowego wina z czerwonych porzeczek, których zeszłego roku nikt jeść nie chciał na surowo, Lola pierwsza wieszała stanik na klamce lodówki i kłuła wieczorną mgłę ostrymi sutkami na wpół zagłodzonych piersi. m. rozpinała swój znacznie wolniej, gdyż umysł miała zaprzątnięty niewłaściwą literą uczepioną szuwarów nad nieistniejącym potokiem, albo znakiem zapytania wyczekującym w porcie na powrót statku z korzennej wyprawy, choć przecież statek i ocean dopiero pojutrze miała wymyślić. Tymczasem ja wymyśliłem ciepłe piegi na jej dłoniach rozpinających haftki stanika. Orion – to zdecydowanie mój ulubiony wzór podkreślający niesamowitość spraw banalnych.

 

Lodówka czerpała chłodną satysfakcję z kiści biustonoszy, bo pozostałe czarownice zdążyły już nanizać własną bieliznę na klamkę, by miseczki Loli nie zwiędły z samotności. Jedna opowiadała skomplikowaną historię, w której nieznana ona z nieznanym nim spotkali obłędnych onych i wspólnie, choć osobno drążyli rzeczywistość, jak komar drąży niczego nieświadome przedramię permanentnie  uczepione do ciała pełnego słodkiej krwi. Na ogródkach działkowych bełkot pryszczatych młodzieńców szamotał się pośród skrzeczenia żab zasiedlających śmierdzącą od gnijących liści sadzawkę. Stare sztachety trzeszczały w chłodnej wilgoci zmierzchu, otulone wonią ogniska, które przestaje pachnieć, gdy tylko ostygnie. Księżyc zajrzał na chwilę przez uchylone okno, jednak ilość dymu wypływająca lufcikiem zniechęciła go do podglądania, mimo szpaleru nagich piersi wolnych od podejrzeń o seksualne podłoże zbiorowej nagości.

 

m. kompletowała właśnie bukiet swoją garderobą, najwyraźniej w trakcie procesu podejrzewając rodzicielkę o złośliwość. Przecież MOGŁA URODZIĆ SIĘ CHŁOPCEM! I zamiast wieszać biustonosz w stadzie czarownic MOGŁA PIĆ WÓDKĘ ZE SZKLANKI pod garnizonowym murem z kimś, kto każdy łyk zakąsza „Sportem”. MOGŁA DRAPAĆ SIĘ PO JAJACH. Nawet spróbowała, ale drapanie się po braku jaj było żenujące i niechlujne. Lola patrzyła lekko obrzydzona i zaintrygowana. Nawykła do ekscentrycznych zachowań m. miała właśnie zaproponować, żeby rower m. przemalować raz jeszcze. Tym razem na bordowo, gdyż m. najczęściej czuła się bordową. Czasem tylko żółkła, albo błękitniała, jednak każdy taki eksces musiała okupić tułaczką wielonocną – raz z Lolą, raz sama, innym razem w towarzystwie kolegi stanowiącego kamizelkę kuloodporną chroniącą przed napastliwością oszołomionych ziołem młodzieniaszków. Niesamowite, ile Lola miała w sobie zrozumienia i znała miliard sposobów, by wytrącić m. z wewnętrznego zawieszenia i przekierować ją na trop wulgarnej i dosadnej przyszłości składającej się wyłącznie z m., Loli i paru abnegatów, którym brody rosły szybciej, niż ustawa przewiduje. To zapewne ona wymyśliła, żeby w ruinach chatynki urządzić biesiadę, na którą nie zaproszą nikogo. Za to obgadają każdego i przeprowadzą zabiegi, mające obgadywanych obdarować solidnym pryszczem w miejscach maksymalizujących dyskomfort życia prywatnego i publicznego.


Chwilowo musiało wystarczyć gniazdo na szóstym, czy siódmym piętrze jednego z dwóch wieżowców zbudowanych dla niższych szarż wojennych, żeby nie musieli się tułać po służbie przez całe miasto o suchym pysku, narażając się na ataki wrednych kiboli, czy zaczepki pań potrafiących taryfikować orgazmy. Wszystko byłoby ok, bo przecież po ucieczce księżyca na drugą stronę widnokręgu, gdy promile pozabijały buńczuczność pryszczatych tylko narrator mógł zajrzeć przez okna, za którymi zbliżała się do dna tafla w pięciolitrowej butli, napoczętej wieczorem. Byłoby. I zapewne było, jednak zaścianek jęczał nocnymi dźwiękami, wyciem karetek, uwiązanych do szyn elektrowozów i zapóźnionych sąsiadów wracających marynarskim krokiem z imienin cioci Krysi, albo wujka Zenobiego. Na szczerbatych schodach siedział sztygar niewybudowanej kopalni i zatracał się w bezsensie istnienia. Jemu nie pachniało nic i pragnienia ograniczył do zera. Trwał. Jak liszaj na ścianie, po zeszłorocznej bitwie pomidorowej. Kradzione pomidory, nawet kiedy chybią celu – mają niebagatelną siłę rażenia, porównywalną do jajek. Jednak kraść jajek nie było gdzie, a podbieranie ich gołębiom i narażanie się na smród skonsolidowanych odchodów odbierał romantyczny urok wojenkom pod koszarowym płotem.

 

W kącie knajpki skrzętnie ukrytej w rynkowych pierzejach przed apetytem przyjezdnych kreślę na politurze blatu kręgi tłoczone kuflem nieco tylko nadgryzionym przez czas i wspominam wzór na ręcznie malowanych kafelkach w łazience. Sombrero-kaktus-ptak. Westernem cuchnęło dosadniej niż uryną. To oczywiste, że tequilla stawała się koniecznością. Sugestia była tak natarczywa, że sięgała głębi fizjologii. Oprzeć się mógł jedynie ktoś zbyt rozsądny, aby wejść do tamtejszej toalety. Rozsądek i ja, to różnoimienne bieguny jednej rzeczywistości. m. potrafiła być trzecim biegunem, co sugerowało, że świat powinien składać się z większej ilości wymiarów niż podejrzewał pijany w sztok poeta. Wtedy m. powiedziała, że idzie, albo że wraca i (być może) sprawi tym komuś przyjemność. Nie mogłem zrobić nic więcej, jak przedrzeć się przez senne opary i wyjrzeć oknem. W szkle zobaczyłem, że noc nie minęła nadaremno i zdążyłem zarosnąć nieco. Ja i mój sen poszliśmy alternatywnymi drogami. m. wybrała (oczywiście) inną ścieżkę, która snuła się w jej głowie od chyba godziny, czyli spotkać się nie mogliśmy. Noc i sen powoli blakły, więc uzupełniałem dziury pamięci, konfabulując bezwstydnie i dodając więcej niż zwykle od siebie. To i tak nie mogło nic zmienić, bo przecież m. NIGDY NIE BYŁO! To równie paskudna prowokacja, jak każda w moim wykonaniu. Tylko kafelki z sombrerem i kaktusami marnują się na ścianie prawdopodobnej rzeczywistości, bo przestało mi bywać „po drodze”.

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Relacja emocjonalna.

 

Wysoko, ponad chmurami, trwają prace na złotonośnym wyrobisku. Firmament grzmi, cierpnąc ze strachu przed lawiną. Głazów, błota, skalnej mierzwy, czy kosmicznego śmietnika przekraczającego granice atmosfery z brutalną siłą. Niżej, życie nabiera w płuca tyle powietrza, jakby zamierzało utonąć w powodzi tlenu zmieszanego w proporcjach nietypowych dla rozkołysanej atmosfery.

 

Spazmy i szlochy. Rwetes rwanych włosów ze zubożonych wieloletnim użytkowaniem głów. Kwilenie niemowląt. Pośród zachwytów nastoletnich rozwiązłości i głupot szukających rozrywek dalej, niż diabłom przyszło sięgnąć domniemaniem.

 

Tuman szarej, ciemniejącej bez znajomości kresu krwi wszechświata otumanił najbliższą okolicę, skazując ją na nieuchronną Apokalipsę!

 

Tylko stokrotki drapią bladymi pazurkami niebo prosząc o jeszcze.