Był zbyt delikatny. I miał na to papiery. Ze szpitala psychiatrycznego. Od dziecka wzruszał się mocniej niż koleżanki z klasy, a jego wrażliwość stwarzała mnóstwo kłopotów. Urodzona oferma, już nie tyle klasowa, co szkolna. Zamknięty w sobie - w jedynym miejscu, gdzie czuł się bezpieczny i gdzie nie docierały docinki. Małe istoty, nim staną się ludźmi, są bardziej bezwzględne, niż głodne drapieżniki. Dojrzewał pośród rozmów ze sobą, bo nikt nie chciał się zbliżyć, by i do niego nie przywarła łatka fajtłapy. Autyzm? Schizofrenia? Asperger? Na pewno nie mieścił się w kategorii „normalny”, przynajmniej dla rówieśników.
Dorastał więc w cieniu przebojowych dzieciaków, gwiazd kina, przyszłych mistrzów sportu i wodzów plemienia. Idealista, o którym reszta nie potrafiła powiedzieć nic więcej, jak łajza, oferma, inny. Kacper z wiekiem okrzepł, przestał oczekiwać od świata pobłażania, czy uwagi. Nawet rodzinny dom nieszczególnie kruszył mury otaczające jego wnętrze. Całe życie obok, aż los okrutny pozbawił go jednocześnie całej rodziny. Czemu przeżył? Zwyczajnie „zapomnieli” zabrać go na wycieczkę, a los pokierował ręką pijanego kierowcy tak, że z dnia na dzień został sam, by zmagać się z prozą życia. Rachunki, zakupy, wreszcie zarabianie pieniędzy, by po prostu żyć. Same niemożliwości.
Chłopiec, nim zdążył obudować się nieprzemakalną zbroją ukrywając się wewnątrz przez złośliwostkami, odkrył, że potrafi trzymać w ręku kredki, czy ołówek. A kiedy w domu pojawiły się farby, pierwszy raz ośmielił się ujawnić. Poszedł jak po swoje, zgarnął ze stołu nie pytając czyje i czy można. Zamknął się w pokoju, by natychmiast wypróbować. Palcami i pędzlem, niemal polizał co bardziej kuszące kolory. Farby stały się jego żywiołem. Brakującym zmysłem i towarzystwem. Zaprzyjaźnił się z nimi w okamgnieniu, choć bez fachowego wsparcia. Istny samorodek. Kto widział jego dziecięce prace, musiał dostrzec talent. Ale mało komu pozwalał aż tak się zbliżyć. Zaufał dopiero pani doktor, która jako pierwsza przedarła się przez zasieki, którymi się ogrodził. I to ona, stara panna, nieświadomie matkując wspierała jego wątłą wiarę, że warto malować, warto komuś pokazać co stworzył.
Dla samotnika było to trudne. Lekarka wzięła sprawy we własne ręce i powiesiła kilka prac u siebie w gabinecie, domu, po rodzinie. Znalazła nawet galerię, w której szefowa, Marta, zgodziła się powiesić kilka prac „na próbę”. Gdy tylko ktoś się zainteresował, sprzedawały mu obraz, oddając pieniądze Kacprowi, który nie do końca czuł ich potęgę. Ale rozumiał, że mogą być gwarancją bezpieczeństwa i stabilności. Pozwalał Elizie grzebać w płótnach, zabierać obrazy, których więcej miał nie zobaczyć, a ona przynosiła banknoty, dzięki którym mógł prawie nie ruszać się z domu. Najczęściej, wraz z pieniędzmi przynosiła mnóstwo zakupów, wiedząc, jak trudno mu wyjść z czterech ścian. Bał się ludzi. Tłum go paraliżował, a najprostsze czynności stawały się wyczynem.
Mając tak niewiele bodźców, zmuszał wyobraźnię do wielkiego wysiłku, by jego dzieła nie były kalką poprzednich. Musiało się stać, że namalował Elizę i to nie raz. Kiedy znalazła pierwszą swoją podobiznę, zawstydziła się, choć obraz był niewinny. Przynajmniej z pozoru. Bo doświadczona, nauczona zwracać uwagę na detale kobieta zrozumiała od razu. Kacper malował z duszy, więc nie namalowałby obojętności, musiał czuć i natychmiast dostrzegła to, co w niej widział – piękno, bezpieczeństwo, nadzieje. Podobała się sobie na obrazie, zdawała się być młodszą, piękniejszą i niemal czuła ruchy pędzla, które ubierały jej nagość pierwotną w służbowy uniform. Naprawdę namalował ją bez bielizny? I to tak, że zdołała rozpoznać? Była starsza od mężczyzny o całe pokolenie. Bliżej matki, niż kochanki. A przecież z wizerunku odczytała, że widzi w niej dużo więcej niż starą kobietę.
Wtedy uciekła, wstydząc się. Mimo zawodowej wiedzy, mimo lat słuchania wyznań bardzo intymnych, niedostępnych dla nikogo - wystraszyła się. Gdy szok minął, wróciło poczucie obowiązku. Czuła się odpowiedzialna za Kacpra, choć nikt jej nie zmuszał do poświęceń. Wróciła, wiedząc, że jego pędzel znów ją rozbierze. Ciało nie było już atrakcyjne – lustro nie kłamało. Ale w jego oczach była młoda. Pozwoliła nie tylko się rozebrać, ale stała się nauczycielką miłości. Jej wizerunki zaczęły zapełniać ramy kolejnych, coraz odważniejszych płócien. Obrazów, których nie śmiała wynieść ani do pracy, ani do domu. Kiedy jedno wyniosła do galerii, wzrok Marty powiedział jej wszystko. Poznała Elizę i najwyraźniej zazdrościła jej, jak ją Kacper uwiecznił. Reszta leżała za szafą przyciśnięta kolejnymi wersjami. Nie poradziła sobie z sobą. Kładąc się spać, połknęła z premedytacją całą paczkę leków nasennych, by się już nie obudzić.
Kacper zgasł, gdy do jego świadomości dotarła prawda. Przestał malować. Machinalnie przekładał obrazy bez ram, szukając gotowego wizerunku Elizy stosownego do nastroju. Garstka banknotów topniała szybko, nie miał kto jej uzupełniać. Gdy w końcu przejrzał na oczy, farby nie nadawały się do użytku. Musiał wyjść do ludzi. Uzupełnić braki tak w pracowni, jak w kuchni. Szczęście sprzyja szaleńcom. W sklepie z artykułami dla malarzy spotkał szefową, która w sposób znany wyłącznie kobietom z szóstym zmysłem rozpoznała go z opisu Elizy. Bez trudu naciągnęła Kacpra, by przyniósł jedno z płócien, na którym Eliza wciąż żyła i była piękną, najwyraźniej trafiając do duszy Kacpra przez dziurkę od klucza, który chyba nie istniał.
Kiedy pierwszy obraz znalazł właściciela, zanim zdążyła powiesić go w zakładzie, złożyła Kacprowi propozycję stałej współpracy. Kiwnął głową na zgodę i raz na miesiąc przynosił kolejne dzieło. Kolejną Elizę tańczącą, śmiejącą się, czy wreszcie kochającą… Znów malował, ale już nie tak spontanicznie. Nie każdego dnia, nie regularnie. Zaczął malować histerycznie. Zrywami, gdyż życie pulsowało w nim jak lawa nim znajdzie ujście kraterem. Niewiele świata widział, ale potrafił stworzyć go takim, jakim chciał żeby powstał.
Gdy upłynęło trochę czasu można było odkryć zdumiewającą regularność. Robił się nerwowy przed pełnią księżyca. Opuszczał go sen i krążył po domu, jak lew w klatce. A kiedy księżyc się wypełnił, rzucał się na płótno i malował nie patrząc. Nie musiał. Malował miłość do kobiety. Za każdym razem innej. Obraz powstawał w jedną noc, a on padał ze zmęczenia, gdy słońce zajrzało do pracowni. Gdy wstawał z podłogi zbliżał się zmierzch. Z nie do końca wyschniętego obrazu zerkała na niego kobieta. Jego nowa pani. Nim opłukał ręce, schodziła z obrazu, by porozmawiać. Zatracić się w uczuciach, utonąć w miłosnej przepychance, tańczyć i przytulać się bez końca. Kacper stawał się wówczas bogiem, a może demonem. Nie spał, jadł tylko wtedy, gdy jego pani zapragnęła właśnie tego, dawał i brał po równo. Bez ograniczeń, bez chowania się w siebie. Nigdy wcześniej nie odsłaniał się aż tak, więc to musiała być miłość.
Każde bez końca trwało dokładnie trzy dni. A potem, jego aktualna pani uśmiechała się do niego, dawała całusa i zaczynała poszukiwać ubrania. Gdy się udało, wspinała się na obraz i zostawała tam już na zawsze. Bez słowa, bez nadziei na powrót. Kacper wył z bólu, po każdej stracie. Szukał sposobu, by którąkolwiek zatrzymać dłużej. W szale miłości chował ukradkiem sukienkę, czy buty, ale to nie pomagało. Kobieta, która nie znajdowała ubrań, przepraszała go i nieco zawstydzona wspinała się na płótno bosa i naga. Jedną próbował wcześniej upić, jednak poszła i tak, nieco tylko chwiejnym krokiem.
Przez trzy dni był najszczęśliwszym facetem na świecie. Ale za szczęście musiał zapłacić tygodniem życia. Przesypiał cały, ledwie się budząc, gdy zmusiła go fizjologia. Kolejny tydzień wracał do żywych. Sprzątał, podświadomie oczekując kolejnej miłości, gruntował blejtram i stawiając na sztaludze niejako zapraszał tę miłość w dom. Księżyc rósł niespiesznie, gdy Kacper decydował się na wyjście z domu. W papier pakowy owijał płótno i niósł do galerii. Głaszcząc przez papier, szeptał słowa miłości, przepraszał, ale nigdy nie znalazł siły, żeby zerknąć na twarz dopiero co utraconej miłości. Zerkali inni. Obrazy kochanek nigdy nie spędziły w galerii więcej czasu jak kilka dni. Ostatnio, choć szefowa znacznie podniosła ceny, pojawiały się zgoła zamówienia in blanco. Na obraz, który dopiero namaluje w kolejnym miesiącu. Marta wspominała coś, że zorganizuje aukcje na kolejne dzieła, a Kacper apatycznie się zgodził. Na wszystko, byle nie musiał oglądać obrazu. Nigdy!
Minęło w tym względnym rytmie trzy lata, kiedy w kolejnej euforii księżycowej pełni namalował świeżą miłość i jak zwykle zwalił się u jej stóp. Gdy otworzył oczy… z obrazu właśnie zeskakiwała Eliza. Na bosaka. Młodsza, niż ją pamiętał, jeszcze piękniejsza. Przytuliła się do Kacpra, jakby nic się nie stało. Płakał, choć nigdy wcześniej tego nie robił, może nawet nie umiał. A teraz łzy lały się z niego, jakby chciał za jednym zamachem wypłakać się do dna. Nie rozumiała, skąd ta rozpacz, więc jej opowiedział. Trzy dni. Pierwsze i ostatnie. Żadnych nadziei na ciąg dalszy. Wyszła z jego pamięci, z fantazji, przeskoczyła farbą na płótno, by mogli się pożegnać i zniknie znów – tym razem bez powrotu.
Trzydniówka musiała być różna od poprzednich. Żadnych uniesień, żadnego tańca, czy wspólnych posiłków. Patrzyli sobie w oczy i rozmawiali, wiedząc, że czas się im kurczy. Z desperacji Kacper usiłował zatrzymać zegar, ale co to zmieni, skoro księżyc kontynuuje spacer ku nowiu?
- A gdyby – szepnęła Eliza – A gdyby przechytrzyć los?
- Spalmy płótno! - zaproponował Kacper
- To może być za mało – umysł Elizy nie stracił na ostrości – jest lepszy sposób. Ubieraj się!
- Jaki? - rozgorączkowany wciągał spodnie gotów na wszystko, byle nie stracić Elizy.
- Będziemy gonić księżyc. Żeby do końca życia była pełnia, my też będziemy w drodze. Wystarczy, że odważysz się wyjść z domu i pojedziemy jego ścieżką. Dasz radę?