sobota, 28 lutego 2026

Winniczek winowajca na winku w winnicy.

 

    Nie wiadomo kiedy klonom osiedlowym ostrzyżono głowy a nietrwała ondulacja wyokrągliła ich głowy w afro, które lada chwila się zazieleni. Plac zabaw tętni radością małoletnią, starsi dźwigają zakupy na cały tydzień, względnie dźwigają pieski nie skore do własnoręcznego przebierania krótkimi nóżkami po brudnych chodnikach. Słońce suszy wilgoć na ścianach, drobiazg ptasi zanosi się od serenad miłosnych, a tymczasem – wojna zaczyna się rozkręcać na dobre.


    „Państwo Izrael” – jak pyszałkowaci politycy mówią o sobie „w obronie własnej” zaatakowało Iran, z którym nawet nie graniczy. Oczywiście wesz może zaatakować wilka i nawet krwi possać, ale większych sukcesów ciężko się spodziewać, więc w konflikt (choć „Państwo Izrael” istnieje zaledwie od 1948 roku, powołane do życia na terenie Palestyny po zakończeniu „brytyjskiego mandatu” – czytaj okupacji, i zdążyło już skonfliktować się z każdym sąsiadem oraz z bardziej odległymi narodami z powodu niegasnącej pazerności) zaangażowali Wielkiego Brata, który prewencyjnie „broni swoich obywateli poprzez eliminację zagrożeń”, czyli bombarduje kraj tak odległy od własnych obywateli, że większość nawet nie wie, gdzie toto leży. Po tygodniach „rozmów pokojowych” potrzebnych, by w pobliże Iranu dopłynęły amerykańskie lotniskowce, skończyła się gawęda, a zaczął się piracki napad.


    A ja, jak ostatni frajer ciągle zastanawiam się, co „Państwo Izrael” ma na Usaków, że ci tak chętnie dają się wciągać w ich bagienka? Może amerykański sen śni się wyłącznie pod żydowskie dyktando? Skoro już nawet główny nurt dostrzegł, że to co się dzieje w Gazie, to ludobójstwo, jakakolwiek pomoc przestępcy powinna nazywać się co najmniej WSPÓŁUDZIAŁ W ZBRODNI i być ścigana prawnie. Tymczasem wieści medialne tłumaczą zaangażowanie Ameryki tak daleko od domu i wyjaśniają, jaka jest rola Izraela w tym konflikcie.


    PS. Zaraz zaraz. A kiedy podstępni Rosjanie zdradziecko napadli na bohaterskich Kozaków, to raz dwa spadło na nich dwadzieścia pakietów sankcji, usunięto ich sportowców ze światowych aren, a do napadniętych popłynęło finansowe wsparcie nieporównywalne z niczym, co może pamiętać żyjący człowiek. Więc świat WIE, co należy zrobić z tym piractwem.

piątek, 27 lutego 2026

Dochodzenie.

 

Nóż w miodzie… Zgroza zawisła w powietrzu. Wypełniła kuchnię podejrzeniem i rozlała się po pozostałych pomieszczeniach, nie unikając łazienki. Nóż, taki do masła, wbity był w miód głęboko, niemal po rękojeść. Jakby ktoś skutecznie usiłował zamordować miód. Miód był gryczany, najlepszy. Zdążył już się zestalić i dlatego noża nie pochłonął. Za to siły trzeba było użyć, by zagłębić go aż tak, bo sam z siebie raczej by nie zdołał…


Przydałby się Sherlock do rozwiązania zagadki, ale zapodział mi się gdzieś szukając Moriartego, czy psa Baskervillów, względnie obu naraz. A nóż sterczał jak wyrzut sumienia i kalał miód tępymi krawędziami, bo z masłem przecież walczyć nie trzeba i nawet drewniany potrafił dobrać się masłu „w miętkie”. Słoik udawał twardziela, jednak wzrok odwracał, żeby nie widzieć ostrza tępego (taki przypadek paradoksalny), lecz robiącego wrażenie bezpośrednią dosadnością. Dobrze, że nie zemdlał jak jakaś mimoza z pensji dla panienek z domów lepszych od innych. Strata byłaby nieunikniona, bo któż odważyłby się pożreć miód z być może igłami hartowanego szkła?


Słoik i miód stały skostniałe w pośmiertnym strachu, bo przecież nie od chłodu, za to nóż ordynarnie sterczał. Jeszcze brakuje, żeby jakieś małolaty to zobaczyły i obraza dziewiczej moralności pewna, gdy widok trafi na charakterek niewyrobiony, delikatny i romantyczny. Wyciągnąłem dłoń, żeby wyciągnąć nóż. Powstrzymałem się jednak, żeby najpierw wyciągnąć wnioski. Może gwizdnąć na psa, żeby zwęszył agresora, co śmiał w samym sercu domu nóż wrazić tępy w gęsty, chrzęszczący miód? A może walne zgromadzenie obwieścić, wici puszczając przodem i po zebraniu quorum decyzję podjąć rodzinną, kompleksową i ustalić stanowiska na wypadek oficjalnego dochodzenia?


A jeśli to JEDEN Z NICH?


Zgroza urosła utuczona domniemaniem, że domownik popełnił ów niecny czyn i uśmiercił miód, a może i słoik doprowadził do mimowolnej śmierci z przerażenia, po czym oddalił się w nieznanym kierunku, porzucając zewłok krwawiący ciszej niż mgła osiadająca na młodym źdźble trawy. Koszmar nie wyglądał na przypadkowe zabójstwo, lecz mord z premedytacją. Gęsia skórka obsiadła mnie gęściej niż gołębie Planty w chwili gdy emeryt sieje kaszą jęczmienną bezwzrocze przed sobą. W DOMU PRZEBYWA MORDERCA. Skrytobójca. Kiler. Asasyn.


Właśnie. Asasyn, syn Asa! Małolat rozumu za wiele jeszcze nie wyfasował, więc może? Na grzbiecie włos mi się nastroszył, choć do dziś nie podejrzewałem jego-tam-istnienia. Który facet korzysta z wielokrotności luster, żeby własne zaplecze kontemplować? Chyba tylko jakiś specyficzny, albo ekstrawagancki, a ja na ekstrawagancję byłem prozaicznie zbyt ubogi. Ale nie byłem „dziwny”. Ot, zwyklak taki, przeciętniak. A tymczasem miód. Martwy, sztywny, zimny, gęsty od epitetów. Miast uśmiech pobudzać, łzy wyciska i nic, tylko żałobę ogłaszać, klepsydry na odrzwiach kuchennych przybijać i łkać, kląć, złorzeczyć. Tylko komu?


Skłonny byłem inwokację jakowąś nieśmiertelną popełnić, gdy odgłos spuszczanej wody w łazience wytrącił mnie z patriotyzmu lokalnego wielce i sprowadził na ziemię. Tę ziemię… Drzwi łazienkowe trzasnęły, więc podświadomość wykryła istotę małoletnią, nie nawykłą do delikatności względem wyposażenia. A małoletnich istot w obiekcie było trzy sztuki. Przynajmniej do ostatniej nocy. Bo skoro miód, kto wie, co spotkało narybek? Zgroza dawała się już kroić w plasterki i musiałem podjąć kroki, albo czynności – cokolwiek zrobić musiałem, żeby zgasić niepewną przyszłość i przyszpilić rzeczywistość faktami, jak papiakami – raz i nieodwołalnie.


Co najpierw? Sypialnia narybku? Do trzech, to i bez liczydła liczyłem swobodnie, choć w stanie wzburzenia mogły mi się rachunki zatrząść w paluchach. Nogi ciężkie, mosiężne chyba, trudno było skłonić do podróży z kuchni przez przedpokój na nocne salony dzieciaczków, które być może podzieliły los miodu… Jedno się uratowało, bo któżby trzaskał drzwiami od łazienki? Albo pisklę, albo morderca miodu. To pewne. Czy stać mnie na poświęcenie, by własną piersią ochronić rodzinę przed zuchwalcem? A jak ma w garści ostrzejszy nóż? Taki do filetowania, czy poręczny tasaczek? Uuuuch! Zmiękło mi w środku i na zewnątrz. Mało brakowało a popuściłbym sromotnie. Tymczasem zaplaskały małe stópki i do kuchni wkroczyła piegowata buźka z dwoma kitkami blond włosków. Z buzią mokrą i żabotem wodą wymalowanym na piżamce.


- Co się gapisz? – zapytała ciekawska panna – Słodyczka mi się chciało, a potem poszłam umyć buzię, bo strasznie się kleiło. Następnym raz kup miód, co się tak nie lepi. Umiesz?

Ula hula u króla, Hela chla hel na Helu, Ewa ziewa u chlewa.

 

W Miasto ruszyły minispódniczki, praktycznie wymuszając wiosnę. Nie ma to jak łagodna siła perswazji, działająca na całkiem spory odsetek mężczyzn. Do łask wróciły końskie ogony i można oglądać sporo pięknych okazów. Przydałoby się tylko ozdobić je dodatkowo choć wątłym uśmiechem, ale tego chyba nie uczą w szkołach, czy zakładach pracy.


Kędzierzawy chłopak na kolanie odrabia lekcje jadąc autobusem. Wybranka kierowcy, nim wysiądzie solidnie podciągnie majtki i wymieni pieszczoty z prywatnym szoferem. Zerkam za okno i widzę, że świat odzieżowy podzielił się na dżinsy, dresy i leginsy, dla innych wyborów zostawiając bardzo wąski margines. Na przystanku, żeby odszyfrować rozkład jazdy wspina się na palce malutka, okrąglutka niewiasta i zadzierając nos czyta z mozołem w świetle latarki z telefonu. Na wystawie drewniany pelikan krytycznie przygląda się konikowi na biegunach i musi przyznać, że to nie jego rozmiar, więc o bujaniu może tylko pomarzyć. Za to elektrociepłownia zapisuje na niebie dwie różne melodie z dwóch kominów. Ciekawe, kto je odśpiewa. W przechodniej bramie kuca wysokopienna chudzina i coś długie w telefonie. Na kolanie ma dziursko tak duże, że gdyby je odrobinę jeszcze powiększyła, mogłaby siusiać nie zdejmując spodni. Bożodrzewy kolonizują pęknięcia muru i wyrastają gęstą kępą, ciągnąc ku niebu, a byle wycinka im nie straszna, potrafią przetrwać mimo ludzkiej zapalczywości i wbrew woli pił spalinowych.


    Popołudnie owocuje mnóstwem ciekawskich, młodziutkich pępków zwiedzających Miasto. I kilometrowych szali noszonych po kelnersku jak serwetki na przedramieniu. Wracam maszerując w rytm:

    Piekła pieczeń w piekle i wyszło niebosko.

czwartek, 26 lutego 2026

Katorgą kata z Kataru – katar Katarzyny.

 

Parkingi osiedlowe pełne samochodów w brokatowych okryciach. Skrzą się w mdłym świetle latarni i tylko patrzeć, jak zaczną wirować w magicznym tangu. Gołębie szukają sobie miejsca na gzymsach i parapetach, żeby nie przeszkadzać spieszącym do pracy ludziom. Rzeka dymi – musiała się nieźle spocić, tocząc wody z daleka ku Miastu. Komin elektrociepłowni rozsiewa dym snujący się poziomo, malując na niebie pasma nieistniejących, ośnieżonych gór, bacznie obserwowanych przez całą rodzinę zielonych kotów nadstawiających czujnie uszu ze skraju witryny.


    Chłopakowi brakowało wzrostu i zdecydowania. Pierwszy z braków rekompensował butami o bardzo grubych podeszwach, drugim obarczał otoczenia. Szamotał się i kręcił w kółko powodując wokół siebie zawirowania. Niemal co dnia mam okazję obserwować zarówno stare kamienice, jak i nowe budynki. Te sprzed wieku są po prostu zachwycające, choć czasem zaniedbane i noszące ślady odległej wojny. Za to nowe, to istne straszydła – czarne, czy szare placki, zardzewiałe blachy, wszechobecne polerowane kamienie i lustra układane wprost na goły beton. Obrzydlistwo polerowane tak, że zwielokratnia słońce oślepiając przechodniów bez potrzeby. Kwitnące leszczyny sugerują wiośnie większe zaangażowanie i obligują do działania.

środa, 25 lutego 2026

Kołowanie kałamarza koło kału.

 

W pół podróży znienacka nastaje dzień. Niebo pęka, spod stada skisłych, burych baranów wydostaje się na świat niezbyt agresywny błękit. Rzeką płyną obrazy nocy przywleczone gdzieś z daleka. Drzewa ciężkie od bombek jemioły wypatrują słońca. Ptaki rozpraszają się po Mieście, a każdy nosi w pamięci lokalizacje kilku obiecujących stołówek. Na przystanku dziewczyna pulchna jak tłustoczwartkowy pączek z nadzieją wypatruje szczęśliwego numerka na tramwajowych wyświetlaczach. Bez uzasadnienia wyprzedzam długonogie gazele w czarnych rajstopach ogłuszone wielką porcją porannych ploteczek z wirtualnego śmietnika. Kosy i szpaki pogwizdują bez zadęcia, a ja wypatruję, co je skłoniło do uznawanego za wulgarny zachwytu.

Ekstrakt o niezbywalnej sile tradycji.

 

Tradycyjna receptura, w przypadku Amerykanów kojarzy mi się z nieodmiennie z wysłaniem gdzieś lotniskowca, puszczeniu z niego kilku samolotów, by paskudnymi bombami zaprowadziły demokrację uległą amerykańskim apetytom ekonomicznym. Przed erą lotniskowców ćwiczyli na autochtonach i bizonach maximami.

wtorek, 24 lutego 2026

Kapitalny akapit o kapitulacji kapitana.

 

Niebo zdawało się być niezwykle ciężkie, czekające na pretekst, by spaść na ziemię i nagłą śmiercią ją pokarać. Za to pachniało, czego nie czyni, gdy dzień dojrzeje. Kosy dokazywały na całego korzystając z naturalnego maskowania. Dziewczęta o fałszywych rumieńcach i udach wyćwiczonych na długich dystansach mijały senne sylwetki o bardziej kruchej budowie i mniejszym apetycie na życie. Byczek jadący zapewne na budowę posilał się zeroprocentowym „piwem”, rozcieńczając wczorajsze ekscesy, albo przygotowując organizm na dzisiejsze.


    Wracam. Spotykam dwóch gości w identycznych kurtkach. Wychodzą z punktu bukmacherskiego. Jeden kręci głową i mówi – Daj spokój, dwadzieścia wyników i zero trafień? Faktycznie on powinien dać spokój. Chyba, że ten drugi potraktuje wskazania pierwszego jako niemal pewną wskazówkę, co nie przyjdzie – ich szanse w tandemie wzrosną niebotycznie.

Zawzięty.

 

- A ty niby kto? – ryknął na mnie kapitan.


- Jo? Nasz – usiłowałem wmówić mu brednię o wspólnych korzeniach, albo choć wątłym pokrewieństwie narodowym.


- Jonasz powiadasz – podrapał się w łysiejący łeb – Nie znam.


- Ale… - usiłowałem przejąć inicjatywę, lecz nieskutecznie.


- A skoro nie znam, pójdziesz na pokarm dla rybek. Dla jednej rybki! Takiej, na którą czaimy się wszyscy od dawna.


Nim się zorientowałem te jego zbiry – majtki z porannej wachty wraz z bosmanem sprawili mnie, jak szynkę do wędzenia. Spętanego podpięli pod największy haczyk na ryby, jaki w życiu widziałem, a potem dołożyli jeszcze niewielki ponton, który miał mnie utrzymać na powierzchni i bez buziaka na pożegnanie brutalnie wywalili za burtę. Taplałem się w niezbyt ciepłej, za to mocno osolonej wodzie, a z pokładu dobiegały mnie rubaszne porady, bym unikał rybek o trójkątnej płetwie grzbietowej, bo nie na nich zależy kapitanowi. Dzień dopiero zamierzał rozwinąć się wzdłuż osi dodatnich temperatur, lekko kolebiąc moim ubezwłasnowolnionym kadłubem ciągniętym na grubej linie za statkiem. Kibicom szybko znudziła się monotonia mojej mokrej egzystencji i pozostawili na warcie pechowego obserwatora, sami oddalili się na partyjkę pokerka, może nawet rozbieranego. Nikt mnie nie zapraszał, więc kołysałem się, zastanawiając, czy morska choroba, to dobry pomysł, gdy nadziei na śniadanie zabrakło. Monotonia ruchów powierzchni skłaniała do drzemki, co wobec braku alternatyw przyjąłem ze stoickim spokojem. Obserwację otoczenia pozostawiłem temu nieszczęśnikowi na warcie. Gdyby coś się wydarzyło, nie przegapi, bo go ze skóry obedrą kamraci.


Tego jednak nie mógł przewidzieć najczujniejszy nawet wartownik. Ocean uniósł się raptownie, spłynął z wypukłości lewiatana ochlapując wszystko i wszystkich. Gdzieś w epicentrum wypiętrzenia znalazłem się ja wraz z osprzętem wędkarskim.


- Jest! – usłyszałem zachwycony głos wartownika – Do mnie, ale migiem!


Pokładowa euforia ominęła mnie, gdyż lewiatan, w przelocie mnie połknął, przegryzając linę, jakby to była zbutwiała niteczka. Sunąc w dół przewodu pokarmowego potwora pomyślałem z wisielczym humorem, że na taki egzemplarz właściwszą przynętą byłby cały statek, a jego obie kotwice robiłyby za mizerne kotwiczki. Ocean zatrzepotał nerwowo, nakrył bydlątko i uspokoił się, kpiąc z marynarzy, że niby nic wielkiego się nie stało. Ja? Pierwszy raz w życiu spływałem wodospadem, górską rzeką, rwącą w nerwach stromym kanionem. A chwilę później przyziemiłem na pupkę z bolesnym „ała” na sztandarze. Woda znikła w fiszbinowych śluzach potwora, a ja zacząłem rozglądać się po nowym lokum. Więzienie miało rozmiar tak wielki, że świadomość uwięzienia nieco okulała. Razem ze mną uwięzionych zostało mnóstwo rybiej drobnicy i wszelkie możliwe „owoce morza”, czyli chwasty trudne do strawienia przez syty organizm. Ale dla mnie, który wysprzątał żołądek z treści do czysta, pokusa rozśpiewała się murmurandem spragnionych kiszek. Spływ wodospadem uwolnił mnie od liny sam nie wiem kiedy i jakim sposobem, grunt, że odzyskałem swobodę ruchów. Połknąłem trochę małży z wodorostami, bardziej treściwy posiłek odkładając na później. Chciałem pozwiedzać, żeby zorientować się w rozmiarze nieszczęścia. Żołądek potwora, jak się wkrótce okazało był niezłym śmietnikiem. Wszędzie walały się cywilizacyjne graty, ze sporą łodzią w całości, jakimiś sieciami, meblami, czy sporymi kawałkami drewna.


- Da się żyć – pomyślałem – mam tu wszystko, co trzeba, żeby przetrwać!


Znalazłem nawet rower leżący beztrosko za paroma skrzynkami leciwej whisky. Na pokładzie znalazłem latarkę-czołówkę, więc mogłem pozwolić sobie na zwiedzanie. Rower nieco skrzypiał, ale to pewnie od wilgoci. Grunt, że korozja bo nie pożarła. Pedałowałem bez pośpiechu, kontemplując wnętrze potwora. Kolorowe stawy kusiły niczym gorące źródła, jednak większość była toksyczna, pełna kwasów żołądkowych, a nie słodkiej wody. Sterty chwastów schły w stogach, w których rozmaite zwierzęta nieznane nauce wiły gniazda, czy inne legowiska. Nos drażnił fetor, narastający w czasie. Dojechałem do czeluści, z której wydobywał się ów smród i chwilę trwało, nim zrozumiałem, że dotarłem do mniej apetycznego końca układu pokarmowego. Zawróciłem, obiecując sobie obozować bliżej drugiego końca.


Pierwsza noc była trudna, jak dziewiczy sen lądowego szczura na statku. Ale z czasem zacząłem przywykać. Żeby nie popaść w depresję, podjąłem się sprzątania. Najpierw najbliższe otoczenie, potem coraz dalsze rewiry. Za wysypisko śmieci robił oczywiście „odpływ” lewiatana. Humanitarnie nie zapychałem go nadmiernie, żeby nie dostał niestrawności, ale co mniej użyteczne przedmioty i odpadki lądowały gdzie trzeba, żeby nie odbierać otoczeniu walorów estetycznych. Stołowałem się w kubryku statku, ostrożnie paląc drewnem, bo zimny prowiant dobry jest na krótszą metę, a ja zamierzałem pożyć odrobinę dłużej. Od czasu do czasu „mój” potwór – tak o nim myślałem, cierpiał jakieś dolegliwości żołądkowe, szczęściem niezbyt burzliwe, ale najwyraźniej systematyczna gospodarka odpadami polepszyła nie tylko mój, ale i jego standard życiowy.


- Da się żyć – myślałem każdego dnia, choć samotność zaczynała już drążyć tunele w moim optymizmie – Ale gdyby tak okazja się trafiła na godziwe towarzystwo, warto się przygotować.


Lekko pokpiwając z samego siebie, na wypadek niemożliwego wykonałem jednak pierwsze ruchy. Po gruntownym sprzątaniu najbliższych okolic, na statek zacząłem znosić „skarby”, czyli to wszystko, co na stałym lądzie za takowe uchodziło, choć tutaj było zaledwie śmieciem. Ładownie wypełniałem drogocennościami. Nawet skrzynki wiekowej whisky przy których znalazłem rower wniosłem pod pokład. Statek był moim domem, a reszta, to był mój świat. Brak słońca dokuczał równie mocno, jak brak kobiety, a gdyby jakaś się trafiła zrządzeniem losu – z mety stałaby się królową tego świata, choćby była szczerbata i kulawa.


- A gdyby tak… - myśl niepokorna korciła – A gdyby tak znaleźć sposób, by wrócić?


Korzystając z niezliczonych fiszbinów bestii ostrożnie wspinałem się ku paszczy potwora, unikając jęzora, ruchliwszego od całego miotu piskorzy. Raz tylko trafiłem, że lewiatan ziewał będąc na powierzchni i wnętrze jego olbrzymiej paszczy wypełniło światło dnia. To była ta chwila, gdy się rozpłakałem z tęsknoty za światem i obiecałem nie spocząć, nim się nie wydostanę. Jak wrócić? Przeciąć brzuch potwora? Raz usiłowałem machnąć szabelką i ciachnąć go w miękkie tkanki, ale reakcja była tak gwałtowna, że niemal utraciłem skromny stan posiadania. To zły pomysł. Przecięcie żołądka, to jeszcze nie wolność, a jak bestia utonie nim powycinam przejście w tłustych powłokach brzusznych? Zostanę w martwym, gnijącym brzuszysku, a potem morze mnie pożre. To zła droga do wolności. Sam wyjść paszczą nie zdołam, przez odbyt tym bardziej.


- Nie ma wyjścia. Musi mnie wyrzygać! A skoro tak, to musi mnie wyrzygać wraz z łodzią, dopiero wtedy mam szansę przetrwać na oceanie.


Plan szaleńczy, ale straceńcy chwytają się nawet mizerniejszych szans. Postanowiłem doprowadzić potwora do torsji i tak utorować sobie drogę na zewnątrz. Zgniłe ryby, to za mało. Za to w ładowni statku znalazłem całe beczki przypraw i spory zapas nafty. Jedno i drugie dzień po dniu ostrożnie windowałem w górę przełyku, by potem, kiedy potwór zbliży się do powierzchni skłonić go do torsji. Głębokość zanurzenia nauczyłem się rozpoznawać uszami – im głębiej pływał, tym bardziej zatykały się, przy powierzchni odzyskując czujność. Wreszcie przyszedł dzień prawdy. Szybkimi uderzeniami siekiery rozbiłem beczki z pieprzem i naftą. Mieszanina spływała w dół gardzieli, a ja korzystając z liny zjeżdżałem tuż obok. Kiedy strumień dotarł do żołądka, wsiadłem na statek, a w rosnącą plamę nafty cisnąłem płonącą żagiew. Pożar wspinał się do ujścia, oświetlając drogę ku wolności. Lewiatan ryknął raz i drugi, Zassał paszczą wody, ale naftę nie tak łatwo ugasić, bo pływa płonącą plamą po wierzchu. Wreszcie żołądek skulił się i eksplodował wypychając materię na zewnątrz. Najszybsza z możliwych podróż w powodzi iskier i śmieci. Wreszcie głuche plaśnięcie o wodę i…


- Byłem wolny!


Darłem się w niebogłosy, a stateczek kołysał się na drobnej fali. Uwolniony od płomieni żołądkowych lewiatan zniknął w głębinach. Wystarczyło, żebym dopłynął do lądu i zapomniał o niedoli.


A potem? Może zamiast zapominać, zapoluję na kapitana i jego załogę?

poniedziałek, 23 lutego 2026

O braku bruku i zbrukanej brukwi.

 

Dziewczyny długonogie, zadumane, może utrwalające w pamięci weekendową euforię, pozwalają uwieźć się (uwieść się?) Miastem, aż zerkam w nurt, czy poziom nie za wysoki, jednak Rzeka zachowuje się jak to na przedwiośniu – woda rwie, lecz zagrożenia nie widać. Nawet fosa miejska zaczęła odmarzać, a liczba rozpoczętych poważnych remontów drogowych sugeruje lepiej od pierwiosnków i przebiśniegów bliską wiosnę. Jeszcze chwila i znów będzie po co włóczyć się po wyspach, po mostach, po zakamarkach, w które nikt o zdrowych zmysłach nie zagląda, po podwórkach zapyziałych przez lata niezauważeń i chodnikach zadeptanych na śmierć milionami turystycznych buciorów. Czy czekam? Absolutnie nie, bo czekanie, to czynność (jeśli można w ogóle nic-nie-robienie nazwać czynnością), do której czuję wrogą niechęć. Uliczne oświetlenie, najwyraźniej zmęczone długotrwałą nocą zamknęło oczyska i mrok rozlał się po pejzażu zmniejszając poziom realizmu widzeń. W cieniu przedświtu fantazje staja się żywsze, łatwiejsze do spełnień. Nawet absurdom gotów jestem przyznać zauważalny poziom prawdopodobieństwa, gdy wymyślam ciągi dalsze nie posiadające ani ciągów bliższych, ani początków. Aż dziw, że rzeźbione papugi na wystawie milczą, jakby języka w gębie zapomniały. Stężałe niebo przewija wiatr, najwyraźniej pobudzony ciężkim granatem smużącym się od samego widnokręgu. Tonę w barwach zmarzniętych od wilgoci cegieł, aż marzną mi uszy.


Wracam, przyszpilony spojrzeniem dziewczyny o farbowanych włosach i namalowanej twarzy. Chyba jej nie pasuję, gdyż jako naturysta nie jestem wymalowany, tylko naturalny, choć nie nagi. Za to chłopak, który dogonił tramwaj ma makijaż bojowy, jakby dopiero zamierzał olśnić jakąś księżniczkę i włosy takie, że nie wszystkie dziewczęta mogłyby z nim stanąć do zawodów. Później, oczywiście w okolicy dworca PKP trafiam dziewczę w różnych półbutach – prawy jest czarny, a lewy biały.


PS Z mandarynki i siedmiu goździków zbudowałem kwiat, podnoszący poziom miękkiej magii aby wychylić kąciki ust do „być może” – niewysławialnej obietnicy każdego, nawet najzuchwalszego „później”.

niedziela, 22 lutego 2026

Partyjka we dwoje

     Na Niedobrych Literkach - https://niedobreliterki.wordpress.com/ opublikowano jedno z moich opowiadań. Portal uwielbia, gdy świat nie do końca jest takim, jakim widać go na co dzień i wszelkie anomalia uważa za mile widziane, pobudzające i wręcz proszące się by przyjść na świat. najwyraźniej udało mi się taki świat stworzyć i kto wie, czy magisterki z demiurgii się nie podejmę, bo temat nośny i aż się prosi o płodność. Jeśli masz kaprys przeczytać, to tu:

https://niedobreliterki.wordpress.com/2026/02/20/partyjka-we-dwoje-by-daniel-wojnarowicz/

Ekstrakt o sile prokreacji.

 

    Onan powinien zostać świętym, patronem rolników, gdyż wierność kobiecie doprowadziła do zrzucenia nasienia w ziemię, aby Bóg, nie cierpiący marnotrawstwa zamienił je w zboże. Czyli bez kozery powiedzieć można, że wysiłkiem własnych lędźwi stworzył zboża, tak trudne do zastąpienia innym pokarmem.

piątek, 20 lutego 2026

Bez bez bezy, beza bez bzu.

 

Niebo poróżowiało z wysiłku, by napocząć dzień, ale chyba się udało. Rzeka niesie ku morzu zimowe brudy, a z wystawy zerkają z troską na świat drewniane anioły w spłowiałych sukienkach. Aż się uśmiecham na myśl, że tylko męskie cherubinki występują na golasa, a żeńskie obowiązkowo ozdabiają świat w sukienkach. Widać Bogu kobiece ciało nie za bardzo się podoba i kazał się im ukrywać.


    Zerkam na dziewczątka, rumiane i pyzate, posiadające na buziach całe gwiazdozbiory w czerni, rzadziej w złocie i dumam, czy to maskowanie pryszczy, czy ozdoba. Chyba wolę jednak podziwiać schody żywopłotowe, wspinające się do nieba. Irga-tawuła-rokitnik, zaczynają od kilkudziesięciu cm, a kończą na jakichś trzech metrach. Zza żywopłotu wyglądają na ulicę białe topole, jarzębiny i inne drzewa, którym wzrost na to pozwala.

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości 40.

 

Skuszony ideami pana A, reprezentującego barwy partii X zagłosowałem. Natychmiast po wygranej pan A zmienił szeregi (i głoszone idee) na Y, robiąc ze mnie idiotę. Skoro zdradził wyborcę, który go namaścił, powinien dożywotnio utracić mandat, a z urzędu powinno się go wyrzucić, może nawet wydalić.

czwartek, 19 lutego 2026

Serwis zaserwował w serwerowni ser na serwetce.

 

Chrzęszczący pod nogami śnieg świadczył o ujemnych temperaturach i termometr był niepotrzebny. Archeopan zerkał na mnie podejrzliwie, czy wsiądę w nie-swój/nasz autobus. Wsiadam. Po co ryzykować, że nasz nie przyjedzie. W środku szesnaście stopni, za to na plusie i pani, która dziś włożyła całe dżinsy. W tramwaju jeszcze zimniej. Z braku lepszych pomysłów zaczynam bawić się słowami. Znajduję Środę Popielcową, Tłusty Czwartek, Czarny Piątek, Wielką Sobotę, Palmową Niedzielę i Lany Poniedziałek. A Wtorek? Taki bezpański mi się ostał. W sam raz do przytułku dla niechcianych dni.


Zerkam przez okno na przystanek, a tam połowa oczekujących, to kanary. Wysiada kobieta z kubkiem kawy i drepce za taką, która niesie dwa kubki. Eskalacja. Zerkam, czy przodem zjadę kolejną z większą liczbą kubków. Ciąg arytmetyczny, albo nawet geometryczny mi się zamarzył. Nic z tego. Przodem to tylko wiatr otrząsa szadź z żywopłotów. Nawet kloszardzi rozmyli się w mroku i wtopili w niebyt.


Wracam. Usiłuje dosiąść się do mnie starsza pani o krótkich nóżkach. Żeby osiągnąć sukces, wspina się a cała kiść rozmaitych siateczek przewija się jej po przedramionach, zanim osiągnie szczyt i klapnie. Kawałek dalej siedzi pani z policzkami przypominającymi policzki buldoga, co nie przeszkadza jej wzbudzać sympatię.

Wirtuoz.

 

Płodność była jego jedynym talentem. Wystarczył cień szansy, by rozmnażał się beztrosko z zapałem godnym prawiczka. Spuścizna, w jego przypadku była wręcz przewidywalną dosłownością, a liczne egzemplarze jego manualnej (powiedzmy) twórczości wypełniały żłobki i przedszkola.

środa, 18 lutego 2026

W trawie trwa trwała tragedia tragarza.

 

Na tle ośnieżonego osiedla kosy straciły swój kamuflaż, więc fruwają ostrożniej i nie śmieją się z przechodniów. Tylko dzieciarnia obwieszcza radość i obrzuca się niemiłosiernie mokrym śniegiem.


W autobusie trafiam panią która mimo zimowego wystroju występuje w dżinsach spłowiałych niemal do białości i z olbrzymią dziurą na kolanie. Dałoby się przez nią przeprowadzić operację łąkotki bez ich zdejmowania, chyba, że potrzebny byłby też cewnik. Na przejściu dla piechoty, nie odrywając stóp od podłoża tańczy długowłosa, obok wędruje pani z panem, a klatkę piersiową ma zdecydowanie piękniej rozbudowaną, co widać mimo deformujących sylwetki grubych kurtek.


Za oknem dostrzegam pojazd jawnie oznaczony drukowanymi literami NOL – czyli polskie UFO. Niezidentyfikowany obiekt latający zacumował skromnie w bramie przechodniej. Dostawczak, więc pewnie przywiózł Ufokom paszę, a może i listy od rodzin. NA sklepowej wystawie siedzą Pinokio ojciec i syn. Gapią się na ludzi, a ich nosy wyglądają jak monstrualne papierosy ćmione beztrosko za szybą chroniącą przed wilgocią.


    Pierwsze w tym roku bazie – od kotków aż gęsto, choć drzewo przycięte solidnie, żeby nie stresować biegnących do szkoły (czy może raczej wybiegających z niej) dzieciaczków. W autobusie pani rozbudowana z rozmachem musiała się natrudzić, żeby całe to cielesne bogactwo zmieścić w leginsach, ale warto było się trudzić. Każdy krzywik umarłby z zazdrości widząc ilość fragmentów krzywych wyższych rzędów, jakie pani potrafi perfekcyjnie naśladować, udając, że przygląda się wiśniowym pazurkom naostrzonym, jakby zamierzała nimi preparować siekane kotlety.

wtorek, 17 lutego 2026

Erotoman maniacko rotuje, by uroda urodziła.

 

Żeby nie wpadać w rutynę wsiadam w nie-swój autobus. Z ciekawości, jak w Miasto wjadę. Podobnie jak pan, tylko odrobinę niższy od swojej wybranki. Poza tym, wokół obcy i osiemnaście stopni „na pokładzie”. Śnieg pracowicie sypiący od wczoraj nie do końca czystą bielą okrył okolicę, zmuszając pługi i piaskarki do pracy na nocną zmianę, by wydobyć czerń chodników i jezdni. Autobus jedzie szybko, nie zatrzymując się na większości przystanków, dzięki czemu łapię przesiadkę bezkonfliktowo, wpadając w czasową dziurę między stadami kanarów zarabiających na utrzymanie w centrum Miasta.


Podziwiam okularnicę w czapce-muchomorku pijącą kawę z papierowego kubka i panią o okrąglutkiej pupie z obrzydzeniem weryfikującą miejsce siedzące, godne jej posiadłości. Jakiś szczur inteligentnie usiłuje wykorzystać sygnalizację świetlną, by przejść na pasach, wyczekując właściwej chwili. A Nóżkę zaskakuję przed pierwszym z jego punktu widzenia salonem sukien ślubnych, ba! Baristka jeszcze nie tańczy z krzesełkami w objęciach, więc zdecydowanie przed czasem dziś ląduję w codziennościach.


    Wracając podziwiam długowłosą panią, której towarzyszy brodacz. Pani odgradza się od niego naprawdę kolczastym kaktusem, więc pewnie nieźle nabroił, choć siatę z Biedronki dźwiga dość dobrze wypchaną. Obok stoi dryblas zabiedzony bardzo, za to na rękach ma taką masę pierścieni, że porządny kastet nie powstydziłby się ilości materiału.

poniedziałek, 16 lutego 2026

Krusz ganek i krużganek.

 

Chłop odprowadzał (jak zwykle) swoją Panią do autobusu i machał jej ręką, jakby wyjeżdżała na podbój Syberii. Kiedy odjechała, spokojnie poszedł sobie – pewnie po bułki do piekarni. Młody, lecz bez wątpienia ślepy facet stojący na przejściu dla pieszych nie zauważył autobusu – rozejrzał się i kiedy się upewnił, że nadjeżdża, wbiegł na jezdnię. Samobójca? Na ścieżce rowerowej zdychała hulajnoga żałośnie mrugając diodowym okiem. Kloszard z wysiłkiem popychał swojego TIRA zbudowanego z dziecięcego wózka. Objuczył go taką ilością worów, że sprzęt schował się pod nimi całkiem. A przecież łowy dopiero się rozpoczęły.


Nad bulwarami niebo patrolują kormorany i gawrony zgromadzone tak licznie, że zabrakło im czubków drzew i muszą przysiadać na dzwonnicach i świątynnych instalacjach odgromowych.

niedziela, 15 lutego 2026

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości cz.39

 

    Mawiają, że zwycięskie wojska piszą historię. Zwycięskie, najczęściej oznacza najgorsze, najbardziej brutalne i podłe, sięgające po rozwiązania, o których ci z resztkami sumienia nie śmieli nawet pomyśleć. Dziś walczymy słowami, na platformach politycznych i kogóż tam mamy, bo zapewne same anioły?

Spieczona pieczarka z pieca w pieczarze.

 

    Zewnętrze ponure, jakby właśnie szło za trumną kogoś bliskiego i to pod wiatr. Piach, hojnie sypany w czas śniegów na szlaki wiodące do poszczególnych klatek reguluje ruch osiedlowy. Tylko dzieci i psy potrafią zmienić tor ruchu i wydostać się z tych szczególnych kolein. Opustoszały plac zabaw wydaje się być strefą zakazaną, zamkniętą dla użytkowników, choć trudno uwierzyć, że nagle wszystkie pisklęta dorosły – to byłby materiał na niezły horror. Z wrażenia wiatr wstrzymał oddech i nie rozsiewa obiadowych aromatów zarażając balkon za balkonem niedzielnymi smakołykami.

piątek, 13 lutego 2026

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości cz.38

 

    Susza hydrologiczna, to fakt, który doskwiera nam niemal każdej wiosny, a zasoby wody pitnej w Polsce są dramatycznie małe. Jednocześnie Państwo każe płacić ludziom podatek od deszczu spływającego z ich dachów.


    A nie powinno im raczej dopłacać, że oddają słodką wodę?

czwartek, 12 lutego 2026

Orędzie – narzędzie do orania?

 

    Wysłany po obowiązkowe dziś rozpustne pączki grzecznie staję w kolejce. Niewielkiej, bo wyszedłem, gdy tylko pierwsze kuchnie zapłonęły prostokątami świateł. Istota w rozpiętej kurtce była płciowo ukryta tak doskonale, że choć patrzyłem i słuchałem zamówienia, nie byłem w stanie zdecydować się na wybór płci. To przerażające. Podający rozpustę szef piekarni też konwersował z istotą w sposób płciowo obojętny, nie dając podstaw do osadzenia jej w konkretnej płci i zapewne także odczuwał lekki niepokój – jak zwracać się do takiego Karampuka, żeby niechcący go nie urazić?


    Sroki sprawdzają, czy osiedle wciąż funkcjonuje prawidłowo i wszystko jest na swoim miejscu. Psy, jak to psy, raczej wszystko olewają. Odwilż sprawia, że okolica cuchnie. Tak po prostu. Ludzkością. Cywilizacją. Na pewno nie naturą. W tajemniczym świetle przedświtu kolory są bardziej intensywne, nasycone jak gąbka po deszczu. Lada chwila minie ów magiczny czas i znów kolory ostygną i poszarzeją.


    Zabawka na dziś:

    Ul – mąż Uli, Laur – mąż Laury, Wieś – mąż Wiesi, Bas – mąż Basi, Róż – mąż Róży, Lis – mąż Lisy, Kali - mąż Kaliny.

środa, 11 lutego 2026

Szyb bez szyb i za słona zasłona.

 

    Zanim dzień położy swoje łapska na okolicy, świat wydaje się być miejscem niemal tak cichym, jak kosmos. Zaledwie w kilku sypialniach coś się dzieje - ktoś cierpi na bezsenność i zlicza pogłowie merynosów, inny szlocha nad miłością, która zapomniała jego adresu. Jakieś światło zawstydzone własną odwagą wycina w nicości zimny prostokąt, przez który wypaść można do równoległych rzeczywistości. Latarnie-spławiki taplają się w nieskończonościach zewnętrza i szukają bezpiecznych brzegów. Zapewne gdzieś tam, w tej gęstwinie pełnej niczego i wszystkiego przedziera się emeryt-obrońca snu sprawiedliwych i patroluje, czy zły los nie szykuje większego draństwa na śpiących. Pochłonięty ideą, że może pomóc – zlicza kroki dzielące go od stróżówki. Strojny w kolorowe szkiełka samochód wyznaczył linię jezdni, bo chyba nie był aż tak zuchwały, by jechać najkrótszą drogą ku wylotowi osiedla. Samolot ryje bruzdę w ciszy i nikt nie dzwoni na policję, żeby go skarciła za naruszenie spokoju publicznego.


    W taką noc można naprawdę poczuć, jak bardzo jest się niepotrzebnym światu, który poradzi sobie doskonale, nawet gdy dzień nie będzie miał kogo obudzić.

wtorek, 10 lutego 2026

Bakterie w baterii baterii.

 

    W czas chłodu świat zdaje się czystszym, bardziej sterylnym i przejrzystym. Lato, to niekończący się kurz i hałas. Zima, to dostojeństwo ciszy. Wyglądam oknem, bo tak najłatwiej. Pojedyncze postaci pojawiają się na moment i w nerwowych, drobnych kroczkach nikną. Psy nawet zadzierając łapy sprawdzają, czy się ich nie porzuca na rzecz ciepłego schronienia. Tylko zawodowcy od śmieci poruszają się z precyzją profesjonalistów. Domowe przedszkole obowiązkową godzinę na świeżym powietrzu spędza, a dzieci najwyraźniej są mrozoodporne i nic nie robią sobie z pogody. Porozrzucane zabawki ułożone w tajemniczą granicę dzielącą niezbyt rygorystycznie świat na części, a każdy z maluchów bez trudu zmienia swoją lokalizację względem niej, co najwyraźniej sprawia im sporą frajdę. Wyjść? I przekroczyć?

poniedziałek, 9 lutego 2026

Nawiozłem nawozu na wozie wodza za wodze wiodąc.

 

    Zewnętrze podejrzanie pachnie wiosną. Odwilż w pełni. Piach, suto rozsypany po ciągach komunikacyjnych chrzęści pod nogami. Za murem okalającym osiedle rośnie lipa, piękna nawet zimą. Jej kształtna korona nieodmiennie przypomina mi właśnie lipowy liść, pełen nerwów. Na podwórku przedszkole realizuje się, dokazując radośnie. Aż miło posłuchać, że świat wciąż śmiać się potrafi. Apetyt na świeżą bułkę wygania mnie do piekarni, na opowieści pani o rzednących włosach, trochę gderającej, ale i tak podnoszącej średnią wesołość okolicy. Młode kobiety o zaciętych twarzach chronią się pod karoserie eleganckich samochodów, gdy tylko wykopią lekarstwa, warzywa, względnie odbiorą przesyłki z wielkiego świata. Mruczę mantrę na dziś:


    Dostojni stoją w stajni, jazda zajeżdża na zajezdnię, a przechodnie przechodzą przez przychodnię.

niedziela, 8 lutego 2026

Łopata opata to zapłata za opłatek.

 

    Zapodziało mi się ostatnio kilka widzeń, więc z pamięci choć ze dwa podrzucę. Przechodziłem koło jakiegoś bezlistnego drzewa, które uważam za klon jesionolistny (przynajmniej do wiosny) i właśnie wtedy nadleciało jakieś spore, rozbrykane stadko. Wysoko się bawiły i ruchliwe były mocno, więc nie mogłem się zdecydować, czy to drozdy, czy kwiczoły. Oczywiście znaczenia większego to nie ma, bo cieszyłem się, że w ogóle coś plądruje drzewo z nasion.


    A potem pogoda zaczęła doskwierać nieco mocniej. Mijały mnie kobiety-matrioszki. Niskopienne, pięknie rozbudowane w biodrach, co dodatkowo podkreślał ich strój, z grubymi, puchatymi kurtkami na wierzchu, gubiącymi wcięcie w talii. Widzenia powtarzały się, rodząc podejrzenie, że inaczej zbudowane panie albo się przeniosły w cieplejsze kraje, albo są starannie zamknięte w domach i ukryte pod pierzynami.

Nie całkiem prasówka – wikipediówka.

 

    Usiłowałem zebrać w całość wieści z półwyspu arabskiego i zrozumieć, o co chodzi. I tak mi wyszło korzystając z materiałów z Wikipedii:


    Huti – Jemeńska organizacja polityczna i wojskowa przeciwna zakusom USA, Izraela i Arabii Saudyjskiej. Wojna domowa w Jemenie toczy się o władzę. Obce Jemeńczykom wywiady usiłują skłócić naród i postawić na czele rządu marionetkę przychylną tym właśnie krajom, co spotyka się z protestami, a media podległe zachodnim funduszom wpływają na opinię publiczną, by uzasadnić jakoś mieszanie się obcych w sprawy suwerennego kraju.


    Hezbollach – Libańska partia polityczna, wspierana także przez Syrię. Powstała w wyniku izraelskiej okupacji Libanu dzięki wsparciu Iranu. Absolutnie przeciwna USA i Izraelowi, ale w końcu są u siebie i chcą decydować o własnym losie, a nie dostawać polecenia od prezydenta USA czy szefa Izraela.


    Hamas – jedna z dwóch głównych partii Palestyny. Bronią się przed kradzieżą ich państwa przez Izrael, uważając teren za historycznie arabski, islamski wykluczając możliwość porozumienia, czy trwały pokój z syjonistami i państwem żydowskim.


    Pośród sąsiadów Izraela najciszej jest o Egipcie, jednak i oni borykali się z apetytem Żydów i utracili na dwadzieścia lat półwysep Synaj, który do spółki z Syrią tracącą Wzgórza Golan usiłowali odzyskać.


    Izrael powstał z decyzji ONZ o podziale Palestyny na część arabską i żydowską. Powstanie tego państwa nie zostało uznane przez wiele państw arabskich, co powoduje nieustające konflikty w tej części świata. Korzystając ze zdumiewająco dobrych kontaktów z USA, Izrael coraz śmielej rozrabia w rejonie, a kiedy przestaje sobie radzić, żąda od Wuja Sama wsparcia. Kiedy rzucili się na 93-milionowy Iran, prawie natychmiast okazało się, że „żelazna kopuła”, to raczej durszlak i trzeba było poprosić o pomoc Wielkiego Brata. Praktycznie każdy sąsiad jest atakowany przez Żydów, którzy krok po kroku przekraczają granice, rozszerzając swoje wpływy pod parasolem Wielkiego Brata, a wszelka krytyka ich działań określana jest jako antysemityzm. Apetyt Żydów jest nieskończony, a ich wpływy sięgają tam, gdzie oficjalna dyplomacja nie radzi sobie. To co wyczyniają w „strefie Gazy”, czyli na terenach palestyńskich, nie da się nazwać inaczej jak rasistowską wojną na wyniszczenie Palestyńczyków. Każdy z sąsiadów „dorobił się” zgrabnej łatki - Huti, Hamas, Hezbollach… bo tak łatwiej wmawiać postronnym, że walczą z „ugrupowaniem terrorystycznym”, a nie z całymi narodami broniącymi własnych ziem i wiary. Z sąsiadami. Jeżeli cokolwiek kipi w tamtym rejonie zawsze maczają w tym paluchy przedstawiciele Narodu Wybranego, jak zwykle najmocniej pokrzywdzeni.

sobota, 7 lutego 2026

Prasówka cd.

 

    Wrzesień, październik i listopad 2025 – Wiadomości na WP całymi miesiącami zachłystywały się masowymi atakami setek niedościgłych dronów na rosyjskie elektrownie, elektrociepłownie i rafinerie w obrębie całej Rosji. Dzielni Kozacy jeśli nie osłabili wrażego potencjału, to przynajmniej napsuli krwi cywilom, a ich „wysiłek wojenny” nieomal przyniósł sukces i niebiesko-żółtą flagę na Kremlu.


    Luty 2026 – Rosyjscy zbrodniarze przeprowadzili kolejny zmasowany atak na ukraińskie obiekty energetyczne. Dzielna Ukraina walczy, ale potrzebuje zwiększonego wsparcia Polski, bo zimno dokucza tak, że trudno będzie te flagi zawieszać.


    Coś, co jeszcze kilka lat temu nazywało się ohydnym atakiem terrorystycznym, obecnie w mediach nosi różne miana, w zależności od tego, kto nacisnął guzik i czyje dobra zostały zniszczone. Podobnie rzecz się ma z atakami na wysokich rangą urzędników, generałów, naukowców. Media najwyraźniej mają sklerozę, albo korzystają z tzw „podwójnych standardów”.

Droga powrotna.

 

    Na globalnym kongresie panel światowych ekspertów do spraw raju utraconego ustalił bez cienia wątpliwości, że jabłko pożarte przez pramatkę i praojca było niewielkie, czerwone, miało kształt zbliżony do serduszek, jakie ryją zakochani chłopcy na meblach, czy murach. Zaproszeni na konsultacje sadownicy na podstawie opisu stwierdzili jednoznacznie, że to odmiana mekintosz sprzed modyfikacji genetycznej.


    Popularność owych owoców może być przyczyną, dla której powrót do raju natrafia na przeszkody, więc drzewa i owoce obłożono anatemą i będą ścigane przez Świętą Inkwizycję. Jak zapewniają eksperci, utylizacja zła wcielonego otworzy rzeszom ludzi dostęp do rajskiego ogrodu (z którego feralną jabłoń spacyfikuje specjalny oddział komandosów).

Homofobia.


    Kiedy umysł spłata ci figla i ogłosi się Mesjaszem, trafisz jako pacjent do szpitala psychiatrycznego, choćbyś miał rację, albo przynajmniej dobrze się zapowiadał.

    Gdy jednak ogłosisz się kobietą, zapewne ten sam psychiatra wystawi ci zaświadczenie, że „jesteś kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny” i pozwoli sikać w damskiej toalecie, albo zostać mistrzem świata w damskim boksie, w którym (jak powszechnie wiadomo) najlepsi są mężczyźni.

    Tych, którzy zaprotestują przeciwko psychiatrycznemu świadectwu, prawo z całą bezwzględnością zacznie prześladować i grozić więzieniem, a medialna nagonka rozszarpie ich na strzępy.


    Czym zawinili nam Mesjasze? Kiedy świat głosi herezje, być może ich „nauki” są mniej niebezpieczne.


piątek, 6 lutego 2026

Piernik w piekarniku, róża przy różaneczniku.

 

Pani zdawała się żyć w cieniu swojego mężczyzny, choć cień rzucała ciut większy. Ustawiała się konsekwentnie pół kroku przed, czasem za, byle tylko ochronił ją przed światem parawanem swojej niezbyt okazałej męskości. Obok, niczym kulki tiki-taki stała okrąglutka parka, a jeśli łączył ich sznureczek, to musiał być bardzo krótki. Szlachcianka Z Zaścianka postanowiła przetestować podmiejski autobus, nie chcąc fraternizować się z mieszczuchami z peryferii.


Wiaty przystankowe i mury wzbogacone masowo cyrylicą, serwowaną na każdym kroku, przypominają mi węgierski pomysł, aby każdy obcokrajowiec, który dopuści się przestępstwa był karany (oprócz wyroku sądowego) nieodwołalną deportacją. Brak obozów przejściowych i nasza naiwna „gościnność” sprawiła, że do Polski (i Europy) wpuściliśmy mnóstwo szumowin, których teraz Niemcy i Usaki usiłują nam „odsprzedać”. Chroniąc Unię przed (z grubsza) stu tysiącami uchodźców z terenu Białorusi zbudowaliśmy mur lepszy od berlińskiego, a tuż obok miliony NN witaliśmy nie tylko chlebem i solą, ale i przywilejami, na które nas nie stać.


Nóżkę spotykam jak należy – pomiędzy salonami ślubnych kiecek. Trzymam się harmonogramu, co świadczy dobrze o mojej systemowej obowiązkowości. Na śniegu koła samochodu wyrzeźbiły serduszko w trakcie manewrów.

wtorek, 3 lutego 2026

Zielsko jest zielone, róże różowe, fiołki fioletowe, zło zapewne złote, a granaty? Ręczne!

 

Moda na parkingi zlokalizowane przy pętlach MPK. Końcowy przystanek takiej linii ma oznaczenia P+R – bo to brzmi dumnie. „Łatwiej” w Polsce powiedzieć Park & Ride niż parkuj i jedź. Szczególnie gdy się weźmie przekaz idący ze skrótu: P+R, to zagadka w sam raz od Sfinksa, a Pij? Zachęta do podróżowania po pijaku? Ludzie skostniali stają się uczuciowo dyskretni w czas mrozów, co rozrzedza gęstość spostrzeżeń, więc radzę sobie dywagując. Książkowo najlepsze z warzyw? Best seler!


W autobusie kobiety solidne i tajemnicze. Jak Bieszczady. Rzadko zasiedlone, piękne lecz zdecydowanie młodsze od gór, choć wymodelowane na wzór i podobieństwo. Swobodnie mogłyby startować w lżejszych kategoriach sumo – dwie sumitki na macie się sumują? Sumitują? Nieważne, byle się nie rozsmarowywały po macie (zmatowiały? Szach-matowały?). Na przystanku w lichym wdzianku (brzmi jak początek dziecinnej wyliczanki) foliowej torby marzną zapomniane przez kogoś jabłuszka i mandarynki. W tramwaju kobiety potrafiące szeroko rozsunąć stopy, trzymając przy tym kolana razem. To trudna sztuka i ukradkiem, żeby mnie nikt nie podejrzał – usiłuję. Niewygodna pozycja, ciężka do utrzymania siłą woli, bo sprzeczna z przyzwyczajeniami mięśniowymi.


Kłąb czarnych ptaków leniwie krąży ponad rozgrzebaną ulicą nieopodal Rzeki i cierpliwie czeka na padlinę, wierząc że musi się trafić jakiś kąsek. Czyściciele plądrują uliczne kubełki, bezbłędnie wyłuskując opakowania również szklane i plastikowe obciążone dziedzictwem spadku – pięćdziesiąt groszy za sztukę, to chyba lepszy zarobek, niż puszka po piwie. I konkurencja mniejsza, i łowisko większe.


    Po południu zaczął się czas kormoranów. Najpierw, z okien tramwaju widziałem siedzące na Rzece na skraju lodu. Wyglądały jak czarne, szachowe bierki. Później, wysoko na niebie wielkie klucze leciały w górę Rzeki, za Miasto. Może o czymś wiedziały, ale nie ostrzegały krzykiem, tylko co sił w skrzydłach uciekały za Miasto. Za to wsiadając do autobusu uśmiecha się do mnie brunetka, której nie znam na pewno. Dziwne, ale po takim początku, zamiast się przysiąść, bo miejsce było wolne, poszła sobie daleko hen. Więc może mi się zdawało, bo raczej jej nie przestraszyłem. Szkoda. Miło byłoby posiedzieć obok zadowolonej kobiety.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Kompania na kampingu kąpie się w skąpo skomponowanym kompocie.

 

Już-Nie-Ruda Kobra wpatrywała się w posiwiały od mrozu asfalt, a ja, patrząc na nią dostrzegam, jak byłaby bezbronna, gdyby ktoś rozebrał ją z okularów – drobny gest, a wystarczyłby, żeby przeistoczyła się w kruchą dziewczynkę. Postrzelony Ochroniarz wierci się i rozgląda tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Widać, z przejściem na rentę/emeryturę czujność zawodowa nie mija. Kiedy wstaje, od owej rozbuchanej żywotności dolne partie stroju nieco go opuściły i świeci pośladkami wprost w oczy niewiasty krępej, obudowanej termicznie zarówno naturalną materią, jak i sztuczną. Aż zesztywniała z wrażenia. Za to chłop miejsce wygrzał doskonale i zaraz znalazła się chętna pani eksperymentująca z włosami, co widać było po gasnących pasemkach i fryzurce spiętej w coś skomplikowanego, pomiędzy biednym warkoczem, a rozkwitającym kokiem.


W potok Starych Dobrych Nieznajomych czas byłby chyba zaliczyć panią w wiśniowej czapie z wielkim pomponem przypominającym sporego buraka ćwikłowego. Gdyby uznać ją za wisienkę, ona sama musiałaby być Tortem, a przynajmniej okazałą Tortoletką. Istnieją tortoletki z wisienką? Jedna już tak! Poranny nalot kanarów stał się już oczywistością, ale dopiero dzisiaj wymyślam praprzyczynę – o poranku w Miasto startują ludzie pozbawieni energii, zaspani uczniowie i robotnicy w letargu ponocnym. Więc kontrola przebiega bez zakłóceń i nie wnosi ryzyka udziału w sportach walki. Po południu, czy wieczorem, kontrola może stanowić sport ekstremalny, gdy rozbuchane ego podpompowane gorzałką zacznie poszukiwania sparring partnera.


W tramwaju zewnętrze zasłania mi naklejona na szybę informacja-reklama. Od drugiego września nieznanego roku MPK pochwali(ło) się nowymi relacjami. Naklejka spłowiała, więc to zapewne jakaś zamierzchła przeszłość psuje mi obraz Miasta i można byłoby ją w końcu zdjąć. Zerkam pod nią, na Rzekę oświetloną spodem podwieszonego chodnika. Wyschnięta choinka zniknęła z lodu kurczowo trzymającego się brzegu i już go nie szpeci. Przez przeciwległe okno mrugają do mnie światełka na moście wiodącym w Dzielnicę Boga. Najwyraźniej wciąż tam świętują Boże Narodzenie, bo most jest oświetlony, jakby to sam Bóg płacił rachunki za prąd. Nóżkę spotykam zaledwie kilka kroków od bliższego z dwóch salonów sukien ślubnych, więc spieszyć się nie muszę. Chodnikiem toczy się podskakując nieco wychudły balonik, wyglądający jak dojrzały bakłażan, a Baristka chyba za niechętną zgodą szefa zrezygnowała z ustawiania zewnętrznych stolików.

Prasówka cd.

 

    SpaceX złożył wniosek do amerykańskiej komisji o zgodę na rozmieszczenie w przestrzeni kosmicznej MILIONA SATELITÓW na potrzeby bazy danych dla SI.

    Na zaśmiecanie wszechświata, jak widać, wystarczy zgoda jakiejś stetryczałej komisji w USA – reszta świata nie ma nic do gadania. Może jakiś ślad węglowy, odpowiedzialność społeczna i eko-świadomość?c Nie, no, dobra – oczywiście to wszystko dla NASZEGO DOBRA, żeby miliardy ludzi mogły (oczywiście za drobnym wynagrodzeniem) korzystać z usług SpaceX. A prywatna firma będzie właścicielem bazy i danych. Oczywiście szpiegować nie będą, bo gdzieżby to. W kolebce demokracji? Nigdy w życiu!

niedziela, 1 lutego 2026

Oszukać los.

    Był zbyt delikatny. I miał na to papiery. Ze szpitala psychiatrycznego. Od dziecka wzruszał się mocniej niż koleżanki z klasy, a jego wrażliwość stwarzała mnóstwo kłopotów. Urodzona oferma, już nie tyle klasowa, co szkolna. Zamknięty w sobie - w jedynym miejscu, gdzie czuł się bezpieczny i gdzie nie docierały docinki. Małe istoty, nim staną się ludźmi, są bardziej bezwzględne, niż głodne drapieżniki. Dojrzewał pośród rozmów ze sobą, bo nikt nie chciał się zbliżyć, by i do niego nie przywarła łatka fajtłapy. Autyzm? Schizofrenia? Asperger? Na pewno nie mieścił się w kategorii „normalny”, przynajmniej dla rówieśników.


    Dorastał więc w cieniu przebojowych dzieciaków, gwiazd kina, przyszłych mistrzów sportu i wodzów plemienia. Idealista, o którym reszta nie potrafiła powiedzieć nic więcej, jak łajza, oferma, inny. Kacper z wiekiem okrzepł, przestał oczekiwać od świata pobłażania, czy uwagi. Nawet rodzinny dom nieszczególnie kruszył mury otaczające jego wnętrze. Całe życie obok, aż los okrutny pozbawił go jednocześnie całej rodziny. Czemu przeżył? Zwyczajnie „zapomnieli” zabrać go na wycieczkę, a los pokierował ręką pijanego kierowcy tak, że z dnia na dzień został sam, by zmagać się z prozą życia. Rachunki, zakupy, wreszcie zarabianie pieniędzy, by po prostu żyć. Same niemożliwości.


    Chłopiec, nim zdążył obudować się nieprzemakalną zbroją ukrywając się wewnątrz przez złośliwostkami, odkrył, że potrafi trzymać w ręku kredki, czy ołówek. A kiedy w domu pojawiły się farby, pierwszy raz ośmielił się ujawnić. Poszedł jak po swoje, zgarnął ze stołu nie pytając czyje i czy można. Zamknął się w pokoju, by natychmiast wypróbować. Palcami i pędzlem, niemal polizał co bardziej kuszące kolory. Farby stały się jego żywiołem. Brakującym zmysłem i towarzystwem. Zaprzyjaźnił się z nimi w okamgnieniu, choć bez fachowego wsparcia. Istny samorodek. Kto widział jego dziecięce prace, musiał dostrzec talent. Ale mało komu pozwalał aż tak się zbliżyć. Zaufał dopiero pani doktor, która jako pierwsza przedarła się przez zasieki, którymi się ogrodził. I to ona, stara panna, nieświadomie matkując wspierała jego wątłą wiarę, że warto malować, warto komuś pokazać co stworzył.


    Dla samotnika było to trudne. Lekarka wzięła sprawy we własne ręce i powiesiła kilka prac u siebie w gabinecie, domu, po rodzinie. Znalazła nawet galerię, w której szefowa, Marta, zgodziła się powiesić kilka prac „na próbę”. Gdy tylko ktoś się zainteresował, sprzedawały mu obraz, oddając pieniądze Kacprowi, który nie do końca czuł ich potęgę. Ale rozumiał, że mogą być gwarancją bezpieczeństwa i stabilności. Pozwalał Elizie grzebać w płótnach, zabierać obrazy, których więcej miał nie zobaczyć, a ona przynosiła banknoty, dzięki którym mógł prawie nie ruszać się z domu. Najczęściej, wraz z pieniędzmi przynosiła mnóstwo zakupów, wiedząc, jak trudno mu wyjść z czterech ścian. Bał się ludzi. Tłum go paraliżował, a najprostsze czynności stawały się wyczynem.


    Mając tak niewiele bodźców, zmuszał wyobraźnię do wielkiego wysiłku, by jego dzieła nie były kalką poprzednich. Musiało się stać, że namalował Elizę i to nie raz. Kiedy znalazła pierwszą swoją podobiznę, zawstydziła się, choć obraz był niewinny. Przynajmniej z pozoru. Bo doświadczona, nauczona zwracać uwagę na detale kobieta zrozumiała od razu. Kacper malował z duszy, więc nie namalowałby obojętności, musiał czuć i natychmiast dostrzegła to, co w niej widział – piękno, bezpieczeństwo, nadzieje. Podobała się sobie na obrazie, zdawała się być młodszą, piękniejszą i niemal czuła ruchy pędzla, które ubierały jej nagość pierwotną w służbowy uniform. Naprawdę namalował ją bez bielizny? I to tak, że zdołała rozpoznać? Była starsza od mężczyzny o całe pokolenie. Bliżej matki, niż kochanki. A przecież z wizerunku odczytała, że widzi w niej dużo więcej niż starą kobietę.


    Wtedy uciekła, wstydząc się. Mimo zawodowej wiedzy, mimo lat słuchania wyznań bardzo intymnych, niedostępnych dla nikogo - wystraszyła się. Gdy szok minął, wróciło poczucie obowiązku. Czuła się odpowiedzialna za Kacpra, choć nikt jej nie zmuszał do poświęceń. Wróciła, wiedząc, że jego pędzel znów ją rozbierze. Ciało nie było już atrakcyjne – lustro nie kłamało. Ale w jego oczach była młoda. Pozwoliła nie tylko się rozebrać, ale stała się nauczycielką miłości. Jej wizerunki zaczęły zapełniać ramy kolejnych, coraz odważniejszych płócien. Obrazów, których nie śmiała wynieść ani do pracy, ani do domu. Kiedy jedno wyniosła do galerii, wzrok Marty powiedział jej wszystko. Poznała Elizę i najwyraźniej zazdrościła jej, jak ją Kacper uwiecznił. Reszta leżała za szafą przyciśnięta kolejnymi wersjami. Nie poradziła sobie z sobą. Kładąc się spać, połknęła z premedytacją całą paczkę leków nasennych, by się już nie obudzić.


    Kacper zgasł, gdy do jego świadomości dotarła prawda. Przestał malować. Machinalnie przekładał obrazy bez ram, szukając gotowego wizerunku Elizy stosownego do nastroju. Garstka banknotów topniała szybko, nie miał kto jej uzupełniać. Gdy w końcu przejrzał na oczy, farby nie nadawały się do użytku. Musiał wyjść do ludzi. Uzupełnić braki tak w pracowni, jak w kuchni. Szczęście sprzyja szaleńcom. W sklepie z artykułami dla malarzy spotkał szefową, która w sposób znany wyłącznie kobietom z szóstym zmysłem rozpoznała go z opisu Elizy. Bez trudu naciągnęła Kacpra, by przyniósł jedno z płócien, na którym Eliza wciąż żyła i była piękną, najwyraźniej trafiając do duszy Kacpra przez dziurkę od klucza, który chyba nie istniał.


    Kiedy pierwszy obraz znalazł właściciela, zanim zdążyła powiesić go w zakładzie, złożyła Kacprowi propozycję stałej współpracy. Kiwnął głową na zgodę i raz na miesiąc przynosił kolejne dzieło. Kolejną Elizę tańczącą, śmiejącą się, czy wreszcie kochającą… Znów malował, ale już nie tak spontanicznie. Nie każdego dnia, nie regularnie. Zaczął malować histerycznie. Zrywami, gdyż życie pulsowało w nim jak lawa nim znajdzie ujście kraterem. Niewiele świata widział, ale potrafił stworzyć go takim, jakim chciał żeby powstał.


    Gdy upłynęło trochę czasu można było odkryć zdumiewającą regularność. Robił się nerwowy przed pełnią księżyca. Opuszczał go sen i krążył po domu, jak lew w klatce. A kiedy księżyc się wypełnił, rzucał się na płótno i malował nie patrząc. Nie musiał. Malował miłość do kobiety. Za każdym razem innej. Obraz powstawał w jedną noc, a on padał ze zmęczenia, gdy słońce zajrzało do pracowni. Gdy wstawał z podłogi zbliżał się zmierzch. Z nie do końca wyschniętego obrazu zerkała na niego kobieta. Jego nowa pani. Nim opłukał ręce, schodziła z obrazu, by porozmawiać. Zatracić się w uczuciach, utonąć w miłosnej przepychance, tańczyć i przytulać się bez końca. Kacper stawał się wówczas bogiem, a może demonem. Nie spał, jadł tylko wtedy, gdy jego pani zapragnęła właśnie tego, dawał i brał po równo. Bez ograniczeń, bez chowania się w siebie. Nigdy wcześniej nie odsłaniał się aż tak, więc to musiała być miłość.


    Każde bez końca trwało dokładnie trzy dni. A potem, jego aktualna pani uśmiechała się do niego, dawała całusa i zaczynała poszukiwać ubrania. Gdy się udało, wspinała się na obraz i zostawała tam już na zawsze. Bez słowa, bez nadziei na powrót. Kacper wył z bólu, po każdej stracie. Szukał sposobu, by którąkolwiek zatrzymać dłużej. W szale miłości chował ukradkiem sukienkę, czy buty, ale to nie pomagało. Kobieta, która nie znajdowała ubrań, przepraszała go i nieco zawstydzona wspinała się na płótno bosa i naga. Jedną próbował wcześniej upić, jednak poszła i tak, nieco tylko chwiejnym krokiem.


    Przez trzy dni był najszczęśliwszym facetem na świecie. Ale za szczęście musiał zapłacić tygodniem życia. Przesypiał cały, ledwie się budząc, gdy zmusiła go fizjologia. Kolejny tydzień wracał do żywych. Sprzątał, podświadomie oczekując kolejnej miłości, gruntował blejtram i stawiając na sztaludze niejako zapraszał tę miłość w dom. Księżyc rósł niespiesznie, gdy Kacper decydował się na wyjście z domu. W papier pakowy owijał płótno i niósł do galerii. Głaszcząc przez papier, szeptał słowa miłości, przepraszał, ale nigdy nie znalazł siły, żeby zerknąć na twarz dopiero co utraconej miłości. Zerkali inni. Obrazy kochanek nigdy nie spędziły w galerii więcej czasu jak kilka dni. Ostatnio, choć szefowa znacznie podniosła ceny, pojawiały się zgoła zamówienia in blanco. Na obraz, który dopiero namaluje w kolejnym miesiącu. Marta wspominała coś, że zorganizuje aukcje na kolejne dzieła, a Kacper apatycznie się zgodził. Na wszystko, byle nie musiał oglądać obrazu. Nigdy!


    Minęło w tym względnym rytmie trzy lata, kiedy w kolejnej euforii księżycowej pełni namalował świeżą miłość i jak zwykle zwalił się u jej stóp. Gdy otworzył oczy… z obrazu właśnie zeskakiwała Eliza. Na bosaka. Młodsza, niż ją pamiętał, jeszcze piękniejsza. Przytuliła się do Kacpra, jakby nic się nie stało. Płakał, choć nigdy wcześniej tego nie robił, może nawet nie umiał. A teraz łzy lały się z niego, jakby chciał za jednym zamachem wypłakać się do dna. Nie rozumiała, skąd ta rozpacz, więc jej opowiedział. Trzy dni. Pierwsze i ostatnie. Żadnych nadziei na ciąg dalszy. Wyszła z jego pamięci, z fantazji, przeskoczyła farbą na płótno, by mogli się pożegnać i zniknie znów – tym razem bez powrotu.


    Trzydniówka musiała być różna od poprzednich. Żadnych uniesień, żadnego tańca, czy wspólnych posiłków. Patrzyli sobie w oczy i rozmawiali, wiedząc, że czas się im kurczy. Z desperacji Kacper usiłował zatrzymać zegar, ale co to zmieni, skoro księżyc kontynuuje spacer ku nowiu?


    - A gdyby – szepnęła Eliza – A gdyby przechytrzyć los?


    - Spalmy płótno! - zaproponował Kacper


    - To może być za mało – umysł Elizy nie stracił na ostrości – jest lepszy sposób. Ubieraj się!


    - Jaki? - rozgorączkowany wciągał spodnie gotów na wszystko, byle nie stracić Elizy.


    - Będziemy gonić księżyc. Żeby do końca życia była pełnia, my też będziemy w drodze. Wystarczy, że odważysz się wyjść z domu i pojedziemy jego ścieżką. Dasz radę?