W Miasto ruszyły minispódniczki, praktycznie wymuszając wiosnę. Nie ma to jak łagodna siła perswazji, działająca na całkiem spory odsetek mężczyzn. Do łask wróciły końskie ogony i można oglądać sporo pięknych okazów. Przydałoby się tylko ozdobić je dodatkowo choć wątłym uśmiechem, ale tego chyba nie uczą w szkołach, czy zakładach pracy.
Kędzierzawy chłopak na kolanie odrabia lekcje jadąc autobusem. Wybranka kierowcy, nim wysiądzie solidnie podciągnie majtki i wymieni pieszczoty z prywatnym szoferem. Zerkam za okno i widzę, że świat odzieżowy podzielił się na dżinsy, dresy i leginsy, dla innych wyborów zostawiając bardzo wąski margines. Na przystanku, żeby odszyfrować rozkład jazdy wspina się na palce malutka, okrąglutka niewiasta i zadzierając nos czyta z mozołem w świetle latarki z telefonu. Na wystawie drewniany pelikan krytycznie przygląda się konikowi na biegunach i musi przyznać, że to nie jego rozmiar, więc o bujaniu może tylko pomarzyć. Za to elektrociepłownia zapisuje na niebie dwie różne melodie z dwóch kominów. Ciekawe, kto je odśpiewa. W przechodniej bramie kuca wysokopienna chudzina i coś długie w telefonie. Na kolanie ma dziursko tak duże, że gdyby je odrobinę jeszcze powiększyła, mogłaby siusiać nie zdejmując spodni. Bożodrzewy kolonizują pęknięcia muru i wyrastają gęstą kępą, ciągnąc ku niebu, a byle wycinka im nie straszna, potrafią przetrwać mimo ludzkiej zapalczywości i wbrew woli pił spalinowych.
Popołudnie owocuje mnóstwem ciekawskich, młodziutkich pępków zwiedzających Miasto. I kilometrowych szali noszonych po kelnersku jak serwetki na przedramieniu. Wracam maszerując w rytm:
Piekła pieczeń w piekle i wyszło niebosko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz