poniedziałek, 19 października 2026

Dywagacje nad pustym kieliszkiem.

 

Siedziałem, a miejsce (jak raz) miałem z widokiem. Spoza rzadkich krat zerkałem na podwórzec niezbyt okazały i gdybym to ja miał zelżyć go stosownym epitetem, uznałbym, że jest zapyziały, zapomniany, w-sam-raz-by-właśnie-tu-upuścić-nadmiar-moczu-po-wcześniejszym-sowitym-spożyciu-w-lokalu-bez-cienia-kategorii. Lipa! Wielki Świat nigdy tu nie zajrzy, chyba że wyląduje tu UFO pchnięte niepojętą pięcioma zmysłami logiką, albo (dlaczego właśnie tu?) raczy się rozebrać Jednodniowa Wirtualna Gwiazdka dowolnej z miliarda płci zdefiniowanych przez Grono Szacownych Ekspertów! Jako zaskorupiały cynik nie potrafię uniknąć pułapki-pytania, skąd pochodzi owa „eksperckość”. Ćwiczyli ją na zniewolonych żonach, uległych kolegach z pracy, czy osobnikach przymusowo zamkniętych w zakładach nomem-omen zamkniętych? Dobrowolnie, czy wykorzystując AUTORYTET EKSPERTA? Nie jest jakoś pilnie strzeżoną tajemnicą, że faszystowscy dewianci, uniknęli po wojnie kary i kontynuowali badania w Stanach Wolnych i Demokratycznych, oczywiście na chwałę owej niepodważalnej demokracji i samozwańczych zwycięzców (dla tych ostatnich chyba bardziej) ustalając normy dla świata mającego historię liczoną w tysiącach, a nie dekadach lat.


Siedziałem sobie w TU. Wrony wydziobywały zaprawę spomiędzy starożytnych cegieł, stanowiących oprawę mizernego widnokręgu, obrazu, czy może zaledwie migawki bez znaczenia strategicznego dla Świata, sugerując, że bez wapnia tylko młodzieniaszek zgrzeszyć może twardością reprodukcyjną organu godną adnotacji w skali Mohsa. Wiatr bez zadęcia przepędzał opadłe z jego udziałem liście wiśniowej śliwy, kasztany toczyły się już samodzielnie, gdy wcześniejszy, samobójczy atak na kocie łby kute w granicie strzegomskim przez całą wieczność uwolnił je z kamizelki kocio-łbowo-odpornych, kolczastych, zielonych głów. Współwinny wiatr kwilił i pogrywał sobie arie na prętach krat zbrojeniowych, usiłując wtargnąć, ale ja nie zamierzałem mu ułatwiać przetrwania w warunkach zbliżonych do naturalnych. Okres połowicznego rozpadu szkła pozwalał mi się cieszyć optymistyczną sugestią, że wiatr mnie w życiu nie dosięgnie (Ech! Dlaczego mój okres połowicznego rozpadu przynajmniej nie dorównuje szkłu!? Niechbym się z tym wiatrem zmierzył za jakiś milion lat! Może miałbym szansę wynikająca z doświadczenia?).


Nieświadom (mam nadzieję) moich niepokojów moralnych, niepewności istnienia, pełnego złudzeń trwania bez instrukcji obsługi i azymutu, w jakim podążać należy, a jaki należy negować całych sił, póki śmierć mnie nie rozłączy z celem – przebiegł szczur.


- Taki se! – pomyślałem – Nie za wielki, może nawet niegodny miana szczura; pewnie zadowoliłby się mianem szczurka. A nawet jeśli nie, to co mi zrobi, gdy będę go tak traktował? Szczurek, szczurek – ćwiczyłem organ mowy, lekceważąc nawet to, że zniknął już w mysiej norze i tylko jamnik niefrasobliwie ciągnący jaja po ziemi (BDSM?) mógłby go wytropić, a przy odpowiedniej diecie, może nawet wśliznąć się w ową dziurę i definitywnie skasować wykorzystując zajadłość i ostrość kłów. Na jadowite węże nie miałem co liczyć, przynajmniej dopóki klimat nie zmieni się trwale i dramatycznie, aby żmijom rogatym, grzechotnikom, czarnym mambom, wężom koralowym i innym chciało się pokonywać oceany „za chlebem”. Pytony, boa i anakondy tym bardziej skazane byłyby na ścisłą dietę, bo przy ich masie emigracja, to prawdziwe wyzwanie logistyczne. Najwyraźniej szczurek cieszył się bezwładnością owych istot, a czy miał świadomość szczęścia, to już nieistotne. Uniknął splotów morderczych i jadu syczącego nadzieję na posiłek .Uniknął nawet kąśliwego-wzroku-mego, nim na skórze pojawiły się wypryski względnie liszaje zżerające powoli, ale nieuchronnie jego żywotność. Zostałem ja i podwórzec nijaki, lichy, zapodziany w czasoprzestrzeni nadaremnie i w sumie bez niego Wszechświat miałby się może lepiej, jak bez ubytku w lewej górnej szóstce. Cóż. Czarne owce nawet Wszechświatom się zdarzają. Dobrze, że wiatr mnie omija, a Szczurek jest ledwie punktowym zakłóceniem pośród ogromu nieistotności.


- Co pomyślał on? – czasem skłonny jestem do jesiennych, melancholijnych dywagacji, jednak wiek swoje robi i często przemawia przeze mnie cynizm – Na pewno mam mnie w dupie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz