czwartek, 22 kwietnia 2021

Riposta.

 

Wreszcie schwytał Boga! Za nogę!


Życie zmitrężył, by tego dokonać. Zawzięty był, jak to góral nękany gderaniem gaździny, a uparty tak, że osły kłaniały się, gdy przechodził obok.


- Udało się!


W rękach kostropatych od codzienności trzymał Wieczność! Silny był, wytrwały. Zostało jedynie wspiąć się na boskie kolana, żeby pieścić się w nieskończoność, albo choć do dnia Sądu. Niewiele było trzeba, a on, w górach chowany, nawykły do lin i wspinaczki, ufnie podnosił wzrok, bo alpinista wierzy, póki wypatruje szczytu.


Uśmiech oblekł twarz, a oczy płonęły pożądaniem.


Wtedy Bóg, jak jaszczurka ogon – zrzucił nogę. Wraz z trzymającym się jej góralem.

Zuchwała prośba.

 

Niebo rozmazane smugami spalonego błękitu przytłacza. Nawet sroki ledwie utrzymują się na fali, płynąc z wysiłkiem. Wspominam ostatnie popołudnie, kiedy wreszcie udało się zobaczyć rozmaitość. Krótkie spodenki obok zimowych płaszczy, czapki i szaliki mijające letnie sukienki. Wysocy, albo obli, malutcy i bladzi, jakby słońca w życiu nie widzieli. A tu – kwitną już magnolie, więc o pomyłce mowy być nie może – wiosna w pełni. Lepka od soku kasztanowców, drżąca, jak pajęczyny na mostowych przęsłach. Czas siniaczków. Niedorosłych miłości i uniesień ignorujących otoczenie. Czas remontów i budów. Wyjazdów i powrotów. Życie – niech wraca wreszcie, bo stęskniłem się już okrutnie!

środa, 21 kwietnia 2021

Niepewność.

 

Czarne perły połyskują w gęstwinach ligustrów, ślimaki wycierają brzuchy o asfaltowe chodniki, forsycje usiłują zastąpić słońce, któremu jakoś niespieszno wstawać. Przebiegł mi drogę starszy pan z kosmatym psem, ale nie wiem, co to mogłoby mi wróżyć. Kolejny raz spotykam osobę, o tak starannie ukrytej płci, że mogę się jedynie domyślać, bez większych nadziei na sukces. Zdumiewa mnie to nieustannie, a ilość podobnych objawień wskazuje, że zjawisko nasila się i może się stać normą. To wstyd być mężczyzną, albo kobietą?

wtorek, 20 kwietnia 2021

Lekko przestraszony.

 

Mgła zdusiła noc i widzenia. Zmatowiła szyby przystankowej wiaty i krzyk ptaków pozbawionych wzroku. Jakiś zabłąkany pies zwęszył już samotność i nawet nie chciało mu się merdać ogonem, który wisiał bezradnie i smutno. Pod pretekstem, że wyjdę na dłużej, jak mgła poluźni uścisk – zwiałem do domu. Na przysłowiową kawę.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Samogwałt.

 

 

Bezwstydnie wsuwam rękę w piżamę. Jestem wyluzowany, bardziej, niż kaczka przed faszerowaniem gruszkami. Podnieta usuwa ze mnie sztywności. Ekstaza nadziei pęcznieje w mosznie. Filozofom-teoretykom dawno już przyśniło się, że seks waletuje w każdej głowie i zrobi wszystko, żeby prokreować, zuchwale i bezgranicznie.

 

Wodogłowie szumi we mnie, wspierane rytmicznie potakującym spojrzeniem podświadomości, chwalącej publicznie moją bezkrytyczną młodość i pobłażliwie patrzącym na każde samospełnienie kalające nieskazitelność prześcieradeł.

 

Zamykam oczy i dostrzegam kompilację urody żeńskiego świata. Wszystkie Afrodyty zlepione jedną pianą... Pragnienia usiłują mnie zawstydzić talentem innych mężczyzn, ale ja już zasnuwam wzrok mgłą nadziei…

 

Zaciskam zęby, żeby nie skamleć – jesteś moja! Wreszcie!

Ślepiec.

 

Duszę się. Byłem na zewnątrz, bladym świtem, nicowanym przez najodważniejsze promienie słońca, jednak bez widzenia. Jak lunatyk przemierzałem pustkę, dotykałem nicości. A przecież cieplej było niż wczoraj, jaśniej odrobinę i deszcz zupełnie nie padał na czające się w trawach dżdżownice. Tylko ślimaczki wspinały się na porowate elewacje kamienic, a rekordziści sięgali już dachów. Najodważniejsi? Najbardziej pochopni? Młodzież, wysłana na zwiad, jako mięso armatnie? Na łup srok, gołębi, czy innych pustułek? Nie wiem, kto, prócz Francuzów jada ślimaki w łupinach. O małżach nie wspominam, bo propaganda bliska jest już zaleceniom zdrowotnym oferowanym przez wieszczów z  TV, by sprzedać cuchnące podwoziem transoceanicznego kontenerowca oślizgłe łupy.

Duszę się, boli mnie widok pustej piaskownicy, uwiera sąsiad, który żyć chce innym, niż własne życie, a sąsiedztwo żony musi odchorować kolejnym, tym razem w samotności wypalonym papierosem, żeby wreszcie móc zakląć, gdy nikt nie widzi. Nie podglądam. Usiłuję zrozumieć. Cierpi, niech więc klnie, póki do mnie nie docierają jego modły. Słońce uciekło i nie zamierza wrócić, chyba, że na słono – kwaśnym deszczem.

Wyzwanie.

 

Słyszę zewsząd, że to, co ważne - ukrytym jest. Przed wzrokiem poliszynela, paparazzich i prywatnych dywagacji tchniętych do życia wieczorną TV, podpartą odrobiną mniej, lub bardziej sterylnego etanolu, który (jak powszechnie wiadomo) budzi w sumieniach szamańskie objawienia i wieszczyć potrafi przenikliwiej, niż promienie gamma drążą nieskończoność wszechświata.

 

Sprawy dzieją się mimo wszystko. Niechby pod wiatr. Po cichu, poza zasięgiem kierunkowych mikrofonów, węszących przesiewowo eter i szukających łupu z zaciekłością równoważną chmarze głodnych nietoperzy ruszających na żerowisko. Sprawy tymczasem dzieją się w KULUARACH. W ALKOWACH wolnych od spragnionych sensacji kamer. Skryte pośród szumu milionów naiwnych głosów, w celebrze fundowanej tłumom, żądnym i chleba i igrzysk i wielu egoistycznych „naj”. A kiedy zbiorowy wzrok zmętnieje od marzeń, pod pierwszym dnem otworzy się następne i jeszcze jedno, aż dech stracą nawet wielcy. Każdy ulegnie propagandzie, jeśli kłamstwo będzie powtarzane wystarczająco często. Wiedział o tym Goebbels, wiedzą i współcześni.

 

Pod spodem wrze. Od myśli zimniejszych niż sople na wąsach pierwszego zdobywcy bieguna, biegnącego wysiłkiem zaprzęgu psów, w środku arktycznej zimy. Knują się podłe knucia, myślą się myśli niegodziwe tak, że najbardziej światłe kodeksy dotąd nie wymyśliły kary wystarczająco bolesnej, by zniechęcić śmiałków. Małe egoizmy chcą się utuczyć na większych, choć nie mogą ich jawnie wyzwać na otwarte pole, więc prowadzą partyzanckie utarczki. Kąsają, nękają, dźgają czasem samobójczo, by zwrócić uwagę, pozyskać sojuszników, albo protektorów o nieznanych aspiracjach, lecz pokątnie głoszonych możliwościach, czy aspiracjach.

 

Dziwię się politykom publicznie chwalącym się ubóstwem – bo jak im wierzyć, skoro każde ich słowo można kupić? Jak wierzyć komuś, kto tak bardzo potrzebuje wsparcia, kto przyznaje się, że w prywatnym gospodarstwie sobie nie radzi i bez datku mas, najlepiej, gdyby poparcie wyrażało się w wymienialnych walutach, zapewne zdechłby pośród zapomnienia? Dziwię się powszechnemu zawstydzeniu, które jawi się nieszczerym rumieńcem tam, dokąd zmierza wielu – do dostatku pozwalającego nie tylko utrzymać przy życiu, ale i zapewnić luksusy najbliższym.

 

Każdy podskórnie czuje, że gdyby tylko potrafił, gdyby wygrał szczęśliwy los, spotkał się ze spontanicznym aplauzem odbiorców dzieł jego żywota, zainkasował noblowską nagrodę – mógłby wreszcie odetchnąć i po cichutku, przed łazienkowym lustrem przyznać się samemu sobie:

 

- Udało mi się! Nie jestem nieudacznikiem! Bezimiennym, pośród miliardów ludzi! Udało mi się i potrafię utrzymać rodzinę. Potrafię dać im więcej, niż inni  swoim bliskim, choć zapewne nie kochają mniej niż ja.

 

 

Bezsenną nocą marzę, że mi też się uda, że może już najbliższy poranek przyniesie chwałę i bezpieczeństwo. Że pozwoli na zrzucenie kantaru hodowanego we mnie od poczęcia, batem dekalogów, kodeksów, jarzmami i moralnymi obowiązkami wszczepianymi dzieciom od kołyski, żeby każde miało miękkie kolana i chciało mniej, niż chcieć potrafi, a ci, którzy wskazują palcem „jedynie słuszną drogę rozwoju i człowieczeństwa” mogli skarcić niepokornych przy aplauzie biernych, których marzenia zdążyły się już wypalić.

 

Usiłuję pytać, ale to droga donikąd chyba, bo każde „dlaczego” spotyka się z niezrozumieniem, z podejrzeniem, że jestem niespełna rozumu, z obawą, że mogę być groźny dla samopoczucia, dla kilku godzin snu, jaki gotów powielić się i trwać latami.

 

- Wiadomo – sarkastycznie zauważam – szaleńcom i wiedźmom lepiej potakiwać, niż polemizować, bo w gusła wierzyć nie trzeba, żeby się ich bać. Ale (do jasnej cholery!) po co komu oficjalne wystąpienia i sejmy, skoro nawet oficjele przyznają, że rzeczy dzieją się poza wzrokiem?

 

I sam już nie wiem, czy to ja mam upośledzone myślenie, czy też wszelkie obiekty rządowe nie należałoby bezzwłocznie przeznaczyć na cele kulturalno-oświatowe – niechby prozaiczny burdel – wszak tam również zaspokaja się pierwotne instynkty, chociaż obecnie i te są na cenzurowanym.

 

Moja naiwność wciąż wierzy, że można być przeciętym, że margines zostanie marginesem, a natura upomni się o swoje. I nie przeszkodzą jej w tym ŻADNE słowa. Nawet te modne – niebinarny, alternatywny, panseksualny. Naprawdę mam nadzieję, że potrafię żyć bez słowa „aczkolwiek”, którego chętnie nadużywają wszyscy stojący przed głodnym okiem kamery telewizyjnej. Może na jej obudowie widnieje taki napis? Wymalowany farbą w jątrzącej oczy, fluorescencyjnej barwie pomarańczy, lub żółcieniach natchnionych chromowaną powierzchnią luster?

 

- Można? Nie pytam o pozwolenie – pytam o TWOJE mniemanie i nie czekam na odpowiedź!

piątek, 16 kwietnia 2021

Mżące mrzonki.

 

Deszcz poszatkował świat na bardzo małe kawałki, puste od ludzi i tylko ptaki kwilące w gałęziach mokną, bo drzewa wciąż nie oferują suchego schronienia. Rozglądam się, ale równie dobrze mógłbym całkiem nei patrzeć. Pustynia, nie Miasto. Może przegapiłem cos ważnego? Może w TV ogłosili wojnę, albo coś jeszcze gorszego? W takiej pustce można tylko dywagować, a obserwacje stają się mrzonkami, albo marzeniem.

Sto pięter nad poziomem ziemi.

 

Panowie poluźnili krawaty, a odważniejsi, to wręcz je zdjęli. Wystarczyło, żeby pierwszy sięgnął węzła, a reszta, jak stado szpaków – podążyło wyznaczonym torem, nie poświęcając ani sekundy na wątpliwości, czy zakłopotanie. Rozpięcie górnego guzika było kolejną gromadną oczywistością. Spod koszul wypłynęły delikatne smugi potu zamaskowane dezodorantami z naprawdę wysokich półek. Kakofonia mieszających się aromatów sprawiła, że powietrze natychmiast przestało pachnieć.

 

Cisza była niezwykle krępująca, jednak nie było nikogo, kto ośmieliłby się ją przerwać. Słychać było poburkiwanie pracujących bez ustanku, wyposzczonych żołądków, szelest sukienki ocierającej się o ścianę, postukiwania świeżo wyostrzonych paznokci o taflę lustra wiszącego na tylnej ścianie, drobne kwilenia telefonów donoszących, że wielki świat nie zapomniał o nosicielach smartfonów. Podwładni patrzyli spod brwi na przełożonych, panie na panów i vice versa.

 

Niepewność trwała od godziny, a irytacja stojących w unieruchomionej windzie rosła. Nienawiść pulsowała coraz mniej skrycie, aż wreszcie dostało się kierownikowi zmiany. Bez ostrzeżenia otrzymał precyzyjny cios podbródkowy, nie wymagający powtórki, ani liczenia. Niezwłocznie osunął się na podłogę, w czasie, gdy zaskoczeni pasażerowie konsumowali wyjaśnienie, że to rewanż za brak zgody na lipcową kanikułę z pewną przesympatyczną osóbką, o której kierownik się dowiedział, poświęcając odrobinę niezdrowej ciekawości wykraczającej poza godziny pracy.

 

Na wszelki wypadek panowie z szacunkiem odsunęli się od amatora pięściarstwa, lecz dwóm paniom zaimponował tak, że jedna wręcz wtuliła głowę w klapę marynarki tak mocno, jakby na policzku chciała poczuć drżenie mięśni ukrywających się pod bokserskim szlafroczkiem.

 

- Dobrze jest trzymać z przywódcą stada, a ten aspirował niewątpliwie. Przecież nie demonstrowałby siły będąc jednostką słabą.

 

Trzecia z kobiet trzymała się skromnie z daleka. Ewentualne dylematy i ukryte pragnienia gasił rozfiołkowany wzrok referenta, z którym wiodła skrupulatnie skrywane życie erotyczne. Nawet teraz wymieniali niedyskretne czułości za pośrednictwem wiadomości telefonicznych, a jej rumieńce świadczyły o celności uwag adoratora. Uśmiech Mony Lisy błąkał się po jej twarzy, gdy sama przed sobą udawała, że rumieniec jest wynikiem panującego w windzie zaduchu, a nie gorączką sączącą się z niezaspokojonego podbrzusza.

 

Bokser najwyraźniej był zdeprymowany objawami uwielbienia, szczególnie, że preferował względy księgowego, który, choć ciało miał wątłe, to umysłem zdolny do bezgranicznej miłości rekompensował fizyczne niedostatki.

 

- Szkoda, że nie było go teraz w windzie. Pewnie niepokoi się na zewnątrz, może nawet palce gryzie…

 

Podwieszona do kadłuba, niczego nie podejrzewająca kobieta zdobywała się na gest, żeby zakwitnąć pełnią barw i na zawsze pozostać upiętą w butonierce JEGO Rozalią. Waleczny mąż, wart był znacznych poświęceń, a ewentualne dziury finansowe potrafiłaby połatać własnym wsparciem, albo dyskretnie i zakulisowo podbechtując aspiracje małżonka, by samodzielnie osiągnął stateczność Fortu Knox.

 

Na wpół leżący kierownik zaczynał wykazywać jakieś wątłe oznaki życia i rosło ryzyko, że bokser gotów zmienić dyscyplinę i stać się znienacka piłkarzem, dlatego męska część uwięzionych w windzie, drobniuteńkim kroczkiem z Jeziora Łabędziego grawitowała ku pozostałym ścianom. Oddechy przyspieszały, temperatura rosła, a winda wciąż stała. Istniało ryzyko, że jedną ze ścian przyjdzie przeznaczyć na szalet – poranna kawa szukała ujścia z tak wielu pęcherzy, że tylko patrzeć, jak pierwszy nie udźwignie ciężaru.

 

Ktoś zaskomlił, nie tłumacząc się jednak z owej słabości. Może coś mu się przypomniało, albo nagle zabolał go ząb. Zwrócił na siebie uwagę, co spłoszyło go jeszcze bardziej. Bał się podnieść wzrok na pozostałych, zerkających z potępieńcza pogardą na słabeusza, dumnych, ze to nie im przyszło pęknąć w obliczu nieszczęśliwego splotu zdarzeń. Zegarom kręciło się w głowach, minutniki wirowały, winda stała, a mięśnie łydek wiotczały poddane zbyt dużym obciążeniom.

 

Kiedy stres sięgnął desperacji, a jęczący osobnik wyzbył się już zupełnie wstydu pozostali, jak wataha wilków prowadzona przez basiora ku księżycowej pełni – zawyli chórem, z talentem godnym Picollo Coro dell’Antoniano…

 

I stał się cud! Martwe dotąd cielsko metalowego pudła stęknęło i ruszyło. Zbiorowe westchnienie uniosło smród powyżej nosów, a winda rączo pomknęła w dół – ku życiu!

czwartek, 15 kwietnia 2021

Wewnętrzny monolog.

 

Nauczę się nie oddychać. Nie jeść, nie pić, nie pożądać. Życie jest tak toksyczne, że czas najwyższy pomyśleć, jak je z siebie wyplenić.

 

Nikt mnie nie pytał, czy chcę żyć, nikt nie prowadził szeroko zakrojonych badań, ani analiz ekonomicznych. Zostałem urodzony, a instrukcja obsługi człowieka zaginęła w trakcie porodu (wtedy jeszcze „naturalnego”).

 

Pytałem obcych i tych, którzy zdawali się patrzeć przychylnym okiem, ale ich instrukcje też przepadły – chyba, że kłamali przymuszeni nieznanym imperatywem.

 

Kładę się na wznak, żeby możliwie największą powierzchnią przylegać do grawitacji. Totalna bezwładność. Milczę, nie zakłócam eteru szumem, który nie wniesie nic dobrego, poza zamieszaniem.

 

Przekonuję samego siebie, że obiad nie ma sensu – co z tego, że mi pachnie i kusi zmysły, skoro niesie w sobie tak wiele ryzyk, że szamani, mędrcy i trenerzy personalni aż się zachłystują, jaką najprzód wadę wyeksponować, nim przejdą do masowej zagłady moich poglądów i plebejskich przyzwyczajeń.

 

Leżę. Gapię się w zimne światło telewizora. Zdumiewający wynalazek – naiwne światło niesie domniemaną nadzieję ciepła – dopiero ludzkość musiała opanować moje zmysły, żeby skutecznie rozdzielić światło od ciepła.

 

Na monitorze pani, która w średniowieczu dawno już byłaby kompostem, co najwyżej wzmiankowanym w kronikach, gdyby wówczas była równie toksyczna w słowach, jak jest dziś. Akumuluję potencjalną energię, o której nauczyciel fizyki mawiał, że przyjdzie czas, że przepalą się więzy i zakwitnie eksplozją ruchu, nie tracąc ani grosza pośród chwil zgromadzonych prawnie, bądź też poza protokołem dyplomatycznym.

 

Pani uśmiech ma namalowany, a twarz skrupulatnie dopracowaną w laboratoriach kosmetycznych, wypacykowaną i odzianą w uśmiech służbowy, który chyba się na niej zaskorupił – tylko cygańskich patelni się nie myje – reszta wymaga zabiegu po każdym użyciu.

 

- Błagam – nie uświadamiaj mnie, kto i jak często użytkował ostatnio twarz widzianą w TV – kompletnie mnie to nie interesuje, a podejrzewana, przyszła wiedza przeraża.

 

Przełączam kanał. Inna pani. Pstrykam dalej. Teraz pan – znaczy kanał dla odbiorcy o preferencjach fallicznych, albo prymitywna prowokacja. Uciekam czym prędzej, nie chcąc nawet diagnozować podświadomości własnego rozporka.

 

Leżę. Boję się pytań - po co, dlaczego, w imię jakiej idei? Udaję, że płynę z nurtem, który błogosławi i wychwala publicznie moją nieruchawość. Moją bierność i pokorność. Mój strach i bezwładność. Płynę oficjalnie, ale podbrzusze mam pełne nienawiści do samego siebie. Żem tak uległy, bezmyślny i głupi. Płynę – leżąc w przepoconej pościeli z tępą świadomością, że tylko mój węch został skazany na degustację zapyziałego mną aromatu otaczającej mnie aury.

 

Nie przyjdzie nikt, nikt nie skarci, a tym bardziej nie pochwali. Pożegnałem się z kalendarzem rok temu, bo przewijanie kartek donikąd pozbawiało mnie resztek złudzeń. Ależ silny musiał być Odys, by wracać tak długo. Ależ wytrwała, czekająca cudu Helena… Inny materiał. Bliższy Olimpowi. Ja ledwie mogę dotrwać najbliższej nocy.

 

Leżę. Z braku jakichkolwiek pomysłów. Ze strachu. A przecież mógłbym…