sobota, 17 marca 2018

Wytracanie niewidomego pierwiastka.


Szedł. O ile dobrze zogniskowałem spojrzenie, to szedł, a jego cień był dłuższy od sylwetki. Na tle widnokręgu wyglądał groteskowo niepozornie i gdyby nie ów cień rozdęty słońcem, to pewnie nie dostrzegłbym go wcale idącego po mokrym, miękkim śniegu. Z tej odległości tylko rekiny i niedźwiedzie mogłyby pokusić się o skuteczne węszenie – ja nie podjąłem się – był dla mnie węchowo sterylny, jakby szedł zamknięty szczelnie w słoiku. Cień namolnie wspinał się na każdą nierówność i usiłował kryć przed moim wzrokiem za drzewami, czy wzniesieniami, ale czynił to bez przekonania – stalowoszary ironiczny obraz człowieka wędrującego trawersem nieistotności łączącej jego i moje oczy… Tzn. linii, którą teoria połączyłaby je, lecz przecież mój cień krył się wstydliwie za mną, a ja nieruchomy nie dawałem nadziei na zauważenie na tle ciemniejącego za mną wzniesienia i ściany lasu. Można powiedzieć, że optycznie zakamuflowany zostałem topografią i geograficznym położeniem względem nieznanego mi, lecz podglądanego obiektu.

Szedł więc nieświadomy mojego zainteresowania, tego wzroku, którym dotykałem sylwetki, lecz nie węchu. Nie słuchu, który również pośledniejszym od wrażliwości oka zmysłem się zdaje, bo nie poradził sobie z przestrzenią. A on musiał po prostu, nogami w śnieg topionymi co krok dźwięczeć tak, że okoliczna zwierzyna miała świadomość zagrożenia, zanim zdołała dostrzec sylwetkę człowieka. Powinien chrzęścić, niwecząc wysiłek ciszy usiłującej uśpić otoczenie i marszczącej groźnie brwi za tę bezczelną, egoistyczną fanaberię pośród zimowego pleneru. Jakiś drapieżnik zataczał wysokie koła gdzieś tam, nad cięciwą zmiennym cieniem wyznaczaną, a krzyk ptaka próbował spopielić odwagę małych gryzoni już wystraszonych krokiem człowieka. Ciekawe, czy wiedział, że jastrząb wykorzystuje ów spacer, jak myśliwi nagonkę?

Szedł więc bezwonny, cichy i wykorzystywany przez przyrodę, mną podglądany anonimowo, chociaż nie rozpoznałbym go, gdybym pośród innych miał wskazać wędrowca. Nawet kolory spłowiały do ciemnej kreski, w której czerwień nie różniła się niczym od zieleni, czy szarości – był ciemną plamą na pobielonej wyżynie. Kleksem odmienności na monotonii okolicy. Kim był? Dokąd zmierzał? Jasnowidzeniem nie byłem obciążony dziedzicznie i wstyd się przyznać – nawet płci i wieku odkryć nie umiałem, bo wzrok zaburzony gęstością powietrza sugerował każdą iluzję, którą wyobraźnia raczyła szepnąć chciwej wiedzy głowie. Mógł być wszystkim i niczym. Moim końcem, lub początkiem. Towarzystwem na kolejne dni, albo doświadczeniem pełnym cierpienia. Mógł być więzieniem lub ciszą, wrzaskiem, nadzieją, wspólnotą, rodziną. Dopóki był daleko stanowił najpełniejszą odpowiedź na niezadane głośno pytanie.

Wokół mojej głowy świat zakipiał od możliwości i rodził we mnie uczucia sięgające przeciwległych zenitów, a tam, ciemnobarwny linoskoczek na nieważkiej nici horyzontu dreptał swój los tajemniczy nie zbliżając się ani do mnie, ani do wyjaśnienia którejkolwiek z zagadek. A przecież po coś był, bo nie pojawiałby się w moim życiorysie nadaremnie. I to tak nieudolnie, żebym własną niedoskonałością nie był w stanie pojąć w jakim celu. Niedomyślny jestem w tym bezbarwnym widzeniu, w czarno-białej, jednozmysłowej idei, gdzie ruch ani groźnym, ani przyjaznym zdawać się nie śmie, bo tonie w pozorach. Przecinałem wzrokiem ścieżkę jego szlaku szukając wspólnej przyszłości na tej wyskalowanej rzeczywistością płaszczyźnie. Zupełnie, jakby przestrzeń była czarno-białą mapą, pośród której ja stanowiłem punkt zakotwiczony, może nawet ukorzeniony, a sylwetka do spółki z cieniem cięła poziomice, równoleżniki, granice rysując linię o nieznanych zaczepieniach. Jak meteor mijający ziemię osiągał chyba właśnie punkt kulminacyjny, aby w kolejnych krokach stawać się powoli przeszłością.

Po cóż mi on? Dlaczego mi się objawił tak fantastycznie i tak skromnie? W imię czego zaszlachtował krokiem bezkres pustki na moich oczach? Nieświadomie? Czy aby? Zapewne pochlebiam sobie, że dla mnie się objawił, kiedy on idzie w swojej rutynowej codzienności pogrążony tak, że nawet nóg nie chce zadzierać wyżej, niż konieczność śniegiem ukształtowana nakazuje. Może nie wie o mojej obecności i moim zainteresowaniu, albo tylko udaje i zerka z daleka i pod nosem mruczy zaklęcia, żebym ruszył tyłek i część drogi pokonał, bo sam to się zmęczy, nim do mnie dojdzie. A jeśli jest tylko opcją? Nie koniecznością, lecz możliwością? Przejdzie pomimo, jeśli nie znajdę w sobie dość entuzjazmu i naprzeciw nie wyjdę? Dławię w sobie niepokoje, poskramiam  gorączki i patrzę się, jakbym był głodnym widoku lądu marynarzem po długich miesiącach wypełnionych błękitem dookólnie.

Nie wiem już teraz, czy to ciekawość, czy nadmiar bezruchu mnie w drogę popchnął. Słońce purpurowieje smużąc się po śniegu fioletami i zapowiedzią wietrznej nocy zaskorupiałej na pobladłej przestrzeni. Postawiłem z chrzęstem krok pierwszy, czapkę mocniej na głowę wdziewając. Idę. Kursem zbieżnym, przecinającym, wykluczającym samotność. Idę w nieznane, w niepojęte, lecz kuszące możliwościami, zbyt bogatymi w opcje przyszłe. Do człowieka idę z najgłupszym z możliwych pytań – czy dla mnie zaistniał na wspólne jutro, a może dwa lata? Na czas, w którym wysypią się ziarna z mojej, dość przykurzonej już klepsydry?

piątek, 16 marca 2018

Przewrotnie.


Grawitacja poczuła dzisiaj moc i niczym wygłodniały elektromagnes ściąga do siebie wszystkie niebiańskie paprochy. Lecą jak ćmy do ogarka świeczki, żeby sobie skrzydełka uwędzić i kwilić własne konanie. Na trawniku kos niewzruszony próbuje szczypać suche źdźbła – być może gniazdo wije na chwałę następnego pokolenia, lecz towarzyszki nie widziałem ani razu – samotny okaz. Może samotna? Kobiety, chyba cierpią na kompleks niższości, albo podejrzewają potop, bo chodzą w butach (nazywam je „bagiennymi”) na tak grubych podeszwach, że kontakt z ziemią staje się iluzorycznym domniemaniem zaledwie. I nie myślę tu o szpilkach, które piętę zaledwie podnoszą, a raczej o cegle podklejonej pod spód obuwia. Nauka chodzenia w czymś takim musi być doznaniem wstrząsającym dla mało wyrafinowanych umysłów. Pamiętam, jak jedna ze znajomych pań uśmiechnęła się do mnie z przekąsem i powiedziała – Spróbuj. Załóż piętnaście centymetrów szpilki pod piętę i przejdź milę. Naszym rynkiem trzy rundki, gdzie kocie łby polerowane od stuleci fugi mają w dojrzałych centymetrach liczone. Nie spróbowałem. Ale zachwycony jestem po dziś dzień talentem pań, które potrafią i poruszają się piękniej, niż motyle w godowym tańcu.

PS. Nie, żebym stchórzył – nie mam szpilek, a ŻADNA KOBIETA nie użyczy mi swoich nawet na pięć sekund. I słusznie!

czwartek, 15 marca 2018

Niepewność.


Nie mówię, bo nie chcę zadręczać ciebie moją martyrologią. Tymi wszystkimi drobiazgami, które sprawiają, że optymizm porudział jak schnące na deszczu liście. Milczenie brzemienne w przekleństwa i tak widzisz, więc na cóż mi słowa, które tylko depresję spowodować mogą. Pochylam się nad niedoszłą wiosną, a pani od meteorologii kłuje mnie po tyłku, żebym śniegowce z szafy wyjął…

Wyjąłem. Pani miła, uśmiechnięta i nie miała wcale zamiaru szykanować mnie. Fakty, a z nimi ponoć dyskutować nie wypada – przynajmniej dżentelmenom. Ze mnie co prawda taki dżentelmen z opłotków i z zaścianka – trochę rynsztokowy, ale potulny i wcale nie dyskutuję. No przecież już wyjąłem i nawet wzułem na giczoły dekadencko dżentelmeńskie. Po sarmacku się teraz noszę z rękami zawieszonymi na biodrach i przeglądam się w upstrzonym muchami lustrze, jakbym nowy kontusz właśnie mierzył, albo anielskie skrzydełka - najnowszy model o podwyższonym standardzie nośnym.

W butach po chałupie się kręcić nie bardzo przystoi, więc trzasnąłem drzwiami z fantazją – na szczęście została ze mną owa fantazja po tej samej stronie drzwi i poszliśmy. Kot z wysokości parapetu odprowadził nas wzrokiem, ale nie wydawał się zainteresowany wymarszem eksploatując resztki ciekawości na jakieś kocie sprawy znajdujące się w jednej z doniczek stojących obok niego. Poszliśmy z fantazją w ten śnieg, który dopiero ma spaść. Minęliśmy ostatnie opłotki i pochylone ze starości płoty by iść w tę stronę, gdzie horyzont zasłonięty jest lasem, przez pola skostniałe i łąki trzeszczące od schnących chwastów i traw.

Fantazja podskakiwała i tańczyła wokół mnie jak szczeniaczek skory do zabawy, i zaczepiała, i śmiechem wybuchała nieuzasadnionym, albo pod rękę mnie łapała i tuliła się spragniona pieszczot i słowa dobrego. Zupełnie, jakby moją była całkiem i bez reszty. Patrzyłem na nią, trochę z dumą, trochę z melancholią. Ładnie wyrosła mi. I o sarkazmie nie wspominajmy nawet, bo to ojcowska duma szczera bardziej niż uzasadniona – większość rodziców idealizuje narybek własny choćby kosztem całego świata przyszło to czynić, a niektóre matki gotowe wręcz osobiście wrogom oczy wydrapać, czy na krucjatę męską część populacji skoligaconej wysłać, gdyby wróg był zbiorowy.

Patrzyłem z czułością i po głowie chciałem ją pogłaskać, ale ona – latawica jedna już włosy rozplecione i rumieńce, a pod powiekami rosły obrazy niepojęte i świat zdawał się za wąski, a powietrze zbyt rzadkie do oddychania. Paluszkiem pokazywała to kamień, to oset chwiejący się w trzech osobach nad rowem zeszklonym w jodełkowate zacieki i kleksy paproci wygiętych wiatrem. Zdrewniały z zimna myszołów zerkał na nas spod oka, jakby brwi marszczył spłowiałe i chmurne, aleśmy drobnych gryzoni nie przypominali, to dał nam spokój.

Las milczał wytrwale na horyzoncie, a pola i łąki zamiast się kurczyć od naszych kroków, to chyba rosły, bo wciąż dalszym się ów las zdawał. Szliśmy – ja statecznie, dostojnie niemal, i ta - rozbrykana, parskająca wciąż i zadowolona po kres sumienia fantazja, aż wdepnąłem w krowi placek i dostojeństwo całe szlag trafił na miejscu. Niby po wierzchu zmarznięte, lecz pod wpływem moich prywatnych kilogramów noga w śniegowcu wklęsła po samo dno i trzeba było widzieć obłoczki skondensowanej radości, z jaką fantazja zaraziła powietrze. Tak pięknych obłoków nawet Bóg nie potrafi powiesić na niebie.

Śmiała się ze mnie fantazja, a ja odarty z pozorów godności śmiałem się też, bo nic lepszego mi do głowy nie przychodziło. Ręce mi powiesiła na szyi i w oczy zerknęła głęboko. Buziaka dostałem tak ciepłego, że zapomniałem o świecie całym i szliśmy tańcząc już razem wspólną radość. Las trwał, jak trwać miał dłużej od nas, łąki i pola leżały, bo to potrafią najlepiej. Biegliśmy, gdyż marsz był zbyt ubogi dla naszego szczęścia, biegliśmy trzymając się za ręce i rozstrzeliwaliśmy ciszę śmiechem beztroskim, dziecinnym i niepowstrzymanym.

Biegliśmy aż się zadyszałem, a ona, kolorowa fryga, wciąż podskakiwała i warkoczyki zaplatała, bo już znudziła się rozpuszczonymi włosami i plotła z nich mysie kitki i wstążeczki dziewczęce bardzo wplatała we włosy i śmiała się radością trosk żadnych nie znającą. Chwyciłem ją za dłonie ciepłe od tego śmiechu i miękkie tak bardzo, jak tylko kobiece dłonie być potrafią i w oczy jej spojrzałem głęboko. Spoważniała na chwilę i zerkała na mnie, choć figle w oczach zgasnąć nie mogły. Patrzyłem na nią jak na córkę własną i słowa mi w gardle grzęzły, bo mężczyznom czułość na ustach nie wykwita zbyt chętnie, słowa od wojny dalekie, bez szorstkich kolców i pasji największym twardzielom śmiałość odbierają. Przechyliła głowę, jak ciekawska sójka i zerkała na mnie zaintrygowana, co też mi do łba strzeliło, a ja wciąż za ręce ją trzymałem i w końcu wykrztusiłem:

- zostań ze mną dobrze? Zostań i bądź już wiecznie. Bądź mi jak córka, a ja…

I teraz to nie wiem, bo się zaśmiała szeroko i buziaka drugiego dostałem, a ona już biegła piruety kręcąc na pustym polu, a ja z dłońmi pustymi biegłem za nią, bo się bałem, że odbiegnie zbyt daleko i zgubi mi się i już jej nie odnajdę. Puste pole, puste dłonie i ja pusty, kiedy fantazja w zajęczych skokach śpiewała radość szaremu niebu na przekór. Biegłem za nią, a strach we mnie rósł, że może wystraszyłem ją swoim chceniem, pożądliwością gorączkową… A przecież byłem jej. Jak niewolnik, co stan swój akceptuje po szept najcichszy nawet.

środa, 14 marca 2018

Zaproszenie.


Zabierz mnie na spacer. Pozwól iść i nie myśleć, pozwól patrzeć i zadawać pytania. Nie martw się, wszystkie będą retoryczne, wszystkie absurdalne i nie będziesz musiała odpowiadać, ani nawet gorączki mi sprawdzać, czy przypadkiem wiatr mnie nie okaleczył i nie podał wprost pod nos wirusa grypy o nieznanej liczbie cząsteczek N i H. Nie. Nie będziesz musiała nic. Daj mi tylko rękę i chodź ze mną, żebyśmy poszli tam, gdzie się nie spodziewasz, gdzie ja nie wiem, a ty nawet się nie domyślasz. Pozwól moim nogom niesfornym, na improwizację – przecież to nic złego, że chcą. Że mają kaprys, marzenie, nieuświadomione potrzeby. Może zaniosą nas na jakąś wyspę mniej od innych eksploatowaną, bo dalej od centrum? Może w ciche, wąskie uliczki, na których bruk usiłuje jeszcze pamiętać Napoleona? Nie wiem i nie pytaj mnie proszę.

Po co mam kłamać, udawać, albo wymyślać odpowiedź, żeby potem pośród zawstydzenia powiedzieć – pomyliłem się, przepraszam, nogi chciały inaczej… To naprawdę takie istotne dokąd? Zmienia coś istotnego dla ciebie? Buty? Załóż wygodne, bo kto wie jak długo iść będziemy. I spodnie, żebyś nie brzydziła się usiąść na krawężniku, albo murku oporowym, na drewnianych, skrzypiących schodach, czy pośród chwastów nad brzegiem rzeki rosnących. Kto wie, gdzie odpoczywać nam przyjdzie.

Iść, żeby nie siedzieć, to wystarczająca argumentacja, impuls, który obrosnąć może znaczeniem, albo wcale nie. Nieznana przyszłość w nieznanej lokalizacji. Taki chaos piętrowy, w którym niewiadome nakładają się na siebie kolejną wielokrotnością w porządek zbyt skomplikowany do zrozumienia. A pośród niego my, za ręce się trzymając będziemy iść i dziwić się światu. A może siebie pokochamy po drodze, albo przechodnia znienacka zauważonego? Nie wiem i dobrze mi z tą niewiedzą, a ciebie chciałem zaprosić, bo to takie maluteńkie święto jest, które właśnie z tobą chciałem popełnić, wypełnić i podzielić się nim.

Bo patrzysz inaczej – uważnie, ale inaczej. Innymi zmysłami dotykasz widzianego, a ja w swoich zdumieniach tonąc zachłystuję się niespodzianką powitą w twoich myślach. Patrzysz własną płcią, przeszłością, doświadczeniem, które mi obce, więc nie dziw się, że chcę. Bo taki spacer we dwoje to coś więcej niż dwa spacery samotne. Coś więcej niż tam-i-z-powrotem. To nowa wartość, która wnosi trzecie oko. Oprócz twojego i mojego pojawi się nasze. Inne od tych pierwszych. Bogatsze i zaciskające się w splecionych dłoniach chęcią podzielenia się wrażeniami, nieistotnością nawet.

Zabierz mnie, albo pozwól mi zabrać ciebie na taki spacer, który nie skończy się nawet wtedy, kiedy z niego wrócimy. Niech powrót stanie się tylko odpoczynkiem, przerwą przed kolejnym wspólnym krokiem. Bo razem możemy dojść dalej niż osobno, Razem nie musimy się nigdzie spieszyć, ani nigdzie zdążyć. Razem, to nawet kierunek staje się drugorzędnym i nieistotnym elementem – tłem dla nas, kiedy będziemy mijać go zapatrzeni w siebie, w horyzont i miliard detali pomiędzy nami a kresem widzenia.

Wiesz? Nie pokazałem ci jeszcze, jak wiatr czesze drzewa i maluje obrazy pieszcząc nurt rzeki pod włos. Nie pokazałem, jak słońce maluje suche plamy na mokrych elewacjach, jak kałuże kurczowo chwytają się brzegów, żeby się nie utopić, a piasek skacze wyżej od pcheł, kiedy go zaatakuje przejeżdżający nieopodal samochód.

A może… a może pójdziemy i nie wrócimy już tutaj? Może weźmiemy się za ręce i utopimy wszystkie klucze, podrzemy adresy oswojone i będziemy iść w stronę domu, który dopiero ma dla nas zakwitnąć? Takie zaproszenie donikąd, za to na zawsze… podasz mi rękę?

Z przekąsem.


Dziwne, ale przypomniało mi się właśnie dziewczę w niesparowanych skarpetach – wyeksponowane doskonale, bo buty niskie, a dżinsy strzępiły się z grubsza dopiero w połowie łydek. Jedna była żółta w czarne samochody, a druga spłowiale niebieska w czarne stokrotki, jakby miały stanowić negatyw natury. Ekstrawaganckie niziny nie wspięły się wyżej, czyli z alpinizmem niewiele miały wspólnego, a przecież i tak trąciły moje zmysły i zapomnieć nie pozwalają. Dzisiaj młoda pani o buzi, z której czas jeszcze nie otarł dziecinnych kształtów niosła reklamówkę, a w niej zabiedzoną dynię piżmową, maluteńkiego bakłażana i cukinię tydzień zbyt wcześnie zerwaną. Majtały się smętnie, beztłuszczowo i ekologicznie czysto, przeskakując ponad nierównościami chodnika w drodze do garnka i potrawy dojrzewającej wyobraźnią kryjącą się pod ciemną grzywką młodej gospodyni. Wrony zbierają już materiał na gniazdo z zeszłorocznych strąków katalpy. Wiem, że wewnątrz puch kosmaty mieszka i czeka, żeby tylko zewnętrzną warstwę skruszył mocny dziób. Skruszy – wrony mają zbyt wiele rozumu, żeby nie poradzić sobie z tak prozaicznym problemem – darmo tu nie przyleciały – one już wiedzą. Studenci w krótkich spodenkach kryją głowy w kapturach bluz, żeby nikt nie zauważył zaciśniętych zębów, bo owszem – jest ciepło, ale nie aż tak. Pozwalam sobie na pobłażliwy uśmiech – co mają zrobić z własną dumą, kiedy studentki w minispódniczkach, albo dżinsach składających się bardziej z dziur niż materiału krążą po Mieście, oceniając wzrokiem potencjał testosteronu buzującego już wiosennie. Nie zawsze wzrokiem wolnym od złośliwości, że się tak łagodnie wyrażę. Ale - któż jest od niej wolny?

wtorek, 13 marca 2018

Zasłyszane.


- Gdzieś tam jest woda. Podaj mi, bo oni nie potrafią znaleźć! – obmacałem wezgłowie, sięgnąłem pod poduszkę, szukałem dłońmi na ramie łóżka podniesionego do pozycji wpółsiedzącej i nic. Schyliłem się i zajrzałem pod spód. Leżała tam, pod samą ścianą. Wypita do połowy z plastikowym dziubkiem jak dla dzieci. Z tą różnicą, że dzieci sobie radziły. On nie. Trzy razy powtarzałem, że otwarty jest, ale z niekapka samoistnie nie wypłynie i trzeba pociągnąć, względnie ścisnąć butelkę. Próbował oburącz zanim się udało, lecz widziałem satysfakcję, że zrobił to sam, bez pomocy pielęgniarki. Pociągnął raz i drugi, po czym odłożył ją tak, żeby mieć pod ręką. Na koniec zażyczył sobie, żebym poprawił mu głowę na poduszce, bo mu spada na bok i krzywo widzi, a potem, żebym już sobie poszedł, bo żadnego powodu nie ma, abym stał i czekał aż umrze.

Bezpośrednio dość, ale inaczej mówić nie potrafił. Jeśli w ogóle mówił, to krótko, dosadnie i szczerze do krwi. Nawet, kiedy z kolegą wyciągali do naprawy silnik ciężarówki na łańcuchu i niefortunnie zostawił pod nim dłoń, kiedy kolega zluzował łańcuch burknął tylko, żeby go uniósł raz jeszcze i nawet do lekarza iść nie chciał, chociaż jeden z palców przecięty metalowym blokiem trzymał się zaledwie na skrawku skóry. Lekarze połatali, ale działać do końca życia już nie chciał ów palec, a gość wzruszył ramionami, jak wzruszał na wiele drobnych i całkiem sporych szykan życiowych. Słuchałem opowieści matki, jak pełne roczniki polskich znaczków wyprzedawał, żeby na chleb dzieciom starczyło, albo ostatnio - jak furczał na nią, żeby nikogo poza mną nie zapraszała, bo nie chce słuchać, jak stoją i płaczą, kiedy wciąż żyje, tylko odrobinę kiepsko.

Drapię się po głowie, bo przecież wiecznie był gdzieś obok mnie, nawet całkiem blisko, a przecież jakoś tak niedostrzegalnie, bezszelestnie, intymnie i nienachalnie. Zupełnie, jak anioł stróż. Nie przeszkadzał w niczym i nie rwał się z pomocą nieproszony. Dopiero, kiedy się przyszło z problemem wykazywał się zainteresowaniem. Na ogół nie pytał o nic, nic nie sugerował i niczego nie wymagał. Milczał, w czym był chyba mistrzem świata niedoścignionym. Póki oczu starczało – czytał, później zamienił książkę na możliwie największy monitor i w tysiącach kanałów usiłował wydłubać coś zastępczego. I nadal milczał, choć słuchał uważnie.

Był taki czas, kiedy partia (jedynie słuszna) zaproponowała mu awans u schyłku socjalizmu. Siwej głowie zaproponowała stanowisko, pensję, pierwsze w życiu własne mieszkanie…Odmówił, bo uważał, że wódki samemu pić się nie da, więc lokal zbędnym będzie. Matka sklęła go wtedy głośno, lecz po cichu chyba była dumna – w końcu sama sympatyzowała aktywnie z nową, podziemną wartością. Partia pamięć miała doskonałą i sił jeszcze dość, żeby takiego afrontu nie oglądać zbyt długo, więc zamiast zyskać mieszkanie – stracił pracę.

Dobrze, że znajomi pomogli i słowo szepnęli, więc z pracą wyszło na zdrowie. A jakiś pospieszny remont w oficynie nadającej się tylko do wyburzenia, ad hoc zorganizowana przeprowadzka z jednej bylejakości w drugą, aż wreszcie, po kolejnej zamianie na własnych śmieciach i z godnością mógł nareszcie wszystko, co może człowiek we własnym domu – Że emeryturę listonosz przyniósł wcześniej? Że Bóg zdrowie i włosy zabrał? Zdarza się chyba? Wzruszył ramionami i nie płakał za straconymi latami, tylko się cieszył, że wreszcie może dzień cały w łóżku spędzić, albo w samych gatkach zakręcić się po kuchni wyjadając z garnków co mu w ręce wpadnie. U siebie.

Ja nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak ważne było to krótkie stwierdzenie, ale widziałem rozmiar ulgi i poczucie spełnienia w nim, kiedy już ostatni transport dotarł na swoją wieczność doczesną i choć wciąż w kartonach, to już na miejscu. Widziałem i usłyszałem jak w cichym westchnieniu ulgi, w jednym zdaniu, które wymsknęło mu się w emocjach przyznał, że ostatnie wyzwanie w życiu popełnił i kąt bezpieczny własnej kobiecie wreszcie zapewnił.

Nie potrafiłem zrozumieć, ale przecież pamiętam, że jego nawet rodzona matka styczniową nocą, a potem i teściowa z domu wygnać potrafiły, więc wartość rozumiem. Nie zapytałem matki, czy płakał, czy łzy pierwszą nocą ciemną spłynęły, kiedy już przestałem zwozić, układać, segregować, kiedy na łóżku czysta pościel, a w TV gadające głowy opowiadały niestworzone głupoty o świecie dalekim od prozaicznej rzeczywistości, kiedy w kuchni pierwszy raz dla nich wesoło zagwizdał czajnik, a koło chlebaka pojawił się nóż pamiętający szkołę podstawową, bo takie noże polscy chłopcy robili na zajęciach technicznych i w wielu domach do dzisiaj je widuję – miały wartość większą niż japońska stal nierdzewna ostrzona laserowym strumieniem i chleb tylko jednym nożem był w domu dotykany – tym chłopięcym i niezastąpionym.

Wiesz… Pamiętam, jak podbierał mi-nastolatkowi książki, które dla niego były zapewne zbyt naiwne, niedorosłe, lecz on kwitował moje zdziwienie słowami: „jeśli ktoś potrafi pisać, to książka telefoniczna stanie się pasjonującą lekturą” Nie przyznam się do tego głośno, jak bardzo chciałbym przyjść i położyć przed nim książkę – moją książkę, mną napisaną i taką, która byłaby godna jego mniemaniu o tej książce poniekąd telefonicznej…

Nie przyjdę, bo nie będę miał komu się pochwalić, jeśli w ogóle się uda kiedykolwiek. Dzień niecały później przyszedłem znów na SOR – przeniesiony na oddział oddychał maszyną, już bez świadomości, a lekarka nawet nie próbowała udawać, że jeszcze się obudzi. Pocieszyła tylko, że już na pewno bez bólu, że…A potem… Tylko ja dotknąłem zimnej dłoni nim pośród mżawki i łez stał się wspomnieniem, tymczasową czcionką na nagrobku namalowaną na komunalnym cmentarzu.

Dlaczego mówię? Tobie obcemu? Nie mówiłem, bo mówienie mi też przychodzi z trudem, ale pomyślałem, że komuś trzeba, żeby cień pamięci został, żeby zadrapać sumienie pytaniem o wartość, którą tak chętnie się pomija. Przynajmniej w mojej rodzinie. Gdzie miejsce we wspomnieniach na męską część rodzin? Pytam, bo podobną ścieżką życie przemierzam i zapewne podobnie ją skończę. Nie łudzę się, nie chcę wiele, ale niechby zaistnieć fragmentami, epizodem, czy anegdotą choćby. Jeśli to nie jest za trudne. Zabawne – historia świata jest męską bajką, gdy historia życia wydaje się tryskać kobiecością tak bardzo, że męski wątek w niej znaleźć, to zadanie dla detektywa. Drzewo posadzić - tak? A komu to potrzebne?

poniedziałek, 12 marca 2018

Totolotek.

Stanąłem krok dalej zaledwie. Niepotrzebnie? Zbyt asekurancko? Być może była to ostrożność wynikająca ze strachu, albo z nadmiaru doświadczenia. Jednak desperacja na ogół trzyma się ode mnie nawet więcej niż o krok, więc chyba nie przesadziłem. Myśli, nawet te najczarniejsze, staram się rozcieńczać – czasem, powątpiewaniem, marzeniami. Niczym zimny, sceptyczny drań…

A ty proponujesz mi zabawę – grę w uczucia. Perfidną bardzo i wyrafinowaną tak, że tylko człowiek mógł wymyślić coś równie abstrakcyjnego. Ty – kobieta, która ponoć delikatną istotą jest, proponujesz grę nieuczciwą z założenia. Oszustwo, scenę, na której zostać mamy aktorami w scenariuszu obcym drugiej osobie. Ty chcesz abym niejawnie wylosował moje-do-ciebie-uczucie… I grał je ze wszech sił, jakby moje życie od efektu zależało. A ty wylosujesz drugie i świat zostanie naszą planszą, a my strategami nieudolnymi, którzy podstępem będziemy realizować nieznane.

Stoję i patrzę na ciebie rosnącymi ze zdumienia oczami, bo jakiż efekt przynieść ma gra? Co chcemy uzyskać kłamiąc, mamiąc, szepcząc obietnice bez pokrycia? W imię czego? Jakiemu Bogu dedykujemy zwycięstwo? Kto przegranego podniesie i zaprosi na obiad. Czy zostanie choć margines dla słowa MY?

Zgasłem i ty zgasłaś dla mnie. Wyciągam rękę, żeby wylosować kartkę z przygotowanym tobą uczuciem. Ja… ja już wiem, nie patrząc na kartki, że wyciągnąłem „obojętność”. Nie będę czytał, bo znaczenia nie ma dla mnie żadnego, jakim słowem los chce mnie obdarzyć. Ja siebie już obdarzyłem słowem i jest nim to jedno właśnie. Nie powiem ci tego, bo ty chcesz grać, więc zabawy nie zepsuję. Graj. Ja popatrzę najchłodniej, jak potrafię, bo dla mnie gra właśnie się skończyła.

czwartek, 8 marca 2018

Objawienia.


Szedłem dzieląc sobą Miasto na część lewo i prawobrzeżną. Zupełnie jakbym był przedziałkiem na głowie, albo nożem zawieszonym nad urodzinowym tortem na chwilę dramatyczną i znaczącą. Miasto pobłażliwie pozwalało mi na ową fanaberię wiedząc, że trwać będzie, kiedy po mnie ostatnie wspomnienie w troposferze rozpierzchnie się bezpowrotnie i bezimiennie. Żaglowcem chyba nie byłem, bo wiatr raczej mnie omijał i o wydymaniu czegokolwiek z wargami włącznie nawet nie pomyślałem. Po lewej, na kurczącym się lodzie jakby kormoran – jakby, bo daleko było, a fruwać nie chciał czarny, skrzydlaty badyl, więc wzrokiem dokładności zapewnić nie umiałem, a pokusy miejskiej górki nie były mi dzisiaj pisane, żebym promenował wzdłuż fosy. Pani w krótkich spodenkach onieśmieliła mnie totalną czernią wystroju, inna zdumiała, prosząc o datki na mineralną przed sklepem monopolowym – chyba na popitkę zabrakło, bo taki cel zbiórki trafił mi się po raz pierwszy. Ktoś wytrwale smażył mielone, a aromat wsiąkał w elewacje nie najkrótszej ulicy powstrzymując się przed ucieczką w wyższe partie nieba. W barze mlecznym wątróbka z ziemniakami stygła pod beznamiętnym wzrokiem młodego faceta i żebrała o zauważenie. Szpak zerkał głodnym wzrokiem na wronę pożerającą jakiś kąsek siedząc na gałęzi drzewa, ale desperatem nie był, więc tylko ślinę łykał i wzdychał żałośnie. Jesion, który od nastu lat sabotował dziewiętnastowieczną kamienicę i wgryzał się w jej fundamenty doczekał się eksmisji ze skutkiem śmiertelnym. Sprzęt sugerował własnym wyglądem, że do usunięcia jest drzewo o co najmniej półtorametrowej średnicy pnia, a nie ogryzek - samosiejka wyrosła na gruzowisku. Sroka kontemplowała prace dyplomowe studentów ASP, lecz zachwytu nie zauważyłem. Sosna rozczesuje długimi igłami ciemne powietrze, a maski anty-smogowe dodają urody nawet kolarzom. I pomyśleć, że otoczenie otoczyło mnie zaledwie na godzinkę.

środa, 7 marca 2018

Bajka o kolorach.


W kategorii „jasność” ów dzień gotów byłby przegrać z niejedną nawet nocą. Najchętniej chyba zostałby gdzieś, na dłuższy czas, zamiast zaszczycać świat własną niedolą. Światło szwendało się jakoś tak bezładnie, krętymi drogami omijając rzeczywistość, z sugestią śmiertelnej choroby, albo znużenia bliskiego agonii. Najwyraźniej stan ten był wysoce zakaźny, bo oblicza ludzkie straciły całą głębię i stały się konturami zalewie naszkicowanymi czarną kreską. Nawet czerń była spłowiała i energooszczędna, wsobna, skupiona raczej na martyrologii własnej, niż na nadążaniu za konturami idącymi po chodnikach skaleczonych zębem czasu. Małe pieski i dzieci stanowiły jedyną oazę barwnego życia, jednak na potłuczonych, nierównych płytkach chodnikowych małe pieski i dzieci zdarzały się bardzo rzadko.

Schwytałem pod lewą dłoń elewację zmuszoną do wspominania świetności starszej ode mnie i patrzyłem jak ręka pokrywa się wilgotną rdzą zmurszałej cegły. Szedłem pilnując elewacji, żeby nie zabłądzić w świecie rozmazanym, w niedokończonym obrazie, który malarz porzucił, żeby pójść z dziwkami na wódkę i śmiać się w głos, rozstrzeliwać rubasznym śmiechem konwenanse, bzdurne mniemania i pozory. Kreski – moje kreski czernią przyszpilone do obrazka tępo i niechętnie ruszyły za mną, a na chodnikach czyhały mroczne nieszczęścia i niedopowiedzenia. Aluzje. Powinienem wziąć jakąś laskę, pejcz, cokolwiek, żeby pogonić tałatajstwo, ale nie chciałem już wracać, bo przegapiłbym ten dzień całkiem.

Może to głupie, jednak elewacja była zatwardziałym tubylcem i nawet fantasmagorie malarza po nielegalnych używkach nie miały odwagi unicestwić nestora. Maźnięta z gestem perspektywa sugerowała najbliższe skrzyżowanie, z tych znanych, przewidywalnych i tak oczywistych, jak piekarnia pachnąca wypiekiem. Ścierałem naskórek o cegły, lecz zabrakło mi odwagi, żeby wypuścić z dłoni oazę, punkt orientacyjny. Zupełnie jakbym szedł labiryntem, do którego bało się wejść światło. Szedłem, a wokół mdlały i bledły kontury sąsiadów, samochody w spirali spalin znikały jeszcze szybciej, choć bardziej smrodliwie.

Kreski nóg czepiały się płytek chodnikowych, niechętnie posuwając się naprzód, jakby żebrały o zatrzymanie, ale bałem się. Bałem się, że stojąc nogi zamienią się w filar lampy ulicznej, wygasłej, smutnej jak stara dziwka, która złudzeń już nie ma żadnych, lecz stoi ostatnią iskrą nadziei złudnej, że światło jeszcze zaświeci i dla niej. Tłumaczyłem nogom niezbornym, że w klasy grać na płytkach trzeba, bo malarz w końcu zlituje się i doda życia, treści i konkretów. Byle tylko nie dać się pochłonąć, nie dać wyssać w czerń niebytu. Zostać, bo obraz potrzebuje detalu. I uzasadnienia, choćby nie mającego aspiracji do wielkości, czy logiki świata pięciu zmysłów.

Kiedyś wróci. Malarze wracają, bo żadna wódka i żadne dziwki nie ugaszą pożaru głowy, żadna chwila nie odbierze poecie czucia. Może ją tylko wzmóc. Dlatego podnoszę nogę z wysiłkiem, chociaż ona przypomina mi wędrowca pustynnym pragnieniem pokonanego, leżącego w iluzorycznym cieniu wydmy piaskowej. Ciągnę nogę, żeby dojść tam – na róg ulicy, do knajpy bez kategorii, do malarza pośród bylejakości zakotwiczonego, przyszpilonego gwoździami kieliszków do stołu o politurze startej w mapę nieistniejących kontynentów. Chcę dojść tam i skląć go głośno za tutejszy brak życia. Za to, że uciekł na zbyt długo, a tu…

Idę, kroki stawiając niepewne, umordowane, znojne. Cień psa nawet ogonem do mnie nie zamerdał, tak bardzo sił już mu było brak i leżał naśladując burą kałużę, której parować się nie chciało, ani chlapać na spodnie. Powielałem kroki, chociaż buty zostały w pół drogi, chociaż kadłub stracił kształt. Co tam kształt – marynarkę i portfel też stracił i wcale nie była to zasługa tubylców, którzy na swojakach raczej trofeów nie pozyskują, tylko owej dusznej (może bezdusznej?) chwili, tego dnia bez właściwości, okolicy wymazywanej gumką obojętności i nieuwagi.

Minąłem płot, który już się przewracać zaczął i udawał spękania w chodniku, który remontem nie był dotknięty ni razu, na niedokończony szkielet budowy chylący się ku upadkowi nawet w prawdziwy dzień wolałem się już nie przyglądać ze strachu. Przeskakiwać imaginacji sił już nie miałem i brnąłem przez błota i psie gówna, niesprzątnięte rzygowiny po większej libacji na bogato, bo rozsypane groszki kostek sugerowały warzywną sałatkę – tę, która stała się niezbędną imieninową tabletką oczyszczającą organizmy z nadmiaru alkoholu w całej okolicy, a może i szerzej nawet. Mijałem halucynacje, bełkoty, jęki i klaskania. Mijałem łopoty i skamlanie. Brzęk i warkoty. Mijałem świat dźwięków spakowanych już w worki i wykręconych z rzeczywistości – one już czekały przy krawężniku aż przyjedzie śmieciarka i je wywiezie na wysypisko.

W zasadzie oczy przestawały być potrzebne, bo nie było już na co patrzeć – świat spakował się, kształty straciły znaczenie, barwy popadły w skrajny monochrom, czas podkulił ogon i zwiał widząc rozmiar beznadziei. A ja brnąłem i kląłem w głowie malarza za tę jego beztroskę i brak szacunku dla życia. Dłoń miałem już startą do krwi i gdyby kolor istniał snułaby się za mną czerwona smuga mozołu. Poniżej parterowych okien, po skrzydłach bram olejową farbą malowanych tak grubo, że wewnątrz drewno nie było już koniecznością. W końcu ręka wpadła mi w coś, co byłoby otwartymi drzwiami, a nogi potknęły się na mgle schodów trzech zaledwie. Przekroczyłem próg i wszedłem do życia. Do kolorów i hałasu. Do smrodu i braku taktu.

Malarz ustawił martwą naturę z butelek, kufli i pomniejszych szkieł, przesypał całość piaskiem z niedopałków, ozdobił biustonoszem pani, która podobać się mogła tylko bardzo wyrafinowanemu umysłowi i najwyraźniej umysłem tym dysponował malarz, bo pani odwdzięczała się krwistoczerwonym, spoconym uśmiechem z obietnicą, że gotowa jest na więcej niż wszystko, żeby ta chwila trwała. Męska część galerii udrapowana była w pozach zbliżonych do horyzontalnych, jako te Odaliski czekające na zbawienie, a zbawienie barman o zaropiałych oczach właśnie nalewał do szczerbatych kufli fałszując pod nosem pieśni masowego rażenia.

Złapałem go za klapy, a raczej za szmaty na wysokości, gdzie klapy mogłyby się znaleźć i ciągnąłem go pośród skowytu półnagiej muzy do wyjścia. Poziome towarzystwo usiłowało przypomnieć sobie, czy dysponuje oprócz kadłuba jakimiś końcówkami umożliwiającymi uniesienie łba ponad płaszczyznę stołu i zorientowaniu się w sytuacji – nie przejmowałem się tym absolutnie, bo proces orientacji powinien zająć jakieś dwanaście godzin, plus kolejne osiem na reakcję. Ciągnąłem malarza, bo tu, w tej knajpie, kontury odzyskały płynność i uzasadnienie, jakby malarz powagą własnej obecności namaścił je istotnością.

Wypchnąłem go na zewnątrz i wróciłem po farby. Siedział na schodach, które usiłowały dla niego skrystalizować się w jakąś sensowną całość i nawet zaświecić żółcią kafli. Wcisnąłem mu w ręce pędzle i sztalugi, farby wysypałem na kolana, a on wciąż za głowę się trzymał i jęczał nad niedolą świata. I pewnie jęczałby tam do końca świata (czyli całkiem niedługo), gdyby nie muza, która wyszła i piersiami otuliła mu kark, spękanymi dłońmi głaszcząc siwiejący, jęczący łeb. Szeptała przy tym piękne obietnice brudnymi słowami, bo innych nie znała. Patrzyłem na nią z rosnącym podziwem, bo świata poza nim nie widziała i zdawała się nie przejmować, że jej własne kolory zanikają, że kontur staje się mdły. Szeptała mu swoje nadzieje bez końca, aż wziął pędzel i pierwszą kreskę postawił. Niebieską. Żeby dzień odzyskał znaczenie. I drugą żółtą, żeby wróciło światło i pomogło odnaleźć zaginione zakamarki.

wtorek, 6 marca 2018

Wątpliwość.


Jest jakoś tak leniwie - to przez ten deszcz, który pada, jakby dopiero się uczył. Deszcz tak rzadki, że kos na trawniku skutecznie uskakuje przed kolejnymi kroplami i próbuje zjeść suche źdźbła traw. Dobrze, że nie rży przy tym. Kałuża statecznie leży i nawet nie marszczy się od opadu, więc można powiedzieć, że ignoruje. Wróble chowają się pod samochodami, żeby bez pośpiechu i cudzej ciekawości dziobnąć jakąś skórkę od chleba. Najpierw spotykam kobiety z namalowanymi brwiami, później te z przyklejonymi rzęsami, a za nimi – wolę nie zgadywać, co było dorobione… bo… no przecież ja tu mieszkam i wolałbym nie być świadkiem, jak panie rozbierają się najpierw z ubrań, a później z dodatków estetycznych (??? To w ogóle możliwe?) Gotowe połowę masy stracić, a ja resztki rozsądku. A może na to już za późno jest?