Szedł.
O ile dobrze zogniskowałem spojrzenie, to szedł, a jego cień był dłuższy od sylwetki.
Na tle widnokręgu wyglądał groteskowo niepozornie i gdyby nie ów cień rozdęty
słońcem, to pewnie nie dostrzegłbym go wcale idącego po mokrym, miękkim śniegu.
Z tej odległości tylko rekiny i niedźwiedzie mogłyby pokusić się o skuteczne
węszenie – ja nie podjąłem się – był dla mnie węchowo sterylny, jakby szedł
zamknięty szczelnie w słoiku. Cień namolnie wspinał się na każdą nierówność i
usiłował kryć przed moim wzrokiem za drzewami, czy wzniesieniami, ale czynił to
bez przekonania – stalowoszary ironiczny obraz człowieka wędrującego trawersem nieistotności
łączącej jego i moje oczy… Tzn. linii, którą teoria połączyłaby je, lecz
przecież mój cień krył się wstydliwie za mną, a ja nieruchomy nie dawałem nadziei
na zauważenie na tle ciemniejącego za mną wzniesienia i ściany lasu. Można
powiedzieć, że optycznie zakamuflowany zostałem topografią i geograficznym
położeniem względem nieznanego mi, lecz podglądanego obiektu.
Szedł
więc nieświadomy mojego zainteresowania, tego wzroku, którym dotykałem
sylwetki, lecz nie węchu. Nie słuchu, który również pośledniejszym od wrażliwości
oka zmysłem się zdaje, bo nie poradził sobie z przestrzenią. A on musiał po
prostu, nogami w śnieg topionymi co krok dźwięczeć tak, że okoliczna zwierzyna miała
świadomość zagrożenia, zanim zdołała dostrzec sylwetkę człowieka. Powinien
chrzęścić, niwecząc wysiłek ciszy usiłującej uśpić otoczenie i marszczącej
groźnie brwi za tę bezczelną, egoistyczną fanaberię pośród zimowego pleneru. Jakiś
drapieżnik zataczał wysokie koła gdzieś tam, nad cięciwą zmiennym cieniem
wyznaczaną, a krzyk ptaka próbował spopielić odwagę małych gryzoni już wystraszonych
krokiem człowieka. Ciekawe, czy wiedział, że jastrząb wykorzystuje ów spacer,
jak myśliwi nagonkę?
Szedł
więc bezwonny, cichy i wykorzystywany przez przyrodę, mną podglądany anonimowo,
chociaż nie rozpoznałbym go, gdybym pośród innych miał wskazać wędrowca. Nawet
kolory spłowiały do ciemnej kreski, w której czerwień nie różniła się niczym od
zieleni, czy szarości – był ciemną plamą na pobielonej wyżynie. Kleksem
odmienności na monotonii okolicy. Kim był? Dokąd zmierzał? Jasnowidzeniem nie
byłem obciążony dziedzicznie i wstyd się przyznać – nawet płci i wieku odkryć
nie umiałem, bo wzrok zaburzony gęstością powietrza sugerował każdą iluzję,
którą wyobraźnia raczyła szepnąć chciwej wiedzy głowie. Mógł być wszystkim i
niczym. Moim końcem, lub początkiem. Towarzystwem na kolejne dni, albo
doświadczeniem pełnym cierpienia. Mógł być więzieniem lub ciszą, wrzaskiem,
nadzieją, wspólnotą, rodziną. Dopóki był daleko stanowił najpełniejszą odpowiedź
na niezadane głośno pytanie.
Wokół
mojej głowy świat zakipiał od możliwości i rodził we mnie uczucia sięgające
przeciwległych zenitów, a tam, ciemnobarwny linoskoczek na nieważkiej nici
horyzontu dreptał swój los tajemniczy nie zbliżając się ani do mnie, ani do
wyjaśnienia którejkolwiek z zagadek. A przecież po coś był, bo nie pojawiałby się
w moim życiorysie nadaremnie. I to tak nieudolnie, żebym własną niedoskonałością
nie był w stanie pojąć w jakim celu. Niedomyślny jestem w tym bezbarwnym
widzeniu, w czarno-białej, jednozmysłowej idei, gdzie ruch ani groźnym, ani
przyjaznym zdawać się nie śmie, bo tonie w pozorach. Przecinałem wzrokiem
ścieżkę jego szlaku szukając wspólnej przyszłości na tej wyskalowanej rzeczywistością
płaszczyźnie. Zupełnie, jakby przestrzeń była czarno-białą mapą, pośród której ja stanowiłem
punkt zakotwiczony, może nawet ukorzeniony, a sylwetka do spółki z cieniem
cięła poziomice, równoleżniki, granice rysując linię o nieznanych
zaczepieniach. Jak meteor mijający ziemię osiągał chyba właśnie punkt
kulminacyjny, aby w kolejnych krokach stawać się powoli przeszłością.
Po
cóż mi on? Dlaczego mi się objawił tak fantastycznie i tak skromnie? W imię
czego zaszlachtował krokiem bezkres pustki na moich oczach? Nieświadomie? Czy
aby? Zapewne pochlebiam sobie, że dla mnie się objawił, kiedy on idzie w swojej
rutynowej codzienności pogrążony tak, że nawet nóg nie chce zadzierać wyżej,
niż konieczność śniegiem ukształtowana nakazuje. Może nie wie o mojej obecności
i moim zainteresowaniu, albo tylko udaje i zerka z daleka i pod nosem mruczy zaklęcia,
żebym ruszył tyłek i część drogi pokonał, bo sam to się zmęczy, nim do mnie
dojdzie. A jeśli jest tylko opcją? Nie koniecznością, lecz możliwością?
Przejdzie pomimo, jeśli nie znajdę w sobie dość entuzjazmu i naprzeciw nie wyjdę?
Dławię w sobie niepokoje, poskramiam
gorączki i patrzę się, jakbym był głodnym widoku lądu marynarzem po
długich miesiącach wypełnionych błękitem dookólnie.
Nie
wiem już teraz, czy to ciekawość, czy nadmiar bezruchu mnie w drogę popchnął. Słońce purpurowieje smużąc się po śniegu fioletami i zapowiedzią wietrznej nocy
zaskorupiałej na pobladłej przestrzeni. Postawiłem z chrzęstem krok pierwszy,
czapkę mocniej na głowę wdziewając. Idę. Kursem zbieżnym, przecinającym, wykluczającym
samotność. Idę w nieznane, w niepojęte, lecz kuszące możliwościami, zbyt
bogatymi w opcje przyszłe. Do człowieka idę z najgłupszym z możliwych pytań –
czy dla mnie zaistniał na wspólne jutro, a może dwa lata? Na czas, w którym
wysypią się ziarna z mojej, dość przykurzonej już klepsydry?