sobota, 29 listopada 2025

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości cz.36

 

    W świecie „cyfrowych twórców” czuję się jak prowincjusz. Tworzę w głowie, utrwalam na papierze, a jeśli przepisuję w szpaler zer i jedynek, to już gotowe dzieło. Sztuka naiwna, żywcem wzięta z Cepelii, może kanciasta i niedoszlifowana, ale analogowa.

piątek, 28 listopada 2025

Kolagen kolaborował z kolanem.

 

    Stary pudel wiódł na pokuszenie starzejącego się chłopa, jednak pokusy dobierał nieumiejętnie. Drugi spacerowicz, z beaglem (nie mylić z biglem) gestami przemawiał do swojego psa, lecz ten nonszalancko ignorował tak mimikę, jak gesty i oddawał się psim przyjemnościom.

    

    Śladowy mróz powstrzymał opady i uwolnił z ust parę. Na przystanku wszyscy wyglądali, jak komiksowi bohaterowie podnieceni scenicznym dialogiem. Faceci w wąskich spodniach, a kobiety z nogawicami tak szerokimi, że dwie nogi w jedną bez trudu powinny zmieścić. Wszyscy drepcą w miejscu chcąc zachodził chłód dobierający się do resztek sennego ciepła.


    Zerkam na pazurki w kolorach, które Bóg wymyśliłby dopiero pojutrze, gdyby nie znudził się tym światem i nie rozglądał po bardziej emocjonujących przestrzeniach. Kierowca z premedytacją zajeżdża na przystanek tak, by przednie drzwi były trudno osiągalne dla pasażerów. Nic z tego. Pani w czerwonej czapce z wielkim pomponem wymusza otwarcie tychże. Inna, o bladej cerze i buzi okolonej białym futerkiem szeroko otwartymi oczyma i martwym wzrokiem penetruje zewnętrzne ciemności.


    Melancholijnemu Karampukowi coraz trudniej ukryć rozbudzoną kobiecość i łudzę się, że doczekam dnia, kiedy wystąpi w sukience i butach o dwa kilo lżejszych. Na chodnikach jedynie dzieci wykazują oznaki życia, radości, spontanicznych zachowań, czy ekspresji w marszu ku mozołom. Zerkam na śliczną panią daleką od ideałów urody. Na żaden konkurs piękności nikt by jej nie zaprosił, chyba do serwowania przekąsek. A przecież, pomimo grubych warstw tekstyliów zwracała uwagę. Najwyraźniej, miała „to coś”. Niedefiniowalną magię.


    Uliczna biegaczka wbiła się w tak obcisły strój, że przezeń mogłaby obsługiwać telefon ozdabiający szczyt biodra po wewnętrznej stronie materiału. Biegnie obok zakładu, w którym kończy się remont, a na nowych drzwiach pojawia się tabliczka ze zdumiewającym napisem: URLOP OD 18 SIERPNIA. Kto wie, czy dotyczy minionego, czy przyszłego lata, a także, czy w ogóle się skończy.


    Dziewięć tłustych, niemal równoległych smug plus kilka innych, tnących te pod kątem ostrym. Kolejne dopiero co są rysowane z wielkim zapałem, a piloci uwijają się jak mrówki w rozdeptanym mrowisku. Osaczony zewsząd księżyc jeszcze nie nabrał wielkości, by stawić czoła tym potężnym kratom więc buźkę miał bladziuchną. Zagadką jest natomiast, co te samoloty robią nad Miastem, bo przecież nie zwiedzają (zbyt szybko latają i za wysoko), a lotnisko ciągle zamknięte.


    Fosa okryła się taflą szkła, jeszcze kruchego, ale kaczki i gołębie ostrożnie drepcą nie mocząc brzuszków. Patrząc na szczupłą nastolatkę o niemal białej karnacji układam kolejny ekstrakt. O przedwczesnej empatii. Wisi niżej.

Ekstrakt o przedwczesnej empatii.

 

    Była chuda, jakby dawno nie jadła, a twarz miała bladą, niemal białą i kompletnie zabiedzoną. By dodać otuchy, uśmiechnąłem się ze współczuciem. Kiedy ostrożnie odwzajemniła uśmiech, okazało się, że ktoś jej wyrwał kły.

czwartek, 27 listopada 2025

Pełen jadu jadę do Jadzi z jadeitem.

 

    Kolarz mieszka w Kole, a może za mostem w Za-mościu, mulnik miesza w mule, w górach górnik kopie aż górkę ukopie, a doliniarz drąży doły w dolinach.


    Piękna Golemica w towarzystwie niepięknego Golema jedzie i gaworzy, okazjonalnie świadcząc czy pobierając drobne niedyskrecje i karesy. Dziewczęta wulgarniejsze niż piekło mają piękne młodością buzie, podkręcone trudnym do zignorowania makijażem. Siedzą z kolanami odległymi od siebie jak wschód od zachodu, aż dziw, że spodnie potrafią unieść owo rozchełstanie.


    Poranny chłód zmienił się w popołudniową odwilż i minispódniczki przestały być ekstrawagancją z pogranicza morsowania. Rajskie jabłuszka czerwieńsze od korali przypominają kolczyki uczepione twarzy starszej od świata, dzięki którym wciąż żyje, karmiąc się ich barwą, gdy własnej zabrakło. Paczkomaty dławią się od przyszłych prezentów, sklepy zliczają tak wiernych, jak i rozrzutnych.

Wymoczek zmoczył moczem suche sucharki od kucharki.

 

    Wielkolud robiony kowalskimi narzędziami wzrok miał opuchnięty, martwy i kompletnie nie biorący udziału we wstającym dniu. Stał opierając się o poręcz, a jego plecak usiłował usiąść mi na kolanach. Ćpun, czy cierpiący długotrwałą bezsenność nie wydawał się obiektem z którym można dyskutować o kulturze.


    Śpiewna Nerwica bezgłośnie odtwarzała dźwięki umilając poranek Archeopanu pozornie zatopionemu w artykule z Historii. Rozmiękający śnieg sprawdza wodoszczelność obuwia, a dziewczęce buzie oprawione w nieśmiertelną czerń przypominają księżyce wędrujące po mrocznych bezkresach. I tylko na wystawie różowiutki żółw o kurzych łapach mozolnie prze ku witrynie, żeby podziwiać biodrzastą dziewczynę tylko nieco zmarzniętą. Mija mnie dziewczyna tak biodrzasta i ruchliwa na zapleczu, że wzorem ze starych autobusów mogłaby nosić ostrzeżenie Uwaga, zachodzi przy skręcie.

środa, 26 listopada 2025

Skrępowany krępowaniem krępego krąpia.

 

    Choć wiatru nie czuć, śnieg pada niemal poziomo. Za lekki by spaść, zignorowany przez grawitację, szwenda się pod latarniami, jak ulicznica cierpiąca na brak zainteresowania. Samochody mlaszczą na rozmiękających jezdniach, a śnieżne pługi starannie zeskrobują biel aż do czarnego, skwapliwie omijając ścieżki rowerowe wyglądające teraz jak pole przygotowane pod uprawę szparagów, czy kartofli.

 

    Dama Z Zaścianka ledwie zdążyła na swój autobus, wygniatając szpilkami sygnały pisane morsem między wiatą, a pojazdem. Dziewczyna w trampkach kolebała się na śniegu niczym spiesząca dokądś kaczuszka. Pikowane kurtki i płaszcze wyglądają jak dmuchane materace i deformują sylwetki doskonale. Smutni ludzie wędrują wpatrzeni pod własne nogi i nawet widok marznących Abakanów nie poprawia im humoru, choć fakt, że komuś jest gorzej zwykle wystarcza do uśmiechu. Kościelna wieża przymierza świeżą kopułę z miedzianych blach i rozgląda się wokół, czy wszyscy widzą ową rudość, gdy zewsząd kopuły pozieleniałe z zazdrości udają, że to jedynie wiekowa patyna.

wtorek, 25 listopada 2025

Trylogia o martyrologii trylobitów Marty.

 

    Pani w skórzanych spodniach dziś nie obsikiwała kasownika, lecz zagarnęła pod siebie kawał podłogi i poskromiła ją stojąc na tyle szeroko, żeby pomiędzy mogło krążyć życie uciemiężone z całą masą niespełnień. Muskularna Atlasica trzymała się podłoża kompletem mięśni, a kompletem zmysłów tonęła w wirtualnej rzeczywistości.


    Przesiadka, i do tramwaju wsiada niska pani o ślicznej buzi i ciele rozbudowanym na potrzeby ciężkiej zimy. Od pierwszego kopa pomyślałem o niej, jak o survivalowcu gotowym spędzić najbliższe stulecie we własnoręcznie wydłubanej chacie, czy ziemiance, albo przynajmniej istocie odkrywającej solo źródła Amazonki czy zaginione światy na odległych pustkowiach Australii, czy Afryki.


    Jeszcze tylko malutka cyganka pchająca dziecinny wózek, raczej pełny, maszerująca w ogromnych buciorach. Zdawała się być karykaturą siebie samej, ale może te buty były zwyczajnie za duże i innych nie miała? Przerażające, że język polski w centrum Miasta jest językiem mniejszościowym.

poniedziałek, 24 listopada 2025

Prawnik prawiczek rozprawia o prawdzie w prawach.

 

    Drobne kałuże pozamarzały, choć na drzewach wciąż wiszą liście czekające, aż je wiatr policzy. Ulicami mkną samochody z pospiesznie wydrapaną widocznością. W autobusie dawno nie widziany Tańczący Z Mięsem. Wygląda, jakby inhalował się gazem pieprzowym serwowanym wprost do oczu. Za to Śpiewna Nerwica ma buzię o cerze tak pięknej, jakby dotąd nieużywanej. Wymieniła korzystając z dodatku świątecznego do wypłaty?


    Zerkam na wysoką dziewczynę w skórzanych spodniach. Stoi jak pijany lump. Nogi rozstawione szeroko, biodra wypchnięte do przodu. Zasadniczo doskonale naśladuje pijanego faceta usiłującego obsikać rurę, do której zamontowany był kasownika. A ona tylko delektowała się podróżnym menu wyświetlanym nieco za nisko do jej wzrostu. Ze dwie kobiety w minispódniczkach mają chyba podwyższoną odporność termiczną. Wokół grasują czapki z pomponami, grube szale, rękawiczki. Nogi z rajstopach na pewno się wyróżniają i to nie tylko odwagą. Może tak trzeba? Chwalić się, póki są piękne, młode i ściągają wzrok nie tylko męski?


    Z tego wszystkiego autobus nie dogania tramwaju i przychodzi czekać, dzięki czemu później idziemy pospiesznie do codziennych mozołów – idziemy, bo obok dziarsko maszeruje pani tańcząca przy rozstawianiu dwóch stoliczków po drugiej, zimniejszej stronie witryny kawiarni. I Nóżkę mijamy zaledwie minutę zbyt wcześnie, czyli wędrujemy z grubsza o czasie. Z radio słyszę, że pan Musk (Mózg?) znowu zaśmieca niebo serią kosmicznego złomu. Jeszcze trochę i promienie słoneczne będą musiały prosić o pozwolenie na przelot w bezpośrednim sąsiedztwie, albo zgoła starać się o wizę, czy zieloną kartę, żeby uniknąć dyplomatycznego zawirowania i ostrej, słusznej reakcji na bezczelny przelot w bezpośrednim sąsiedztwie strategicznych instalacji mogący zakończyć się gwiezdnymi wojnami.


    Na prośbę płci delikatnej usuwam truchło szczura – do bioodpadów, zapewne najgorzej na świecie, ale nie wiem, czy mrożone, surowe mięso to śmieci zmieszane (ja bym się zmieszał, gdyby ktoś znalazł mnie leżącego na chodniku i usiłował wyrzucić do kubła), czy też biologia – jak odmarznie będzie niewątpliwie biodegradowalny, a kto wie, czy nie smaczny dla pomniejszych organizmów. W sumie, lepiej leżeć wśród liści, niż szukać szczęścia w czarnym kuble.


    Padający śnieg sprawia, że zanurzam się w utopię wymyśloną bez powodu. Skoro w sejmie siedzą najwięksi patrioci, którzy życie poświęcają na ołtarzu społecznego dobra i realizują się, pełniąc społeczne misje, dobrze byłoby zmienić konstytucję tak, żeby wszystkie orły nawołujące do wojny, a tym bardziej głosujące za nią zmobilizować nie patrząc na wiek, płeć, religię, czy stan zdrowia i wysłać na front w pierwszym szeregu. W sejmie zostaliby ci, którzy głosowali przeciw zwarciu i spełniali się dyplomatycznie, z całych sił walcząc by zażegnać konflikt. Tylko który polityk zagłosowałby za taką ustawą?

niedziela, 23 listopada 2025

Striptiz.

 

    Postaci były dziwaczne. Kaptur zniekształcał głowę, albo to miejsce, gdzie ludzie maja głowy, a niżej spadał niczym bardzo szeroka peleryna, kryjąca całą sylwetkę i nie pozwalająca nawet domyślać się jej kształtu. Jedynym wybrykiem były dwa wybrzuszenia wielkości głowy mniej więcej na wysokości piersi. Czyżby to kobiety? Samice? Tańczyły wokół mnie we trzy. A może to nie taniec? Może to tylko moja wyobraźnia? Wszystkie milczały, okrążając mnie bezgłośnie. Nawet stóp nie było słychać. Może suknia-poncho tłumiła dźwięki. To trójosobowe wirowanie bez głosu zaczynało mnie niepokoić. Początkowe podniecenie przekształcało się w strach i obłęd. Zwielokrotnione potrójne wypukłości zdobiące każdą z sukni wirowały w tańcu tuż poza zasięgiem ręki. Nie wiem, czy miałbym odwagę sięgnąć po którąkolwiek, a przecież niczym się nie różniły. Może, gdybym bezrefleksyjnie wyciągnął rękę od razu na początku, nie wpadłbym w spiralę strachu. Teraz było to już niewykonalne.


    Coś się zmieniło. Stanęły przede mną wszystkie, te z zewnątrz sięgnęły w poły peleryn i wyjęły ostrza, by ciąć nimi płaszcz środkowej. A potem, nie wyjmując dłoni spod materiału zaczęły obdzierać środkową istotę z okrycia. Górą faktycznie była głowa, choć do ludzkiej było jej daleko. Za to domniemane piersi okazały się kolejnymi głowami, a każda brzydsza od poprzedniej. Początkowy opór materii słabł, więc proces rozbierania szedł coraz szybciej. Niczym nie skrępowane szmaty spadły w końcu z bioder i ułożyły się na podłodze. Mimo okropnego położenia nie mogłem oderwać wzroku od tej inscenizacji. Istota miała sześć nóg, a między nimi… Nogi nie wytrzymały i usiadłem. Przełknąłem ślinę, bo zaschło mi w gardle.


    Istota, już kompletnie naga wydawała się być zmutowaną ośmiornicą. Podeszła do mnie bezszelestnie, nogami otoczyła moją postać i ugięła je w kolanach. Tam, w środku był otwór. Zdawał się wywijać na zewnątrz, a jego lepkie ściany pełne były ostrych igieł. Pochylała się sześcioma nogami naraz, a otwór zbliżał się do mojej głowy. Cuchnęło, jakby się nigdy nie myła. Ciekło jej, jak wściekłemu psu z gęby. A potem otwór zamknął się miażdżąc mi głowę.

sobota, 22 listopada 2025

Czekolada bez nadzienia jest beznadziejna?

 

    Pole kukurydzy wysprzątane po żniwach odsłania kryjące się w chwastach ule. Jabłoń w przydomowym sadzie pilnuje dzieci, choć nie uchował się ani jeden liść. Za to żółciutkie jabłuszka kurczowo trzymają się gałązek, żeby nie stłuc brzuszków o zmarzniętą ziemię. Podziwiam kolejny z miejskich absurdów. Na poczet inwestycji której rozmach widać dopiero z lotu ptaka (z ziemi widać jedynie chaos) remontowany był z mozołem wiadukt kolejowy nad drogą. A kiedy się skończył, reaktywowano pociąg w relacji bardzo turystycznej i okazało się, że ten pociąg nie mieści się na wiadukcie i jedzie obok niego! Rogatki zacinają się częściej od innych, co destabilizuje tę ptasią inwestycję kompletnie, doprowadzając mieszkańców do furii.


    Kobieta siedząca za kierownicą SUVa na światłach ćwiczy całuski i sprawdza w lusterku, jak wygląda z dzióbkiem. Młoda „alternatywka” z fioletową grzywką ciętą od linijki i brwiami wyostrzonymi lepiej niż księżyc w noc przed nowiem uda okryła koronkami, skwapliwie pilnując by spódnica i płaszcz nie władowały się koronkom na kolana. Blada była przy tym, jakby jechała na ścięcie, a przecież wysiadła przy galerii handlowej, wybranej ongiś na miejsce spotkań nieoczywistych piękności. Ja przysiadłem się do pani, która wiekiem nie odbiegała ode mnie, a nogi miała takie, że gdybym chodził na podobnych poważnie zastanowiłbym się nad miniówką. Pani nie musiałem nic podpowiadać – mała czarna, stylowa, klasyczna i nieśmiertelna.


    I kolejne wieści o „długich rękach Kremla”, a raczej długich pieniądzach, bo ręce całkiem kozackie dopuszczają się koszmarnych czynów – przynajmniej tak głoszą oficjalne wieści. Nie ma tygodnia, by w Polsce nie płonęły zakłady, magazyny, hale. Kiedy zobaczyłem tłusty dym nad Miastem pomyślałem, że to kolejny drań bawił się zapałkami.