Chudzina omotała szyję szalem-monstrum, który wystarczyłby na lekką kołdrę, albo bandaż do owinięcia całego kadłuba. Pani wykorzystywała jedynie fragment jego możliwości, a reszta spływała swobodnie, jak zasłony po remontach Szelągowskiej.
Kieszonkowy park o szerokości nie przekraczającej metra zastanawia się, czy wierzyć w wiosnę, ale na razie zdaje się być konserwatywnie nastawiony do pogodowych fanaberii i czeka na zimną Zośkę. Może to ta kobieta, co kostki u nóg ma odsłonięte, za to dłonie grzeje pod biustem, wprowadzając termiczne anomalie na końcówkach organizmu. Dostrzegam niebieski kaptur wystający spod różowego płaszczyka i zielony plecak nad czerwoną spódniczką – czyli kolory żyją i mają się dobrze. Z wystawy zerka na mnie drewniany pelikan, a z afisza reklamowego Murzyn namawia mnie na „żel do prania w krótkich cyklach”. Nie wiedzieć czemu przypomina mi reklamę z TV, gdzie murzyniątko namawia oglądaczy na „adopcję” pieska. Ja rozumiem, że obcokrajowiec, więc meandry naszego języka są dla niego zawiłe, więc macham ręką, bo z definicji adopcja dotyczy przysposobienia dzieci do rodzin zastępczych. No i nie do końca orientuję się, czy szczeniak nie reklamuje psów z afrykańskim rodowodem, nie nawykłych do naszego klimatu/religii i czego tam jeszcze. Może taki pies na śniadanie zjada pardwę, czy inne dzikie ptactwo grasujące po afrykańskich równinach?
Kwitnąca jasnota purpurowa rozpycha się po trawnikach, a głogi wonnym kwieciem ośnieżają chodniki. Pulchny samczyk obwąchuje koleżanki, być może żebrząc o wsparcie w doborze pierwszego w życiu staniczka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz