Psy gremialnie ruszyły na zakupy. Wiadomo – weekend. Słodkie bułki trzeba kupić, jakieś piwko na popołudniowy grill, może trochę papierowych ręczników, bo jak raz promocja w dyskoncie. Nie zawadzi też trochę żeberek, czy karkówki, skoro ogień ma zapłonąć na balkonach i tarasach. Nie wiadomo po co, ale i parę marchewek nie zaszkodzi. Ciepło rozmiękcza umysł. Lepiej wziąć, niż później żałować. Szpaki pogwizdują podsłuchane u kosów melodie, jakby zamarzył się im mezalians, czy choćby jednorazowy skok w bok. Centrum ekologii w postaci kloszarda z wielkimi, pełnymi worami na zwrotny plastik odpoczywa w pół chodnika wiodącego poza osiedle, w tym czasie nowy ochroniarz (nowy w tym bynajmniej przypadku nie znaczy młody, tylko nieznany) melduje się przy furtce i wraca w zacisze stróżówki. Dziewczyneczka, cała w czerni obejmuje taty udo i chowa się za nim, najwyraźniej wstydząc się odrobinę że jej fryzura nie nosi piętna paryskiego fryzjera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz