Starsza pani w trampkach to widok, który za każdym razem wpływa na mnie i poprawia samopoczucie. Więc uśmiecham się nawet do zielonych wzgórz leżących wcale nie nad Soliną, lecz przed dworcem kolejowym. Miałem możliwość oglądania landszaftu z góry – zdjęcie przypominało archipelag pełen bezludnych wysepek, rodząc nostalgie za podróżami w nieznane. Słońce wkrada się w oczy choć ciepłem nie grzeszy o poranku. Najwyraźniej też się rozgrzewa przed poważniejszą robotą w południe. Ale i tak dostrzegam pierwszą odważną w legginsach ciętych wpół uda. Szczuplutka acz wysoka dziewczyna, obłożona była grubą warstwą ocieplenia skwapliwie uzbieranego latami dostatku. Elewacja nie tylko frontowa polizana słońcem wyglądałaby jeszcze zacniej, więc zausznie życzyłem jej słońca od stóp po głowę, a także równie ciepłego uśmiechu i myśli.
Z bramy leżącej tuż przy rogu ulicy z wąziutkim chodnikiem wychodzą dwie młode kobiety. Rozmawiają ze sobą, choć każda wzrok ma trwale przyklejony do swojego wyświetlacza. Świat zewnętrzny poza światem wirtualnym ignorują doskonale. Aż się chciało kopnąć którąś w kostkę, by zobaczyć czy zareaguje, czy uzna to za doznanie nierzeczywiste. Później mija mnie pani wyłączona z prokreacyjnej eksploatacji, co nie przeszkadzało jej szczuć przechodniów biustem pyszniącym się pod bluzeczką i kurtką udrapowaną tak, żeby nie szło uronić ani grama cudowności kokoszącej się parki okazałych bliźniąt. Jakieś ptaszę skrywające się w kwieciu dorodnego kasztanowca wiło improwizowaną pieśń – grzech było pójść bez podziwiania. m. powiedziałaby że cała jest zachwyceniem…
Chwilę później było już popołudnie. Parami, trójkami i małymi czeredami Miastem wędrowały dziewczęta spragnione słońca i zachwytów. Młode ciała są piękne samą młodością, a zima ograbiła je z opalenizny. Cóż się dziwić, że bledziutkie ciała przy pierwszej okazji wynurzają się z ubrań i korzystają z dobrodziejstw? Niech będzie, że zgrzeszyłem, ale krok mimowolnie zmienił się na dostojniejszy, wzrok rozpieszczany z każdej strony łagodniał i miękł. Pośpiech stawał się nieprzyzwoitością. A przecież lato dopiero ma nadejść, a wraz z nim zanik tekstyliów, rokrocznie łamiący kolejne bariery minimalizmu.
Wśród przewidywalnych stylizacji niewątpliwie wyróżnił się glonojad w białych kozaczkach i takim płaszczyku dłuższym od spódniczki, czy alternatywka w pończochach-kabaretkach rozpaczliwie uczepionych chyba-pasa kryjącego się pod naprawdę krótkimi spodenkami. Po trawnikach coraz więcej czerwonej koniczyny, która tak naprawdę jest fioletowa, dlatego czerwoną trzeba było ochrzcić jako purpurową. Cóż. Nudy nie ma. A schematy i uproszczenia prowadzą na pola minowe. I można mieć minę że ho ho!
Dziwny jest ten świat. Purpurowa koniczyna jest ciemnoróżowa, czerwona kapusta jest fioletowa, czarna skrzynka jest pomarańczowa, a Biała Wieża (w Salonikach) - brązowa. Czy to dorośli tak komplikują życie?
OdpowiedzUsuńpoprawność polityczna też jest zdumiewająca. i to całe udawanie, że margines jest normą wymagającą afirmacji.
UsuńTak! Okrutnie mnie to mierzi.
Usuńjeszcze chwila i takie słowa mogą być karalne - szaleństwo rozzuchwala się i nie ustaje w wysiłkach, by spacyfikować większość.
UsuńTo jakaś społeczno-polityczna choroba zwyrodnieniowa.
Usuń