Rzuciłem
okiem na telefon, który jest już wszystkim, tylko nie maszyną do prowadzenia
rozmów na odległość. Informuje mnie uprzejmie i chłodno, że pogoda sprzyja, za
to zawartość tlenu niekoniecznie będzie satysfakcjonująca mój dotkliwie
eksploatowany organizm, że bieżącej wiosny w modzie będą kolory różne od
jaskrawego, chromego fioletu, no chyba, że jakaś pani aspirująca publicznie obnażonymi
piersiami do roli guru folklorystycznego świata uzna za właściwe zakryć nieśmiało
swoją niewątpliwą boskość jednodniową jaskrawofioletowym listkiem figowym –
niechby zgoła całą figą! Czemu z tym minimalizmem umysłowym wciąż wędruję przez
życie?
Dygresje
– wiem, ale tak już mam od zbyt długiego czasu, żebym był skłonny z nich
zrezygnować – słońce świeci miliardy lat i wcale nie zamierza w najbliższym
czasie na przykład padać, albo robić swetry na drutach – ba! Nawet telefonu nie
ma, więc nie pstryknie fotki i nie pochwali się wzdęciem, blizną pooperacyjną,
czy rodziną przebywającą chwilowo na Malediwach w celu spalenia tkanki
tłuszczowej z organizmu i portfela skrojonego ze skóry ekologicznej, bądź nie.
Takie to niemodne i monotonne. Beznadzieja! Kiedy świat się pręży i spieszy, i
szokować próbuje każdego dnia, i wymyśla wciąż nowe i inne, i robi, choćby wbrew
sobie, ale odwrotnie. W skrajnościach próbuje zakwitnąć i przekonać mnie, że
fragment metalu albo pigment strzykawką zaaplikowany jest moim przeznaczeniem
podskórnym i katharsis.
Świat
cały przyszedł do mnie przez telefon i pcha się tak namolnie, że ledwie go
potrafię odepchnąć – wieści świeże tak, że opinia publiczna jeszcze nie wyrobiła
sobie opinii i chociaż publicznie już się zaczyna wyrażać, to dopiero jutro,
albo za dni trzy ktoś pyszałkowato określi stosowną do okoliczności ideologię.
Ktoś tak bardzo oderwany od realiów, że trzeba mu wierzyć, bo skoro teorię
podeprze entuzjazmem miliarda nastolatków płci domniemanej, to chyba
reprezentuje przyszłość. Paskudną, ale przyszłość. Kwitną kwiaty na bliskim
wschodzie, a zanim zapach doleci nozdrzy poniekąd niskich przeważnie Azjatów, ja
już mam je w oczach nieprzeliczalne i piękniejsze od wynurzającej się z piany
Afrodyty…
Menu
restauracji gdzieś w opłotkach południowej Francji, temperatury na Zakaukaziu,
wypadki tragiczne pośród wysp tak odległych, że nie potrafię ich zlokalizować
bez telefonu, który owszem, który tak – wesprze, pokaże i zaproponuje dwudniową
wycieczkę on-line (naciśnij przycisk proszę), albo spowoduje przeloty, gdybym
nie daj Bóg dysponował paszportem i kartą kredytową obarczoną kruszcami lub kryształem
czystego węgla w rozmiarze minimum grube dziesiąt karatów. Nie mam? Telefon mi znajdzie
nad podziw tani okaz w Holandii, albo w RPA, w najgorszym razie uszczupli
rosyjskie zasoby utajniane bądź celebrowane ponad miarę, wesprze słownikiem i
do licytacji zaprosi w iluzorycznym smokingu, choćbym w podartych gaciach stał wtedy
w sławojce i dumał niedyskretnie nad upływnością napojów zmierzających w stronę
jądra ziemi po niedawnej konsumpcji, traktując moje ciało jak kanalizację, jak
medium pośredniczące…
Patrzy
żałośnie ten mój telefon na mnie, zupełnie jak rosnące w oczach dziecko, które
powiedzieć próbuje: „tato… nie możesz być taki staroświecki i analogowy,
przecież tu świat czeka na ciebie i kochać cię będzie CAŁY, żebyś mu tylko
dostęp zapewnił – odrobinkę prądu i darmowe wifi…” Patrzy i wdzięczy się kolorami
niedostępnymi w naturze, bo potrafi pomieszać 32% ultramaryny z dziewiętnastoma
procentami kobaltu, a przyroda zawstydzona szarzeje i rozbiera się z barw szybciej
niż jesień potrafi to uczynić. A telefon dorzuci w gratisie połysk opalizujący,
albo spatynuje sepią i w świetle godzin popołudniowych na Wyspie Wielkanocnej pośrodku
września przedstawi, jeśli tylko zapragnę takiej niedyskrecji.
A
ja jak głupiec skończony zerkam za otwarte okno, gdzie dopaść mnie może smród
codzienności, gdzie kurz w oczy wpadnie niechybnie, jeśli tylko otwarte je utrzymam.
Zakładam schodzone buty na nogi, a telefon patrzy na mnie z pogardą, bo bez
jego udziału kupiłem i do ideału im z każdą chwilą dalej. Na grzbiet wdziewam perfidnie
starą marynarkę, a w kieszeń wrzucam dwa cukierki i nie pozwalam telefonowi pastwić
się nad ich kodem kreskowym, w którym zaszyte informacje pozwolę odnaleźć
emulgatory, barwniki, toksyny, a może i mocznik, żeby zbyt szybo nie straciły „walorów”.
W nosie mam rozkłady jazdy czegokolwiek, godziny otwarć galerii, czy sieci tej,
czy innej, promocje, okazje, niespodziewanki…
Trzaskam
drzwiami ciut ciszej niż chciałbym, a telefon usiłuje dotrzymać mi kroku, więc
drży – sygnałem idealnie wypunktowanym, w metrum kwarcu drganiem powtarzalnym
po sąd ostateczny i nabija się z odgłosów mi bliskich, a jemu spoza drzwi
dochodzących, kiedy jakaś sąsiadka kotlety na obiad tłucze tak arytmicznie, tak
nieumiejętnie, że spóźnia się z taktem i rytm gubi i miliardowe części ułamków
poza taktem…
Trzaskam
drzwiami zbyt słabo i zostawiam głodnego szydercę po tamtej stronie. Zostawiam i
schodzę po schodach w rytm niedoskonały, zwiastunem obiadu zaanonsowanym schodzę
po schodach i uśmiech mój pokraczny, nie wsparty programowo maluje się na
twarzy zaraz pod tym pryszczem, który znienacka na nosie mi wyrósł perfidnie.
Niemal słyszę, jak szyderca kusi mnie, żebym wrócił, to poprawi defekt, ideałem
mnie zarazi i powieli, w świat wyśle wieści o mojej nieskończonej doskonałości,
o mojej urodzie, jeśli tylko zechcę oszołomić świat własnym blaskiem. A ja? Idę
zobaczyć jak drzewa wspinają się do słońca po oddech. Idę zobaczyć, w którą stronę
dziś rzeka płynie, bo się troszeczkę boję, że telefon gotów i ją przekonać do innego
kierunku.
Idę,
niedoskonałością własną rozcinając wiatr na poły, pomiędzy którymi zmieści się
śmiech dziecka bez płci jeszcze, piszczącego nieświadomość potęgi telefonu,
mijam bramina, o wzroku tak mętnym, że nawet cyfrowy świat doznałby zawrotu
głowy i wypluł komunikat błędu, mijam zieloność dojrzewającą niespiesznie i
dyskretnie tak, że bez przyspieszenia procesu zauważyć go ludzkie oko nie potrafi.
Oko potrafi westchnąć tylko post factum – to już? Jak szybko ta wiosna przyszła
i jak pięknie dojrzała – teraz tylko czekać, aż latu ustąpi miejsca. Aż słońce zapłodni
ją i wyda owoce. Doskonale analogowe, niedostępne najbardziej zaawansowanym
technologicznie maszynom cyfrowym.
Idę
– może zdechnie cyfrowo doskonale, czysto i bez protestu, komunikatem ostatecznym
jedynie zaanonsowany: „Stan baterii zero procent, stan rozumu również, wiedza,
sarkazm, wsparcie techniczne – jak wyżej. Żegnam.” A tymczasem drobnica ptasia
przekomarza się szukając spełnienia i powielić się chce również tą wiosną. Ja
chcę iść. Nierówno i niepewnie nawet, tylko mnie nie karć za to – nie jestem
kwarcowym produktem – ja… z białek pochodzę…