środa, 11 kwietnia 2018

Wyzwanie.


Rzuciłem okiem na telefon, który jest już wszystkim, tylko nie maszyną do prowadzenia rozmów na odległość. Informuje mnie uprzejmie i chłodno, że pogoda sprzyja, za to zawartość tlenu niekoniecznie będzie satysfakcjonująca mój dotkliwie eksploatowany organizm, że bieżącej wiosny w modzie będą kolory różne od jaskrawego, chromego fioletu, no chyba, że jakaś pani aspirująca publicznie obnażonymi piersiami do roli guru folklorystycznego świata uzna za właściwe zakryć nieśmiało swoją niewątpliwą boskość jednodniową jaskrawofioletowym listkiem figowym – niechby zgoła całą figą! Czemu z tym minimalizmem umysłowym wciąż wędruję przez życie?

Dygresje – wiem, ale tak już mam od zbyt długiego czasu, żebym był skłonny z nich zrezygnować – słońce świeci miliardy lat i wcale nie zamierza w najbliższym czasie na przykład padać, albo robić swetry na drutach – ba! Nawet telefonu nie ma, więc nie pstryknie fotki i nie pochwali się wzdęciem, blizną pooperacyjną, czy rodziną przebywającą chwilowo na Malediwach w celu spalenia tkanki tłuszczowej z organizmu i portfela skrojonego ze skóry ekologicznej, bądź nie. Takie to niemodne i monotonne. Beznadzieja! Kiedy świat się pręży i spieszy, i szokować próbuje każdego dnia, i wymyśla wciąż nowe i inne, i robi, choćby wbrew sobie, ale odwrotnie. W skrajnościach próbuje zakwitnąć i przekonać mnie, że fragment metalu albo pigment strzykawką zaaplikowany jest moim przeznaczeniem podskórnym i katharsis.

Świat cały przyszedł do mnie przez telefon i pcha się tak namolnie, że ledwie go potrafię odepchnąć – wieści świeże tak, że opinia publiczna jeszcze nie wyrobiła sobie opinii i chociaż publicznie już się zaczyna wyrażać, to dopiero jutro, albo za dni trzy ktoś pyszałkowato określi stosowną do okoliczności ideologię. Ktoś tak bardzo oderwany od realiów, że trzeba mu wierzyć, bo skoro teorię podeprze entuzjazmem miliarda nastolatków płci domniemanej, to chyba reprezentuje przyszłość. Paskudną, ale przyszłość. Kwitną kwiaty na bliskim wschodzie, a zanim zapach doleci nozdrzy poniekąd niskich przeważnie Azjatów, ja już mam je w oczach nieprzeliczalne i piękniejsze od wynurzającej się z piany Afrodyty…

Menu restauracji gdzieś w opłotkach południowej Francji, temperatury na Zakaukaziu, wypadki tragiczne pośród wysp tak odległych, że nie potrafię ich zlokalizować bez telefonu, który owszem, który tak – wesprze, pokaże i zaproponuje dwudniową wycieczkę on-line (naciśnij przycisk proszę), albo spowoduje przeloty, gdybym nie daj Bóg dysponował paszportem i kartą kredytową obarczoną kruszcami lub kryształem czystego węgla w rozmiarze minimum grube dziesiąt karatów. Nie mam? Telefon mi znajdzie nad podziw tani okaz w Holandii, albo w RPA, w najgorszym razie uszczupli rosyjskie zasoby utajniane bądź celebrowane ponad miarę, wesprze słownikiem i do licytacji zaprosi w iluzorycznym smokingu, choćbym w podartych gaciach stał wtedy w sławojce i dumał niedyskretnie nad upływnością napojów zmierzających w stronę jądra ziemi po niedawnej konsumpcji, traktując moje ciało jak kanalizację, jak medium pośredniczące…

Patrzy żałośnie ten mój telefon na mnie, zupełnie jak rosnące w oczach dziecko, które powiedzieć próbuje: „tato… nie możesz być taki staroświecki i analogowy, przecież tu świat czeka na ciebie i kochać cię będzie CAŁY, żebyś mu tylko dostęp zapewnił – odrobinkę prądu i darmowe wifi…” Patrzy i wdzięczy się kolorami niedostępnymi w naturze, bo potrafi pomieszać 32% ultramaryny z dziewiętnastoma procentami kobaltu, a przyroda zawstydzona szarzeje i rozbiera się z barw szybciej niż jesień potrafi to uczynić. A telefon dorzuci w gratisie połysk opalizujący, albo spatynuje sepią i w świetle godzin popołudniowych na Wyspie Wielkanocnej pośrodku września przedstawi, jeśli tylko zapragnę takiej niedyskrecji.

A ja jak głupiec skończony zerkam za otwarte okno, gdzie dopaść mnie może smród codzienności, gdzie kurz w oczy wpadnie niechybnie, jeśli tylko otwarte je utrzymam. Zakładam schodzone buty na nogi, a telefon patrzy na mnie z pogardą, bo bez jego udziału kupiłem i do ideału im z każdą chwilą dalej. Na grzbiet wdziewam perfidnie starą marynarkę, a w kieszeń wrzucam dwa cukierki i nie pozwalam telefonowi pastwić się nad ich kodem kreskowym, w którym zaszyte informacje pozwolę odnaleźć emulgatory, barwniki, toksyny, a może i mocznik, żeby zbyt szybo nie straciły „walorów”. W nosie mam rozkłady jazdy czegokolwiek, godziny otwarć galerii, czy sieci tej, czy innej, promocje, okazje, niespodziewanki…

Trzaskam drzwiami ciut ciszej niż chciałbym, a telefon usiłuje dotrzymać mi kroku, więc drży – sygnałem idealnie wypunktowanym, w metrum kwarcu drganiem powtarzalnym po sąd ostateczny i nabija się z odgłosów mi bliskich, a jemu spoza drzwi dochodzących, kiedy jakaś sąsiadka kotlety na obiad tłucze tak arytmicznie, tak nieumiejętnie, że spóźnia się z taktem i rytm gubi i miliardowe części ułamków poza taktem…

Trzaskam drzwiami zbyt słabo i zostawiam głodnego szydercę po tamtej stronie. Zostawiam i schodzę po schodach w rytm niedoskonały, zwiastunem obiadu zaanonsowanym schodzę po schodach i uśmiech mój pokraczny, nie wsparty programowo maluje się na twarzy zaraz pod tym pryszczem, który znienacka na nosie mi wyrósł perfidnie. Niemal słyszę, jak szyderca kusi mnie, żebym wrócił, to poprawi defekt, ideałem mnie zarazi i powieli, w świat wyśle wieści o mojej nieskończonej doskonałości, o mojej urodzie, jeśli tylko zechcę oszołomić świat własnym blaskiem. A ja? Idę zobaczyć jak drzewa wspinają się do słońca po oddech. Idę zobaczyć, w którą stronę dziś rzeka płynie, bo się troszeczkę boję, że telefon gotów i ją przekonać do innego kierunku.

Idę, niedoskonałością własną rozcinając wiatr na poły, pomiędzy którymi zmieści się śmiech dziecka bez płci jeszcze, piszczącego nieświadomość potęgi telefonu, mijam bramina, o wzroku tak mętnym, że nawet cyfrowy świat doznałby zawrotu głowy i wypluł komunikat błędu, mijam zieloność dojrzewającą niespiesznie i dyskretnie tak, że bez przyspieszenia procesu zauważyć go ludzkie oko nie potrafi. Oko potrafi westchnąć tylko post factum – to już? Jak szybko ta wiosna przyszła i jak pięknie dojrzała – teraz tylko czekać, aż latu ustąpi miejsca. Aż słońce zapłodni ją i wyda owoce. Doskonale analogowe, niedostępne najbardziej zaawansowanym technologicznie maszynom cyfrowym.

Idę – może zdechnie cyfrowo doskonale, czysto i bez protestu, komunikatem ostatecznym jedynie zaanonsowany: „Stan baterii zero procent, stan rozumu również, wiedza, sarkazm, wsparcie techniczne – jak wyżej. Żegnam.” A tymczasem drobnica ptasia przekomarza się szukając spełnienia i powielić się chce również tą wiosną. Ja chcę iść. Nierówno i niepewnie nawet, tylko mnie nie karć za to – nie jestem kwarcowym produktem – ja… z białek pochodzę…

wtorek, 10 kwietnia 2018

Rien ne va plus.


No i się stało! We mnie myśl urosła tak nieuczesana, dumna tak bardzo i pyszna, że zawstydziłbym nią nawet Absolut, gdyby raczył się objawić. Czemu nie? Dziś ustanowiłem dzień, w którym pożeram rekiny ludojady na surowo, głaszczę lwy i sypię im w miski kitty cat w ilościach hurtowych, żeby później patrzeć, jak nażarte wylegują się na parapetach w kwietniowym słońcu. Prysznic wziąłem dłuższy niż niezbędny dla higieny, żeby nacieszyć się niedyskrecją wody spływającej po mnie strumyczkami, które żadnego nie znają wstydu i religii innej niż boska grawitacja.

Włochatym ręcznikiem szorowałem ciało do różowatości gorącej, bo brązem po zimie nie dysponowałem w żadnej, nawet wyrafinowanej i subtelnej odmianie, skrupulatnie goliłem i strzygłem nadmiarową sierść piętnującą mnie jako produkt odzwierzęcy – niemal do boskiej gładkości pielęgnowałem siebie, aż odpływ kanalizacji powiedział brutalnie - „dość!” Wyszedłem z wiadra wody, z miski płynnej rozpusty i pokalałem nagością otoczenie. Prywatne do krwi, ale jednak. Pokalałem ściany pokoju i kuchni, sypialni i przedpokoju – chciałem pokalać living room, ale nie dysponowałem przestrzenią o tak dumnej nazwie. Nawet (wiem, to odrażające…) garderoby nie posiadałem i garderobianej, przy której własną nagość mógłbym niezdecydowaniem własnym uraczyć i zmitrężyć przedpołudnie na deliberacjach, czy mój teraźniejszy „image” bardziej pasuje do turkusowej nieskończoności, czy bladej szarości aż po świt, a może uniwersalnej czerni porzuconej dyskretnie o krok przed pościelą pośród obuwia szczycącego się włoskim pochodzeniem.

Mógłbym w siedemnastu drgnięciach lustrzanych powierzchni zbadać wzrokiem krytycznym, czy (oby nie!) nie wyrosła mi na tyłku pomarańczowa skórka, chociaż unikam owocu, od kiedy usłyszałem o jego szkodliwości dla moich pośladków. Mógłbym „kurze łapki” zlokalizować pomiędzy uszami, a okiem, lecz przecież – nie jadam drobiu, a jajka, to tylko na Wielkanoc, więc może… (od wszelkich nieszczęść uchowaj mnie Panie…), więc może nie… Mógłbym przyjrzeć się, jak dalece odbiegają moje szpony od kształtów idealnych i napiętnować je barwą godną zauważenia przez istotę o smaku subtelnym i wyrafinowanym.

Zamiast tego utonąłem w powodzi kremów, odżywek, mleczek, perfum, a zegar wskazywał nieśmiało, że dzień lada chwila się skończy, a ja wciąż pomiędzy kredką, a kreską, pomiędzy pudrem, a żelem, malowany pędzlem tak subtelnym, że nieomal wirtualnym, barwą w pyle podkładów, róży, pudrów, o ziarnie nieskończenie małym, mizerotą, pyłem marnym, nieistotnością dyskretniejszą od konsjerża, co szczyci się pięćsetletnią, angielską tradycją.

Siedziałem w oku trzech luster, a szafa zerkała bezczelnie czwartym, wprost spoza drzwi niedomkniętych, kiedy nagością nieprzyzwoicie jasną, otwartą i niedwuznaczną wypełniałem przestrzenie lustrami powielane, z chłodem niegodnym wręcz tego obrazu. Przecież powinny się spalić! Spłonąć wobec mnie nagiego! Zachwycić się i zdechnąć z braku powietrza, a one…

Nic! Prymitywne, dosadne i bezwzględne – „pewnie mają inne preferencje – pomyślałem – inaczej nie dałyby rady zachować spokoju wobec mojej nagości, która na samą myśl o własnej beztrosce poczuła się zobligowana do erekcji – przecież erekcja też chce się powielać, chce dostrzec walory lustrami zwielokrotnione, by marzyć o podobnym spełnieniu „na jawie”. Chce zaistnieć wobec wszystkiego, co przekroczy granice wstydu i konwenansów. Chce stać się wspomnieniem, którego mogło nie być całkiem, które nie stało się oczywistością, tylko dlatego, że ja…

Deliberowałem przed tą triadą luster, plus partyzantką spoza drzwi niedomkniętych kwilącą cicho, lecz tamtą po macoszemu traktowałem, bo – wiadomo – „omne trinum perfectum”, a trójca idealna przede mną powielała mój nieidealny wygląd, kpiąc sobie z moich wysiłków. Niech sobie kpi – ja swoje wiem – na obraz zostałem stworzony, więc na pewno godny jestem uczuć innych niż pogarda, niż obojętność, czy lekceważenie. Wiarą gotów byłem spalić nie tylko lustra trzy, ale i drzwi wraz z intymnością pośród ścian zawartą.

Telefon, który mógłby dać mi orgazm, jeśli tylko ktoś popracowałby jeszcze chwilę nad żywotnością jego baterii objął mnie ramą, w której mieściły się damy objęte prostokątem ramy, z każdym możliwym futrzakiem, za to bez bielizny – zupełnie jak ja teraz. Siedziałem nagi tak bardzo, że nie miałem ani sierści, ani potu na sobie nawet – przydałaby mi się jakaś Lonia (może nawet skandynawska Loesje) z rodu Vincich, żeby zapewnić mi nieśmiertelność w tajemnym uśmiechu, ale z braku utalentowanej osóbki machnąłem kciukiem auto-promocyjnego fotosa o odrażająco brzmiącej nazwie: „selfie”…

Ech! Wart byłem chyba czegoś więcej, jednak żadna artystka obiektywu wciąż (jeszcze) nie zaprosiła mnie, żebyśmy wspólnie „portfolio” budować poczęli i kampanię w świecie pożądania fizyczności. Nawet profan o aspiracjach do mnie nie zajrzał żaden – tzn. żadna, bo mam dość skrystalizowane podejrzenia, że męskością potrafi zdjęcie nasączyć wyłącznie osoba płci odmiennej – może być kobieta, ale na pewno nie samiec alfa.

Trwałem, kiedy lustra lizały moją nagość. Usiłowałem zerknąć w głąb siebie i sprzedać się, żeby nie wyjść na tanią dziwkę. Autopromocja, PR, poszukiwanie wartości i celebryckie „istnienie”, zamiast rzeczywistych wartości. W końcu resztki rozumu, których alkoholem i innymi używkami spalić nie zdołałem podpowiadają mi ciąg dalszy, na bazie retrospekcji świata pozorów. Przykładowo – pani, która na wejściu programu wstydziła się na jakiekolwiek pytanie odpowiedzieć (dowolnie aseptyczne), na koniec pytała się, czy fryzurka intymna powinna być w „łysym” kolorze, czy też w zaniku absolutnym czai się niedyskrecja i trzeba zachować minimum intymności w krzaczkach stylizowanych na kwiatowe akcenty, a całość podkreślała demonstracją z wielobarwnymi, rozlicznymi prototypami, pośród których ekstrawagancja zawstydzona kuliła się po kątach nad własną pospolitością.

Usiadłem, chociaż siedziałem. Zerknąłem, chociaż widziałem. Otworzyłem edytor tekstu i mimo, że dłonie drżały zacząłem pisać ogłoszenie:

Sprzedam się. Moją cnotę wątpliwą sprzedam, ale nie tanio. Sprzedam, lecz jeśli chcesz kupić, to porzuć przywiązanie do doczesności i weź mnie wobec tych, którym spełnienie nie będzie dane. Stań w szranki i wygraj z tą rudą spod piątki, której się wydaje, że rozumy zjadła, wygraj z tą, co mieszka pod miastem na stu hektarach i sypialni ma tyle, że nie potrafi wcelować do łóżka zagrzanego pożądaniem i oczekiwaniem na jej tyłek sfatygowany półwieczną walką o dostatek. Kup mnie dla siebie na wyłączność, na chwilę, która iluzją będzie, bo niczym więcej, jak palców oblizaniem po tym pączku w lukrze utopionym, kiedy tobie nawet rucola szkodzi nadmiarem kalorii.

Sprzedam moją cnotę niepewną i wątpliwą, wielokrotnie naruszoną, choć za każdym razem szczerze. Nie tanio. Lecz do tej pory bez poparcia kodeksem cywilnym, bez notariusza i ginekologicznej opinii. Czyli prawnie dziewiczą i niepokalaną, chociaż dojrzała nad miarę, z tej bezpańskości wobec prawa. Bez szampana, lecz pośród świec, czy co tam sobie roisz we własnych mrocznych być może marzeniach. Sprzedam cnotę używaną, lecz nie wyświechtaną, traktowaną zgodnie z konwencją genewską i daleką od afrykańsko-wojennych dolegliwości, bez azjatyckich podłości skrywanych pod dywanami za jedyne pięć dolarów, jeśli tylko na tyle cię stać. Sprzedam się, lecz zanim to zrobię – chcę dać ci świadomość, że staniesz w szeregu, w zwarciu z głodną połową świata, dla której oferta być może pierwszą będzie. Tą połową, która jawnie przyznać się nie zdoła i prędzej krtań wygryzie niż powie – mee too…

Kto wie, czy nie jesteś pierwszą, która zwróci światu to, co dostała. Dostaniesz rabat – ode mnie. Jeśli tylko przyznasz się, ile zapłacił zwycięzca i triumfator w wyścigu po twoją cnotę. Stać cię na takie wyznanie? 10%? 20%? Kup mnie – może wspólnie wypłaczemy własną głupotę. Może wyprasujemy wspólny cynizm do niezłomności i urodzimy światową potrzebę negocjacji bliskości. Na dożywotni kredyt. Na odsetki od miliardów naiwnych.

Stać cię? Zostaniesz dziwką jak ja? Zapłacisz za wzajemność? A może stać cię na całość – kup mnie, bez znieczulenia. Chcesz tego? Stać cię? Krupier już kręci krzyżem ruletki… Avec?

Nieuzasadniona życzliwość dla świata.


Jeśli pani w piekarni, z wytatuowanym wysoko na ramieniu wielobarwnym lwem, z powodu wiosny eksponuje go w pełnej krasie, od siebie dokładając permanentną mimikę lwią, podskórnie sterowaną wyćwiczonymi mięśniami, to ja tylko zgadywać mogę, czy jest deklaracją, przywiązaniem, a może zaledwie marzeniem. Z tego niezdecydowania mija mnie kilka pań z dojrzewającym wdzięcznie życiem i dziewczyna w miękkich pantoflach, której do kobiecości już chyba tylko towarzystwa brakuje. Psie przyjaźnie zbiorowo zawiązują się podczas porannej toalety, a sprzątaczka niewzruszenie sprząta objawy, żeby trawa mogła wyrosnąć. Pani od nałogów wiesza kolorowe podwyżki na półeczkach z kolorowymi trunkami. Siwowłosa pani piękniejsza od wiosny uśmiecha się pobłażliwie i z wielką delikatnością na widok świata, który dzisiaj mógł ją opuścić, więc drżącą rękę wyciąga do niego w podzięce i szuka ciepła ostrożnie mijając szczeliny w popękanych płytkach chodnikowych – może nawet gra w klasy i śmieje się do wspomnień, kiedy kucyki miała i piegi na uśmiechniętej pod niebo buzi. Pani w wypracowanej czerni z celową niedokładnością sznuruje młodziutki biust, żeby i on nałapał odrobinę zmysłowości, bo zapewne stęskniony już swobody, o którą latem zdecydowanie łatwiej. Szpak wydziobuje jakieś szpacze sprawy z sosnowego pnia, a gołębie poniżej drepczą w kółko z niecierpliwością. W drzwiach sklepów stoją zniechęceni sprzedawcy we wszelkich możliwych płciach i wieku, niespiesznie paląc papierosy z braku klientów. Niektórzy ponoć pracują, co można rozpoznać po zamaszystych ruchach i trzaskaniu drzwiami samochodów z logami nie wyglądającymi na dane kierowcy (GIODO czuwa), czy reklamę ich talentów(tu czuwa chyba US, żeby daninę od obywatelskich umiejętności pobrać skutecznie i bezapelacyjnie).

Jeśli uśmiechnąłem się mijając ciebie – nie dziw się – dzień wart jest uśmiechu, choćby anonimowym miał być i rozpłynąć się w hałasie cywilizacji obojętnej.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Poker bez granic.


Założyłaś sukienkę, która nawet w kategorii bluzeczek wydawała się dla twojego ciała zbyt kusa. I zrobiłaś to z premedytacją. Z bezwzględną pewnością, że w ten sposób wygrasz wszystko, co wygrać można i nawet ust otwierać specjalnie nie będzie trzeba. Wystarczy tylko pozwolić kolanom na chwilową swawolność, żeby pośród koronkowych precjozów grawerowanych na bieliźnie, wyhaftowanych bezduszną maszyną pojawiło się gdybanie twoją wilgocią podkreślone bardzo dyskretnie, a może nawet nieświadomie. Wystarczy, żebyś pochyliła się „niechcący” nad stolikiem świecącym czernią politurowanego drewna, żebyś łukami piersi nieskrępowanych wstydem zabłysnęła kontrastem niemal idealnym, by odebrać stołowi cały majestat podkreślony dwustuletnim dostojeństwem.

Założyłaś na siebie uśmiech, który Mona Lise zawstydziłby wieloznacznością, bo przecież nie dla zabawy przyszłaś, lecz egzekwować to, co się tobie nie należy, ale uzyskać można, kiedy w obcej głowie wywołasz zamęt i domniemania. Przyszłaś w butach, które uniosły cię ponad podłogę najwyżej jak można bez cyrkowych sztuczek, bez szczudeł i obcych ramion unoszących cię w mrok, w którym „tak” potrafisz własnym ciałem wyartykułować wyraźniej niż słowami wyrafinowanymi.

Przyszłaś sztuczna, nieprawdziwa najbardziej na świecie, schowana pośród farb i zapachów, perfidii ukrytej w fałszywych sygnałach. Udawałaś z całych sił i tylko pośladki ściskałaś, żeby skowytem ust nie zdradzić sztuczności, bo intymność powiesiłaś rankiem na wieszaku, poza zasięgiem mojego pojmowania. Prawdę zostawiłaś już o poranku, za zamkniętymi szczelnie drzwiami, do mnie przynosząc ocean pozorów, być może przed lustrem wyćwiczony przez lata, a może w spadku po błękitnym genomie przodków, którym udało się całe wieki nieść własne idee w teraźniejszość.

Ciało wypychałaś mi przed oczy, żebym utonął w domysłach, żebym w zwierzęcym świecie ślinił się podświadomie, żebym nie był w stanie utrzymać na wodzy pożądania i moje marzenia chciałaś skłonić do jednej myśli – jesteś dziwką, za której towarzystwo zapłacić muszę nie tylko portfelem, ale i duszą – przyszłaś po mnie jak Lucyfer (błagam o jedną niedyskrecję-podpowiedź, czy chociaż jeden szatan nosi biustonosz i sukienkę?), żeby mnie oszołomić własną urodą, odebrać rozum i wieść na pokuszenie aż po granicę, spoza której wrócić się już nie da nawet boskim istotom. Na zatracenie.

Za mały byłem, żeby dostrzec w czas, za słaby, żeby się obronić, a ponoć na boskie podobieństwo zostałem do życia powołany. Czart parska śmiechem, kiedy ja muszę otrzeć twarz z tej plwociny, która do tej chwili zdawała mi się potem na rozgorączkowanym organizmie. Zdawała się kroplą we mnie urodzoną pożądaniem i najbardziej szczerą ze wszystkich – jeśli chcesz powąchaj – chciałem pachnieć pożądaniem i niczym więcej – otoczyć się pragnieniem ciebie. Chciałem pachnieć dopełnieniem twojego zapachu, stać się warkoczem wspólnego spazmu, w którym utoną niedopowiedzenia, a wszechświat wymagał będzie korekty, bo zbyt wąskim go do życia ktoś powołał.

Nie wiem już sam, czy przyszłaś do mnie uzbrojona we własne ciało, żeby zdobyć przyczółek poprzez moje pożądanie, czy też przytłoczona własną niemocą ostatnie działa wytoczyłaś wobec mego oblężenia i pośród westchnień w przełęczy pomiędzy pieczołowicie dotychczas ukrywanymi piersiami wypatrujesz ostatniej deski ratunku. Pośród niezrozumienia, stereotypów, którymi samice wodzą za nosy (i nie tylko) samców ubrałaś się i ty, w strój godowy, i szczebioczesz przede mną zupełnie tak, jak ja szczebiotałbym przed tobą, gdyby role się odwróciły – wiem, we mnie wstydu już odrobinę mniej i potrafię się przyznać w zaciszu alkowej, że historia zna takie przypadki…

Nie wiem i nie rozumiem, czemu tak jest właśnie, że zamiast zrozumienia każdy szuka przewag, własnowolnie narzuconej podległości zamiast bliskości potrzebnej obustronnie. Dlaczego być musi ktoś, komu można palcem wskazać miejsce na sienniku w przedpokoju, do którego łaska pańska prowadzić może okazjonalnie, albo też rozkazem wywarczanym, żeby spełnił nie swoje marzenia, lub nie tak, jak chcieć mógłby. Bo kogo interesuje niewolnik nasieniem wypełniający wannę Kleopatry? Kogo zainteresuje sekretarka, świadomie, choć nieoficjalnie zaangażowana jako spełnienie instynktów.

Przyszłaś do mnie dzisiaj… A pośród czarnych koronek, żebrzących o zauważenie ponad krawędziami sukienki… urodziłaś aromat, którego nie da się z niczym pomylić. Tego chciałaś? Tylko tak potrafisz życie utrzymać? Boję się, że nie udźwignę zaufania – boję się, że rozum przegra i wezmę, co dzisiaj przyniosłaś nieszczerze. Że wezmę komplet pozorów i pośród skowytu spełnienia… Ty wiesz… Zwiędnie wszytko, co zostawiłaś w zaciszu porankiem, nim do mnie przyszłaś… Jutro… znów się spotkamy i znowu ktoś będzie skazany….

Patrzę ci w oczy – pokerowa zagrywka… Szarża i blef… Prawda wisi w twojej łazience, a może tonie w czeluści pościeli… Samotnie… A ty… Przyszłaś do mnie w sukience, która kryć nie może cielesności, która podwaja stawkę i zerka zuchwałym wzrokiem na stół pośród żetonów. Stać cię? Czy blefujesz…? Rzucam na stół wszystko, na co mnie nie stać - Sprawdzam! Mi łatwiej - pójść po całość... czy dlatego nie chcesz unieść wzroku ponad grzywkę? To twoja partia... Ja tylko się dosiadłem do stołu - tak sądzę... 

niedziela, 8 kwietnia 2018

Pod podartym niebem.


Schodziłem niżej i niżej, aż skończyły się ostatnie schody i nawet woda kręciła się bezradnie w kółko nie mogąc zdecydować się na wybór kierunku. Oparłem się o piwniczną ścianę, bo nic więcej nie było – pode mną woda, zachowująca się jak pies myśliwski co trop stracił, za mną schody, a obok ściana, na której pająki malowały zaklęcia żywą, lepką penicyliną, nie przejmując się kurzem i rdzą zmurszałych cegieł, brakiem światła, wiatru, czy szeptu zbłąkanej muchy. Po prostu tkały mantry i wieszały je niezmordowanie, jakby wiedziały, że lepszy czas przyjść musi – wystarczy poczekać.

Oparłem się o ścianę, a woda łasiła się do mnie i pieściła mnie bezwstydnie wspinając się wewnętrzną stroną spodni – minęła już kolana i niedwuznaczną pieszczotą na udach sugerowała, że jej apetyt na intymność rośnie niepowstrzymanie. Milczałem zbyt przygnębiony daremnością tego schodzenia donikąd, bo przecież nawet okruch wody nie potrafił wskazać ciągu dalszego, a moje zmysły stały się nieprzydatne pośród braku bodźców w tej cicho-ciemnej piwnicy. Oddech uspokajał się powoli i cichł coraz bardziej, aż słuch zaczął podejrzewać, że oprócz oddechu delikatnie obijającego się o brudne ściany dzieje się jeszcze coś na krawędzi zmysłów.

Właśnie! Woda. Ona nie była cichą taflą, tylko w nieregularnościach rytmu popełniała detalicznie samobójstwa roztrzaskując się kroplami o niewidoczną powierzchnię suchą i twardą, zamiast wtulać w siostrzane, powielane w nieskończoność bliźniaczki. A wody nie można skutecznie okłamać i kazać jej płynąć w górę. Czyli jakieś niżej istnieć musiało i nadzieja szarpać mnie znów poczęła za ramiona, żebym nie stał tak bezczynnie, tylko odnalazł przejście. Łatwo powiedzieć – krople wody miały problem, żeby się przecisnąć w ten domniemany „dół”, w tę kolejną kondygnację podziemną, która miała mnie poprowadzić dalej.

Lepszego przewodnika nie mogłem znaleźć. Nie dość, że cichy i milczący, posłuszny i nieprzekupny, to gna pędzony własną potrzebą bardziej, niż płochą wdzięcznością, czy obowiązkiem popychany. Dlatego wiedziony instynktem poodkręcałem wszystkie kurki, rozbiłem rezerwuary, żeby mnie woda wiodła. Zmitrężyłem wiele czasu nim podążyłem śladem wody, nim ona wezbrała wystarczająco, aby poprowadzić mnie pod powierzchnię. Lecz, kiedy już ruszyła, to mijaliśmy bezpiecznie kolejne piętra będąc już poniżej poziomu gruntu. Nie wiedziałem, jak daleko zejść można, dokąd poprowadzą mnie te schody, jednak pozostawanie na powierzchni nie mogło się dobrze skończyć. Już poprzedni dzień był doznaniem, od którego można było osiwieć nim słoneczny blask skrył się za widnokręgiem i pozwolił na chwilę bezpiecznego oddechu.

Wróciłem na górę, skąd przyniosłem rurę wyrwaną wprost ze ściany, z instalacji wodociągowej i brodząc do pół łydki usiłowałem „wystukać” lokalizację, w której wodzie udało się przedrzeć poziom niżej. Dwa-trzy stuknięcia i zamierałem jak czapla czyhająca na łup. Słuchałem do bólu, czy te stukoty przyniosły efekt w postaci zagęszczenia kropel o kolejną kondygnację i zniesmaczony brakiem postępu robiłem kolejne dwa kroki w wodzie aby powtórzyć czynność. Metalowa różdżka wiodła mnie algorytmem geometrycznym poprzez zalane pomieszczenie powolutku i możliwości wydawały się już wyczerpywać bezskutecznie. Podłoga wydawała jeden i ten sam odgłos, kiedy metodycznie wypunktowałem siatkę po jej całości. Może bardziej energetycznie należało żądlić podłogę, aby uzyskać efekt?

Usiadłem na schodach, żeby chwilę odpocząć i przemyśleć własne działania, bo przecież bieżące nie rokowały odkrycia. Skoro na tej podłodze stałem, a ono wodą niczym olbrzymia wanna wypełnione przepuszczało zaledwie pojedyncze krople wody, to stukanie rurką nic wielkiego nie wniesie. Woda przeciskała się nadal po tych schodach, łaskawie mnie omijając i wpadała w pułapkę więzienia, z którego uciekały tylko najwytrwalsze i najcięższe przypadki kropel, którym udało się wgryźć w beton podłoża. Krople stukały i gdybym nogą nie usiłował wtórować, to zapewne nie dostrzegłbym, że rytm stał się żarliwszy, żywszy, że rośnie i już nie jedna, a dwie, może nawet pięć kropel sączy się w dół, a rytm skażony został gorączką podniety – nadzieją zbiorowego wysiłku. Krople gęstniały, chociaż tam niżej nie były jeszcze deszczem.

Poczekać. Odpocząć, nabrać sił i poczekać, aż napłynie wystarczająco wody, żeby otworzyć tę podłogę i przejście zrobić. Siedziałem na schodach zasłuchany w pulsującą idiotycznie melodię, a beton podłogi pęczniał podgryzany żarłoczną wodą, której wciąż przybywało. Beton, od pierwszego wiązania nie pamiętał takiej ilości wody i poddawał się niechętnie. Masa napierała szukając zwietrzelin i nieciągłości. Mikroskopijnych pęknięć, w których pazerność wody mogła wykradać malutkie ziarenka i drążyć tunele. Mnie zresztą też podgryzała bez litości. Siedziałem, lecz ceną za odpoczynek były mokre nerki i wspinaczka wilgoci wzdłuż kręgosłupa zimnym jęzorem pozostawiająca za sobą drżenie na skórze.

Nie wiem sam ile czasu siedziałem, a mrok nie zamierzał na to pytanie odpowiadać, jednak w końcu podłoga stęknęła w agonii i w wielkim krzyku pękła, a woda szturmowała szczelinę przepychając się i kipiąc wirami. Niczym zwodzony most podłoga złożyła skrzydła i wpadła tam, gdzie nie wiedziałem. Ja też, bo mnie wepchnęła, strąciła mnie ze schodów na pochylnię jednego ze skrzydeł i strąciła w czeluść. Spadając szukałem nogami podłoża. Krzyczałem zapewne, lecz podłoga złamana wrzeszczała głośniej i nawet pośród tej wody kurzem wielkim się uniosła, żeby zanieczyścić oddech i wykwitnąć grzybem pod każdy możliwy sufit.

Dotknąłem podłogi, lecz tam wody już nie było. Został szlam, kurz mokry i ja pośrodku błota śliskiego tak, że trudno było zachować równowagę. Ciemność wciąż gęstsza, bogatsza, wielowymiarowa i wcale niespłowiała otaczała mnie lepiej, niż mokre ubranie. Pchała się w usta i wypełniała płuca. Gdyby nie grawitacja odróżnienie kierunków byłoby niemożliwe – zupełnie, jakbym zanurzony był w czeluściach kosmosu i tylko szlam podłogi wnosił różnicę. Wzburzone nerwy powodowały, że ruchy miałem kwantowe, szarpane emocjami na porcje efektem stroboskopowo wykpiwanym, nieciągłym i przede wszystkim bezcelowym. Stałem pośród nicości, w której tylko podłoga była czymś więcej jak domniemaniem. Ja i ucieczka wody niby też, ale nie pocieszyło mnie to wcale.

Może dopiero teraz zrozumiałem, że stało się nieodwracalne, że nie wrócę tą samą drogą. Albo w ogóle nie wrócę. Zapewne tak będzie. Mogę… poszukać wody i chociaż nią będę się karmił. Może zeszła jeszcze niżej, gdzieś uchodząc tak, bym mógł za nią podążać, ale w tej nicości wiara mnie opuściła. Może zawisła na prętach zbrojeniowych i kołysała się nade mną z politowaniem. Co ja sobie myślałem? Po cóż było się pchać? Zamieniłem uporczywość słońca na nieskończoność mroku. Tam wysechłbym z pragnienia, tu zdechnę z głodu. Woda wciąż napływała z góry, więc przynajmniej pragnienie zaspokoję do woli i oszukiwał żołądek będę.

Wyciągnąłem dłonie złożone w łódeczkę i napiłem się mroku mokrego. Smaczny. Słodki i już bez kurzu. Cofnąłem dłonie i słuchałem jak wilgoć wbija się w podłogę. Mogłem tylko uklęknąć i szukać dokąd płynie dalej – jak niewidomy – dłonią w jej nurt zanurzony raczkowałem w mrok. Nade mną ktoś rozdarł atmosferę i słońce spaliło życie dokumentnie. Błyskawicznie. Mam wodę. Nie mam nadziei, ale idę. Za wodą, bo może mądrzejsza, a jeśli nie, to zdechniemy razem.

piątek, 6 kwietnia 2018

Bulwar przerwanych snów.


W mgle ciepłej, leżącej tuż nad powierzchnią bruku, jakby chciała ukryć widok stóp wszystkich przechodniów szła pani i nawet stukanie wysokich obcasów pod kołyszącymi się zmysłowo i prowokacyjnie biodrami wydawało się stonowane i pozbawione arogancji. Z przeciwka szedł młody samiec w kowbojkach podkutych celowo – on chciał, żeby go było widać i słychać, żeby samym swoim pojawieniem się stanowił zagrożenie dla nieistotności – ego tak wielkie, że ledwie mieściło się pod kraciastą koszulą zwieńczoną bandaną w kolorze krwi rzuconej na prześcieradło – huczącej aż od wrzasku – rozdziewiczyłem cię życie i teraz na krótkim postronku, wisisz na mojej szyi jako talizman na szczęście, jak wabik ciągnący wzrok nawykły do czerni i szarości.

Szła pani przedzierając się przez to mleko suche, snujące niestworzone opowieści i patrzące w górę z ciekawością, kogo jeszcze skusi na bliższą znajomość. Mgła chciała wspinać się po łydkach pani, lecz rajstopy gładkie do absurdu bez trudu uwalniały się od tego nieśmiałego dotyku miniaturowych cyklonów podnoszonych za każdym, eterycznym krokiem. Nie dziwiłem się mgle wcale, bo pani była ideałem pokusy, a każdym krokiem potrafiła podnieść poziom pulsu męskiej części zorientowanej na poszukiwanie żeńskiego wątku nawet tam, gdzie strach okiem sięgnąć.

Facet rozpraszał mrok i zmysły. Każdym krokiem karcił mgłę ostrogami do butów wpiętymi i impertynencją egocentryka. Nieomal pluł mgle w twarz idąc krokiem wulgarnym, rozbuchanym, szerokim, jakby chciał powiedzieć, że potrafi zdeptać samo niebo, gdyby tylko miało odwagę stanąć mu na drodze. Szedł ze świadomością imperatywu, którego źródłem były jądra pełne nasienia szukającego ujścia nie raz, nie dwa, a wciąż. Rekin nie węszy tak starannie, jak podświadomość szukająca łupu, kiedy pożądanie deformuje krój spodni, a myśli są zajęte rozwiązywaniem jedynego dylematu mającego dostęp do niezaspokojonego organizmu.

Kocie łby… One milczały zatopione w tej mgle, własnej bezsilności i przyzwyczajeniu. Słowem skargi się nie odezwały, choć deptane przez całe millenium tych istot nietrwałych, odbierających sobie i tak krótkie życie z wielką zawziętością. Szukające zemsty i śmierci, zamiast życia. Paradoksalnego chichotu losu, który na nieskończoności wszechświata postawił płochość z instynktami samobójczymi. Bo kocie łby milczą, bez względu , czy ktoś o latarnię wsparty, żeby nie poddać się grawitacji mocz oddaje, czy krew z ust sączy wraz z flegmą.

A mgła? Złośliwa, choć zbyt słaba, żeby zadusić choćby żywot mizerny, snuła się liżąc bruki wygłaskane stopami bosymi, lub w zwierzęcych skórach zamknięte, śmierdzące i spocone. Kotłowała się sama z sobą wymieniając myśli nieuchwytne i szukała towarzystwa, niczym rzep czepiając się każdej okazji – nawet tej, która nic dobrego przynieść nie mogła. Mgła drążyła tunele w fugach zapchanych historią, wdzierała się w piwniczne okna i pośród nielicznych trawników błądziła od stokrotki do stokrotki usiłując je namówić na większą otwartość. Nękała pajęczyny bezpańskie, bezdomne niemalże, lecz czepiające się przeszłości kurczowo i zachłannie.

Mógłbym rozwodzić się nad przyrodą, architekturą, czy artystyczną wizją, którą każdy kupić tu może wprost ze sztalug zdjętą, jeszcze śmierdzącą olejem, czy akrylem. Każdy może jednobarwną grafikę usiłującą ujarzmić okolicę i zatrzymać ją w kadrze subiektywnym – może zobaczyć, kupić, wydziwiać, wyzłośliwiać się, jeśli umysł mały tego właśnie potrzebował będzie do pełni szczęścia. Wiele mógłbym zamieszania wprowadzić. Jednym suchym liściem z dawno minionej jesieni mógłbym poderwać pejzaż ponad kipiel mgieł sennych, skondensowanych do dymu napędzanego chemią, tłustego, zjełczałego i podejrzanego o zapach, który do przyjemnych należeć nie będzie.

Ale… Szła pani piękniejsza od fatamorgany i szedł pan uzbrojony, nabity i odbezpieczony. Pomiędzy nimi leżały cichuteńko kostki granitowe i mgła licha, bo ledwie kostek sięgająca. Szli z grubsza naprzeciw, a kwestia korekty kursu wydawała się być kwestią pojedynczych minut i wzajemnego zauważenia. Architektura zazwyczaj nie jest skora nawet do drgań, a co dopiero do zmiany lokalizacji, więc trwała przewidywalna do znudzenia. Historia sączyła się w przeszłość niespiesznie, leniwie i bardzo dyskretnie, a zestaw bohaterów mijał właśnie ostatnią przeszkodę stojącą na kolizyjnym kursie. Przeszkoda zachwalana przez miejskie przewodniki pyszniła się dwiema wieżami wyciągniętymi tak wysoko, że co tłuściejsze chmury musiały je omijać, bo inaczej wieńczące kopuły krzyże rozpruwały im brzuchy do agonii i łez po kres istnienia.

A kiedy wreszcie azymuty przeciwbieżne ominęły ostatnią przeszkodę, która w dziennym świetle nazywana jest katedrą (takie słowo, które człowiek spodziewa się spotkać w miejscu, w którym słowo historia, przeszłość, przewodnik, towarzyszy bezwiednie) wychwycili na krawędziach synaps własne położenie i z pozorną obojętnością korygowali kurs dążąc do zderzenia czołowego dalekiego od idei zderzeń sprężystych. Szpilki wystukały we mgle zachętę odrobinę głośniej niż musiały, moszna spęczniała od bogactwa nadprodukcji, a wzrok pozorował zainteresowanie ogołoconymi z liści klonami, czy tym gargulcem zzieleniałym od nadmiaru świeżego powietrza.

Dążyli do siebie niczym kule bolas na antylopich nogach z wprawą głodem zaczepione, albo igła kompasu szukająca północy z taką zawziętością, że nawet zimna północ wreszcie uległa i pozwoliła się dotknąć. Katedra okazała się zbyt mikrą dla ich wzroku który zogniskowany na wybranym elemencie widnokręgu pozostałe zignorował wręcz doskonale. Dwie, bliźniacze krople rtęci parły do siebie tłamsząc mgłę pod stopami, lekce sobie ważąc pamięć wieków zapisaną w wygładzonych brukach, a całe otoczenie traktowali jak powietrze pozbawione jakichkolwiek wartości odżywczych, może nawet zbędne i szkodliwe dla ciągłości trwania. Ich trwania.

Namierzanie i pozorna beztroska, analiza danych, poszukiwanie wartości oczekiwanej, tezy i założenia, analizy, domniemania i równanie ze zbyt wieloma niewiadomymi… No właśnie! Równanie! Nie nierówność… Czyli kurs jedynie słuszny, nadzieje uzasadnione, a pośród stukania obcasów, pośród pęczniejącej moszny… Równanie było tym właśnie, co się miało wypełnić rozwiązaniem, wzajemnością i objawić się światu doskonałością doczesną wartą piedestału.

Wszystko przestało mieć ostatni cień znaczenia (może to zasługa mgły, która potrafiła połknąć wątpliwości i cienie rozmyć na własnych nierównościach tak bardzo, że przestawały być czytelne). Kowbojki tłukły rytm stumetrowca, który jest skażony potrzebą pokonania tej trasy szybciej, niż słońce to czyni i pośród własnych podkówek dźwięczących spiżem dzwonu parł lodołamaczem, łamiąc kry we mgle ukryte domniemaniem wymagającym od jego męskości czynów heroicznych. Jej kobiecość z kolei… Usiłowała zwolnić, jednak szpilki, rajstopy gładsze od tafli lodu schwytanego arktycznym oddechem wydawały się dychotomiczne – chciały kusić powolnością i spieszyły ku spełnieniu. W jednym i tym samym kroku przepojonym podejrzeniami spełnienia.

Pośród przestrzeni kurczącej się obustronnie, pośród nieznajomości tak dotkliwej, że dobijającej się wrzaskiem o zmianę stanu w drobnej, detalicznej mgle omywającej stopy, dążyły do siebie dwa ciała potrzebujące się nawzajem bardziej, niż noc potrzebuje dnia do zasadności własnej definicji. Oczami schwytali się już oboje i w tym zwarciu zwijali motki odległości szukając zera absolutnego, a może wręcz wartości ujemnych. Nosy podjąć chciały pracę, bo odległość stawała się już tylko niepotrzebną, chwilową szykaną i z precyzją znaną z przylądka Canaveral rozpoczęło się odliczanie… Dziesięć… Dziewięć…

Odliczanie kurczyło odległość po dwakroć  - z jednej strony kowbojki dźwięczące spiżem, z drugiej metronom szpilką taktowany… trzy… dwa…

- O Q!... - nie wiem kto, nie wiem czemu, ale oba ciała pogrążyły się w mgle chudej do kostek zaledwie…Oba przemieściły się prostopadle do wektora grawitacji, oba zawstydzone, złe i nieszczęśliwe, a mgła piła ich wściekłość z tak jadowitym zadowoleniem, że trudno o szczep toksyn potrafiących ją przebić.

Chwilę zajęło mi, zanim oszołomienie niespodzianym spłynęło i pozwoliło myślom racjonalnym pociągnąć sugestie. Tam… Pod mgłą… Pomiędzy nimi… Był trawniczek mizerota – na góra dwa kroki… Obarczony kagańcem stalowej klamry, bo ktoś się obawiał, że ów trawnik gotów przystąpić do inwazji i opanować granitową, nieskończoną doczesność. Trawnik wciąż tam był… W kagańcu pod mgłą… Tylko pożądanie poszło do nieba niespełnione.

Sezon na bażanty.


Wczorajsze niebo niosło w sobie sugestie. Na przykład tornada, ale i zalążka lata. Chmury zbyt czarne, żeby noc minęła nadaremnie, a przecież w oczy świeciło mi tak wytrwale, jakby chciało je wysuszyć lub całkiem mnie oślepić. Kręciłem się po Mieście – nie powiem, że bez powodu – celowo kręciłem się, w miejscach tak odległych od własnej codzienności, że można powiedzieć – świątecznie się kręciłem. Znalazłem miejsce, w którym forsycje nie były nadzieją, a rzeczywistością, wąchałem ciemnofioletowe fiołki i nawet się schylać nie musiałem, bo lekki wiaterek podniósł ów niezrównany aromat wprost do nosa. Z przekąsem podziękowałem wiatrom za wsparcie, bo gdzieś we mnie ironia dojrzewała, że równie dobrze mogły mi podesłać finalny aromacik psiej przemiany materii w bardzo wielu odsłonach. Stokrotki nieco spłoszone skuliły się na trawniku, a obok tegoroczne, młodziutkie kaczeńce (dopiero co wyczytałem, że fachowo nazywa się toto knieć błotna), czerwone pąki klonów nabrzmiały już tak, że pękną niechybnie lada moment, krzewy zielenią się dość ostrożnie, a wierzby z liśćmi startują od żółci, żeby zielenią dorosnąć chwilę później. Gdzieś w chaszczach tłukło się coś, jakby bażant, chociaż na drobiu znam się słabo i zapewne znów popełniam myślenie życzeniowe. Może sroka odgrzebuje jakiś kawałek świecącego szkiełka i szamocze się pośród uschłych badyli? Albo ten wulgarny nastolatek w gąszczu usiłuje pozbyć się nadmiaru wody z organizmu? Pojęcia nie mam, ale wolałbym, żeby to był jednak bażant.

środa, 4 kwietnia 2018

Na skraju zrozumienia.


W błahostki się ubrałem, bo słońce na zewnątrz sugerowało dzień, w którym na wielkość nie ma miejsca. Dzień jaki wypada wręcz rozmienić na drobne i w detalu utonąć po kres. Wszedłem w ten dzień bez ociągania i głodnym okiem popatrzyłem na horyzont, który kwitł światłem ciepłym i wspomnieniem kilku spacerów bez żadnej przyszłości. I dzisiaj znów pora pójść tam, gdzie mnie nikt nie oczekuje, nikt nie potrzebuje i nawet się mnie nie spodziewa. Bo nie ma tam żadnych istot potrafiących zadać najbardziej banalne pytanie – dlaczego?

Poszedłem więc bez uzasadnienia, bo dzień wydawał się wystarczającą odpowiedzią na domniemane pytanie, a lepszych argumentów w obliczu bezludzia nie potrzebowałem wcale. Pani od nałogów, na starcie, błogosławiła mnie życzliwością i kilkoma puszkami piwa, żebym nie musiał wracać, kiedy słońce zacznie mnie lizać po twarzy zbyt nachalnie. A potem, to już tylko droga szczuplejąca perspektywą, pośród rzednącej ludzkości, jakbym drogę ewolucji przemierzał pod prąd.

Szedłem, aż zostałem sam wobec wszechświata. Stanąłem pośród najodważniejszych chwastów już wyciągających do słońca tegoroczną zieloność, by spić dziewiczy nektar, żeby zarazić owady swoją pozorną wartością w kwieciu eksponowaną, pośród wierzb, z których kotki spadły miękko w zeszłoroczne trawy, a witki zielenią się nieśmiało brnąc w świat dojrzałości od płochej żółci aż po starczą zieleń głęboką aż do brązu.

Stanąłem wobec niezmierzonej siły i potęgi przyrody i cieszyłem się, kiedy wiatr szeptał mi do ucha sprośne opowieści, jak to pokrzywa kusiła słodkim zapachem oset fioletowy na twarzy z przejęcia, jak padli sobie w objęcia i odskoczyli z krzykiem, bo nie sobie pisani, by poczuć wzajemność. Słońce z wysokości przyglądało się pobłażliwie tym gierkom, powtarzającym się co rok i mnie powtarzającemu się również, lecz nie tak wytrwale i bez szansy na roślinną uporczywość – ot – jeszcze jeden owad roznoszący nasiona po świecie – te najbezczelniejsze, brutalnie czepiające się nogawek, skarpet, czy zgoła skóry, żeby tylko w podróż wyruszyć – na łebka, za friko… w nieznane.

Przyroda rozbierała się z zimowych miesięcy i płukała się na południowym wietrze. Szukała własnych piegów pośród słońca coraz zuchwalej wynurzającego się spomiędzy szarości nieba i barwiącej iluzją błękitu przestwór wszechświata. Pośród niej ja – ubrany chyba zbyt grubo, bo pociłem się niepotrzebnie, a wiatr lizał mnie bezczelnie i kradł ciepło wraz z zapachem mojego ciała.

Pozazdrościłem, chociaż przecież miałem tylko patykiem na wodzie płynącej napisać niewprawną mantrę – modlitwę do wieczności, o chwilę dla mnie napisaną. O zauważenie. Wiatr tarmosił mnie niecierpliwie, ale ciepłą dłoń miał. Poddałem się, ledwie tylko oglądając się za siebie, czy obcym zauważeniem nie spłonę pośród wstydu – głupiego wstydu, bo on mną był przecież. Mną prawdziwym, otwartym i szczerym po kres mnie.

Powiesiłem kurtkę w zeszłoroczne trawy sterczące sztywnością pozbawioną życia, rzuciłem koszulę, żeby ją wierzba zaraziła miękkością i pragnieniem. Buty skopałem z siebie pod kamień jaki, powodzią zapewne tu przyniesiony i piłem stopami zapach wilgotnej ziemi. Przecież padało dzień temu zaledwie, a ziemia tu niepazerna, kroplom deszczu też zakwitnąć pozwala i trzyma je na czarną godzinę pośród kępy uschłych traw schowane – łzy wszechświata, bez których nie byłoby radości świata.

Jak bardzo nagim wobec świata być można? Jak samotnym? Niezrozumiałym, czy skomplikowanym? Przecież on już widział chyba wszystko i pośród szlamu małych grzeszków pływa wciąż, lekko się tylko otrząsając z co bardziej dokuczliwych gzów. Gzy się mnożą, lecz żadnemu nie udało się trwać wystarczająco, żeby do krwi ziemię ukąsić i wypić jej sok do cna. Utuczyć się na krzywdzie i odfrunąć w samodzielność.

A ja niegrzeczny byłem bardzo, kiedy już wiatr wyżebrał ode mnie ostatni skrawek bawełny i stałem pomimo przestworu, kiedy słońce z wiatrem sprawdzało, co przed nimi ukrywać gotów byłbym i jaką intymność znajdą we mnie, choćbym świadomości jej nie miał. Wiatr – wiadomo – zbyt pochopny, prędki i niecierpliwy porwał feromony w świat, żeby przymierzyć je do innych, które spotka niechybnie, lecz jemu nie wierzę wcale – nawet, kiedy znajdzie drogę do mnie, zapomni jak zwykle i tylko mruczeć będzie obietnice, że jest taki zapach, w którym mój jest dopełnieniem, ambrozją spełnieniem i ideałem.

Słońce – znacznie bardziej egocentryczne skradało się bezwstydnie po mnie, szukając barw ukrytych, nieciągłości i cienia, żeby i tam wedrzeć się pod pozorem uwielbienia chwilowego, bądź też mojej słabości. Szukało, co schowane wobec ogromu pragnienia gorącego. Ono wiedziało, że zbyt odległym jest, aby poznać do cna. Zbyt odległym żeby poznać jednocześnie północ i południe, że choćbym kręcił się jak fryga, to wciąż pozostaną ukryte detale.

Dzień miał być detaliczny i drobiazg decydował o jego wartości. Na dnie suchych traw przemknęło samotne, futrzaste życie, owady niepostrzeżenie strzygły wąsami, czułkami i trzecią parą odnóży głaszcząc własne kuperki w obliczu mojego potu pachnącego rozpustą i wyżerką dożywotnią, gdybym raczył zdechnąć właśnie tu i im zostawić kadłubek do oczyszczenia z wartości…

Czyli jest! Jest wartość, gdzieś pomiędzy moją myślą, a innym istnieniem. Jestem spodziewanym, oczywistym nawozem, paszą, pokarmem dla tego, co pode mną krąży, bieży, drąży, mlaska pełznąc, czy przymilając się pośród szpiegowskiego kroku skrytego cieniem niedoskonałych zmysłów. Jestem jutrem życia, które już dzisiaj oblizuje się patrząc na mnie, a kolor moich włosów, czy oczu nie ma najmniejszego znaczenia – oni wszyscy mówią do mnie – zjem twoje oczy bez względu na kolor. Kolor? A jak on smakuje? Czy wystarczy do wiosny następnej? Dobry dla dzieciątek moich? I co z tego, że inne oczka lepsze, skoro mam tylko twoje do wyboru i wybrać mogę (ale wyłącznie w tej chwili), czy wolę lewe, czy prawe – w kolejnym takcie czasu wybór będzie już tylko gdybaniem w czasie niedokonanym – nie da się zjeść zjedzonego – nie tak od razu… Trzeba poczekać, aż znów położy się na ziemi…

A ja… Ja przecież poszedłem tylko patykiem w wodzie dyskretnie zamieszać, napisać znak nieistotny, zbyt mały do zauważenia. Mój znak, który wieczność zasypie tak bardzo, że oddech zabierze i znaczenia pozbawi. Może chociaż nakarmi jakąś przyszłość równie błahą. Poszedłem w nieistotność – w nieskończoność poszedłem. I nie wiem, czy wrócę. Nie wiem, czy dojdę. I patyka wciąż mi brak.

wtorek, 3 kwietnia 2018

(G)astronomicznie.


Rynek zaborczo wyciąga swoje letnie szpony w stronę deptaków, gdzie roi się od pracowitości, na wyścigi budującej restauracyjne ogródki wielkości mniej ambitnych księstw. W niektórych już się serwuje gastronomia ze stron odległych, aby w ten sposób uzasadnić astronomię upakowaną w liczby wyrafinowanego, rzadko kiedy zrozumiałego menu. Siwobrody, bogato w ciało wyposażony jegomość wychodził z jakiegoś sklepowego wnętrza w bermudach-bojówkach i crocs’ach, a gołe łydki i stopy nie budziły najmniejszego zdumienia pań noszących płaszcze przewieszone przez ramię lub torebkę. Młode miłości spazmatycznie pilnowały własnych rąk, żeby nie zginąć pośród wielojęzycznego tłumu, a cygańskie wróżby snuły się w poprzek ścieżek, jakiś tam-tam niewielkich gabarytów namawiał przechodniów na szybsze tempo, koczujący nieopodal słonecznego zegara malarz raczył się sztucznie barwionym napojem – może pod kolor obrazów, które sprzedawał nienachalnie. Kiedy ktoś palcem psu pokazuje konia musi mnie rozbawić, bo wydaje się to paranoją wobec psiego talentu do wykrywania wszelkich pachnących elementów świata, a koń z definicji należy do zbioru zapachów intensywnych i uporczywych. Czyli albo pies, albo właściciel niepełnosprawny umysłowo być musiał. Dzieci usiłowały spojrzeć na świat z wnętrza mydlanej bańki, jednak wiatr dość skutecznie przeszkadzał w tej zabawie. Forsycje zaczynają żółknąć i kto wie, czy już w tym tygodniu nie eksplodują powodzią kwiatów. Bladolice chudzinki snują się Miastem bez skarpet w równie odchudzonym obuwiu, a ich tropem powolutku zmierzają przyszłe mamy z czułością głaszczące pęczniejące brzuszki, idąc rozkołysanym, ostrożnym krokiem, wiosennie schowane w słonecznych uśmiechach. Pani w piekarni nadziewa chałkę na nową cenę, a w kwiaciarniach niepostrzeżenie więdną krokusy. Kosmos różnorodności na małej przestrzeni.

Na huśtawce.


Otarłem się o panią idealną. Umiejętną, uważną i tak w talenty obfitą, że w głowie mi się nie mieściło, jak dała radę udźwignąć aż tyle. Ale – nie mi pod jej bluzeczkę zaglądać, gdzie prężą się bicepsy Atlasa godne. Zostałem pouczony w sprawach poważnych i błahych, wyprostowany, wyszczotkowany, oswojony niemalże i tym wzrokiem psa głodnego wypatrywać już zacząłem słowa łaski z pańskiej dłoni spływającej, ale gdzie tam…

Daremny trud. Pani genialna potrafiła dostrzec niesterylność moich myśli. Ich nieoswojoną dzikość i kurz z marzeń banalnych wydłubać, jakby to rodzynki w drożdżowym cieście były. Stałem obok grzęznąc w smutku i kruchość moja własna schnąć poczęła na słońcu i kurczyć się - skarlałem w okamgnieniu i nawet niewyrośnięty pigmej mógł mi już na głowę napluć, a pani idealna dopiero się rozgrzewała i na szerokie popłynęła wody.

Bo we mnie oprócz detali zdarzały się myśli większe, zahaczające o przyszłość odległą, albo tak śmiałe, że podpierać śmiały słowa nieskończone – zawsze, wszędzie, nigdy… Rozjechała wszystkie walcem zanim zmurszeć zdążyły, zanim sam zapomnieć zdołałem i ręką machnąłem, że ciut za daleko i nogi donieść nie dały rady. Z premedytacją i na zimno. Logiką bezduszną i przykładami.

Pod pogardliwym słowem kuliłem się wciąż mniejszym będąc i gdyby latawiec z dmuchawca zabłąkał się gdzieś obok, to już mógłbym uczepić się i odfrunąć na nim, bo rozmiar miałem akuratny. Taki Guliwerek w krainie wielkoludów, Calineczka względnie – tylko mniej delikatna i niedogolona.

Stałem, a pani idealna pastwiła się nad moją nikczemnością i beztalenciem. Chyba miała rację, bo nawet słuchać nie potrafiłem, ani stać grzecznie, bo mnie korciło, żeby zajęczym sposobem czmychnąć gdzie w kapustę, albo chojaki. Odfrunąć jak ważka, trzmiel, czy muszka owocówka dłoni wierzchem odganiana od słodyczy niebiańskiej. A tymczasem pijany jej głosem, zahipnotyzowany majestatem i boskością trwałem jak skamielina pamiętająca czasy, gdy zamiast dna morskiego okolica szumiała lasem, a wielkie gady były dopiero domniemaniem i szamańską przepowiednią.

Nie sądziłem, że można aż tak, że potrafię skurczyć się do rozmiaru kieszonkowego, zminiaturyzować się pod krytycznym wzrokiem i zredukować do postaci, dla której pudełko zapałek stanowić mogło życiową przestrzeń wystarczającą, aby nie narzekać na rozmiary wszechświata. A jednak. Pająki mogły już otoczyć mnie odnóżami, a odwłok, jak zwieńczenie kopuły, jak żyrandol pałacowy sterczałby mi nad głową powyżej zasięgu dłoni.

Pani piętnowała mnie dalej, punktowała, nicowała moją bezczelną nieudaczność pokraczną i godną każdego szyderstwa. W deszczu ironii, w powodzi epitetów, wskazań i wektorów tonąć począłem, jak tonie paproch w niepojęty przestwór wrzucony, kiedy wir głodny wyciągnie się w jego stronę apetytem nieposkromionym i rozwartą paszczą wchłonie.

Ziarnko piasku przebiegało koło mnie katurlając się pchane wiatrem i oko do mnie puściło rechocząc z jakiejś dziecinnej psoty chyba i przeskoczyło szparę w kocich łbach, potem kolejną i ze śmiechem toczyło się do nie-wiadomo-kąd, a ja patrzyłem wzrokiem wielce zdumionym, że potrafię z ziarnkiem piasku rozmawiać!!! Ja! Nieudacznik doskonały. Wad tak pełen, że niemal idealną kulistością obrośnięty. Niemal, bo ideał żaden nie był mi pisany przecie, a prawie (jak mawia reklama) robi różnicę. Taką którą wytknąć wręcz trzeba, bo czemu nie?

A kiedy przyszedł pan idealny, i pośród idealnych słów z panią idealną przywitać się zdołał, i na mnie zawiesił swój wzrok idealny, żeby nieskazitelnym dwugłosem kontynuować tę rozrywkę (…?), torturę (…?), wyznanie (…?), nie wytrzymałem. Pozazdrościłem granitowemu okruszkowi i na wiatr twarz obróciłem szepcząc modlitwę, aby i mnie porwał – dokądkolwiek, byle dalej od państwa idealnych. Wszechwiedzących i dopełniających się, jeśli to w ogóle możliwe. Bo to chyba paradoks, kiedy doskonałość uzupełnia się ze wzajemnością czułą? Można zwielokrotnić doskonałość i uzyskać… no właśnie – co?

Wiatr na moje szczęście nieuczesanym był urwipołciem i tylko śmiechem parsknął, że z takim pietyzmem się modlę, zamiast go do zabawy zaprosić w słowach najprostszych na świecie – wystarczy krzyknąć, jak na rodeo – Juhuuu! I już można gnać tam, gdzie ideą żadną rozumną nasiąknąć się nie da, gdzie wszelkie słowa giną w nieistotnościach, a rzeczy są chwilą mierną. Gdzie pani idealna w natłoku chaosu stanie bezradna i zapłacze nad nikczemnością otoczenia, w którym dla niej nie będzie powietrza wystarczająco czystego na krótki oddech nawet. Na jedno globalne westchnięcie nad beznadzieją rozczochraną tak, że na huśtawce zrównoważy byt idealny.

A może nawet wyśle go do nieba, żeby samemu zostać tutaj…? Może ja… ziarnkiem piasku, jak skrzydłem motyla przeważę niepewną równowagę? Może ciężar moich przewin wyśle panią idealną wprost w niebiańskie objęcia idealnego pana i świata dostatecznie poukładanego, na ich rozmiar uszytego i gotowego prowadzić z nimi dialog tętniący boską nieomylnością i wzajemnym szacunkiem?

Nie wiem – wyciągam dłonie na wiatr i wirować chcę we wszystkich współrzędnych – do tego świata, gdzie ideałem jest każda brudna chwila, która jest. Bo nawet to nie było oczywiste. Nikt nie obiecywał, że chwila będzie w ogóle. A że taka? Niech się martwi pani idealna… i pan… A ja? Z wiatrem popłynę pośród wzajemnego śmiechu i niech się uświnię życiem do amoku. Kiedyś usiądę w parku, na szalce wagi, na dziecięcej zabawce pośród innych skrzypiącej od nadużywania – może odeślę do nieba własnym znaczeniem tych, którzy żyć przeszkadzają. Tym nieumiejętnym życiem, do którego nikt nie zostawił instrukcji. Przewodnika po życiu.