Są widzenia,
których nie sposób zapomnieć. Nawet, jeśli umysł posiłkuje się wyparciem. W tych
przestrzeniach, w których zdarzać się sobie lubię, łazi mnóstwo dziwaków. Jak to
artyści; są upudrowani, spatynowani, kolorowi i inni. Minąłem ze trzy tygrysice
w pomarańczowych futerkach zbierające datki na dzieci niepełnosprawne, Puchatka
w spłowiałym błękicie, dwa żółwie Ninja i sam już nie wiem co, bo niektóre z
przebrań wyglądały na najzwyklejszą ekstrawagancję. Ale pan w rajstopach?
Czarne były, podobnie, jak krótkie spodenki z błyszczącej skóry. Szedł bardzo
nieumiejętnie – najwyraźniej miał kłopoty z biodrami, żeby wprawić owe spodenki
w ruch, który fascynuje przeważającą część świata męskich żądz. Wysyp
dziwolągów jakoś mnie nie zastanowił, dopiero ten okaz sprawił, że zacząłem
myśleć. Juwenalia! I wszystko jasne. Czas śpiewu, zabawy i eksplozja fantazji.
A troszeczkę się bałem, że moda męska skręciła w stronę perwersji ulicznej.
sobota, 11 maja 2019
Wielka włóczęga.
- Za chwilę zostaniesz uśpiony – ubrany
na biało, brodaty hindus był suchy jak tyczka i równie beznamiętny jak ona –
potem spuścimy z ciebie krew, a krwiobieg wypełnimy płynem fizjologicznym.
Przewód pokarmowy masz już wyjałowiony, więc i tu zagrożeń żadnych nie widać.
Poza tym – odcięty od wpływu otoczenia powinieneś przetrwać w nienaruszonym
stanie. Na wszelki wypadek ostrzygliśmy cię tak dokładnie, że nawet tajskie
dziwki mogłyby pozazdrościć ci gładkości. Nie powiem, że w moim zespole jesteś
bezpieczny, bo mam asystenta, który najwyraźniej pała do ciebie uczuciem nie
całkiem platonicznym, ale obiecuję ci, że nie wniesiesz w nowy świat jego
nasienia, nawet jeśli tego pragniesz. To eksperyment naukowy i nie ma mowy o
egoistycznych, drobnych perwersjach.
Puścił do mnie
oko, jakby spodziewał się, że będę miał siłę docenić ironię ostatniego zdania.
Wiedział doskonale, że nie jestem tu z własnej woli, tylko zostałem „odłowiony”
na ulicach metropolii i zanim trafiłem w jego łapska byłem prześwietlony nie
tylko zdrowotnie, ale przede wszystkim skrupulatnie przepytany z koligacji
rodzinnych. Nie wiedziałem wtedy, dlaczego wszyscy kiwali głowami słysząc, że
nie mam na świecie nikogo, poza psem-pchlarzem, który przybłąkał się do mnie i
od jakiegoś roku nie opuszczał mnie w biedzie. Dzieliliśmy razem niedolę i
barłóg. On tylko czasem szedł gnany instynktami za jakąś suczką pachnącą
intensywniej od innych i deponował w niej nasienie gnany ewolucyjną potrzebą.
Ja? Zapomniałem już gdzie i kiedy złożyłem ostatni depozyt. Mój zapach
odstraszał wszelkie naczynia, a nie znajdowałem w sobie dość energii, by
zmienić przyzwyczajenia.
Wspomnienie psa
podniosło mi ciśnienie. Oni go zabili, gdy tylko okazało się, że jest mi jedyną
rodziną. Dostał zastrzyk i zgasł mi na rękach. Nikt nie zamierzał poświęcić mu
nawet minuty więcej niż trzeba. Ledwie wyżebrałem, by zakopać truchło pod
jakimś drzewem. Przez kilka miesięcy byłem trzymany w sterylnych warunkach, aż
poschodziła ze mnie opalenizna od wiatru i zrogowaciały naskórek. Byłem jak
niemowlę – gładki i pachnący dietą skoncentrowaną na witaminach i bilansie
energetycznym. W naukowych cuglach zostałem zdezynfekowany , wyjałowiony i
napełniony tym, co najlepsze… ponoć.
Podłączony do
rozmaitych aparatur, prześwietlany, podglądany, testowany wziernikami, igłami,
szprycami i faszerowany nawozami stałem się królikiem badawczym. Bezwolnym
ciałem, nad którym kontrolę sprawował sztab odziany w kitle z
generałem-hindusem na czele. Raz udało mi się ich zwieść i przez okno w
łazience wymknąłem się chyłkiem. Nim mnie złapali powtórnie zdążyłem skosztować
wódki i zasnąć na zapchlonym legowisku, które zdążyło zbutwieć czekając na mnie
pod mostem. Byłem szczęśliwy zasypiając nieustannym drżeniu odbitych od wody
świateł miejskiej nocy. Wtedy wszczepili mi chip pod skórę między łopatkami, bo
tam okropnie trudno dosięgnąć. Nie jestem pewien, czy nie wszczepili również
drugiego, gdy byłem bez świadomości, ale nie potrafiłem go zlokalizować. Okno w
łazience nabawiło się kraty, a szyba chyba była pancerna.
Teraz mogłem
tylko tańczyć na dwóch łapkach, a zespół grał na mnie swoją żywieniową arię,
sprawdzając, czy mój organizm wychyla się zgodnie z założeniami. Byłem tuczony,
czy może pasiony w jakimś tajemniczym celu, o którym nikt nie raczył nawet
bąknąć jednego słowa. Aż do dzisiaj. Że też nie zorientowałem się, że właśnie
przekraczam Rubikon…
- Domyślam się, że wolałbyś wiedzieć, nim
zaśniesz – hinduski lekarz popatrzył na mnie spode łba dość ponuro – ja byłem
przeciwny, jednak kierownictwo uznało, że lepiej byłoby, gdybyś miał choć
okruch wiedzy. Zostałeś wybrańcem. Jest was raptem dziesięciu i ty rozpoczniesz
waszą drogę w przyszłość. Może nawet naszą drogę? Pojedziesz w podróż w jedną
stronę, bez szansy na powrót. Zapakujemy ci na drogę wszystko co wiemy o tobie.
Wyniki badań, twoją krew, schemat maszyny i szczegółowy opis eksperymentu w
wersjach analogowych i cyfrowych w kilkudziesięciu językach świata, bo nie
wiemy, jaki będzie obowiązywał za mniej więcej pięć tysięcy lat. Teoretycznie
wyliczone prawdopodobieństwo sugeruje, że przetrwasz nienaruszony. Nasi
inżynierowie przeprowadzili udane mumifikacje wielu zwierząt i przedmiotów
martwych, a lekarzom wydaje się, że przywrócenie do życia takiej mizeroty jak
ty nie będzie problemem, chyba, że etycznym. Pamiętaj, że gdybyśmy mogli ożywić
dinozaury ludzkość skwapliwie skorzystałaby z takiej szansy. A ty będziesz
takim właśnie dinozaurem.
A potem
przenieśli mnie do kapsuły z litego szkła. Wraz z łóżkiem przetransportowali
mnie, chowając notatki i kilka nośników danych w różnych miejscach wokół mnie.
Leżałem przywiązany i choć się szarpałem nie byłem w stanie uniknąć losu.
- Nie szarp się, to niepotrzebne – hindus
odgarnął włosy z czoła, a mnie poklepał po policzku – Za chwilę wstrzykniemy ci
coś na sen i opróżnimy cię z płynów ustrojowych. Zabierzesz wszystko ze sobą,
nie zostanie tu ani skrawek Ciebie. Są tu tacy, którzy postarają się, aby
zniknęła nawet pamięć o tobie. Za to będziesz najpiękniejszym na świecie
kryształem. Pociesza cię to choć trochę? W tej kapsule, gdy tylko skończymy z
płynami zaczniemy proces przyspieszonej krystalizacji. Idealnie wyważone
warunki. Powinieneś stać się duchem kryształu górskiego. Niczym mucha w
bursztynie zostaniesz oblany idealnie przeźroczystą tkanką kwarcu. Wtedy to
szklane jajo zostanie rozbite, a kryształ wywieziony zostanie gdzieś w góry,
żebyś miał czas przespać się choć te pięć tysięcy lat. Wspomnij mnie chłopcze,
jak już dotrzesz na drugą stronę, bo po mnie nie zostanie już nawet pył
wspomnień. A teraz w drogę kolego. Powodzenia!
Niedokończony rachunek sumienia.
Mignęła
drutami jeszcze ze trzy razy i zatrzymała się w pół kolejnego oczka. Przecież
ten szal miał być jej spowiedzią. Każde oczko uplecione z grzechów, grzeszków i
niegodziwości. Z myśli zbyt gorących, żeby je wypluć nawet w porcelanę
łazienki, bo i ją gotowe przepalić. Szal, który miał ją grzać w samotne noce,
którym mogłaby owinąć stopy podkulone na fotelu, kiedy niegościnna podłoga
usiłuje zlizać resztki ciepła z jej bezsenności.
Zerknęła
na splot spływający z drutów na kolana. Palił żywym ogniem. To tam zaplotła
wszystkie dziewięć nieślubnych miłości – te jednorazowe i te trwające niemal
dwa lata, kiedy potrafiła biec i podskakiwać na ulicy jak mała, niesforna
dziewczynka i trzymając swój grzech za rękę namawiać go na coraz to nowe
fanaberie. Ileż razy wracała do domu zaróżowiona od niegasnących emocji,
których nawet prysznic nie był w stanie wypłukać… Nawet teraz, na wspomnienie
takich chwil miękną jej kolana, a oddech staje się chrapliwy.
Potem
wplotła we włóczkę wszystkie czarne myśli. Zbrodnie umysłu poczęte nocami i
samotnymi powrotami do pustego, zimnego domu. Do wieczorów, gdy kieliszek wódki
piła z lodówką szeroko otwierającą jedyne swoje ramię. Mogła się do niej
przytulić i raz dała się nawet pocałować, wkładając głowę, żeby ostygła. Tak… Potrafiła
myśleć takie myśli, których żaden adwokat nie usprawiedliwiłby nawet przed
skorumpowanym sądem. Nie sądziła, że głęboka zieleń może się stać tak
bezwzględnie czarna. A teraz zakrywała jej pępek i zerkała na przekwitłe
piersi.
Teraz
miała upleść marzenia do spełnienia. Jak koraliki różańca pod palcami miały
przepłynąć grzeszki, które jeszcze warto popełnić. Ciastko z kremem przed
obiadem? Kurczak jedzony rękami w wielki post? Malutkie te grzeszki,
nieodważne. Trochę się zasępiła, bo takie marzenia mogła marzyć, gdy miała
osiem lat. Teraz powinno być ją stać na więcej. Zanim się rozmyśli wplotła w
szal letnią wyprawę na plażę naturystów, gdzie zamierzała nie tylko być nagą,
ale i frywolną. Chciała zobaczyć minę starszego pana, gdy pociągnie go za wydmy,
żeby dać mu to, co zapomniał już dawno. I patrzyć, jak zmienia mu się twarz, a może
i całe, pomarszczone ciało.
I
jabłko. Pamiętać o jabłku. Nie mogła to być pomarańcza, czy podgrzybek. Tylko
jabłko z targu, z dowolnego stoiska. Najlepiej od tej niegrzecznej tłustej
baby, która uśmiechała się wyłącznie do tych, którzy kupowali dużo. Na nią
patrzyła z politowaniem i pogardą, gdy grymasiła wybierając z przecenionych
warzyw to, na co i tak nie było ją stać. Ukradnie jej jabłko – to, które
opluła, nim wypolerowała na własnym, bezkształtnym biuście. Ukradnie to jabłko,
pochlasta nożem i rzuci łabędziom. Ciekawe, czy się nie otrują.
Cienki
ten szal. Żeby nie czarne myśli, byłby niewinny jak welon dziewicy niemalże.
Może stać się wyrodną matką? Skląć narybek i trzasnąć drzwiami? Tak sensownie,
żeby z kuchennej szafki strącić tę ohydną szklankę, która od tak dawna
zanieczyszcza jej duszę swoją obecnością. Żeby wypchnąć podmuchem te zakurzone
drobne świństewka z niedojrzałości ukrywających się pod ubraniami. Te niezawinione
podłości, niezgrabności wynikające z braku doświadczenia i wszelkie te próby
znalezienia w niej granic poświęcenia i odporności. Czasami czuła się jak
prototyp maszynki do opluwania, w której kontrola jakości poszukuje błędów i
słabych punktów. Tylko, że dzieci nie ma… Nigdy nie było…
Wczoraj…
kopnęła psa. No… nie całkiem kopnęła – odepchnęła go nogą, gdy zbyt namolnie
adorował jej but pachnący starzejącą się suczką patrzącą wiernopoddańczo w
swoją panią. Była bez niej, a bezdomny pies chciał uprawiać seks z zapachem
zagnieżdżonym na jej bucie i mordę miał pełną zachwytu. Dzisiaj jest niemal
przekonana, że kopnęła go, ale ten i tak szedł za nią ze trzy przecznice, nim
ktoś skusił go inną wonią. Druty zamigotały i wplotła kopnięcie psa w szal – Hłasko
napisał… ciekawe, czy on też…
Szal
krótki. Może trzeba było węższy upleść? Wtedy musiałaby trzy razy stopy owinąć,
żeby jej nie marzły. Te noce stanowczo są zbyt długie i nie ma pojęcia, czy
jakikolwiek szal będzie wystarczający. Może powinna się zgodzić na zaproszenie
sąsiada, z którym chodzi na tańce? Tańczy średnio. Pachnie starością, jeśli
starość potrafi pachnieć. Gnijące ciało żadnym mydłem pokryte nie będzie
wdzięcznym obiektem dla nozdrzy. Ona pewnie też cuchnie, choć starannie ukrywa
smród tuszując dusznymi kosmetykami. Sama się pod nimi dusi. W domu pozwala
sobie obnażyć się i ściera szorstką rękawicą z ciała tę aromatyczną maskę.
Przypomniała
sobie, jak w tańcu zaczęła się ocierać o tego sąsiada. Nieprzyzwoicie, jak
tylko umiała. W jej wieku mogła zrzucić to na karb niezbornych ruchów, ale minę
miał zachwycającą. Jak baran stał i gapił się z niedowierzaniem, a ona udawała,
że nie dzieje się nic. Tak! Pójdzie z nim na następne tańce – za miesiąc. I
pozwoli dłoni oprzeć się o jego rozporek, żeby tańczył jak kloc kanciasty, jak
marionetka niestarannie prowadzona dłonią amatora. A potem zaprosi go do siebie
i otworzą lodówkę, żeby przy niej wypić strzemiennego. Sprawdzi, czy potrafi z
niego wykrzesać resztki ognia. Druty zamigotały, gdy snuła plan przestępstwa
idealnego. A potem, w nocy owinie go tym szalem, jak wężem boa i niech jej
grzechy go otulą. Niech oszołomią go i wycisną z niego wszystkie soki. Ona
siądzie w fotelu i będzie patrzyła, jak się wierci w jej niegodziwościach.
Odłożyła
robótkę i poszła do lodówki. Wódka kończyła się – trzeba kupić kolejną, bo
przecież tej zabraknie nim przyjdzie czas na tańce. Chłód podnosił się z
podłogi i wspinał na nią. Poszedł już poza kolano i wcale nie zamierzał
zwalniać. Czuła, że zamarza. Chciała wyjąć z lodówki tę resztkę zmrożonej wódki
i dać się oszukać ciepłu z butelki, ale ręka nie dosięgła jej. Nogi nie
utrzymały starzejącego się ciała. Upadła, a podłoga chciwie ją przytulała
spijając zbędne staruszce kalorie. W pokoju obok zaszczekała suczka. Chyba
bawiła się kłębkiem wełny, bo ten wtoczył się pod nos starszej pani, gdy gasła
na podłodze. Suczka naprzemiennie patrzyła jej w oczy i na kłębek wełny. Ogon
przestawał się śmiać, gdy nadciągało zrozumienie. Nie dokończy już żadnego
szala, nie powiedzie na wydmy starzejącego się króla kurortu, nie pójdzie na
tańce. Mroczna zieleń kłębka zahipnotyzowała ją do bezruchu.
W
zimne niebo zamknięte sześcioma płaszczyznami mieszkania wzniosło się wycie.
Nie było księżyca, który zrozumiałby przesłanie. Nie było nikogo, kto
podźwignąłby do życia to zużyte ciało. Miała się teraz rozkładać, aż smród
gnijącej starości przebije inne fetory. Kiedy ją znajdą… nie będzie piękna… już
nigdy nie będzie. Szkoda, że właśnie tak ją zapamiętają. Tylko dla suczki była
istotna, a teraz bezdusznie osierociła i ją. Nie wplecie tego grzechu w szal,
choć suczka przyniosła w zębach druty… Nawet tego nie potrafiła.
piątek, 10 maja 2019
Subiektywna teza.
Na wypadek zapomnienia, sklerozy, czy czegoś
jeszcze gorszego, nim się wydarzy, zapiszę ku potomności, aby obarczyć ją złudną
nadzieją rozszyfrowania osamotnionej myśli ekscentrycznego protoplasty. Żyję uporczywie,
oswojony z mniemaniem, że bez kobiet podglądany świat byłby piekłem i Bóg nie
musiałby nic więcej wymyślać, żeby uprzykrzyć życie stadom zwycięskich plemników.
Ilekroć patrzę na płeć niewątpliwie piękną zastanawiam się nad wartością i
istotą drugiej strony. A choć usiłuję zanurzyć się w szowinizm i inne czarnoksięskie
sztuczki, to fakty, gdy są nagie, nie pozostawiają złudzeń – kobieta jest wartością,
którą facet podziwiać może. Niestety - nie za długo, bo nawet z tym ma kłopoty.
Erotoman.
Niskopienna pani rozsznurowała żółciutką bluzkę, żeby jej
piersi mogły wzejść niczym dwa słońca ciekawe świata i zaszczycić własnym
ciepłem otoczenie. Zapachniało fiołkami, a pierścionek na palcu miał ametystowe
oczko. Kto zwracałby uwagę na jakieś pierścionki, kiedy dwa słońca wschodzą na
widnokręgu? Czoło mam chłodne, więc to zapewne inna przypadłość. Czereśnie
zawiązały się i zwiastują już nieodległą rozpustę. Kasztanowce przekrzykują się
z bzem, kto piękniej się wystroił i tylko rozłożyste biodra potrafiły na moment
oderwać myśli od jednej, ku innej pokusie. A potem znów kolorowe trampki i blade kostki
wolne od skarpet. Zerkam chwiejąc się w wątpliwościach, czy to z zapomnienia,
czy mody. Bo o wygodzie i higienie chyba mowy nie ma.
środa, 8 maja 2019
(Nie)spełnienie.
Pudełko było
stare. Z różanego drzewa? Ludzie lubili tak myśleć, szczególnie ci, którym
wyobraźnia hodowana na romansach podsuwała takie pomysły. Nieszczęście polegało
na tym, że było zamknięte, a w środku coś intrygująco grzechotało. Na co komu
pudełko bez klucza? Ładne, zdobne i szkoda byłoby zaspokajać ciekawość niszcząc
je.
A z tym różanym
drzewem, to jednak coś na rzeczy było, bo wieko zawierało różyczkę inkrustowaną
masą perłową. Takie trójwymiarowe zwieńczenie siedzące dumnie w najwyższym
punkcie kuferka niczym wrona na antenowym maszcie. Drewno zdawało się być
klejone z drobniejszych kawałków o różnych odcieniach. Z miniaturowych, nie
zawsze regularnych klepek.
- Tetris – pomyślałem, gdy gospodyni
wręczała mi je, jak ciekawostkę, którą nieodmiennie raczyła gości zaraz po
herbacie i drożdżowym cieście z wiśniami. Obracałem w dłoniach niczym kostkę
Rubika widzianą pierwszy raz w życiu pod czujnym wzrokiem gospodyni. Ona chyba
była gotowa nająć włamywacza, żeby uwolnił jej ciekawość.
W środku grzechotało
niepojęte, a tuż obok grzechotała uwolniona od kagańca wyobraźnia. Szafir
większy od śliwki, pierścień czarnoksiężnika ze srebra tak starego, że poczerniałego
niemal jak oczko skrzącego się w pierścieniu morionu, rzeźbiony w kości
lewiatana posążek inkaskiego bóstwa o czterech pępkach i trójce oczu. Albo
wręcz ziarno rokrocznie kwitnącej paproci zapakowane w konchę tchnieniem
Afrodyty. Gdy humor nie dopisywał gospodyni, albo gościa chciała wyprosić
tłumaczyła mu, że to kryształ górski, w którego wydrążonym wnętrzu ukryty jest
dżin przeklęty, co na opak spełnia marzenia, albo wygłodniałe, ciekawe świata
bakcyle zarazy.
Pudełko nie wyglądało
krwiożerczo, więc niespecjalnie się obawiałem. Któż starszej pani dawałby broń
biologiczną do ręki, kiedy ona potrafiła wydestylować z malin krople tak
aromatyczne, że można było się zatracić przy pierwszej filiżance herbaty z
konfiturą. I każda wojna mogła wtedy przejść obok niepostrzeżenie. Pudełko było
jednak jej świątynią, przy której marzyła świat niepojęty. Może od dziewczątka
wyobrażała sobie, że jest w nim obietnica nieśmiertelności, albo wskazówka do
Sezamu?
Gospodyni poszła
do kuchni, ukroić jeszcze trochę ciasta. Najwyraźniej przypadłem jej do gustu,
gdy z szacunkiem obracałem to pudełko i kiwałem głową zgadzając się na każdą,
nawet najbardziej nieprawdopodobną hipotezę. Słyszałem jak podśpiewuje
cichutko. Chyba lubi śpiewać, gdy krząta się po kuchni. Głos miała miły, ciepły
i pełen łagodności, a ja stałem bezradnie obracając w dłoniach pudełko.
Rozdzwoniły się jakieś szklane naczynia, może drobniuteńkie kieliszki na
nalewkę dereniową, o której wspominała, zerkając na portret wąsatego byczka
prężącego muskuły w bardzo starych ramach.
Gdy tak obracałem
pudełko do rytmu nuconej czastuszki zaczepiłem palcem o różę z wieczka, a
pudełko kończąc obrót zostawiło mi ją w dłoni. Róża wpięta była w wieko
krótkim, ostrym gwoździem. Chciałem wsunąć ją na miejsce nim gospodyni zauważy,
że uszkodziłem jej świątynię, ale wtedy się stało coś, czemu nie potrafiłem
zapobiec. Jeden z kawałków drewna z cichym skrzypieniem przesunął się o jakiś
centymetr w głąb.
Stałem zdumiony
tak bardzo, że nie wiedziałem co począć z rękami, gdy w drzwiach pokoju stanęła
gospodyni. Rzuciła okiem na pudełko, potem na mnie, a głos jej zamarł.
- Umiesz to otworzyć? – wyszeptała
pytanie pobladłymi ustami.
A potem
przysiadła na skraju fotela i patrzyła jak zaczarowana. Nie umiałem, bo chyba
tylko autor tej szarady potrafił ją rozwikłać, ale starałem się. Odłożyłem różę
na stół i powoli starałem się wciskać i przesuwać fragmenty trójwymiarowej
układanki. Zmierzch dojrzał już do intymności i stanowił znakomite tło dla
płomieni tańczących w kominku, a ja wciąż naciskałem, szukając rozwiązania.
Pudełko ostatecznie straciło swój z dawna utrwalony kształt i zmieniło się w
skomplikowaną geometrię.
Gospodyni skubała
ciasto i nawet nie zauważyła kiedy na przyniesionym z kuchni talerzu zostały
okruchy mogące wystarczyć najwyżej jednemu, niezbyt głodnemu wróblowi. Palce
mnie bolały i chciało mi się pić, ale w żarliwym, pełnym wiary wzroku gospodyni
czaiła się niewysłowiona prośba o rozwiązanie zagadki. Zdążyłem wyzbyć się
entuzjazmu, kiedy kształty znów zaczęły wykazywać się płaszczyznami. Po
kolejnym, sam nie wiem którym obrocie bryła stała się zwarta i wolna od
sterczących fragmentów.
Obracałem w
dłoniach, aż między palcami coś niewielkiego spadło na dywan bezdźwięcznie. Nie
zdołało się ukryć przed roziskrzonym wzrokiem gospodyni, która opadła na kolana
i w półmroku dywanu szukała spełnienia marzeń. Zacisnęła dłoń z cichym
okrzykiem tryumfu i podniosła się z kolan. Staliśmy we dwoje patrząc na starą,
zasuszoną piąstkę, w której skryło się rozwiązanie zagadki.
Rozchyliła palce.
Na dłoni leżał malutki, metalowy klucz… Nie musiałem sprawdzać, żeby wiedzieć.
On był kluczem do otwierania pudełka. Gospodyni usiadła i widziałem, że
odkrycie ją przygnębiło. Oczy miała wilgotne, a ręka drżała wraz z cienkimi
wargami. Bałem się, że serce nie wytrzyma, że żałość powali tę silną kobietę.
Szarpnąłem się prosząc o klucz, a przemodelowane pudełko zagrzechotało. Inaczej
niż wcześniej, ale zagrzechotało. Zamarłem z dłonią wyciągniętą po klucz, a
gospodyni zamknęła pięść.
- Nie! –
krzyknęła z energia odrodzonej nadziei – nie wolno otwierać tego pudełka…
Przecież wiesz, że nie wolno. Tam może mieszkać dżin złośliwy wielce i na opak
spełniający marzenia, może jest tam czarna ospa przekładana dżumą i trądem,
która czyha na śmiałka, żeby stał się siewcą śmierci? Może perła z morza nieskończonych
łez, przy której śmiech posiadacza umiera dożywotnio?
wtorek, 7 maja 2019
Co nowego panie?
Na
horyzoncie pojawił się pan z kosiarką, a ja myślałem, że ktoś wyprowadził na
spacer stado szerszeni. Dziecię na huśtawce wstrzymało oddech. Pyzata buzia oddała
się dywagacjom, kiedy oczęta poszukiwały roju. Mama znalazła go szybciej, bo porwała
dzieciątko z huśtawki i uciekli w wielkiej trwodze. Na podwórku zapanował
galimatias i zapach skoszonego trawnika. Tylko ptaki zerkały z wysokości
żywotników, czy jakieś dzikie białko im się nie trafi. Miasto przywykło już
chyba do tego, że jest niekończącym się placem budowy i bez dziur, hałd i
zastaw drogowych czułoby się zapewne nieswojo i nie bardzo u siebie. Może to i
dobrze, bo spaceruje się z ciekawości.
poniedziałek, 6 maja 2019
Dejavu.
Otwieram,
bo cóż innego mógłbym zrobić z drzwiami? Nie nadają się na kompana do spacerów –
jedynie do tego, aby odciąć się od świata, albo od przeszłości. Dzisiaj miałem
ochotę na świat. Na zewnętrze niepoznane i być może wrogie. Pewnie dlatego, że
lodówka pusta, a dwie setki wypite na czczo dodały mi animuszu. Trzasnąłem z
fantazją – nie powstrzyma mnie mebel wrośnięty w ścianę.
Kurz
się posypał na klatce schodowej, jak zwykle, kiedy nadmiar energii wyniesie w
drogę organizmy buńczuczne z niespożytkowaną energią. Jakby mi kopa wprost w
plecy kto wymierzył. Powietrze przesunęło się i zaatakowało mnie, aż się potknąłem
na nierównościach klatki schodowej, która poprzedni remont przeżyła chyba zaraz
po wojnie i był to raczej prymitywny, amatorski występ jakiegoś lokatora, niż
fachowa restauracja przestrzeni.
Odwróciłem
się, by skląć owe drzwi, że tak nieobyczajnie i wrogo ze mną postępują, ale co
ja wiem. Zanim otworzyłem usta zapieczone wrastającym z podłogi kurzem drzwi
stęknęły i poniosły echami larum. Od każdej strupieszałej ściany niosły się
dźwięki, które oczywiście musiały zalęgać się w moich uszach powodując
kakofonię niezrozumiałych dźwięków. Zupełnie, jakby po persku przemawiał ktoś
do mnie. A drzwi przecież uczciwie dębowe i piasek na zaprawę z najbliższej
okolicy z Persją miał równie wiele wspólnego, co ja.
- No
i po co z taką fantazją walisz, jakbyś miał świat zawojować właśnie dziś?
- Drzwi
do nie gadają – pomyślałem – nie wypiłem aż tyle, żebym popadł w omamy i wtórną
świadomość.
Zerknąłem
na nie podejrzliwie. Dobrze, że sam sobie chuchnąć nie musiałem, bo pamiętam,
że dwie setki, to wszystko, co uniosła lodówka. Zdaje mi się, że przez tydzień
usiłowałem przetrwać, jak jakiś traper pośród zapasów zgromadzonych i z domu
wyszedłem jak wyżeł zagłodzony. A teraz w lodówce smętne lodowe obrazy
zasiedlają tylną ścianę i gdybym do rzeczy podszedł ze zrozumieniem, to
odłączyłbym kabel i pozwolił lodowcom spłynąć na podłogę, nim wypełnię ją
zawartością.
- Ty!
– drzwi szczeknęły do mnie skrzypiąc mosiężnymi zawiasami i cała tą biżuterią
skromnie ukrytą pod niezliczonymi warstwami olejnicy.
-
Ja? – powiedzieć, że byłem zdumiony, to nic nie powiedzieć – Do mnie mówisz? Eeee…
mówicie?
- A
widzisz tu kogoś innego cymbale jeden? Pewnie, że do ciebie. Skoro wreszcie
zdecydowałeś się na odmianę, to dokończ, coś zaczął!
-
Ale… Co zacząłem?
-Wróć
do środka i sam zobacz! – drzwi były zdecydowane i jednoznacznie apodyktyczne.
Wróciłem,
a drzwi usłużnie rozpostarły skrzydła, żeby syna marnotrawnego przyjąć. Od
wewnątrz, na podłogę spłynęła płachta farb odsłaniając nagie drewno. Ciemne.
Nie wyglądało na dębinę, choć nie był to mahoń. Sam nie wiem, co to było, ale drewno
udawało spalone. Puknąłem w nagą przestrzeń, a ona oddała dźwięk, jakbym zapukał
w pancerz czołgu. Drzwi skwapliwie zatrzasnęły podwoje i zostałem w środku, dość
smętnie wspominając, że w lodówce przechowuję jedynie lód o znikomej wartości
energetycznej, a żołądek przystąpił właśnie do trzeciego requiem. Czysta improwizacja,
jednak na tyle wyrazista, że nie pozostawiająca złudzeń. Byłem głodny. A drzwi
były zamknięte.
Chciałem
nacisnąć klamkę i uciec, bo w końcu resztka starej farby na podłodze nie była
warta mojego głodowania. Klamka wiła się w rękach jak wąż i wyślizgiwała, ale o
zaczepieniu języka i uwolnieniu mnie mowy nie było. Kopać nie próbowałem, bo
prędzej nogę złamię, niż osiągnę coś konstruktywnego. Pamiętałem ich grubość.
To nie była tektura spinająca ramę z sosnowych żerdek, tylko masywna jednolita
konstrukcja. Drzwi rycerskie, odporne na atak tłuszczy. Może nawet wytrzymałyby
napór ZOMO podczas szturmu bez wsparcia artylerii.
Byłem
więźniem we własnym domu, a strażnikiem stały się drzwi. Czwarte piętro,
kamienica pamiętająca schyłek dziewiętnastego wieku i standard budowlany z
tamtych czasów połączony z prostą algebrą podpowiedział wynik – 13 metrów nad
poziom chodnika. Z grubsza, bo nikt na milimetry mierzyć nie będzie. Przez okno
nie wyjdę, chyba, że skoczę na tę brzozę sponiewieraną wichurą, której kikut sterczy
i straszy niebo z pięć metrów niżej. Chodnik niechlujnie betonowy gryzł szarymi
zębami moją wyobraźnię i obiecywał, że dla ciała będzie równie bezlitosny.
Postanowiłem
negocjować, ale nie miałem w ręce żadnych kart. Mogłem tylko słuchać, chowając
dumę do kieszeni. Popatrzyłem raz jeszcze na drzwi. W górnej części drewno
pokryte było galimatiasem jakichś kresek, jakby przepełzł przez nie wąż, który
uciekł z kałamarza. Wzorek był nawet elegancki i mógł się podobać, a jego
reszta kryła się pod farbami.
-
Najpierw wyskrobiesz do końca – drzwi poinformowały mnie beznamiętnie o własnym
kaprysie – tylko ostrożnie, żebyś nie zatarł treści. A potem… Zapewne nie znasz
arabskiego? Pamiętając twoje wcześniejsze zachowania, to pewnie żadnego języka
nie znasz łącznie z własnym. W takim razie przemalujesz starannie wszystko i
pójdziesz poszukać tłumacza. Trochę ten napis łaskocze, ale zanim się coś
zetrze dobrze jest wiedzieć czym to grozi.
Skrobanie
drzwi, to nie jest piknik na działce u sąsiada, tylko orka na ugorze.
Szpachelka złamała się nim nią pięć razy machnąłem, a noże kuchenne niezbyt się
nadawały do takiej pracy. Pazurami olejowych farb zedrzeć się nie da, a
wiertarkę wyposażoną w papier ścierny drzwi wykluczyły. Dobrze, że trochę
pomagały i starały się oswobodzić we własnym zakresie, gdyż bez wsparcia nie
miałbym żadnych szans. Farby na jadalne nie wyglądały, a drzwi były
nieubłagane. Dzień cały i pół nocy zeszło nim farby spadły na podłogę, a ja
wraz z nimi. Spałem zwinięty w kłębek i głodny wciąż bardziej.
- Tylko
patrzeć, jak drzwi mnie kopną! – z takim przesłaniem się zbudziłem i poderwałem
się na nogi patrząc z nieukrywanym strachem na mojego prześladowcę. Drzwi
pozwoliły na skopiowanie zygzaków i zaakceptowały jakość, choć poskrzypiały
odrobinę nim mnie wypuściły.
Szczęście
pełne. Uciekłem nie siląc się na zamykanie – niech same sobie radzą. Uciekłem
zziajany i tak głodny, że trzy rundy w barze mlecznym musiałem obsłużyć, nim
rękawem otarłem usta. Miałem już wyjść i zastanawiałem się niespiesznie, czy wracać,
czy dać sobie spokój i poszukać innego lokum, albo wręcz innego miasta. Nim
podjąłem decyzję zauważyłem człowieka w turbanie, który dość płynnie posługiwał
się językiem tubylców usiłując zamówić coś jadalnego. Naleśniki z serem? W
końcu nie mój problem. Podszedłem wyciągając kartkę z przemalowanymi obrazkami
i pytaniem, czy nie byłby uprzejmy wyjaśnić o co chodzi z tymi szlaczkami.
Przyłożył
palec tak suchy, jakby omyłkowo zostawił go na pustyni i wrócił po roku. Od
drugiej strony, jak jakiś bezbożnik! I wiódł tym paluchem do początku. A potem
roześmiał się.
- Tu
jest napisane, że ze złej strony prawdy szukałeś, bo ona jest po przeciwnej.
Żeby nie zbudzić demonów, powtórz po drugiej stronie, a prawda cię oświeci.
-
Demony? – zabił mi ćwieka, ale pamiętałem już jednego… no… jedne – Jeśli drzwi
mają mnie ścigać i straszyć do śmierci, to może lepiej pozwolić sobie na
oświecenie?
Na
wszelki wypadek okulbaczyłem się prowiantem i narzędziami. Wróciłem nim
zmierzch ogarnął okolicę i wziąłem się do pracy. Drzwi popiskiwały cieniutko i
chyba były zadowolone, a ja zgrzany, upocony skrobałem je bez litości. Powierzchnia
wynurzała się powoli i pokryta była również szlaczkami. Nie patrzyłem, bo fragmenty
niewiele mogły mi powiedzieć. Całość zresztą też. Kiedy skończyłem nie miałem
siły patrzeć, czy rysować. Miałem nadzieję, że gdy się obudzę przerysuję te ślimacze
harce i znajdę tego gościa w turbanie. Tyle bandaża na łeb zakładać może chyba
tylko ktoś, kto z drzwiami gada i boi się, że łeb mu pęknie. A ja nie miałem
bandaża i czytać nie umiałem.
Kiedy
wstałem zacząłem przemalowywać znaki. Dziwne. Nie znałem języka, a miałem
wrażenie, że znam napis! Kiedy skończyłem gapiłem się na malunek i na drzwi,
które szepnęły do mnie coś na kształt „dziękuję” i przestały mnie zauważać. Zupełnie,
jakby odarte z tego futra straciły głos. Mogłem wejść, albo wyjść bez kłopotów.
A ja stałem z kartką szlaczków w ręku i dumałem co dalej. Podrapałem się po
tyłku, a w kieszeni coś zaszeleściło – wyjąłem wcześniejszą kartkę i porównałem…
Obrazek był identyczny!
niedziela, 5 maja 2019
Randka z nieznajomym.
Patrzył na nią.
Zuchwale i jakoś tak, jak się patrzy na pierwszą miłość. Niemal czuła, jak siwe
włosy znów nabierają barwy dojrzałych kasztanów i miękły skręcając się, by ułożyć
się na plecach. Dawno nie miała już długich włosów, a takiej miękkości nie potrafi
nadać żaden szampon. Tylko młodość potrafi sprawić cud, który niestety zbyt
szybko mija. Przywykła do swojej siwizny i nie usiłowała jej tuszować farbami.
I tak były twarde niczym szczotka do podłogi, a farby tylko potęgowały niemiłe wrażenie.
Kim był, że
pozwalał sobie na taki wzrok, w którym miękły jej włosy? Wstydziła się przyznać
nawet przed samą sobą, że nie tylko włosy jej miękły. Odgarnęła je z czoła tak,
jak robiła to będąc nastolatką – dmuchnęła na niesforny kosmyk, żeby spadł znów
na oczy i dopiero potem odgarnęła go ręką nietrwale chowając za uchem. To
działało zawsze, więc nie zdziwiła się nawet, gdy zadziałało i teraz. Patrzył
na nią z głodem, jakiego ukryć się nie da przed kobiecym wzrokiem. Jak mały
książę na jedyną różyczkę w ogrodzie. Wolała milczeć – bała się, że zacznie się
jąkać, że starczy głos ją zdradzi.
Zarumieniła się,
a kurze łapki wokół oczu kurczowo przytrzymały wzrok siedzącego naprzeciw i
bezwstydnie prosiły o więcej. Kiedyś… Schowałaby oczy pod stół, na własne
kolana i udawałaby, że nie widzi jak ją pożera wzrokiem taki głodomór, ale
dzisiaj nie chciała stracić ani sekundy. Patrzyła bojąc się mrugnąć okiem.
Oblizała wargi, które zaczęły pulsować. One też były miękkie i żądne wrażeń.
Chciały się oddać patrzącemu. Ileż to lat nikt nie przyssał się do nich? Nie
pogryzł do bólu? Zdawało się jej, że pamięta, ale straciła całą pewność, gdy
widziała, jak jego oczy śledzą niepozorny ruch języka i niemal toną w
zazdrości, że to nie jego język zwiedza jej wargi. Boże – jak bardzo chciała,
żeby tak się stało!
Wyciągnął rękę,
więc mu podała własną. Bez słów, bo cóż mądrego mogła powiedzieć. Widać było po
niej, że jej ciało pragnie towarzystwa i gotowe jest oddać mu się bez granic.
Ręka, to tylko pierwszy z kroków… Wziął ją we własną i niemal się schowała.
Miała małe dłonie, wyschnięte i poznaczone starczymi plamami. Zimne od
niedotykania. Żadna kąpiel, czy rękawiczka nie zagrzeje przecież dłoni tak, jak
druga dłoń. A on właśnie trzymał jej rękę w zagłębieniu własnej dłoni i
przykrywał drugą. Bez pośpiechu, delikatnie, aż poczuła, że zaczynają się
budzić jej palce i przeciągają się jak młode kocurki odsypiające obiad w
wiklinowym koszu.
Kiedy odkrył jej
dłoń była już gładka… przesiadł się, by móc ją pocałować. Obudził dreszcz,
który trzepotał się po całym ciele starszej pani i nie potrafił sobie miejsca
znaleźć. Zwiedził ją całą od środka, a serce staruszki rozśpiewało pieśń,
jakiej nie zapomina się do śmierci. Wtuliła się plecami w ramiona pasujące
wciąż bardziej i bardziej, gdy jej ciało odprężało się i ocierało o męską
pierś. Jeżeli pożądanie ma zapach, to tak właśnie pachnieć musi. Gryzła wargi.
Nie mógł tego zobaczyć, ale ona czuła jego oddech przedzierający się przez
włosy na szyję. Parzący, odbierający spokój i … mógł ją tym oddechem rozebrać i
strącić w piekielne czeluści. Był bezbronna.
Tak szybko
oddychała chyba tylko dwa razy w życiu – raz, kiedy uciekała przed wulgarną
przemocą płacząc i wzywając pomocy i wtedy, gdy pierwsza miłość niezdarnie
rozpinała jej guziki… Oczy odpłynęły jej we wspomnienia, a piersi unosiły się
pod bluzką znów za ciasną. Guzik walczył, żeby utrzymać się w jej cieple
spłoszonym, unoszącym się pod niepokalaną bielą. Chciała przełknąć ślinę, lecz
nie znalazła jej w ustach. Język błądził po zębach. Były gładkie i nawet bez
sprawdzania wiedziała, że są równie białe jak bluzka, pięknie odcinając się od
czerwieni warg pokąsanych, by nie krzyczeć piękna.
Czuła jego nos
szukający czegoś za jej uchem i łaskoczący nieśmiało przy każdym wydechu.
Usiłowała mocniej złączyć kolana, które miała już ściśnięte najbardziej jak
mogła. Pod spódnicą pękała ziemia. Jeszcze się łudziła, że powstrzyma erupcję
zakładając nogę na nogę i udami ściśnie. Pośladkami, siłą woli… Wystarczyło
jednak, że spróbowała unieść stopę i kolana straciły łączność, gdy poczuła w
nosie własny aromat. Ostry jak brzytwa. Szczery jak wyznanie i prawdziwszy od
każdego piekła. Warga wymknęła się zębom, jak zając wymyka się czasem nagonce.
Uczucie nie zna
więzień i granic. Jęknęła cicho. Musiał poczuć. Usłyszeć musiał. A przede
wszystkim wiedzieć. Była jego. Cała i bez reszty. Nie musiał nawet prosić, bo
zanim poprosiłby dostałby więcej niż mógł wymyślić. Rozchyliła kolana, aż
spódnica zaczęła trzeszczeć w szwach pomiędzy gładkimi udami. Prawda płynęła z
niej wąziutkim strumieniem czekając, aż przykryje go dłonią, ustami. Aż zanurzy
się w niej po zatracenie. Świat przestał istnieć i nie było już żadnych
wspomnień wartych wspominania. Była tylko chwila i ona kipiąca, wtulona we
wspólny rytm.
Krzyczała? Być
może. Uśmiech nie był piękny, bo w ekstazie jest najbrzydszym z możliwych.
Popatrzyła na własny uśmiech i ciało pomarszczone, umęczone i zimne. Leżało
wolne od bólu i od niej. Ona… Cóż – trzymała za rękę kogoś, kto dał jej poczuć
ciepło i nie obiecywał nic. Nie musiał – był. I to wystarczało. Był, jak cała
wieczność i tylko dla niej. Zostawiła ciało bez oglądania się po raz drugi.
Niech zostanie to opakowanie. Zbędne. Zużyte życiem. Grunt, że nauczyło ją
kochać.
sobota, 4 maja 2019
Szóste wrota.
Są takie światy,
w których można tylko być. Po prostu. Nic więcej, tylko być. Obserwować i
karmić się samym sobą. Czasami zanurzam się w swój intymny pamiętnik, a czasami
on sam uchyla wrota i kusi wspomnieniem. Staję całkiem bezradny, nagi i
bezbronny. Mogę odwrócić się i uciec, albo zostać i dać się ogarnąć
szaleństwom.
Galeria obrazów –
portrety ludzi, którzy są, lub tylko byli przez chwilę. Ważną, albo zupełnie
niedocenianą. Ponoć pamiętać można pięćset sylwetek, choć ocieram się o więcej
nieistotnych bytów każdego dnia niemal. I oni w swojej nieistotności zapadają
we mnie mgłą wspomnień, bo skąd miałbym wiedzieć, która nieistotność faktycznie
żadnego znaczenia nie ma? A może dopiero mieć będzie? Spotykam niekiedy ludzi
niemożliwych, wymyślonych chwilę wcześniej. Spotykam obcego, który ma
wyrzeźbione w mojej podświadomości rysy i nawet gest odgarnięcia włosów z czoła
jest przewidywalny i oczekiwany. Mijam miejsca nieistniejące, choć wyryte w
duszy tak dokładnie, że nawet dziś noga przeskakuje kałużę, która wyschła tak
dawno…
Uszy też nie
śpią, chwytają znajome dźwięki i oprawiają je w wieńce innych powodując, że
płuca stają się zbyt płytkie i zachłanne jak wszyscy diabli. Idąc węszę
zawzięcie smugi nierozpoznanych nut i tylko na dnie łepetyny snuje się
imperatyw, żebym nie poprzestawał. Nie puścił tej nitki łączącej mnie z
przeszłością dawno zapomnianą. A kiedy nogi stracą poczucie rytmu, zgubią sens
drogi i zaplączą się w detalu głowa przerzuca karty szukając chwili. Muzyka
potrafiąca wydusić z serca ostatnie krople krwi, żeby nią wymalować na
policzkach to, do czego jeszcze dziś nie potrafię się przyznać przed sobą.
Ciszę tak odległą i zapodzianą w przeszłości, że niemal charczy o zauważenie i
chwyta za nogawki, żebym nie minął bezmyślnie.
Uderzony aromatem
czuję zawroty głowy, ilekroć wrota otworzą się tak odległe, że usta szepczą: to
niemożliwe, nie mogło tak być. Przecież nikt i nigdy. Nigdzie nie było tak
właśnie. A jednak było! Rozpoznaję dziewicze zapachy dziewictwem wtórnym
zarażone, połatane i posklejane pomiędzy zapomnieniami doskonale. I tylko oczy
łzawią, bo pamiętają, że był ciąg dalszy, wart uniesienia, albo żałoby. Kręci
mi się w głowie, więc siadam byle gdzie, niechby pod murem, albo w poręcze
dowolnego mostu się wpinam kurczowo i szukam w pamięci niedbale, bo dbałość nic
nie da, skoro nie wiem, gdzie szukać.
Kawałek chleba
drę gołą ręką, bo darty chleb ma inny smak, niż ten maszyną pochlastany na
cienkie formatki. Chleb w każdym domu ma inny smak i niech bym tych domów
milion zwiedził, to dwóch takich samych nie znajdę. Język cierpliwie zbiera
uniesienia i nie protestuje. Ale czasem, gdy wargi obliże, gdy pozwolić mu
powspominać, to usta wypełni potopem śliny i siłą woli trzeba powstrzymać
szczęki od przeżuwania. Połykam wspomnienia, jakby były pełne kalorii i drugi
raz zjadam wieczerzę. Nie ostatnią, lecz pierwszą.
Można mnie
dotknąć. Wiatr czy słońce czynią to bez pytania. Woda przedziera się
nieustępliwie przez pokłady ubrań, żeby zlizać ze mnie pot i ściągnąć go w
kałużę, która przypominać będzie upadłą aureolę. Ciało szamocze się od dotyku,
który już był. Do matczynej dłoni przedzierającej się przez skołtunione włosy,
do pięści, która zostawiła bliznę wyblakłą na policzku, do paznokci w plecy
wbite podczas ekstazy i rozkwitłe kwiatami purpurowymi ukrywanymi skrzętnie
przez całe tygodnie. Wygniatany biodrem w piasku dołek, z którego morskie fale
wypłukiwały ciepło chcąc mnie podmyć i utopić też się gdzież zapodział w
pamięci i teraz przepytuje mnie, co było potem.
Głowa zbiera okruchy
i nic nie porzuci. Nie potrafi. Jak nałogowiec kolekcjonuje detale, aby upleść
z nich niepowtarzalne jutro. Jakieś dzisiaj. Ubiera w dumę, albo wstyd. Potrafi
grzbiet zgarbić, albo dorysować łopatkom skrzydła. Ponieść, lub przewrócić –
bez różnicy. Lepiej to zrobi od wytrawnego kata i bardziej będzie bolało. Żadna
gąbka nie chłonie rzeczywistości lepiej i bardziej łapczywie. Pazerna głowa,
nałogowiec szalejący głodem pożądania wszystkiego, co objąć zmysłami potrafi.
Szczęście, że upycha po zakamarkach, że z oczu nie sterczą jakieś łachmany i
strzępy zdarzeń…
Dopiero nocą, gdy
mrok wydusi ostatnie kształty i kolory, kiedy oswojona klatka sypialni stanie
się sterylną powtarzalnością, która zamorduje pozostałe wrażenia otwierają się
szóste wrota. Do świata lęków i nadziei. Do przeczuć i podejrzeń. Do
nieistniejącej rzeczywistości, którą głowa stara się rozpętać niczym tornado. Rozdmuchać
iskrę wydłubując nieistniejące z niebytu. Nie zawsze z głowy wyjdzie łagodność
ubrana w życzliwość. Czasem demon chichotał będzie bezczelnie gryząc w nos.
Innym razem, gdy zajrzeć ciekawością pochopną pchnięty, w cień lustra podniesie
podłość domniemaną i uwypukli, odbije i przyklei do skóry, rozjątrzy zarazą, aż
całe ciało zapłacze gorzko. W świecie, w którym wszystko jest możliwe i nic
dozwolone, jedynym prawem jest chłonąć to, co przyniesie los.
Uciec? Skąd? Z
niebytu, w którym umarł nawet czas? W uchylonych wrotach pokus nie brakuje.
Może są tam kolejne drzwi? Na drugą stronę? Siódme wrota? Nim zapytałem, już obudziłem
robaka ciekawości, żeby wejść w szósty portal i poszukać, a skołatana głowa
szepce nadzieje, że skoro było sześć, to czemu nie siedem? Przecież nawet, gdy
ich nie ma, to za szóstymi drzwiami wszystko się zdarzyć może, więc jeśli
gdzieś, to tylko tam. Drzwi skrzypią łagodnie, jak pies czekający na patyk za
którym znów będzie mógł gnać z jęzorem na wierzchu – byle miał kto go rzucić.
Nie chcę! Nie
potrzebuję wcale! Sen nie różni się niczym od śmierci. Pijanymi oczami
przeszywam ciemność i duszę się własnym oddechem. Że też mi się szwendać
zachciało po nocy! Eksplorować przestrzenie nieistniejących światów. Po skórze
spełza strach i niespiesznie wgryza się w kołdrę. Siedzę i zliczam oddechy do
poranka, a dużym paluchem maluję na podłodze zaprzeczenie nieskończoności.
Bezczasie zaczęło znów pluć sekundami, ale bardzo niechętnie. Niech ktoś obudzi
kształty! Uciekłem! Znów się udało przetrwać noc…
Subskrybuj:
Posty (Atom)