sobota, 11 maja 2019

Spóźniona dedukcja.


Są widzenia, których nie sposób zapomnieć. Nawet, jeśli umysł posiłkuje się wyparciem. W tych przestrzeniach, w których zdarzać się sobie lubię, łazi mnóstwo dziwaków. Jak to artyści; są upudrowani, spatynowani, kolorowi i inni. Minąłem ze trzy tygrysice w pomarańczowych futerkach zbierające datki na dzieci niepełnosprawne, Puchatka w spłowiałym błękicie, dwa żółwie Ninja i sam już nie wiem co, bo niektóre z przebrań wyglądały na najzwyklejszą ekstrawagancję. Ale pan w rajstopach? Czarne były, podobnie, jak krótkie spodenki z błyszczącej skóry. Szedł bardzo nieumiejętnie – najwyraźniej miał kłopoty z biodrami, żeby wprawić owe spodenki w ruch, który fascynuje przeważającą część świata męskich żądz. Wysyp dziwolągów jakoś mnie nie zastanowił, dopiero ten okaz sprawił, że zacząłem myśleć. Juwenalia! I wszystko jasne. Czas śpiewu, zabawy i eksplozja fantazji. A troszeczkę się bałem, że moda męska skręciła w stronę perwersji ulicznej.

Wielka włóczęga.


- Za chwilę zostaniesz uśpiony – ubrany na biało, brodaty hindus był suchy jak tyczka i równie beznamiętny jak ona – potem spuścimy z ciebie krew, a krwiobieg wypełnimy płynem fizjologicznym. Przewód pokarmowy masz już wyjałowiony, więc i tu zagrożeń żadnych nie widać. Poza tym – odcięty od wpływu otoczenia powinieneś przetrwać w nienaruszonym stanie. Na wszelki wypadek ostrzygliśmy cię tak dokładnie, że nawet tajskie dziwki mogłyby pozazdrościć ci gładkości. Nie powiem, że w moim zespole jesteś bezpieczny, bo mam asystenta, który najwyraźniej pała do ciebie uczuciem nie całkiem platonicznym, ale obiecuję ci, że nie wniesiesz w nowy świat jego nasienia, nawet jeśli tego pragniesz. To eksperyment naukowy i nie ma mowy o egoistycznych, drobnych perwersjach.

Puścił do mnie oko, jakby spodziewał się, że będę miał siłę docenić ironię ostatniego zdania. Wiedział doskonale, że nie jestem tu z własnej woli, tylko zostałem „odłowiony” na ulicach metropolii i zanim trafiłem w jego łapska byłem prześwietlony nie tylko zdrowotnie, ale przede wszystkim skrupulatnie przepytany z koligacji rodzinnych. Nie wiedziałem wtedy, dlaczego wszyscy kiwali głowami słysząc, że nie mam na świecie nikogo, poza psem-pchlarzem, który przybłąkał się do mnie i od jakiegoś roku nie opuszczał mnie w biedzie. Dzieliliśmy razem niedolę i barłóg. On tylko czasem szedł gnany instynktami za jakąś suczką pachnącą intensywniej od innych i deponował w niej nasienie gnany ewolucyjną potrzebą. Ja? Zapomniałem już gdzie i kiedy złożyłem ostatni depozyt. Mój zapach odstraszał wszelkie naczynia, a nie znajdowałem w sobie dość energii, by zmienić przyzwyczajenia.

Wspomnienie psa podniosło mi ciśnienie. Oni go zabili, gdy tylko okazało się, że jest mi jedyną rodziną. Dostał zastrzyk i zgasł mi na rękach. Nikt nie zamierzał poświęcić mu nawet minuty więcej niż trzeba. Ledwie wyżebrałem, by zakopać truchło pod jakimś drzewem. Przez kilka miesięcy byłem trzymany w sterylnych warunkach, aż poschodziła ze mnie opalenizna od wiatru i zrogowaciały naskórek. Byłem jak niemowlę – gładki i pachnący dietą skoncentrowaną na witaminach i bilansie energetycznym. W naukowych cuglach zostałem zdezynfekowany , wyjałowiony i napełniony tym, co najlepsze… ponoć.

Podłączony do rozmaitych aparatur, prześwietlany, podglądany, testowany wziernikami, igłami, szprycami i faszerowany nawozami stałem się królikiem badawczym. Bezwolnym ciałem, nad którym kontrolę sprawował sztab odziany w kitle z generałem-hindusem na czele. Raz udało mi się ich zwieść i przez okno w łazience wymknąłem się chyłkiem. Nim mnie złapali powtórnie zdążyłem skosztować wódki i zasnąć na zapchlonym legowisku, które zdążyło zbutwieć czekając na mnie pod mostem. Byłem szczęśliwy zasypiając nieustannym drżeniu odbitych od wody świateł miejskiej nocy. Wtedy wszczepili mi chip pod skórę między łopatkami, bo tam okropnie trudno dosięgnąć. Nie jestem pewien, czy nie wszczepili również drugiego, gdy byłem bez świadomości, ale nie potrafiłem go zlokalizować. Okno w łazience nabawiło się kraty, a szyba chyba była pancerna.

Teraz mogłem tylko tańczyć na dwóch łapkach, a zespół grał na mnie swoją żywieniową arię, sprawdzając, czy mój organizm wychyla się zgodnie z założeniami. Byłem tuczony, czy może pasiony w jakimś tajemniczym celu, o którym nikt nie raczył nawet bąknąć jednego słowa. Aż do dzisiaj. Że też nie zorientowałem się, że właśnie przekraczam Rubikon…

- Domyślam się, że wolałbyś wiedzieć, nim zaśniesz – hinduski lekarz popatrzył na mnie spode łba dość ponuro – ja byłem przeciwny, jednak kierownictwo uznało, że lepiej byłoby, gdybyś miał choć okruch wiedzy. Zostałeś wybrańcem. Jest was raptem dziesięciu i ty rozpoczniesz waszą drogę w przyszłość. Może nawet naszą drogę? Pojedziesz w podróż w jedną stronę, bez szansy na powrót. Zapakujemy ci na drogę wszystko co wiemy o tobie. Wyniki badań, twoją krew, schemat maszyny i szczegółowy opis eksperymentu w wersjach analogowych i cyfrowych w kilkudziesięciu językach świata, bo nie wiemy, jaki będzie obowiązywał za mniej więcej pięć tysięcy lat. Teoretycznie wyliczone prawdopodobieństwo sugeruje, że przetrwasz nienaruszony. Nasi inżynierowie przeprowadzili udane mumifikacje wielu zwierząt i przedmiotów martwych, a lekarzom wydaje się, że przywrócenie do życia takiej mizeroty jak ty nie będzie problemem, chyba, że etycznym. Pamiętaj, że gdybyśmy mogli ożywić dinozaury ludzkość skwapliwie skorzystałaby z takiej szansy. A ty będziesz takim właśnie dinozaurem.

A potem przenieśli mnie do kapsuły z litego szkła. Wraz z łóżkiem przetransportowali mnie, chowając notatki i kilka nośników danych w różnych miejscach wokół mnie. Leżałem przywiązany i choć się szarpałem nie byłem w stanie uniknąć losu.

- Nie szarp się, to niepotrzebne – hindus odgarnął włosy z czoła, a mnie poklepał po policzku – Za chwilę wstrzykniemy ci coś na sen i opróżnimy cię z płynów ustrojowych. Zabierzesz wszystko ze sobą, nie zostanie tu ani skrawek Ciebie. Są tu tacy, którzy postarają się, aby zniknęła nawet pamięć o tobie. Za to będziesz najpiękniejszym na świecie kryształem. Pociesza cię to choć trochę? W tej kapsule, gdy tylko skończymy z płynami zaczniemy proces przyspieszonej krystalizacji. Idealnie wyważone warunki. Powinieneś stać się duchem kryształu górskiego. Niczym mucha w bursztynie zostaniesz oblany idealnie przeźroczystą tkanką kwarcu. Wtedy to szklane jajo zostanie rozbite, a kryształ wywieziony zostanie gdzieś w góry, żebyś miał czas przespać się choć te pięć tysięcy lat. Wspomnij mnie chłopcze, jak już dotrzesz na drugą stronę, bo po mnie nie zostanie już nawet pył wspomnień. A teraz w drogę kolego. Powodzenia!

Niedokończony rachunek sumienia.


Mignęła drutami jeszcze ze trzy razy i zatrzymała się w pół kolejnego oczka. Przecież ten szal miał być jej spowiedzią. Każde oczko uplecione z grzechów, grzeszków i niegodziwości. Z myśli zbyt gorących, żeby je wypluć nawet w porcelanę łazienki, bo i ją gotowe przepalić. Szal, który miał ją grzać w samotne noce, którym mogłaby owinąć stopy podkulone na fotelu, kiedy niegościnna podłoga usiłuje zlizać resztki ciepła z jej bezsenności.

Zerknęła na splot spływający z drutów na kolana. Palił żywym ogniem. To tam zaplotła wszystkie dziewięć nieślubnych miłości – te jednorazowe i te trwające niemal dwa lata, kiedy potrafiła biec i podskakiwać na ulicy jak mała, niesforna dziewczynka i trzymając swój grzech za rękę namawiać go na coraz to nowe fanaberie. Ileż razy wracała do domu zaróżowiona od niegasnących emocji, których nawet prysznic nie był w stanie wypłukać… Nawet teraz, na wspomnienie takich chwil miękną jej kolana, a oddech staje się chrapliwy.

Potem wplotła we włóczkę wszystkie czarne myśli. Zbrodnie umysłu poczęte nocami i samotnymi powrotami do pustego, zimnego domu. Do wieczorów, gdy kieliszek wódki piła z lodówką szeroko otwierającą jedyne swoje ramię. Mogła się do niej przytulić i raz dała się nawet pocałować, wkładając głowę, żeby ostygła. Tak… Potrafiła myśleć takie myśli, których żaden adwokat nie usprawiedliwiłby nawet przed skorumpowanym sądem. Nie sądziła, że głęboka zieleń może się stać tak bezwzględnie czarna. A teraz zakrywała jej pępek i zerkała na przekwitłe piersi.

Teraz miała upleść marzenia do spełnienia. Jak koraliki różańca pod palcami miały przepłynąć grzeszki, które jeszcze warto popełnić. Ciastko z kremem przed obiadem? Kurczak jedzony rękami w wielki post? Malutkie te grzeszki, nieodważne. Trochę się zasępiła, bo takie marzenia mogła marzyć, gdy miała osiem lat. Teraz powinno być ją stać na więcej. Zanim się rozmyśli wplotła w szal letnią wyprawę na plażę naturystów, gdzie zamierzała nie tylko być nagą, ale i frywolną. Chciała zobaczyć minę starszego pana, gdy pociągnie go za wydmy, żeby dać mu to, co zapomniał już dawno. I patrzyć, jak zmienia mu się twarz, a może i całe, pomarszczone ciało.

I jabłko. Pamiętać o jabłku. Nie mogła to być pomarańcza, czy podgrzybek. Tylko jabłko z targu, z dowolnego stoiska. Najlepiej od tej niegrzecznej tłustej baby, która uśmiechała się wyłącznie do tych, którzy kupowali dużo. Na nią patrzyła z politowaniem i pogardą, gdy grymasiła wybierając z przecenionych warzyw to, na co i tak nie było ją stać. Ukradnie jej jabłko – to, które opluła, nim wypolerowała na własnym, bezkształtnym biuście. Ukradnie to jabłko, pochlasta nożem i rzuci łabędziom. Ciekawe, czy się nie otrują.

Cienki ten szal. Żeby nie czarne myśli, byłby niewinny jak welon dziewicy niemalże. Może stać się wyrodną matką? Skląć narybek i trzasnąć drzwiami? Tak sensownie, żeby z kuchennej szafki strącić tę ohydną szklankę, która od tak dawna zanieczyszcza jej duszę swoją obecnością. Żeby wypchnąć podmuchem te zakurzone drobne świństewka z niedojrzałości ukrywających się pod ubraniami. Te niezawinione podłości, niezgrabności wynikające z braku doświadczenia i wszelkie te próby znalezienia w niej granic poświęcenia i odporności. Czasami czuła się jak prototyp maszynki do opluwania, w której kontrola jakości poszukuje błędów i słabych punktów. Tylko, że dzieci nie ma… Nigdy nie było…

Wczoraj… kopnęła psa. No… nie całkiem kopnęła – odepchnęła go nogą, gdy zbyt namolnie adorował jej but pachnący starzejącą się suczką patrzącą wiernopoddańczo w swoją panią. Była bez niej, a bezdomny pies chciał uprawiać seks z zapachem zagnieżdżonym na jej bucie i mordę miał pełną zachwytu. Dzisiaj jest niemal przekonana, że kopnęła go, ale ten i tak szedł za nią ze trzy przecznice, nim ktoś skusił go inną wonią. Druty zamigotały i wplotła kopnięcie psa w szal – Hłasko napisał… ciekawe, czy on też…

Szal krótki. Może trzeba było węższy upleść? Wtedy musiałaby trzy razy stopy owinąć, żeby jej nie marzły. Te noce stanowczo są zbyt długie i nie ma pojęcia, czy jakikolwiek szal będzie wystarczający. Może powinna się zgodzić na zaproszenie sąsiada, z którym chodzi na tańce? Tańczy średnio. Pachnie starością, jeśli starość potrafi pachnieć. Gnijące ciało żadnym mydłem pokryte nie będzie wdzięcznym obiektem dla nozdrzy. Ona pewnie też cuchnie, choć starannie ukrywa smród tuszując dusznymi kosmetykami. Sama się pod nimi dusi. W domu pozwala sobie obnażyć się i ściera szorstką rękawicą z ciała tę aromatyczną maskę.

Przypomniała sobie, jak w tańcu zaczęła się ocierać o tego sąsiada. Nieprzyzwoicie, jak tylko umiała. W jej wieku mogła zrzucić to na karb niezbornych ruchów, ale minę miał zachwycającą. Jak baran stał i gapił się z niedowierzaniem, a ona udawała, że nie dzieje się nic. Tak! Pójdzie z nim na następne tańce – za miesiąc. I pozwoli dłoni oprzeć się o jego rozporek, żeby tańczył jak kloc kanciasty, jak marionetka niestarannie prowadzona dłonią amatora. A potem zaprosi go do siebie i otworzą lodówkę, żeby przy niej wypić strzemiennego. Sprawdzi, czy potrafi z niego wykrzesać resztki ognia. Druty zamigotały, gdy snuła plan przestępstwa idealnego. A potem, w nocy owinie go tym szalem, jak wężem boa i niech jej grzechy go otulą. Niech oszołomią go i wycisną z niego wszystkie soki. Ona siądzie w fotelu i będzie patrzyła, jak się wierci w jej niegodziwościach.

Odłożyła robótkę i poszła do lodówki. Wódka kończyła się – trzeba kupić kolejną, bo przecież tej zabraknie nim przyjdzie czas na tańce. Chłód podnosił się z podłogi i wspinał na nią. Poszedł już poza kolano i wcale nie zamierzał zwalniać. Czuła, że zamarza. Chciała wyjąć z lodówki tę resztkę zmrożonej wódki i dać się oszukać ciepłu z butelki, ale ręka nie dosięgła jej. Nogi nie utrzymały starzejącego się ciała. Upadła, a podłoga chciwie ją przytulała spijając zbędne staruszce kalorie. W pokoju obok zaszczekała suczka. Chyba bawiła się kłębkiem wełny, bo ten wtoczył się pod nos starszej pani, gdy gasła na podłodze. Suczka naprzemiennie patrzyła jej w oczy i na kłębek wełny. Ogon przestawał się śmiać, gdy nadciągało zrozumienie. Nie dokończy już żadnego szala, nie powiedzie na wydmy starzejącego się króla kurortu, nie pójdzie na tańce. Mroczna zieleń kłębka zahipnotyzowała ją do bezruchu.

W zimne niebo zamknięte sześcioma płaszczyznami mieszkania wzniosło się wycie. Nie było księżyca, który zrozumiałby przesłanie. Nie było nikogo, kto podźwignąłby do życia to zużyte ciało. Miała się teraz rozkładać, aż smród gnijącej starości przebije inne fetory. Kiedy ją znajdą… nie będzie piękna… już nigdy nie będzie. Szkoda, że właśnie tak ją zapamiętają. Tylko dla suczki była istotna, a teraz bezdusznie osierociła i ją. Nie wplecie tego grzechu w szal, choć suczka przyniosła w zębach druty… Nawet tego nie potrafiła.

piątek, 10 maja 2019

Subiektywna teza.


Na wypadek zapomnienia, sklerozy, czy czegoś jeszcze gorszego, nim się wydarzy, zapiszę ku potomności, aby obarczyć ją złudną nadzieją rozszyfrowania osamotnionej myśli ekscentrycznego protoplasty. Żyję uporczywie, oswojony z mniemaniem, że bez kobiet podglądany świat byłby piekłem i Bóg nie musiałby nic więcej wymyślać, żeby uprzykrzyć życie stadom zwycięskich plemników. Ilekroć patrzę na płeć niewątpliwie piękną zastanawiam się nad wartością i istotą drugiej strony. A choć usiłuję zanurzyć się w szowinizm i inne czarnoksięskie sztuczki, to fakty, gdy są nagie, nie pozostawiają złudzeń – kobieta jest wartością, którą facet podziwiać może. Niestety - nie za długo, bo nawet z tym ma kłopoty.

Erotoman.


Niskopienna pani rozsznurowała żółciutką bluzkę, żeby jej piersi mogły wzejść niczym dwa słońca ciekawe świata i zaszczycić własnym ciepłem otoczenie. Zapachniało fiołkami, a pierścionek na palcu miał ametystowe oczko. Kto zwracałby uwagę na jakieś pierścionki, kiedy dwa słońca wschodzą na widnokręgu? Czoło mam chłodne, więc to zapewne inna przypadłość. Czereśnie zawiązały się i zwiastują już nieodległą rozpustę. Kasztanowce przekrzykują się z bzem, kto piękniej się wystroił i tylko rozłożyste biodra potrafiły na moment oderwać myśli od jednej, ku innej pokusie. A potem znów kolorowe trampki i blade kostki wolne od skarpet. Zerkam chwiejąc się w wątpliwościach, czy to z zapomnienia, czy mody. Bo o wygodzie i higienie chyba mowy nie ma.

środa, 8 maja 2019

(Nie)spełnienie.


Pudełko było stare. Z różanego drzewa? Ludzie lubili tak myśleć, szczególnie ci, którym wyobraźnia hodowana na romansach podsuwała takie pomysły. Nieszczęście polegało na tym, że było zamknięte, a w środku coś intrygująco grzechotało. Na co komu pudełko bez klucza? Ładne, zdobne i szkoda byłoby zaspokajać ciekawość niszcząc je.

A z tym różanym drzewem, to jednak coś na rzeczy było, bo wieko zawierało różyczkę inkrustowaną masą perłową. Takie trójwymiarowe zwieńczenie siedzące dumnie w najwyższym punkcie kuferka niczym wrona na antenowym maszcie. Drewno zdawało się być klejone z drobniejszych kawałków o różnych odcieniach. Z miniaturowych, nie zawsze regularnych klepek.

- Tetris – pomyślałem, gdy gospodyni wręczała mi je, jak ciekawostkę, którą nieodmiennie raczyła gości zaraz po herbacie i drożdżowym cieście z wiśniami. Obracałem w dłoniach niczym kostkę Rubika widzianą pierwszy raz w życiu pod czujnym wzrokiem gospodyni. Ona chyba była gotowa nająć włamywacza, żeby uwolnił jej ciekawość.

W środku grzechotało niepojęte, a tuż obok grzechotała uwolniona od kagańca wyobraźnia. Szafir większy od śliwki, pierścień czarnoksiężnika ze srebra tak starego, że poczerniałego niemal jak oczko skrzącego się w pierścieniu morionu, rzeźbiony w kości lewiatana posążek inkaskiego bóstwa o czterech pępkach i trójce oczu. Albo wręcz ziarno rokrocznie kwitnącej paproci zapakowane w konchę tchnieniem Afrodyty. Gdy humor nie dopisywał gospodyni, albo gościa chciała wyprosić tłumaczyła mu, że to kryształ górski, w którego wydrążonym wnętrzu ukryty jest dżin przeklęty, co na opak spełnia marzenia, albo wygłodniałe, ciekawe świata bakcyle zarazy.

Pudełko nie wyglądało krwiożerczo, więc niespecjalnie się obawiałem. Któż starszej pani dawałby broń biologiczną do ręki, kiedy ona potrafiła wydestylować z malin krople tak aromatyczne, że można było się zatracić przy pierwszej filiżance herbaty z konfiturą. I każda wojna mogła wtedy przejść obok niepostrzeżenie. Pudełko było jednak jej świątynią, przy której marzyła świat niepojęty. Może od dziewczątka wyobrażała sobie, że jest w nim obietnica nieśmiertelności, albo wskazówka do Sezamu?

Gospodyni poszła do kuchni, ukroić jeszcze trochę ciasta. Najwyraźniej przypadłem jej do gustu, gdy z szacunkiem obracałem to pudełko i kiwałem głową zgadzając się na każdą, nawet najbardziej nieprawdopodobną hipotezę. Słyszałem jak podśpiewuje cichutko. Chyba lubi śpiewać, gdy krząta się po kuchni. Głos miała miły, ciepły i pełen łagodności, a ja stałem bezradnie obracając w dłoniach pudełko. Rozdzwoniły się jakieś szklane naczynia, może drobniuteńkie kieliszki na nalewkę dereniową, o której wspominała, zerkając na portret wąsatego byczka prężącego muskuły w bardzo starych ramach.

Gdy tak obracałem pudełko do rytmu nuconej czastuszki zaczepiłem palcem o różę z wieczka, a pudełko kończąc obrót zostawiło mi ją w dłoni. Róża wpięta była w wieko krótkim, ostrym gwoździem. Chciałem wsunąć ją na miejsce nim gospodyni zauważy, że uszkodziłem jej świątynię, ale wtedy się stało coś, czemu nie potrafiłem zapobiec. Jeden z kawałków drewna z cichym skrzypieniem przesunął się o jakiś centymetr w głąb.

Stałem zdumiony tak bardzo, że nie wiedziałem co począć z rękami, gdy w drzwiach pokoju stanęła gospodyni. Rzuciła okiem na pudełko, potem na mnie, a głos jej zamarł.

- Umiesz to otworzyć? – wyszeptała pytanie pobladłymi ustami.

A potem przysiadła na skraju fotela i patrzyła jak zaczarowana. Nie umiałem, bo chyba tylko autor tej szarady potrafił ją rozwikłać, ale starałem się. Odłożyłem różę na stół i powoli starałem się wciskać i przesuwać fragmenty trójwymiarowej układanki. Zmierzch dojrzał już do intymności i stanowił znakomite tło dla płomieni tańczących w kominku, a ja wciąż naciskałem, szukając rozwiązania. Pudełko ostatecznie straciło swój z dawna utrwalony kształt i zmieniło się w skomplikowaną geometrię.

Gospodyni skubała ciasto i nawet nie zauważyła kiedy na przyniesionym z kuchni talerzu zostały okruchy mogące wystarczyć najwyżej jednemu, niezbyt głodnemu wróblowi. Palce mnie bolały i chciało mi się pić, ale w żarliwym, pełnym wiary wzroku gospodyni czaiła się niewysłowiona prośba o rozwiązanie zagadki. Zdążyłem wyzbyć się entuzjazmu, kiedy kształty znów zaczęły wykazywać się płaszczyznami. Po kolejnym, sam nie wiem którym obrocie bryła stała się zwarta i wolna od sterczących fragmentów.

Obracałem w dłoniach, aż między palcami coś niewielkiego spadło na dywan bezdźwięcznie. Nie zdołało się ukryć przed roziskrzonym wzrokiem gospodyni, która opadła na kolana i w półmroku dywanu szukała spełnienia marzeń. Zacisnęła dłoń z cichym okrzykiem tryumfu i podniosła się z kolan. Staliśmy we dwoje patrząc na starą, zasuszoną piąstkę, w której skryło się rozwiązanie zagadki.

Rozchyliła palce. Na dłoni leżał malutki, metalowy klucz… Nie musiałem sprawdzać, żeby wiedzieć. On był kluczem do otwierania pudełka. Gospodyni usiadła i widziałem, że odkrycie ją przygnębiło. Oczy miała wilgotne, a ręka drżała wraz z cienkimi wargami. Bałem się, że serce nie wytrzyma, że żałość powali tę silną kobietę. Szarpnąłem się prosząc o klucz, a przemodelowane pudełko zagrzechotało. Inaczej niż wcześniej, ale zagrzechotało. Zamarłem z dłonią wyciągniętą po klucz, a gospodyni zamknęła pięść.

- Nie! – krzyknęła z energia odrodzonej nadziei – nie wolno otwierać tego pudełka… Przecież wiesz, że nie wolno. Tam może mieszkać dżin złośliwy wielce i na opak spełniający marzenia, może jest tam czarna ospa przekładana dżumą i trądem, która czyha na śmiałka, żeby stał się siewcą śmierci? Może perła z morza nieskończonych łez, przy której śmiech posiadacza umiera dożywotnio?

wtorek, 7 maja 2019

Co nowego panie?


Na horyzoncie pojawił się pan z kosiarką, a ja myślałem, że ktoś wyprowadził na spacer stado szerszeni. Dziecię na huśtawce wstrzymało oddech. Pyzata buzia oddała się dywagacjom, kiedy oczęta poszukiwały roju. Mama znalazła go szybciej, bo porwała dzieciątko z huśtawki i uciekli w wielkiej trwodze. Na podwórku zapanował galimatias i zapach skoszonego trawnika. Tylko ptaki zerkały z wysokości żywotników, czy jakieś dzikie białko im się nie trafi. Miasto przywykło już chyba do tego, że jest niekończącym się placem budowy i bez dziur, hałd i zastaw drogowych czułoby się zapewne nieswojo i nie bardzo u siebie. Może to i dobrze, bo spaceruje się z ciekawości.

poniedziałek, 6 maja 2019

Dejavu.


Otwieram, bo cóż innego mógłbym zrobić z drzwiami? Nie nadają się na kompana do spacerów – jedynie do tego, aby odciąć się od świata, albo od przeszłości. Dzisiaj miałem ochotę na świat. Na zewnętrze niepoznane i być może wrogie. Pewnie dlatego, że lodówka pusta, a dwie setki wypite na czczo dodały mi animuszu. Trzasnąłem z fantazją – nie powstrzyma mnie mebel wrośnięty w ścianę.

Kurz się posypał na klatce schodowej, jak zwykle, kiedy nadmiar energii wyniesie w drogę organizmy buńczuczne z niespożytkowaną energią. Jakby mi kopa wprost w plecy kto wymierzył. Powietrze przesunęło się i zaatakowało mnie, aż się potknąłem na nierównościach klatki schodowej, która poprzedni remont przeżyła chyba zaraz po wojnie i był to raczej prymitywny, amatorski występ jakiegoś lokatora, niż fachowa restauracja przestrzeni.

Odwróciłem się, by skląć owe drzwi, że tak nieobyczajnie i wrogo ze mną postępują, ale co ja wiem. Zanim otworzyłem usta zapieczone wrastającym z podłogi kurzem drzwi stęknęły i poniosły echami larum. Od każdej strupieszałej ściany niosły się dźwięki, które oczywiście musiały zalęgać się w moich uszach powodując kakofonię niezrozumiałych dźwięków. Zupełnie, jakby po persku przemawiał ktoś do mnie. A drzwi przecież uczciwie dębowe i piasek na zaprawę z najbliższej okolicy z Persją miał równie wiele wspólnego, co ja.

- No i po co z taką fantazją walisz, jakbyś miał świat zawojować właśnie dziś?

- Drzwi do nie gadają – pomyślałem – nie wypiłem aż tyle, żebym popadł w omamy i wtórną świadomość.

Zerknąłem na nie podejrzliwie. Dobrze, że sam sobie chuchnąć nie musiałem, bo pamiętam, że dwie setki, to wszystko, co uniosła lodówka. Zdaje mi się, że przez tydzień usiłowałem przetrwać, jak jakiś traper pośród zapasów zgromadzonych i z domu wyszedłem jak wyżeł zagłodzony. A teraz w lodówce smętne lodowe obrazy zasiedlają tylną ścianę i gdybym do rzeczy podszedł ze zrozumieniem, to odłączyłbym kabel i pozwolił lodowcom spłynąć na podłogę, nim wypełnię ją zawartością.

- Ty! – drzwi szczeknęły do mnie skrzypiąc mosiężnymi zawiasami i cała tą biżuterią skromnie ukrytą pod niezliczonymi warstwami olejnicy.

- Ja? – powiedzieć, że byłem zdumiony, to nic nie powiedzieć – Do mnie mówisz? Eeee… mówicie?

- A widzisz tu kogoś innego cymbale jeden? Pewnie, że do ciebie. Skoro wreszcie zdecydowałeś się na odmianę, to dokończ, coś zaczął!

- Ale… Co zacząłem?

-Wróć do środka i sam zobacz! – drzwi były zdecydowane i jednoznacznie apodyktyczne.

Wróciłem, a drzwi usłużnie rozpostarły skrzydła, żeby syna marnotrawnego przyjąć. Od wewnątrz, na podłogę spłynęła płachta farb odsłaniając nagie drewno. Ciemne. Nie wyglądało na dębinę, choć nie był to mahoń. Sam nie wiem, co to było, ale drewno udawało spalone. Puknąłem w nagą przestrzeń, a ona oddała dźwięk, jakbym zapukał w pancerz czołgu. Drzwi skwapliwie zatrzasnęły podwoje i zostałem w środku, dość smętnie wspominając, że w lodówce przechowuję jedynie lód o znikomej wartości energetycznej, a żołądek przystąpił właśnie do trzeciego requiem. Czysta improwizacja, jednak na tyle wyrazista, że nie pozostawiająca złudzeń. Byłem głodny. A drzwi były zamknięte.

Chciałem nacisnąć klamkę i uciec, bo w końcu resztka starej farby na podłodze nie była warta mojego głodowania. Klamka wiła się w rękach jak wąż i wyślizgiwała, ale o zaczepieniu języka i uwolnieniu mnie mowy nie było. Kopać nie próbowałem, bo prędzej nogę złamię, niż osiągnę coś konstruktywnego. Pamiętałem ich grubość. To nie była tektura spinająca ramę z sosnowych żerdek, tylko masywna jednolita konstrukcja. Drzwi rycerskie, odporne na atak tłuszczy. Może nawet wytrzymałyby napór ZOMO podczas szturmu bez wsparcia artylerii.

Byłem więźniem we własnym domu, a strażnikiem stały się drzwi. Czwarte piętro, kamienica pamiętająca schyłek dziewiętnastego wieku i standard budowlany z tamtych czasów połączony z prostą algebrą podpowiedział wynik – 13 metrów nad poziom chodnika. Z grubsza, bo nikt na milimetry mierzyć nie będzie. Przez okno nie wyjdę, chyba, że skoczę na tę brzozę sponiewieraną wichurą, której kikut sterczy i straszy niebo z pięć metrów niżej. Chodnik niechlujnie betonowy gryzł szarymi zębami moją wyobraźnię i obiecywał, że dla ciała będzie równie bezlitosny.

Postanowiłem negocjować, ale nie miałem w ręce żadnych kart. Mogłem tylko słuchać, chowając dumę do kieszeni. Popatrzyłem raz jeszcze na drzwi. W górnej części drewno pokryte było galimatiasem jakichś kresek, jakby przepełzł przez nie wąż, który uciekł z kałamarza. Wzorek był nawet elegancki i mógł się podobać, a jego reszta kryła się pod farbami.

- Najpierw wyskrobiesz do końca – drzwi poinformowały mnie beznamiętnie o własnym kaprysie – tylko ostrożnie, żebyś nie zatarł treści. A potem… Zapewne nie znasz arabskiego? Pamiętając twoje wcześniejsze zachowania, to pewnie żadnego języka nie znasz łącznie z własnym. W takim razie przemalujesz starannie wszystko i pójdziesz poszukać tłumacza. Trochę ten napis łaskocze, ale zanim się coś zetrze dobrze jest wiedzieć czym to grozi.

Skrobanie drzwi, to nie jest piknik na działce u sąsiada, tylko orka na ugorze. Szpachelka złamała się nim nią pięć razy machnąłem, a noże kuchenne niezbyt się nadawały do takiej pracy. Pazurami olejowych farb zedrzeć się nie da, a wiertarkę wyposażoną w papier ścierny drzwi wykluczyły. Dobrze, że trochę pomagały i starały się oswobodzić we własnym zakresie, gdyż bez wsparcia nie miałbym żadnych szans. Farby na jadalne nie wyglądały, a drzwi były nieubłagane. Dzień cały i pół nocy zeszło nim farby spadły na podłogę, a ja wraz z nimi. Spałem zwinięty w kłębek i głodny wciąż bardziej.

- Tylko patrzeć, jak drzwi mnie kopną! – z takim przesłaniem się zbudziłem i poderwałem się na nogi patrząc z nieukrywanym strachem na mojego prześladowcę. Drzwi pozwoliły na skopiowanie zygzaków i zaakceptowały jakość, choć poskrzypiały odrobinę nim mnie wypuściły.

Szczęście pełne. Uciekłem nie siląc się na zamykanie – niech same sobie radzą. Uciekłem zziajany i tak głodny, że trzy rundy w barze mlecznym musiałem obsłużyć, nim rękawem otarłem usta. Miałem już wyjść i zastanawiałem się niespiesznie, czy wracać, czy dać sobie spokój i poszukać innego lokum, albo wręcz innego miasta. Nim podjąłem decyzję zauważyłem człowieka w turbanie, który dość płynnie posługiwał się językiem tubylców usiłując zamówić coś jadalnego. Naleśniki z serem? W końcu nie mój problem. Podszedłem wyciągając kartkę z przemalowanymi obrazkami i pytaniem, czy nie byłby uprzejmy wyjaśnić o co chodzi z tymi szlaczkami.

Przyłożył palec tak suchy, jakby omyłkowo zostawił go na pustyni i wrócił po roku. Od drugiej strony, jak jakiś bezbożnik! I wiódł tym paluchem do początku. A potem roześmiał się.

- Tu jest napisane, że ze złej strony prawdy szukałeś, bo ona jest po przeciwnej. Żeby nie zbudzić demonów, powtórz po drugiej stronie, a prawda cię oświeci.

- Demony? – zabił mi ćwieka, ale pamiętałem już jednego… no… jedne – Jeśli drzwi mają mnie ścigać i straszyć do śmierci, to może lepiej pozwolić sobie na oświecenie?

Na wszelki wypadek okulbaczyłem się prowiantem i narzędziami. Wróciłem nim zmierzch ogarnął okolicę i wziąłem się do pracy. Drzwi popiskiwały cieniutko i chyba były zadowolone, a ja zgrzany, upocony skrobałem je bez litości. Powierzchnia wynurzała się powoli i pokryta była również szlaczkami. Nie patrzyłem, bo fragmenty niewiele mogły mi powiedzieć. Całość zresztą też. Kiedy skończyłem nie miałem siły patrzeć, czy rysować. Miałem nadzieję, że gdy się obudzę przerysuję te ślimacze harce i znajdę tego gościa w turbanie. Tyle bandaża na łeb zakładać może chyba tylko ktoś, kto z drzwiami gada i boi się, że łeb mu pęknie. A ja nie miałem bandaża i czytać nie umiałem.

Kiedy wstałem zacząłem przemalowywać znaki. Dziwne. Nie znałem języka, a miałem wrażenie, że znam napis! Kiedy skończyłem gapiłem się na malunek i na drzwi, które szepnęły do mnie coś na kształt „dziękuję” i przestały mnie zauważać. Zupełnie, jakby odarte z tego futra straciły głos. Mogłem wejść, albo wyjść bez kłopotów. A ja stałem z kartką szlaczków w ręku i dumałem co dalej. Podrapałem się po tyłku, a w kieszeni coś zaszeleściło – wyjąłem wcześniejszą kartkę i porównałem… Obrazek był identyczny!

niedziela, 5 maja 2019

Randka z nieznajomym.


Patrzył na nią. Zuchwale i jakoś tak, jak się patrzy na pierwszą miłość. Niemal czuła, jak siwe włosy znów nabierają barwy dojrzałych kasztanów i miękły skręcając się, by ułożyć się na plecach. Dawno nie miała już długich włosów, a takiej miękkości nie potrafi nadać żaden szampon. Tylko młodość potrafi sprawić cud, który niestety zbyt szybko mija. Przywykła do swojej siwizny i nie usiłowała jej tuszować farbami. I tak były twarde niczym szczotka do podłogi, a farby tylko potęgowały niemiłe wrażenie.

Kim był, że pozwalał sobie na taki wzrok, w którym miękły jej włosy? Wstydziła się przyznać nawet przed samą sobą, że nie tylko włosy jej miękły. Odgarnęła je z czoła tak, jak robiła to będąc nastolatką – dmuchnęła na niesforny kosmyk, żeby spadł znów na oczy i dopiero potem odgarnęła go ręką nietrwale chowając za uchem. To działało zawsze, więc nie zdziwiła się nawet, gdy zadziałało i teraz. Patrzył na nią z głodem, jakiego ukryć się nie da przed kobiecym wzrokiem. Jak mały książę na jedyną różyczkę w ogrodzie. Wolała milczeć – bała się, że zacznie się jąkać, że starczy głos ją zdradzi.

Zarumieniła się, a kurze łapki wokół oczu kurczowo przytrzymały wzrok siedzącego naprzeciw i bezwstydnie prosiły o więcej. Kiedyś… Schowałaby oczy pod stół, na własne kolana i udawałaby, że nie widzi jak ją pożera wzrokiem taki głodomór, ale dzisiaj nie chciała stracić ani sekundy. Patrzyła bojąc się mrugnąć okiem. Oblizała wargi, które zaczęły pulsować. One też były miękkie i żądne wrażeń. Chciały się oddać patrzącemu. Ileż to lat nikt nie przyssał się do nich? Nie pogryzł do bólu? Zdawało się jej, że pamięta, ale straciła całą pewność, gdy widziała, jak jego oczy śledzą niepozorny ruch języka i niemal toną w zazdrości, że to nie jego język zwiedza jej wargi. Boże – jak bardzo chciała, żeby tak się stało!

Wyciągnął rękę, więc mu podała własną. Bez słów, bo cóż mądrego mogła powiedzieć. Widać było po niej, że jej ciało pragnie towarzystwa i gotowe jest oddać mu się bez granic. Ręka, to tylko pierwszy z kroków… Wziął ją we własną i niemal się schowała. Miała małe dłonie, wyschnięte i poznaczone starczymi plamami. Zimne od niedotykania. Żadna kąpiel, czy rękawiczka nie zagrzeje przecież dłoni tak, jak druga dłoń. A on właśnie trzymał jej rękę w zagłębieniu własnej dłoni i przykrywał drugą. Bez pośpiechu, delikatnie, aż poczuła, że zaczynają się budzić jej palce i przeciągają się jak młode kocurki odsypiające obiad w wiklinowym koszu.

Kiedy odkrył jej dłoń była już gładka… przesiadł się, by móc ją pocałować. Obudził dreszcz, który trzepotał się po całym ciele starszej pani i nie potrafił sobie miejsca znaleźć. Zwiedził ją całą od środka, a serce staruszki rozśpiewało pieśń, jakiej nie zapomina się do śmierci. Wtuliła się plecami w ramiona pasujące wciąż bardziej i bardziej, gdy jej ciało odprężało się i ocierało o męską pierś. Jeżeli pożądanie ma zapach, to tak właśnie pachnieć musi. Gryzła wargi. Nie mógł tego zobaczyć, ale ona czuła jego oddech przedzierający się przez włosy na szyję. Parzący, odbierający spokój i … mógł ją tym oddechem rozebrać i strącić w piekielne czeluści. Był bezbronna.

Tak szybko oddychała chyba tylko dwa razy w życiu – raz, kiedy uciekała przed wulgarną przemocą płacząc i wzywając pomocy i wtedy, gdy pierwsza miłość niezdarnie rozpinała jej guziki… Oczy odpłynęły jej we wspomnienia, a piersi unosiły się pod bluzką znów za ciasną. Guzik walczył, żeby utrzymać się w jej cieple spłoszonym, unoszącym się pod niepokalaną bielą. Chciała przełknąć ślinę, lecz nie znalazła jej w ustach. Język błądził po zębach. Były gładkie i nawet bez sprawdzania wiedziała, że są równie białe jak bluzka, pięknie odcinając się od czerwieni warg pokąsanych, by nie krzyczeć piękna.

Czuła jego nos szukający czegoś za jej uchem i łaskoczący nieśmiało przy każdym wydechu. Usiłowała mocniej złączyć kolana, które miała już ściśnięte najbardziej jak mogła. Pod spódnicą pękała ziemia. Jeszcze się łudziła, że powstrzyma erupcję zakładając nogę na nogę i udami ściśnie. Pośladkami, siłą woli… Wystarczyło jednak, że spróbowała unieść stopę i kolana straciły łączność, gdy poczuła w nosie własny aromat. Ostry jak brzytwa. Szczery jak wyznanie i prawdziwszy od każdego piekła. Warga wymknęła się zębom, jak zając wymyka się czasem nagonce.

Uczucie nie zna więzień i granic. Jęknęła cicho. Musiał poczuć. Usłyszeć musiał. A przede wszystkim wiedzieć. Była jego. Cała i bez reszty. Nie musiał nawet prosić, bo zanim poprosiłby dostałby więcej niż mógł wymyślić. Rozchyliła kolana, aż spódnica zaczęła trzeszczeć w szwach pomiędzy gładkimi udami. Prawda płynęła z niej wąziutkim strumieniem czekając, aż przykryje go dłonią, ustami. Aż zanurzy się w niej po zatracenie. Świat przestał istnieć i nie było już żadnych wspomnień wartych wspominania. Była tylko chwila i ona kipiąca, wtulona we wspólny rytm.

Krzyczała? Być może. Uśmiech nie był piękny, bo w ekstazie jest najbrzydszym z możliwych. Popatrzyła na własny uśmiech i ciało pomarszczone, umęczone i zimne. Leżało wolne od bólu i od niej. Ona… Cóż – trzymała za rękę kogoś, kto dał jej poczuć ciepło i nie obiecywał nic. Nie musiał – był. I to wystarczało. Był, jak cała wieczność i tylko dla niej. Zostawiła ciało bez oglądania się po raz drugi. Niech zostanie to opakowanie. Zbędne. Zużyte życiem. Grunt, że nauczyło ją kochać.

sobota, 4 maja 2019

Szóste wrota.


Są takie światy, w których można tylko być. Po prostu. Nic więcej, tylko być. Obserwować i karmić się samym sobą. Czasami zanurzam się w swój intymny pamiętnik, a czasami on sam uchyla wrota i kusi wspomnieniem. Staję całkiem bezradny, nagi i bezbronny. Mogę odwrócić się i uciec, albo zostać i dać się ogarnąć szaleństwom.

Galeria obrazów – portrety ludzi, którzy są, lub tylko byli przez chwilę. Ważną, albo zupełnie niedocenianą. Ponoć pamiętać można pięćset sylwetek, choć ocieram się o więcej nieistotnych bytów każdego dnia niemal. I oni w swojej nieistotności zapadają we mnie mgłą wspomnień, bo skąd miałbym wiedzieć, która nieistotność faktycznie żadnego znaczenia nie ma? A może dopiero mieć będzie? Spotykam niekiedy ludzi niemożliwych, wymyślonych chwilę wcześniej. Spotykam obcego, który ma wyrzeźbione w mojej podświadomości rysy i nawet gest odgarnięcia włosów z czoła jest przewidywalny i oczekiwany. Mijam miejsca nieistniejące, choć wyryte w duszy tak dokładnie, że nawet dziś noga przeskakuje kałużę, która wyschła tak dawno…

Uszy też nie śpią, chwytają znajome dźwięki i oprawiają je w wieńce innych powodując, że płuca stają się zbyt płytkie i zachłanne jak wszyscy diabli. Idąc węszę zawzięcie smugi nierozpoznanych nut i tylko na dnie łepetyny snuje się imperatyw, żebym nie poprzestawał. Nie puścił tej nitki łączącej mnie z przeszłością dawno zapomnianą. A kiedy nogi stracą poczucie rytmu, zgubią sens drogi i zaplączą się w detalu głowa przerzuca karty szukając chwili. Muzyka potrafiąca wydusić z serca ostatnie krople krwi, żeby nią wymalować na policzkach to, do czego jeszcze dziś nie potrafię się przyznać przed sobą. Ciszę tak odległą i zapodzianą w przeszłości, że niemal charczy o zauważenie i chwyta za nogawki, żebym nie minął bezmyślnie.

Uderzony aromatem czuję zawroty głowy, ilekroć wrota otworzą się tak odległe, że usta szepczą: to niemożliwe, nie mogło tak być. Przecież nikt i nigdy. Nigdzie nie było tak właśnie. A jednak było! Rozpoznaję dziewicze zapachy dziewictwem wtórnym zarażone, połatane i posklejane pomiędzy zapomnieniami doskonale. I tylko oczy łzawią, bo pamiętają, że był ciąg dalszy, wart uniesienia, albo żałoby. Kręci mi się w głowie, więc siadam byle gdzie, niechby pod murem, albo w poręcze dowolnego mostu się wpinam kurczowo i szukam w pamięci niedbale, bo dbałość nic nie da, skoro nie wiem, gdzie szukać.

Kawałek chleba drę gołą ręką, bo darty chleb ma inny smak, niż ten maszyną pochlastany na cienkie formatki. Chleb w każdym domu ma inny smak i niech bym tych domów milion zwiedził, to dwóch takich samych nie znajdę. Język cierpliwie zbiera uniesienia i nie protestuje. Ale czasem, gdy wargi obliże, gdy pozwolić mu powspominać, to usta wypełni potopem śliny i siłą woli trzeba powstrzymać szczęki od przeżuwania. Połykam wspomnienia, jakby były pełne kalorii i drugi raz zjadam wieczerzę. Nie ostatnią, lecz pierwszą.

Można mnie dotknąć. Wiatr czy słońce czynią to bez pytania. Woda przedziera się nieustępliwie przez pokłady ubrań, żeby zlizać ze mnie pot i ściągnąć go w kałużę, która przypominać będzie upadłą aureolę. Ciało szamocze się od dotyku, który już był. Do matczynej dłoni przedzierającej się przez skołtunione włosy, do pięści, która zostawiła bliznę wyblakłą na policzku, do paznokci w plecy wbite podczas ekstazy i rozkwitłe kwiatami purpurowymi ukrywanymi skrzętnie przez całe tygodnie. Wygniatany biodrem w piasku dołek, z którego morskie fale wypłukiwały ciepło chcąc mnie podmyć i utopić też się gdzież zapodział w pamięci i teraz przepytuje mnie, co było potem.

Głowa zbiera okruchy i nic nie porzuci. Nie potrafi. Jak nałogowiec kolekcjonuje detale, aby upleść z nich niepowtarzalne jutro. Jakieś dzisiaj. Ubiera w dumę, albo wstyd. Potrafi grzbiet zgarbić, albo dorysować łopatkom skrzydła. Ponieść, lub przewrócić – bez różnicy. Lepiej to zrobi od wytrawnego kata i bardziej będzie bolało. Żadna gąbka nie chłonie rzeczywistości lepiej i bardziej łapczywie. Pazerna głowa, nałogowiec szalejący głodem pożądania wszystkiego, co objąć zmysłami potrafi. Szczęście, że upycha po zakamarkach, że z oczu nie sterczą jakieś łachmany i strzępy zdarzeń…

Dopiero nocą, gdy mrok wydusi ostatnie kształty i kolory, kiedy oswojona klatka sypialni stanie się sterylną powtarzalnością, która zamorduje pozostałe wrażenia otwierają się szóste wrota. Do świata lęków i nadziei. Do przeczuć i podejrzeń. Do nieistniejącej rzeczywistości, którą głowa stara się rozpętać niczym tornado. Rozdmuchać iskrę wydłubując nieistniejące z niebytu. Nie zawsze z głowy wyjdzie łagodność ubrana w życzliwość. Czasem demon chichotał będzie bezczelnie gryząc w nos. Innym razem, gdy zajrzeć ciekawością pochopną pchnięty, w cień lustra podniesie podłość domniemaną i uwypukli, odbije i przyklei do skóry, rozjątrzy zarazą, aż całe ciało zapłacze gorzko. W świecie, w którym wszystko jest możliwe i nic dozwolone, jedynym prawem jest chłonąć to, co przyniesie los.

Uciec? Skąd? Z niebytu, w którym umarł nawet czas? W uchylonych wrotach pokus nie brakuje. Może są tam kolejne drzwi? Na drugą stronę? Siódme wrota? Nim zapytałem, już obudziłem robaka ciekawości, żeby wejść w szósty portal i poszukać, a skołatana głowa szepce nadzieje, że skoro było sześć, to czemu nie siedem? Przecież nawet, gdy ich nie ma, to za szóstymi drzwiami wszystko się zdarzyć może, więc jeśli gdzieś, to tylko tam. Drzwi skrzypią łagodnie, jak pies czekający na patyk za którym znów będzie mógł gnać z jęzorem na wierzchu – byle miał kto go rzucić.

Nie chcę! Nie potrzebuję wcale! Sen nie różni się niczym od śmierci. Pijanymi oczami przeszywam ciemność i duszę się własnym oddechem. Że też mi się szwendać zachciało po nocy! Eksplorować przestrzenie nieistniejących światów. Po skórze spełza strach i niespiesznie wgryza się w kołdrę. Siedzę i zliczam oddechy do poranka, a dużym paluchem maluję na podłodze zaprzeczenie nieskończoności. Bezczasie zaczęło znów pluć sekundami, ale bardzo niechętnie. Niech ktoś obudzi kształty! Uciekłem! Znów się udało przetrwać noc…