poniedziałek, 11 października 2021

I znów.

 

Noc spłonęła w bladoróżowym świcie, a popiół spadł na trawniki, które posiwiały błyskawicznie. Nawet najlichsza trawka wystroiła się w kolię brylantów, w srebro lśniące, oświetlone zachwytem reflektorów samochodów spieszących dokądkolwiek. Na przystankach dziewczęta spinają nogi w iksy, albo tańczą na paluszkach do wtóru tego, co im w duszach gra, ale to znak, że zimno dopadło nawet zuchwałe, nastoletnie pozory romantycznego ciepła. Krótkowłosa brunetka w szczerozłotej kiecce rozglądała się dość bezradnie, chociaż wybór miała mizerny – wsiąść, albo nie, gdy wybór ograniczony do konieczności stawiał wyzwanie wyobraźni – czekała na kogoś i wcale nie chciała wsiadać? A może za „kółkiem” siedzieć miał właśnie ON? Gdy zrezygnowana wsiadła, pobudziła kłębuszki nerwowe do kolejnego wysiłku – mimo wszystko wsiadła? Poddała się? W tramwaju szczebioczące po rosyjsku nastolatki zakłócają skupienie wspólników podróży skoncentrowanych na własnych, liczonych w pojedynczych calach cyfrowych światach. Resztki mgły kłębią się, unikając kąpieli pośród drzew schnących beznamiętnie, pośród śpiącego blokowiska, cichszego niż labirynty Minotaura. Pod maskami kłębią się myśli czarne i te ledwie różowe. Słońce wreszcie zauważyło ziemię, choć przygląda się z zimnym wyrachowaniem. Niech i tak będzie - zobaczymy, co będzie dalej.

wtorek, 5 października 2021

Piękno świata.

 

Poranne mgły wylizało do czysta słońce. W parku zapłonęły bożodrzewy i jawory, czerwone dęby zjesienniały na amen i tylko słychać, jak lecą na ziemię pociski z żołędzi zrzucanych przez wiatr i wiewiórki. Szpakowate stadko rozbójników wyjada z trawnika jakiś białkowy drobiazg i niewiele sobie robi z ludzkiej obecności. Mamusie w eleganckich wózkach wiozą przyszłość w nieznane. Staruszki wybierają owoce i warzywa z ulicznego straganu, wymieniając przepisy na kisiel ze świeżych żurawin. Niewidomy poprawia na nosie okulary i rozgląda się pośród blokowiska pełnego odległych dźwięków. Na ostrokrzewach zaczynają czerwienić się jagody obszczekiwane przez srokę.

poniedziałek, 4 października 2021

Niedoskonały.

 

Oczywiście – zapomniałem o Jezusie, z włosami przyprószonymi siwizną i związanymi w koński ogon. Biegł sobie z rynku w miejskie opłotki, jak legendarny amator maratonów. W cieniutkich ciżemkach parł na paluszkach, nadwyrężając atletyczne łydki, jakby bał się obudzić legendy staromiejskie. Nawet Piłat to rozumiał, że Jezusowi do twarzy w naturze, więc ubrał go w ciernie, żeby zdążył zakwitnąć żywymi pąsami róży spływającymi po twarzy, nim skostnieje w chłodzie zimy.


Zapomniałem również o patrolu parkowym, gdy podejrzanie blady użytkownik wózka inwalidzkiego zliczał drzewa i przechodniów skrupulatniej od wszędobylskich wiewiórek. I nawet chwili nie poświęcił paniom okupującym ławeczkę i wymieniającym wciąż ciepłe ploteczki pośród dojrzewającej jesieni, z trzepotem szarych skrzydeł strącających żołędzie z czerwonego dębu. Ja również nie byłem wystarczająco intrygującym widzeniem, by mi poświęcił chwilę swojego niewątpliwie cennego czasu.


Zapomniałem o pani uroczo rozłożystej, spowitej w zielenie sugerujące, że wkrótce dojrzeją, choć na twarzy czas zdążył już wyryć przeszłość pełna tajemnic. Pani… cóż… przestała wierzyć, że trafi na okładkę tabloidów, ale jej brak wiary nie sprawia, że przestała być piękną. Może tylko ze słuchem ma nie po drodze, żeby usłyszeć westchnienia dojrzałej męskości, którą mija obojętnie.


Zapomniałem o warzywnej wystawce, gdzie ozdobne dynie wyrośnięte na kształt zielonokrwistych smoków zerkają na trotuary z cyniczną pewnością, że ktoś w końcu musi je dostrzec, że po świecie nadal chodzą dwunożne istoty, gotowe zachwycić się ich pięknem. Więc (gadzim zwyczajem) wygrzewają się w październikowym słońcu, akumulując energię i czekając na ludzkie uniesienia za kilka złotych od wybrańca.


Zapomniałem, że słońce potrafi oślepić, nawet sięgając moich oczu spomiędzy liści dębu, że stać je na to, by oszołomić mnie odbiciem od lustra wody, elewacji szykownej z kamienia tak szlachetnego, że zachwycić się nim potrafi nawet w spiżu odlany Chrobry.


Zapomniałem skąd jestem i dokąd zmierzam, choć drogi do domu nie zapomnę – mam nadzieję… Wracanie jest wartością, której nie warto się przeciwstawiać.

Piszę pośpiesznie, by nie uronić najdrobniejszej myśli.

 

Jesień rozpanoszyła się i szeleści suchymi brązami po chodnikach. Mijam kobietę spieszącą się na srebrnych obcasach i przestraszone własną niewiedzą dziewczątko w srebrnej, połyskującej kurteczce. Dostrzegam panią ze srebrzyście lśniącą torbą, gdy słońce błąka mi się w kącikach oczu. Drużyna wiewiórek patroluje zapomniany sektor parku, a sroka spod zmarszczonego czoła zerka z bezpiecznej odległości siedząc pod krzakiem derenia. Wrona mozoli się, by o asfaltową jezdnię rozłupać znalezionego orzecha, a pani dość skutecznie kryjąca własną płeć w męskich półbutach, spodniach i sweterku dogania autobus bez zadyszki. Wewnątrz – już siedzi pani ze sporą, misternie haftowaną rozetą wygrawerowaną na udzie i osłoniętą niezbyt starannie rajstopami. Gdyby chciała się nią pochwalić w całości – musiałaby zdobyć się na wielką niedyskrecję, może nawet na nieodpowiedzialność zuchwałą. Zrezygnowany, sterany walką z życiem staruszek zachęca do wysiłku równie zniechęconego psa w kasztanowym garniturze, a pani w wieku uprawniającym do negocjacji finansowych z ZUS-em, z błogim uśmiechem obserwuje efekty zdrowej przemiany materii swojego pupila – doga olbrzymiego, którego swobodnie mogłaby dosiadać, gdyby miała wystarczający luz w kroku, aby zadrzeć nogę dostatecznie wysoko. Dziecięce szczęście zaraża okolicę, gdy w maminych ramionach, albo w nieporadnej ucieczce przed ojcem-dinozaurem, czy innym okropieństwem, ucieka ze śmiechem, z jakiego dorosłość dopiero je wyleczy. Gołębie przystępują do toalety, korzystając z rynkowej fontanny. Stoją na granitowych brzegach kamieni, ostrożnie nabierając wody skrzydłami, albo pijąc wprost z kipiącej powierzchni. Smutna, młoda pani, wygląda jak harcerka Szarych Szeregów po beznadziejnej szarży. Ściśnięta pasem na skórzanym płaszczyku i beretem trzymającym w ryzach ciężkie, wojenne myśli prześlizguje się ukradkiem przez rynkowe bruki, wypatrując arkad, oficyn, cienistych przestrzeni. A przecież noc, przecięta włosem księżyca nie zapowiadała aż tak bogatego w widzenia dnia. Ledwie odrobina różu na nieskończonej w każdym wymiarze nicości, kilka rumieńców pomarańczowych i promienie słońca zbiegające się gdzieś na południu – wyryte silnikami odrzutowców i zbiegające się tam, gdzie dotąd nie bywało. Czyżby nowe lotnisko? A może to zaprojektowane ludzką ręką epicentrum nowego frontu, który ma zniechęcić słońce do bywania w tych okolicach?

czwartek, 30 września 2021

Ekstrakty cz. 35

Gadanie po próżnicy.

    Pielgrzym z bolącym krzyżem zerkał granitowym wzrokiem na piętrzącą się parę kroków dalej piramidę i złorzeczył, ilekroć w zasięgu nie było widać płochych uszu.

    - Przesunęłabyś się odrobinę, bo mi słońce ślepia wysmaży! Nie widzisz, że nogi zachodziłem?

Nieugięty.

    W zębach niosąc wotywne dary, szedł na kolanach do swojej wybranki. Bogini, którą wyniósł na ołtarze bezsennymi nocami, w zaciszu kołdry realizując myślą i uczynkiem bezeceństwa, z jakich wstydził się spowiadać. Wolał odbyć pokorną pokutę, z nadzieją, że wybaczy śmiałość, a może nawet skosztuje?

Kombinator.

    Wtaczał ten głaz po raz nie wiadomo który, a kamień spadał, za nic mając wysiłki człowiecze. Po kolejnej nieudanej próbie postanowił więc coś zmienić. I przynieść szczyt góry do kamienia, zamiast mordować się nadaremnie.

Czekając objawienia.

    Adoracja ikony trwała już tak długo, że piątego opata pochowali pod klasztornym murem, tuż obok szóstej kucharki. Obraz co prawda nieco pocił się latem i siniał na zimę, jednak żadnych wskazówek udzielić nie zamierzał. Skrzypiał tylko odrobinę na przeciągu, gdy jakiś nowicjusz drzwi nie domknął.

Przedsiębiorczy.

    Uwielbiał, gdy na Olimpie Bogowie zasiadali do niekończącej się imprezy. Gdy tylko który osuszył puchar z ambrozji, natychmiast zapominał o naczyniu, bo przecież myć ich nie zamierzał żaden. Więc kradł je wszystkie i sprzedawał ludziom, aż w każdym, najbiedniejszym nawet domu stanął Święty Graal.

Jesienny uśmiech.

    Pani oburącz wyprowadzała trójkolorowe pekińczyki poszukujące ekscytacji pośród zapachów, jakimi skalany był trawnik i rachityczne drzewko regularnie zmieniające aromat, gdy tylko mijał je dowolny czworonóg. Słońce zagląda w oczy przechodniom, żeby łatwiej im było zapomnieć, że ledwie parę godzin wcześniej panowała skupiona, śródnocna cisza. Wiatr rozczesuje więdnące nawłocie, gołębie drepczą wokół siebie – najwyraźniej zebrało je na amory, bądź ziąb doskwiera taki, że aż im nóżki poczerwieniały. Trawniki syte wilgoci wygrzewają się leniwie, niczym jaszczurki na nasłonecznionym kamieniu, a motyle zazdroszczące jesiennym kwiatom barw nadal fruwają, zwiedzając pracowicie balkony i tarasy w poszukiwaniu ambrozji. Czyli nie czas na sen zimowy jeszcze.

środa, 29 września 2021

Gęsia skórka.

    Wygłodniała chmura usiłowała pożreć samotną gwiazdę, korzystając z okazji, że księżyc był do niej odwrócony (powiem to grzecznie) wypukłością, a słońce wciąż zachwycało się czymś schowanym poniżej widnokręgu. Psy opróżnione z ponocnej pełni wracały właśnie do domu, z filozoficznym spokojem mijając żywopłoty z osypującymi się ziarnami ligustru. Dziewczę usiłujące nie szczękać zębami naciągało minispódniczkę na zziębnięte uda, chcąc nakryć kolana – bez skutku. Materiału wystarczało ledwie na schowanie pośladków. Szczęściem w autobusach włączono już ogrzewanie, więc dotrwa cieplejszych chwil.

wtorek, 28 września 2021

Amator.

 

Łykam tabletkę leczącą z niewidzialności, ostrożnie wynurzając się z niebytu. Zaskakująco, bo odkrywam, że jestem prymitywnie goły. Długo żyjąc poza widmem, ignorowałem tekstylia, zapominając, iż w pewnych długościach fali kryteria towarzyskie każą ukryć przynajmniej interfejs rozpłodowy.

 

Już pierwsze komentarze skazały mnie na społeczną banicję, sugerując dodatkowo, że jakością wyposażenia odbiegam od miejscowych standardów, zaś beztroska nagość lokuje uczucia widzów głęboko na skali obrzydzenia. A mawiają, że obojętność publiki, to cios. Głupcy!

 

Chłostany słowami dostrzegam wzrok, wskazujący mysią dziurę, gdzie ostracyzm ostygłby w samotności, pośród popielejących plotek. Skorzystałem natychmiast.

 

- Mrrr – wzrok bezwstydnie dołączył. Cichaczem pożerał moją nagość, oblizując się zniewalająco.

Wśród obcych.

 

Pani zaaferowana korespondencją elektroniczną opędzała się od chuci owadziej. Widać pachniała na tyle kusząco, by skłonić brzęczącego malucha do ekscesów miłosnych pomimo mżawki. Patrzę na młode niewiasty chłopiejące błyskawicznie. Tylko patrzeć, kiedy zaczną pluć na przystankach, racząc się piwem żłopanym wprost z butelki. Bo wulgarne już są wystarczająco. Ubrane we wszechwładną czerń, skóry nabijane ćwiekami, ciężkie buciory, tatuaże manifestujące Bóg raczy wiedzieć jaką myśl przewodnią, metalowe „ozdoby” powtykane tu i ówdzie w ciało niedojrzałe do jakiejkolwiek rozsądnej myśli zrodzonej pod grzywką w kolorze równie nienaturalnym, jak moje mniemanie o dojrzewaniu. Może tak ma być? Może to chłopcy powinni teraz wydelikatnieć jeszcze bardziej i już całkiem bez wstydu pomyśleć o makijażu, sztucznych rzęsach i odzieży półprzejrzyście opinającej rumiane pośladki ku radości rechoczącej bandy dziewcząt? Może już tak jest? Widuję przecież długowłosych, zakolczykowanych gości, o manierach rozmydlonych, miękkich i pozbawionych szorstkości typowej dla męskiej niezgrabności. Umysłowo różowych, wdzięczących się do sklepowych witryn i wszędobylskich monitorów, wymawiających „r”, jakby było zakazanym owocem i rumieniących się na myśl o własnej zuchwałości, pozwalającej im bezbłędnie rozpoznać barwę kwiatu, bądź nutę męskich perfum.

poniedziałek, 27 września 2021

Protest song.

 

Kwadratowy świat, dąży do absolutnie nienaturalnej abstrakcji, składającej się wyłącznie z wyjątków. Obijam się o kanty bezlitosnych reguł. Nigdzie nie potrafię dojść, spętany sztychami prostopadłości, równoległości. Bezdusznością wnętrza sześcianu.

 

- Nie! Nie mogę zostać przekątną, czy jakimkolwiek innym wyróżnikiem w trójwymiarowym więzieniu reguł. Chcę być wątłą, zieloną gąsienicą, którą nazywałem omegą, bo prąc do sobie tylko znanego celu, wyginała grzbiet na kształt wielkiej greckiej litery zamykającej ów alfabet od zawsze.

 

         - Nie cierpię być hipotezą, przewidywalnym ciągiem dalszym, punktem szczególnym funkcji dowolnego rzędu. Rutyną osaczoną słupkami ułamków statystycznych. Chcę być niepowtarzalnym wzorem, pasującym wyłącznie do mnie, robiącym obcym niespodzianki. Anomalią.