wtorek, 16 listopada 2021

Gasnący ruch.

 

Sroki przekomarzają się z kosiarkami, w tym czasie kawki wydłubują jeszcze ciepłe truchła spomiędzy ściętych źdźbeł. Kaptury nasunięte aż po brwi kryją ludzkość przed chłodnym wiatrem. Zakupy, uboższe niż wczoraj pozwalają nawet starczym dłoniom udźwignąć ciężar. Szczęśliwie żołądki umęczone długim życiem potrzebują już mniej. Warzywa schną w skrzynkach przed sklepem, mijane obojętnym wzrokiem psów. Przeciągi splatają w warkocze aromat ciepłych bułek i ten dochodzący z niedomkniętych kontenerów na śmieci. Słońce zlicza puzzle pośród pustki parkingu, zza firanek niepewny wzrok układa na niebie chmury. Wyjść? Czy zostać, bo może jutro przyjdzie lepszy czas? Marznące uczucia i pośpiech dogorywający pod żywopłotem, na śmierć połajany pogardą kloszarda opróżniającego ze stoickim spokojem znalezione szkło pełne resztek wątpliwej jakości.

Cyborg.

 

Zagrasz ze mną? W grę, jaką przegramy oboje, albo wygramy razem? Rozumiem, jesteś dzieckiem wirtualnego świata, z opłaconym abonamentem, rozgrzeszającym ciebie z dowolnej niefrasobliwości. Ale ja… jestem tylko analogowym człowiekiem, któremu pachną majowe lipy, sierpniowe sosny, czy listopadowe klony. Wierzę w mądrość ziemi, w nieodwołalność pór roku. Zawsze ulegam zmysłom. Nieważne, czy chodzi o kiść winogron niecierpliwiących się w sklepowej skrzyni, czy o krzyk spełnienia docierający echem przez mrok, odbijany strupieszałymi licami niezliczonych elewacji.

 

Po omacku przedzieram się ku tobie, chcąc bardziej i bardziej. Milczysz… Nie oponujesz, kiedy obieram cię z pozorów. Zlizuję cyfrowy makijaż, szarpiąc szyfrowe zamki zbędnego stanika.

poniedziałek, 15 listopada 2021

Imago.

 

Dopóki życie pozwalało, byłem trutniem. Pasożytem. Wirusem wyhodowanym boskim kosztem rodziców, dzięki którym zdołałem zakwilić widząc niegodziwości świata zewnętrznego. Bez ich patronatu, stałbym się jętką jednodniową, najsłabszym pisklakiem z miotu, wyrzuconym z gniazda słabeuszem konkurującym w żywiołowej walce o życie, pośród bardziej zdeterminowanych i agresywnych.

 

Chciałem podziwu. Talentów. Subtelności namaszczonej zaletami, niczym świąteczny sernik bakaliami. Tymczasem zewnętrze szczuło mnie słowami:

 

- Niegodziwy tuman, barbarzyńca, podlec-idiota!

 

Płakałem, utykając łzy poza wzrokiem postronnych. Słabość dyskryminowała każde działanie, dzieląc słowa na stroboskopowe sylaby. Tak. Jąkałem się. Strach przesiąkał bieliznę. Zapomniałem, jak smakuje spokojny sen.

 

Patronat sczezł i przeszedł do historii. Musiałem… zrzucić wylinkę!

Zaduma.

 

Liście rumiane z wysiłku, żeby utrzymać się na gałęziach nie dają już schronienia bandzie wróbli. Na chodnikach zakwitają wełniane czapki wciśnięte głęboko na uszy. Po kształtach, jakich pozazdrościłby nawet porządny krzywik, rozpoznaję kobiety podążające czarnym konturem w stronę swoich niecierpliwości. Rzeczywistość zmarznięta, skrząca się i ponaciągana tak, że tylko patrzeć, jak rozedrze się w słabszym miejscu i ze środka wysypie się puchowa przyszłość pełna strojnych choinek, bałwanków z gnijącym, pomarańczowym nosem, ślizgawek posypanych grubą solą i przekleństw odbijających się pomiędzy krawężnikami. Patrzę na młodego beagle’a podążającego świeżym tropem złotej rosy pozostawianej mimochodem przez szorstkowłosego jamnika na mokrym trawniku. Pan wiozący z mozołem liche, niewyrośnięte dynie, skrzypi wysiłkiem łańcucha i oddechem świszczącym. Pośród próchna sypiącej się dębiny wiewiórka ukrywa włoskiego orzecha na czarną godzinę – trudno się dziwić zapobiegliwości – inflacja szaleje, a jeść trzeba. I samcze kozaczenie nie wniesie wiele, gdy luty schwyta za pusty żołądek i wygna na żer. Łapacze tęczowych snów dygają wdzięcznie ze sklepowej witryny i czekają na amatora, który zechce podzielić się własną fantazją. Jarmark w Rynek odziany wdzięczy się i stroi, by lada chwila rozśpiewać się kolędami pośród aromatu grillowanych szaszłyków, naleśników nabrzmiałych gorącym wszystkim, łakoci, upominków niezwyczajnych, zdenerwowanych łakomym wzrokiem tych, którzy muszą, albo tych, którzy wątpią.

piątek, 12 listopada 2021

Ekstrakty cz. 41

Projektant.
    Z irytacją zerknął na wszechświat - nudny, zimny i pusty.

    - Na pewno stać mnie na więcej – zauważył i bez żalu zmiął istniejący, by wyrzucić go do kubełka i zacząć malować nowy. Lepszy.

Dojrzewanie myśli.
    Szła ku przyszłości, niczym nienarodzona dygresja, słaniająca się od niedopowiedzeń i wulgarności pospólstwa. Codzienność ignorowała jej wątłą obecność doskonale, nawykła do zdecydowanie bardziej rozpasanych fanaberii. Żebrząc, by ktoś ją usynowił, wyrżnęła na pysk – daremnie.

Nienasycony.
    Trochę żal, ale ścieram gumką poplamioną rozumem pamięć. Za dużo się nazbierało i lada chwila ulałoby się jak nic. A przecież chcę dalej żyć i od nowa zbierać wrażenia, ciepłe i niewinne, które nieco spowszedniały.

Łakomczuch.
    Drenuję ciało nosiciela dyskretnie, żeby nie zorientował się, jak smacznym jest dawcą. Mlaszczę szeptem, oblizuję się bezszelestnie, rzadkimi dźwiękami obarczając jego ciało. Dopiero, gdy trafiam na wątróbkę, kompletnie głupieję – łapczywie żrę, w szale przegryzam się na zewnątrz!

Na zawsze?
    Moi rodzice, wzorem szanowanych obywateli, nie spieszyli się z autorytarną decyzją, czekając, abym rozbudził samoświadomość i dokonał wyboru. Cierpliwie przedstawiali dostępne opcje i ograniczenia. Przecenili mnie jednak, bo do dziś nie wiem, czy wolę jutro obudzić się dziewczynką, czy obojnakiem.

Gdy dzień wciąż krótszy.

    Nim świt się zorientuje w kształtach i kolorach okoliczne kotłownie zdążą już wyprodukować tyle aromatycznej, jesiennej mgły, że nawet tutejsze ptaki ze strachu trzymały się kurczowo blaszanych parapetów, by nie wpaść w kłąb kipiącej nieskończoności. Autobus widocznie poszedł do pracy na czczo, bo rzuca się na ludzi i łyka nie grymasząc. Starsza pani szczebioce do tłustego kota, który ze stoickim spokojem przyjmuje wszelkie hołdy, choć zerka znaczącą na wielką, damską torbę – przecież ona MUSI zawierać coś jadalnego, bo na co komu taka wielka sakwa na nieistotności? Mosiężne liście lepi do krawężników nocna wilgoć, czasem ozdabiając je brylantowym przymrozkiem, w jakim najbardziej do twarzy pajęczynom. Gwiazdy zasiedziały się i nie zamierzały iść spać. Negocjowały ze słońcem długo, aż wreszcie, niczym rozkapryszone dzieci niechętnie minęły kreskę widnokręgu, znikając na parę godzin.

Polowanie.

    Horyzont składał się ze śniegu i paru pojedynczych wytrącających z monotonii drzew, rosnących wystarczająco daleko, żeby trudno było określić gatunek. Mrok dyszący mgłami zacierał ostrość widzenia, jeśli wzrok komukolwiek mógł się przydać w tej bezkresnej pustce. Nawet zające wybierały bardziej gościnne odludzia, więc śnieg byłby kompletnie dziewiczy, gdyby nie pojedyncze ślady zostawione przez stojącą obecnie bez ruchu osobę spowitą w ciężki, zapewne wełniany płaszcz z ogromnym kapturem ukrywającym rysy twarzy.

    Nie wiedzieć czemu postać uznała to miejsce za doskonałe, żeby stanąć obozem wkopanym w śnieżną skarpę zaspy. Ruchami sugerującymi wielką wprawę wydrążyła tunel i wpełzła do wnętrza, by tylko cieniuteńka smużka wydychanej pary zdradzała jej obecność. Na świat spadła noc. Drapieżna, bezksiężycowa i skupiona na poszukiwaniu dźwięków. Skulona niczym wilcze szczenię dziewczyna zaniosła się sennym spazmem, budząc czujność nocy. Oko gwiazdy zabłysnęło stalową bezwzględnością i penetrowało pustkę szukając źródła zakłóceń. Dziewczyna nie budząc się wyczuła tę ciekawość, jeszcze bardziej podciągnęła kościste kolana pod brodę i wstrzymała oddech, gdy błękitny promień szperał w zakamarkach najbliższej okolicy, budząc demoniczne cienie chichoczące na zaskorupiałych stokach śnieżnych wydm.

    Promień zatrzymał się. Najwyraźniej coś zaintrygowało go, albo zastanawiał się nad dalszymi poczynaniami. Może liczył wczorajsze kroki wyryte w kopnym śniegu? Dziewczyna otworzyła oczy i po cichu drążyła w śniegu tunel. Zbyt szybko wieczorem skończyła kopanie, nim poszła spać. Teraz musiała odpokutować i zamiast pogrążyć się w beztroskim odpoczynku płynęła pod śniegiem, ostrożnie zasypując za sobą przebyty szlak. Kiedy na chwilę odwróciła głowę, poprzez skrzącą się zawiesinę dostrzegła ostrze promienia. Gorzał błękitno-siną krawędzią, na której nawet światło darło się na wąskie pasma widma.

    Płynęła z głową zanurzoną w kaptur, zaciskając zęby, żeby nie wyć. Miała wielką nadzieję, że ostatecznie zgubiła promień, gdy kluczyła idąc po własnych śladach, zawracając, czy zostawiając mylne ścieżki. Chyba nikt dotąd nie uciekał tak zaciekle i tak skutecznie nie zwodził gwiazdy. A teraz miałoby wszystko przepaść? Przez jedno zmęczone westchnienie? Łzy ciekły jej wzdłuż nosa, ale nie przestawała kopać. Jak śnieżny kret parła naprzód, zostawiając za sobą skotłowane, grząskie prześcieradło, styczniowy barłóg pełen zimowych iskier.

    Kiedy z braku sił padła, była już wystarczająco daleko od wejścia do gawry. Leżała na wznak, patrząc przez grubą warstwę śniegu w mrok nocy. Cisza była potworna. Bardziej poczuła, niż dostrzegła, że promień skoczył gdzieś daleko węsząc nowy trop. Czyli udało się! Znowu się udało i przetrwa noc. Jutro dobrze byłoby wymyślić nowy podstęp, albo znaleźć lepszą kryjówkę i wreszcie się wyspać.

    - Dlaczego promień ściga ludzi tylko zimą? Dlaczego latem nie pojawia się i nie zabija? – mądrzejsi zastanawiali się nad tym od lat, jednak nikt nie znalazł rozwiązania zagadki. Zimą, gdy dzień ledwie zawitał i natychmiast uciekał poza widnokrąg trzeba było ukrywać się w jaskiniach, albo pod ziemią. Każdy, kto ośmielił się wyjść napotykał bezlitosne oko i sztylet nieubłagany porywał śmiałka, nie zostawiając śladu. Potrafił wygarnąć młodzików zuchwale i głupio usiłujących przez szparę zerknąć na odkrytą przestrzeń.

    Ona? Na pewno siedziałaby w piwnicy z matką, gdyby… Nie chciała wspominać, bo bolało tak, że aż gryzła palce. Miesiąc temu siedziała wtulona w matkę, bezpieczna i syta, tak jak siadywała każdej wcześniejszej zimy, gdy tylko szaruga zaczynała panoszyć się po polach. To niesprawiedliwe, że niedźwiedź musiał wywęszyć ich ziemiankę. Wykopać, rozszarpać matkę i dobrać się do zapasów. Kiedy już się nażarł, nie poszedł precz, lecz zasnął z zakrwawioną mordą na strzępach jej łóżka. Nim uciekła, zdążyła tylko złapać pelerynę po ojcu – za wielką na nią, lecz ciepłą. Pośród krótkiego dnia szła do rodziny mieszkającej daleko na południu, o wczesnym zmierzchu kryjąc się pod śniegiem. Szczęściem ojciec, nim umarł nauczył ją, jak umknąć przed gwiazdą. Udawało się kilka dni, ale którejś nocy rozpacz przedarła się przez dziewczęce sny i zaczęła płakać zbyt głośno by pozostać niewidzialną. Gwiazda lubiła płacz, bo zwiastował on polowanie. Nagonka ruszyła.

    Teraz dziewczyna musiała kluczyć, zapominając o celu podróży. Lawirowała, błąkała się niczym mucha na szybie, chcąc zwieść prześladowcę, ale gwiazda była cierpliwa i każdej nocy tropiła ją, czekając na najdrobniejszy błąd. Odkrywała każdy fortel, mylnym tropom poświęcając chwilę ledwie, błyskawicznie wracając na właściwą ścieżkę. Dziewczyna była już bardzo zmęczona, głodna i kończyły się jej pomysły. Okolica sprawiała wrażenie wymarłej, więc na pomoc kogoś doświadczonego nie miała co liczyć. Na ciepłe schronienie tym bardziej. A wiosna nadejść miała dopiero za sześć tygodni. To zbyt wiele dla sieroty. Ona miała problem, żeby przetrwać najbliższą dobę.

    Gdy tylko niebo zaróżowiło się na wschodzie wygrzebała się z zaspy i zmęczonym krokiem pielgrzyma poszła na południe. Wiatr usiłował coś ulepić ze śniegu, tworząc wiry ostrych okruchów, przestrzeń wokół była martwa tylko nieco bardziej, niż dusza dziewczynki. Pusty żołądek burczał nie przejmując się, że słychać go dookoła, a echo powoli uczyło się naśladować ten dźwięk.

    - Jeśli czegoś nie zje, to ta noc będzie dla niej ostatnią! Gwiazda usłyszy ją i wygrzebie spod śniegu, jak lis polarny wygrzebuje młode foki. Musi znaleźć coś do jedzenia i kryjówkę, w której uda się przespać noc bez strachu. Szła wyciągając nogi, a śnieg przeszkadzał mniej niż zwykle. Może to już omamy zmęczonego organizmu? Droga zdawała się być gładką szosą, a nie wertepiskiem pełnym zasadzek. Rozglądała się bezradnie, widząc, jak słońce minęło już zenit. Dookoła panowała płaska pustka. Tylko wiatr rozpędzał się bez umiaru i wznosił tumany kłujących igieł, drapiących twarz i przeszkadzających w oddychaniu.

    Zatrzymała się. To koniec. Nigdzie nie widać kryjówki, do której mogłaby dojść za dnia. Została ostatnia nadzieja, że jeśli zacznie kopać już teraz, to wgryzie się w śnieg wystarczająco głęboko, by przy pewnej dozie szczęścia dotrwać świtu. Padła na kolana i zrezygnowana odgarniała śnieg. Niespodzianie, już po chwili rękawice zaczęły się ślizgać po gładkiej, twardej tafli. Jezioro! Zamarznięta, zasypana śniegiem tafla. Olbrzymia. Stała na powierzchni, nie potrafiąc odkryć nawet, jak daleko odeszła od brzegu. Tylko te drzewa przed nią, hen poza zasięgiem sił.

    Bezmyślnie pracowała rękami, odgarniając śnieg okrywający lodowe pole. Po co? Przecież nie miała szansy się wydrapać jamy w lodowej skorupie. Beznadziejne położenie spotęgowane dotychczasową traumą i zmęczeniem odłączyło myślenie od ciała. Zgarniała cienką warstwę śniegu, odsłaniając zmarznięte na kość wody, a wiatr wspierał ją, węsząc dobrą zabawę. Słońce zsuwało się z nieba coraz szybciej i teraz płonęło już głęboką czerwienią, okrwawiając każdą nierówność w śnieżnym bezkresie. Wiatr wylizał śnieg do czysta, a zrezygnowana dziewczyna stała pośrodku lodowego zwierciadła patrząc, jak niebo ciemnieje, by w końcu zaświeciła na nim zawzięta gwiazda.

środa, 10 listopada 2021

Nienachalny talent.

    - Halo? – ktoś chyba szukał echa, a mnie stać było zaledwie na mizerne mruknięcie. Okazało się jednak, że nadawcy sygnału wystarcza to w zupełności – W jakim czasie możecie zrealizować zamówienie? Płacę gotówką!

    Zamówienie? Ja? My? Kto to jest my? Zdębiałem kompletnie, przy okazji tracąc głos, dotąd tak starannie oszczędzany na lepsze okazje.

    - Halo – namolny facet nie zamierzał odpuścić – Na Poprzeczną czterdzieści siedem przez trzy. Potrzeba mi pilnie coś do jedzenia, ale nie barachło z budki ulicznej, tylko rzecz dla konesera. Pan rozumie. Niewiasta grymaśna, a ułaskawić trzeba. To chyba czymś ekstrawaganckim? Może stek z bizona? Albo strusie udko w malinach? Oni w tej Australii, to mają w ogóle maliny?

    Skąd miałem wiedzieć, czy w Australii rosną maliny. Mógł tam dzwonić, a nie do mnie. Względnie do ogrodu botanicznego, albo warzywniaka.

    - Zaproponuj pan coś, bo ja się tu pocę, niewiasta mi zaczyna przeciekać, a jak się jej tusz rozmaże, to o happy endzie będę musiał zapomnieć i niż demograficzny pożre mi drzewo genealogiczne bez szans na rekonstrukcję.

    Sierota. Zapomniał, że człowiek składa się z wody? No – przeważnie z wody. Niewiasta przeciekać musi, a takie okoliczności sprzyjają akcjom ratunkowym. Sporemu odsetkowi ratowanych niebożątek miękną kolana na widok zuchwałości strażackiej.

    - Jest pan tam jeszcze? Niech pana nie gada do mnie Braillem, bo nie rozumiem migowego. Foka, to chyba za tłusta i pewnie rybami śmierdzi. Ona więcej dietetyczna, to może coś zielonego? Wymyśl pan coś modnego, żeby było kolorowe i dupa nie rosła nim się posiłek dokończy.

    Acha! Zwolennik patyczaków. Ani chybi obok chlipie jakiś zabiedzony grzechotnik wściekły z głodu, bo chwastami najeść się może szarańcza, a nie drapieżnik z rodziny naczelnych.

    - Pięć dych dorzucę, jak dostarczycie migiem – usiłował mnie przekupić. Tylko czekać, aż zacznie straszyć znajomościami i konsekwencjami.

    Zdumiewające, że dotąd nie odłożyłem słuchawki, jednak facet był tak samowystarczalny, że intrygował mnie ciąg dalszy, więc z premedytacją hmyknąłem w mikrofon, aby podtrzymać konwersację. Zresztą – też coś ekstrawaganckiego zjadłbym, bo pora w sam raz na kolację, a mój mikrobiom czuł się żenująco pozbawiony wrażeń zewnętrznych.

    - Już jesteście? – głos mojego tajemniczego rozmówcy był przepocony podziwem – Nooo... Kochany! Może przesadnie gadatliwy nie jesteś, ale skuteczności, to trzeba wam pozazdrościć. Niecały kwadrans! Zasłużyłeś na te pięć dyszek jak nic!

    Ciekawe, jak chciał mi je wręczyć. A w ogóle, skąd pomysł, że dostarczyłem mu coś, skoro wiszę przypięty do telefonu? Gość ciągle paplał, najwyraźniej zmierzając do drzwi, lecz połączenia nie zrywał. Usłyszałem, jak je otwiera, a potem zdumiony głos zapytał:

    - Panie! Ja rozumiem pośpiech, ale pan ledwie na nogach stoisz! Tak słabo wam płacą, że dla pięciu dych ryzykował pan zawał serca? Niesamowite! Co pan wymyślił? Liczę, że jakość będzie równie niezwykła, jak tempo usługi. Kwiaty? I pół litra?

    Mózg przeprowadził miliard procedur, po czym wypluł obraz pijanego chłopa, któremu pomyliły się drzwi, albo ze zmęczenia oparł się o cudzy dzwonek, by powstrzymać niezmordowane krążenie świata plączące nogi.

    - Człowieku? – głos gościa nagle został pozbawiony pewności, jednak wektor zapytania najwyraźniej został skierowany ku mnie – Sądzi pan, że głodna niewiasta z drobnym defektem hydraulicznym zadowoli się kwiatami na kolację? Bardzo ryzykowna propozycja. Ale spróbuję. Na pańską odpowiedzialność.

    Uspokoił się, mogąc mnie obarczyć odpowiedzialnością. Uśmiechnąłem się. Może powinienem zaproponować, żeby strzelił pięćdziesiątkę dla kurażu? Cisza trwała, jednak połączenie nadal było aktywne. Z braku lepszych pomysłów trwałem jak żona Lota po napadzie ciekawości.

    - Cud panie! – dobiegł mnie w końcu szept zachwyconego najwyraźniej rozmówcy – Prawdziwy cud! Przestała przeciekać i uśmiecha się. Teraz poszła do łazienki zrobić się na bóstwo, bo coś tam jej nie grało na froncie, ale spytała o sypialnię. To chyba nie myśli o inspekcji, co? Uratowałeś moje drzewo genealogiczne. Genialne! Na to pół litra, to musimy się kiedyś umówić. Może na pępkowe? Hę?

Tam i z powrotem.

    Zanurzyłem się w mrok bez pojęcia. Pozwoliłem nogom mielić sekundy, czy kilometry, a sam wdychałem wilgoć jesienną, schłodzoną wybornie. Uliczne latarnie malowały na asfalcie nieskomplikowaną galaktykę, pośród której łatwo było nie zabłądzić, nawet, gdy myśli skostniały wokół gęsiej skórki na wysokości łydek. Nos uparcie donosił, że gdzieś w nieskończonej ciemności palą się śmieci, otulając płuca smrodliwym ciepłem. Podwórkowe psy musiały wyżebrać u swoich władców noc przy kominku, bo nie zaszczekał żaden, by pochwalić się, że czujny jest mimo nocy i wilgoci, od której tylko patrzeć, jak wyrosną perłowe stalaktyty wiszące ponad wąsem. Samochody drążyły tunele w ciemnościach zawzięcie mrucząc jakieś kołysanki i znikały w bezkresnym apetycie. A kiedy na niebie pojawiła się drżąca niepewnie kreska dzieląca noc od dnia – wróciłem.

wtorek, 9 listopada 2021

Na zdrowie.

 

Żółkną modrzewie, sumaki ubrane w wiśniowe korony patrzą dumnie na łuszczące się platany. Śmieszka, z wysokości ulicznej latarni rechocze obrzydliwie – jak to śmieszka. Jesień miodosyta, ciemnieje na drzewach i coraz mniej żółci, choć przybywa dojrzałych brązów, w jakich do twarzy wiewiórkom. Sikorki harcują po balkonowych skrzynkach i nie przejmują się ludzkim wzrokiem. Depczę porzucone przez dęby owoce, mijam gałązkę leszczyny pełną podeschniętych nasion, zgubioną zapewne przez roztargnioną wronę. Kawki pilnują krawężników, niczym żandarmeria umundurowana na czarno, żeby stłamsić nawet podejrzenie protestu. Wącham tę jesień bez pośpiechu i nie przejmuję się, gdy znienacka przyjdzie ochota, by kichnąć.