wtorek, 3 listopada 2020

Zapomniane.

 

Obserwuję gołębie. Stłoczone na spadzistym dachu, zasiedlające skrupulatnie wciąż kolejne i kolejne dachówki. Szaro-czarny kleks na spłowiałej pomarańczy. Jak gówna na przydomowym trawniku. Tłoczą się, chociaż nie zamierzają się dzielić własnym ciepłem. Wygląda to raczej na pakt o nieagresji, poparty szczyptą nieufności. Wielką szczyptą. O wzajemności nie ma mowy. Tylko rozsądek zbiorowy każe żyć. Każe trwać w masie, bo tam, pośród ławicy, łatwiej przetrwać atak sokoła. Za to trudniej do syta najeść się okruchami ludzkiej łaskawości, albo bezmyślności. Coś za coś. Przyroda nie znosi kompromisów, ale jest na nie skazana. Dach, zimny jak nogi porzuconej kochanki, nie sprzyja stagnacji. Resztki świetności gładkiej niby lustrzana tafla zmusza ptaki do ostrożności, z jaką dziecko stąpa po lodzie, kiedy pierwszy raz założy łyżwy.

 

Łyżwy… Czy ktoś jeszcze pamięta zimy, kiedy w tych niezwykle niewygodnych butach chodziło się na miejską fosę, żeby zwiedzać miasto z poziomu wody?

poniedziałek, 2 listopada 2020

Nienasycona.

 

Pomost wchodził w jezioro tak wytrwale, jakby chciał zapomnieć o stałym lądzie. Porozsychanymi deskami sięgał widnokręgu - miejsca, gdzie słońce każdego poranka usiłowało wśliznąć się pod pierzynę chmur i przeciągać lubieżnie na ziemskim prześcieradle. Kroki. Niby nic dziwnego, jednak ich negatyw szedł pod deskami, odbijał się czkawką echa od wody i niósł z porannymi mgłami lekko dławiony niekończącą się wilgocią. Słońce, lekko tylko okrwawione po walce z nocą ciskało cieniem daleko, poza granice widzenia. Te kroki były najcichsze. Nie potrafiły namalować nawet zmarszczki na wodzie, która dyszała z pożądania. Kroki w trzech odsłonach wchodziły wciąż głębiej w wodę, a deski pokornie znosiły tę szykanę.

 

Tuman mgieł nicowanych zimnym promieniem słońca, ukrywał nosiciela dźwięków, a cień był niewiarygodny. Rozciągnięty, rozmemłany i i nieostry. Spod pomostu dochodziło dudnienie, jakby to golem szedł, a nie wyciągnięta, chuda istota. Tam, pod deskami najwyraźniej świat inaczej szafował wymiarami. Pomost zadrżał – ni to z zimna, ni wpadając w wibracje pod wpływem rytmu idącego. Klawisze dawno niestrojnych desek jęczały i trzeszczały nieludzko, jak rozstrojony fortepian. Daremnie. Idący nie pochylił się nad żadnym z dźwięków. Mało tego – przyspieszył i takt zaczął doganiać rytm rozpędzonego pociągu na rozjeździe. Mgły skostniały czekając na kulminację. Niewidoczny skoczył wykorzystując impet. Kroki umilkły. Deski wstrzymały oddech, cień trzymał się kurczowo pomostu.

 

Mgła pożarła śmiałka z cichym cmoknięciem, ale chyba był niesmaczny, bo wypluła go z pasją. Woda miękko rozstąpiła się i przyjęła do siebie. Życie, cień i echo. W jednym, ostatecznym paroksyzmie.

sobota, 31 października 2020

Mrzonka w dwustu słowach.

    Chodnikiem żeglowała żyrafa. Rozkołysana jak rybacki kuter podczas sztormu, postukiwała kopytkami o brukowe kostki, dając złudzenie, że spacerują nim kobiety na szpilkach. Zwierzę było młode i ciekawskie nad miarę. Bezpardonowo zaglądało kolejnym ludziom w okna węsząc, co pichcą na sobotni obiad, albo podszczypywało więdnące na balkonach pelargonie. Chwilę poczochrało się o zjeżdżalnię, po czym skropiło ze dwie, na los szczęścia wybrane latarnie, żeby mieć punkty orientacyjne na przyszłość. Generalnie nudziło się bardzo. W okolicy, już od mniej więcej tysiąca lat, nie pamiętano żadnych wilków… znaczy lwów, czy szablozębnych tygrysów zaczajonych w szuwarach niczym świtezianka polująca na jednodniowego męża. 

    Zwierzątko smętnie zerkało na wystrzyżone, uczesane korony kulistych klonów i najwyraźniej nie przekonywała go barwa liści mieniących się tęczowo. Żyrafa ostrożnie wygryzła dziurę w listowiu, nadstawiając uszu, gdyż z wewnątrz dobiegł ją zbiorowy stek obelg rzucanych przez wypasione dostatnią jesienią wróble. Przyklejone do szyb małe noski uwięzionych w domach dzieci śledziły każdy jej ruch, szczególnie wtedy, gdy wywijała jęzorem usiłując pozbierać owoce rokitnika nie kalecząc dziąseł. Pluła nimi potem, więc pewnie nie były tym, co żyrafy lubią najbardziej. Zrezygnowana oparła pysk (może żyrafy mają mordy?) o balustradę tarasu i płowiała bez słowa skargi. Przelotny deszcz przeleciał nim odeszła - nasiąknięta i smętna.

piątek, 30 października 2020

Taka sobie bajka.

             Pani ubrana jedynie w odważny makijaż paliła papierosa leżąc w pustej, tłusto-białej wannie. Labirynty bezdroży rozlicznych tatuaży odbierały widzeniu naturalność, sprawiając, że obserwator rozpaczliwie błądziłyby po jej nagości usiłując znaleźć bezpieczną przystań, w której mogłyby zakotwiczyć na dłużej, bez obawy, iż okaleczy cumę mocno nadwyrężonej pępowiny. Jednak obserwatora nie było, więc tatuaże ostrożnie rozluźniały się, miękły, grzały, i z czasem pozwoliły sobie na otwartość małża poddanego męskiej presji specjalistycznych szczypiec. Wreszcie! Zbyt długo spętane były wzrokiem domagającym się wyjaśnień.

 

Miliardy obcych wiecznie usiłowało pytać „dlaczego”, a ich wzrok był tak pełen pytań, że nie urodziło się dotąd aż tak ciekawe świata dzieciątko, chociaż każdego dnia podobne pytanie powiela niezliczona rzesza niedorostków. Ogryzków człowieka, zalążków ledwie. Teraz tatuaże mogły leżeć beztrosko, jak wylinka żmii pośród oczeretów, czy innych ostrokrzewów. Papieros był zbyt krótki dla niespotykanej beztroski, szczęściem w zasięgu leżały kolejne, prężące się w postawie na baczność pomiędzy licznym stadkiem im podobnych. Można było pozwolić sobie na nałogi. Na otwartość. Na zatracenie.

 

Kobieta przymknęła oczy. Najwyraźniej ogarnął ją spokój, z jakim góry przyjmują styczniowy przydział śniegu. Leżała w półśnie, pośród dymu unoszącego się drżącą wstążką pod sufit, gdzie kłębił się usiłując wznieść się jeszcze odrobinę. Musiała czuć się swobodnie i bezpiecznie, skoro tak skromnie ubrana weszła do wanny. Że dziwne? Skoro chciała uciec od pytań, od konieczności składania niekończących się wyjaśnień, od zarazy powszechnej ciekawości, od policzków pogardy, gdy wzrok obcych bezskutecznie przedzierał się przez warstwy malunków, by dotknąć nagości.

 

Gdyby jednak strach kazał jej kryć się w wannie, niczym żółw w skorupie – czyż jej oddech mógłby być tak spokojnym? Czy pozwoliłby na drzemkę? Gdzieś z niedaleka sączyły się dźwięki pianina wsparte żeńskim głosem. Po twarzy poruszały się czarne na ogół kreski wijąc się na kształt uśmiechu. Zasnęła z nim, choć może to było wyłącznie złudzenie? Pozór, podobny karminowemu uśmiechowi klowna na białej ścianie malowanej twarzy?

 

Zasnęła, pozwalając skórze odprężyć się. Tatuaże powoli traciły ostrość rysów i barw. Ostrożnie penetrowały okolicę, rezygnując z ciepła ich nosicielki. Zsuwały się po kolei, w tajemniczym rytuale, a kiedy nazbierało się ich wystarczająco dużo – uwiły gniazdo, moszcząc je własnymi, wątłymi ciałkami. Otuliły kobietę kołdrą plecioną z ich skrytego znaczenia. Kobieta westchnęła, a jej uśmiech, teraz już nagi rozświetlił twarz.

 

Spała niewinnością dziecka, pilnowana przez zastępy malowideł węszących wokół i szukających wroga, który mógłby się ukryć gdzieś, gdzie zaburzyłby sen. Tatuaże pożerały nieostrożne muchy, cichostope pająki i tłumiły burczenie w trzewiach rur. Kobieta spała z lekkością codziennej, czarno-białej gazety, powoli roztapiając się pośród mdląco skrzącej emalii wanny.

 

Jakiś dźwięk, mocniejszy od innych, przedarł się przez falbanę zapory. Ktoś ochryple wulgarny dobijał się do drzwi pomstując zaciekle. Przez ciało kobiety przebiegł dreszcz. Tatuaże rzuciły się w opętańczym pośpiechu i zasiadły na swoich miejscach, zanim otworzyła oczy. Resztki snu spływały z jej twarzy, gdy obracała głowę w kierunku drzwi łazienki.

 

- Znowu! – zaklęła szpetnie – Żeby go szlag trafił! Pora zbesztać kretyna, aż mu kapcie spadną. Może jutro się nie pojawi?

czwartek, 29 października 2020

Na peryferiach widzenia.

 

Wróble przestały mieścić się w żywopłocie. Wystraszone, starały się wcisnąć głębiej, choć noc pospołu z wiatrem strąciła zbyt wiele purpurowych liści, aby sztuka mogła się udać. Chodnikami szli posępni, zamaskowani ludzie-widma. Niebo ciężkie od chmur szukało miejsca, gdzie mogłoby zrzucić trochę tłustych, zaróżowionych brzaskiem chmur. Z wygasłej latarni czarnowzrocze gawrona zanosiło się chropawym śmiechem. Twarze wolne od mimiki, wsobne, ukryte, pozwalały samochodom kraść wciąż senne ciała i wywozić je do innej niż tutejsza codzienności. Klon paradoksalnie płaczący schnącymi liśćmi darł niebo na strzępy czarnymi pazurami, nawet wtedy, kiedy niewielki pies łaskawie dzielił się z nim wilgocią. Szpacze zastępy, hordy dzikie, nie wstały jeszcze na łowy, chociaż wszędobylskie winobluszcze kuszą jagodami jawnie i bezwstydnie. Żółte prostokąty otulają zarodki życia, pieszcząc je pozornym ciepłem, by dojrzały do przyjścia na świat, który dopiero ubiera się w kolory. Wielobarwne drzewa i schowane w czerń kobiety zdają się być niewzruszone spektaklem, malarską sesją, mirażem, wariacją, malowaną słońcem na temat kolejnego poranka. A przecież dzieje się cud stworzenia.

środa, 28 października 2020

Przemijanie.

 

Pobrałeś? – oddasz!

 

Nawet, gdybyś wiarygodnie naśladował spełnionego Demiurga – zwrócisz, przeważnie wbrew sobie. Nie urodził się dotąd żaden śmiałek, co skruszyłby regułę. Przenicował formułę. Śmiertelne gwiazdy codziennych wiadomości nieustannie kokietują niezmierzony firmament, nim dopadnie je nieuchronny koniec złudzeń, a ponura rzeczywistość, pochłonie złudzenia, przesiąknięte mrzonkami.

 

Pionki dawno rozsypał Los, uśmiechając się kąśliwie, kiedy zdarzyło się ulepić bardziej wiarygodnego herosa. Zuchwalca, dowolnej płci, czy wyznania. Zapewne kolekcjonuje hipotezy z myślą, że nadejdzie Czas w nastroju frywolnym, aby przy szklaneczce czegoś oszałamiającego, wspólnie wyzwolić ekstazę. Uniesienie, usprawiedliwiające zapomnienie. Dające ułudę rytmu, niosącego w sobie zalążek wieczności. Spazm, w jakim spełniają się małe sny.

Klepsydra.

     Ręką nienawykłą do ciężkiej roboty ścisnąłem życie. Zaskwierczało podejrzanie. Przeszłość ospale wybrzuszyła się pęcherzem poniżej dłoni i bulgotała niezbyt przyjaźnie. Podły byłem dla niej. Nieznośny. Przyszłość z lekkością wznosiła się ponad dłoń, pełna nadziei. Tyle, że pusta absurdalnie. Coś dławiło w piersiach. Chyba nie zdołam się przecisnąć przez wąskie gardło.

poniedziałek, 26 października 2020

Podejrzenie słabo uzasadnione.

    A w Pińczowie dzień zawraca. Mgły doznają zawrotów głowy i szlochają rosząc nieużytki zapomniane przez Boga i ludzi. Noc gubi łzy i spadają niechciane gwiazdy – wszystkie; te, którym nikt nigdy nie powiedział – „na zawsze”. Jest ich sporo. I spadają, robiąc dziury w asfalcie, bo jakoś nie przyszło im do głowy spadać na marmury, czy inne, szaro odziane kostki betonowe. Na drzewa pełne jesiennych owoców, albo szyszek otrząsających się z nasienia. Wszystkie taplać się chciały w blasku czerni niepojętej, w kosmosie codziennej nocy, choć sama codzienność paradoksalnie wyklucza mrok.

    W taki dzień, który sam nie wie, czy rozłożyć kolana przed nocą i oddać się bez reszty, czy raczej samemu w nią wejść i krzyknąć spazm zapomnienia, zerkam powyżej horyzontu. Na Pińczów, w którym jabłka przebrzmiałe gnić już muszą na drzewach, albo pleśnieć pod nimi. Gdzie śliwki kryją się futrem grzyba, co nie zna umiaru. Ja też go nie znam. Może jestem kuzynem pleśni? Bratem zgnilizny? Robakiem toczącym życie, żeby zdechło? Wirusem dyskretnie opanowującym ciało żywiciela?

    W Pińczowie mrok podarty na ćwierci. Sen przetykany krzykiem nowożeńców, głodem niemowląt i przekleństwami bezsennych. Jestem uzurpatorem. Jestem mrzonką. Jestem dyktatorem mody, jakiej nikt nie rozumie. I nie musi. Ważniejsze, by patrzył. Choćby ukradkiem. Żeby masturbował własne mniemania do ekstazy. By był mój. Była… Było…

    On-Ona-Ono… Błądzę pośród zaimków osobowych i sam nie wiem, który z nich miał stać się erekcją. Bo żadnemu nie wierzę, a Pińczów właśnie doznaje ekstazy, rozbiera się w agonii nocy i zanim przywdzieje kolory jest ciepły… miękki, jak kobieta w pościeli, co wspomnieniami wczorajszymi gotowa upiec na rożnie niebo i piekło.

    Ja? Domniemaniem jestem zaledwie. Myślą płochą uwitą pośród zarośli, w jakie nikt-nigdy-nikomu nie pozwoli… Jestem, albo tak sądzę buńczucznie. Pośród mroku łatwo być. Obarczony słońcem ugnie się i Herkules. Cóż Ziemia? Paproch na nieboskłonie… A ja? Tak drobnych cząstek nie odkrył dotąd nikt, a przecież nagroda Noble’a czeka na zwycięzcę każdego roku. Są tacy, którym sok z jabłek wystarczy, miast pokus z drzewa dobrych wiadomości. Są tacy, którym niepokalana pierś Ewy, zda się niedojrzałym owocem.

    Tymczasem, w Pińczowie, dzień zawraca…

piątek, 23 października 2020

Wątpliwość.

 

Deszcz. Całkiem niedawny. Padał i padał, jeśli można powiedzieć tak o czymś, co sprawiało wrażenie, jakby dno wanny zbutwiało nad głową i z nieba lały się strumienie zbyt obfite dla tak ubogiego słowa jak deszcz. Krople tłuste jak larwy motyli pasące się na młodych liściach kapusty potrafiły zabić dżdżownice szukające ratunku na asfaltowych chodnikach, bo poniżej traw nie umiały złapać tchu. Lewatywa niebiańska wyczyściła im układ trawienny tak, że wysmuklały natychmiast i rozciągnięte wzorem spaghetti kotłowały się unosząc ponad wodę otwory gębowe.

 

Stałem pośród mroku i wdychałem wilgoć tężejącą, choć mokra była już wystarczająco, żeby dało się wykręcać ją z włosów, czy oddechu. Odpływ kanalizacji burzowej dławił się i zachłystywał, podziemne garaże rzygały krwią, woda… wszędzie woda. Pełno jej było, choć mrok ograniczał widzenie i tylko boje latarni wystraszonych nawałnicą drżały w zimnych płomieniach niedojrzałej żółci. Gra w klasy, malowana niewprawną, małoletnią ręką rozpuściła się i teraz cały plac stał się terenem potyczki. Zabawy, w której wygrać może tylko jeden, a reszta stanie się tłem dla chwilowej sławy.

 

Ktoś nerwowo zbierał skrzynki z pelargoniami, ktoś przekleństwami motywował psa, żeby wreszcie pozbył się wilgoci i wrócił na ciepłe legowisko. Inny krył się przez zaciosami wiatru, chcącego rozebrać człowieka, bez zdejmowania z niego choćby jednego gałgana. W podcieniach bram, pod dziecięcą zjeżdżalnią kryły się nadzieje brodzące po kostki w wodzie. Bóg w piaskownicy stawiał pasjansa, co chwila zmieniając zdanie i ścierał zużyte słowa pisząc wciąż nowe – cóż dla Niego tak mała tablica? Pisał i pisał, w trzech, a może siedmiu wymiarach.

 

Ubrany, a przecież nagi. Lizany wiatrem i nocą. Stałem w zachwyceniu jakimś, które nie zna czasu i obowiązków Gapiłem się, nie licząc kropel. Przenikałem wzorkiem ciemność poszatkowaną na tak drobne interwały, że oko nie miało siły ich zmierzyć. Litościwa noc odebrała pokorę i pozwalała rozlać się wyobraźni bez umiaru. Ktoś uciekał skulony pod rozpadającym się parasolem, ktoś bosą nogą wybijał rytm pospiesznej ewakuacji. Pewnie ktoś scałowywał niebiańskie łzy ze zziębniętych piersi, ale może to tylko moje imaginacje.

 

Deszcz. Nieskończony, zachłanny, głodniejszy od watahy wilków na przednówku. I noc. Noc, w jakiej skryć się gotów każdy wróg i każdy ciąg dalszy. Zamknąłem okna, lecz rolety uniosłem po kres. Zamknąłem i patrzyłem, a skóra wygładzała się powoli. I tylko jednego wciąż nie wiem. Kto jest ZA SZYBĄ? Ja, czy deszcz?

czwartek, 22 października 2020

Jesień.

 Żółć fasolki szparagowej wytarła się w dłoniach strapionych staruszek. Zbyt droga, żeby choć skromnie zagościć na obiedzie, kurzy się w skrzynkach, zerkając jak cień skraca się i sięga już pierwszych, pomarańczowych głów stygnących dyń leżących nieopodal. Pani fałszywie blond prowadzi jawnie miedzianowłosego burka, który swoją radością bezwstydnie skrapia wybrane drzewa. Dzieci, nie potrafiące jeszcze patrzeć w przyszłość dalszą niż „teraz” biegają beztrosko za piłką, albo więdnącymi liśćmi, jakie wiatr strząsa bez umiaru. Kasztany zagnieżdżają się w ziemi osowiałe, zmatowiałe, brudne. One wiedzą po co spadły. I wiedzą, że zima nadejść musi niechybnie. Młot pneumatyczny, długą serią, rozstrzeliwuje ciszę, rumiane kiście owoców czają się w koronach szwedzkiego jarzębu, trawy wysypują ziarno na pastwę losu i wróbli. Wrony rozbijają skorupy orzechów włoskich na przejściach dla pieszych, bo tam mają więcej czasu na konsumpcję. Wreszcie słońce. Nie tak ciepłe jak latem, ale budzące dobre samopoczucie – mimo wszystko.