Deszcz spadł na Miasto i trudno powiedzieć, że uczynił to znienacka. Od wczoraj się krygował, a na poważnie zaczął ćwiczyć w nocy – wstydził się chyba i wolał przeprowadzić próbę generalną, kiedy nikt nie patrzył. Tak autobus, jak tramwaj spociły się od środka i zewnętrze widzialne było jedynie za pośrednictwem komunikatów wokalno-wizualnych serwowanych z dobrodziejstwa komunikacji miejskiej. Jesień, jeszcze wczoraj złota, poszarzała i tą szaruga przytłaczała, spłukując niepoprawne myśli do rynsztoka.
Na świeżo wyremontowanym przystanku przy krawężniku woda tłoczyła się i zbierała w stado godne miana „kieszonkowego stawu”, spontanicznie wyrosłego tuż obok równie „kieszonkowego parku”. Nie dziwię się wodzie, że chciała przetestować jakość remontu, jednak ci, którzy czekali tam na przesiadkę drżeli jak listki na wietrze, podejrzewając stojącą (czemu nie leżącą, albo siedzącą? Szczególnie, gdy sobie uświadomię, że kamienie leżą, a nigdy stoją) wodę o najgorsze łajdactwa.
Perfidnie skazałem Długopiórego na stróża mającego wyznaczyć kres mojej podróży i przyznam bez wahania – spisał się! Wysiedliśmy zgodnie z domniemaniem codzienności tam-gdzie-zwykle i poszliśmy, tym razem już każdy-sobie. Z przeciwka podążała drużynka budząca organiczny niepokój. Piątka w kompleksowej czerni, zakapturzona, rozbudowana cieleśnie i werbalnie wulgarna nadciągała tyralierą, przeczesując ciemność w poszukiwaniu wyzwania. Małostkowo ucieszyłem się, że to nie moja sylwetka zanieczyściła celowniki tej piekielnej tyraliery. Wyraziłem cyniczne spostrzeżenie, że kredowy obrys denata na mokrym i wciąż zasilanym w wilgoć chodniku utrzymałby się krócej niż pamięć o mojej, nieistotnej istocie. Wyraziłem tylko w najgłębszej głębi siebie, żeby nie sprowokować pokerowej reakcji i pomknąłem naprzód, nim najbardziej wyrywny piekielnik powiedział „sprawdzam!” (dowolny piekielnik powiedziałby raczej sprawdzam kurrrrr!, ale to już dopisałem post fatum. Ci nie powiedzieli nic. Albo byli z wyższych sfer, albo ociężali umysłowo nie zdążyli zareagować nim zniknąłem z horyzontu celów godnych zmasowanego ataku)
Sapnąłem, jak samiec, któremu w życiu udało się niemal wszystko. Ale tak naprawdę, humor poprawiła mi dopiero pani w szmaragdowych spodniach i kremowej bluzie. Nie zmieściło mi się w gardle stwierdzenie (choć na klawiaturze brutalnie je wymusiłem), że szła w moją stronę, z deszczu czyniąc doskonałego powiernika wypełniającego ją szczęścia. Ona szła pomimo mnie. A raczej nie tyle szła, co podskakiwała, tańczyła, rozsiewała radość i uśmiechem poskramiała mrok, powstrzymując marazm wystarczająco skutecznie, bym roztopił się całkiem w jej uniesieniu, wspomnieniach mówiących ideałom „jesteście zbyt ograniczone, żeby zrozumieć”. Zachowałem wspomnienie, choć w swoim wymarzonym świecie, zapewne wcale mnie nie zauważyła. Nie szkodzi. Najpiękniejsze kwiaty, to zawsze te niezerwane.
Radio molestuje mnie reklamą Badaj się by żyć, a ja jak skończony prymityw, nie negując aspiracji Płatnika Owej Reklamy usłyszałem: Żyj, by się badać! I tylko wiary w szczerość intencji nie potrafiłem w sobie wzbudzić. Zapewne jestem zakamieniałym złem, bo na reklamę patrzę poprzez tubę – skoro ludzie nie poznali doskonałości twoich idei, sam rozgłoś je medialnie! Wszak wie to już przedszkolak, że telewizor głosi prawdę, całą prawdę, tylko prawdę i zawsze, ale to zawsze zrealizuje zlecenie Płatnika, nie zniżając się na poziom faktów autentycznych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz