wtorek, 9 marca 2021

Przed słońcem.

 

King-kong, pomarszczony troskami bardziej niż dorodny szarpei, rozglądał się sponad zdemilitaryzowanej baretki munduru z narodową flagą, jadąc VAN-em przez osiedle dumniej od każdego szeryfa. Patrząc na niego miało się wrażenie, że jego zewnętrze zmierza w stronę urody od nieoczywistej strony, tj – dążąc do ideału przez pokonanie pilnie strzeżonych granic szpetoty by wreszcie zakwitnąć po drugiej stronie, jako samotna magnolia na pogorzelisku. Życzyłem mu powodzenia i poszedłem dalej, mijając rudowłosą panią w pięknych rajstopach, które miałem przyjemność podziwiać również wczoraj. Widać bardziej było mi po drodze za inną, pięknie obdarzoną przez naturę, pozbawioną kantów i twardych krawędzi. Okutaną tak hojnie, że odzież musiała się wysilić, by choć odrobinę kształtów zaprezentować światu. Udało się – wierzby mandżurskie pozwijały gałęzie w sprężynki z zazdrości, że one takie wiotkie i kruche, a tu spaceruje czyste piękno do bliżej nieokreślonej codzienności. Gęsty kożuch rzęsy okrywał zestaloną wodę w rowie. Zapewne szczęśliwie dla mnie, gdyż w woda w stanie stałym wydziela najmniej aromatów, a ten, z dna wzięty, do zachwycających nie należał. Patrzyłem na zamarzniętą szmatę wyglądającą jak martwy jeż, na spodenki porzucone przez zawiedzionego koszykarza – leżą ze dwa tygodnie podpierając zaplecze wiaty, albo chroniąc od chłodu przyszłe stokrotki na trawniku. Mijałem pobojowisko po budowie chodnika, wyglądające jak pole bitwy, zanim szakale i sępy wygryzą martwe mięso do czysta. Butelki z wygasłym wzrokiem paczki z rozdartymi brzuchami, przyszpilone butem pudełka. Aż dziw, że ponad tym wszystkim zamiast padlinożerców krążył samotny wróbel, by wreszcie wbić się między kolce pustych gałęzi krzewów, na których przymarzły niezebrane jesienią owoce. Jagody goji?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza