poniedziałek, 8 listopada 2021

Prasówka cd.

 

1.  Poradnik dla ekstremalnych wędkarzy.

Przodkowie mawiali, że w stawie zawsze pływa większa ryba. Dziś największa ma białoruskie DNA. A jeśli ugryzie cię w prawą nerkę – wzorem Chrystusa – nadstaw lewą! Nawet Bóg jednak nie przewidział, że wschód potrafi być tak głodny, by po konsumpcji zapytać:

- Tylko dwa udka? Róża wiatrów ma zdecydowanie więcej ramion.

 

2.  Złotousty.

Pan prezes, specjalista od sukcesów bezapelacyjnych cierpi na drobną skazę, bo natura zaledwie dąży do ideału, nie osiągając go nigdy. Dlatego, mówiąc o wyjątkowych w skali świata sukcesach uśmiecha się dyskretnie lewitując ku prawej stronie, jednocześnie karając lewicę grymasem bezkresnego obrzydzenia. A odsetki centralne rosną szybciej niż „Mury” poety Jacka. I nie wnikam, czy ów Mistrz nad Mistrze jest ślepy i  się mu trafiło, czy też ma w zeszycie pierwszoklasisty dedykację z autografem najjaśniejszego:

- „Per aspera, ad astra”!

 

3.  Emocje.

Internet do białości rozgrzewa informacja, że lada godzina  nadwiślańscy (jak wynika z danych ZUS) herosi stoczą epicki pojedynek z Kopciuszkiem, który to pojedynek zaświeci niegasnącą zorzą nad firmamentem sportu III RP. I kolejnych także, bo przecież wiadomo… A historia zna przypadki, w których wielki inaczej Dawid z wielkim jak najbardziej Goliatem… ech – nie odbierajmy marzeniom ich światła. Cały ogień na laleczkę!

 

4.  Wytrwałość.

Pani znana bardziej z zaników kubatury tkanki tłuszczowej, zbliżonej do mięśniowej atrofii, zakulisowymi wysiłkami grafików chwali się, że na interakcje bezpośrednie z własnym facetem przyjdzie jeszcze czas. Choćby trzeba było poczekać na podrasowane niusami pięćdziesięciolecie pożycia, którego być może dozna małżonek, wykupując przed czasem zapas niebieskich pastylek z aptek całej Warszawy. Nawet tych opozycyjnych. I spożyje je na bezludnej wyspie gdzieś pośród karaibskich nocy pełnej westchnień, sugerujących, że to już nie to samo, co niegdyś (kiedy wróble ważyły po 15 kg i na śniadanie tradycyjnie zjadały tatara z niedorosłych tyranozaurów. Byle umowny paparazzi nie stanowił zagrożenia dla budżetu planowanej na lata inwestycji w popularność.

 

5.  Epidemia.

Wstrząsające wieści dochodzą z frontu walki z rzekomym wirusem – trzy osoby (jak głoszą oficjalne media) padło w wyniku niszczącej siły wybryku, jaki ponoć wydostał się tylnymi drzwiami ze sterylnie czystych chińskich laboratoriów. Tymczasem, na drugiej stronie zebranych statystyk można zaleźć lakoniczną wzmiankę, że nowotwory (naprawdę robimy, co możemy od kilkudziesięciu lat) pożera dziennie zaledwie 250 osób z polskim dowodem. A tych, którym przyszło przegrać wojnę z układem krwionośnym jest (bagatela) zaledwie 350 – dzień w dzień, bez czarnych piątków i wolnej soboty. Staramy się umniejszyć szkodliwość drugoplanowych wątków, żeby skupić się na wrogu publicznym numer jeden – świadczy o tym choćby fakt, że sześć niezależnych korporacji zakasała spódnice, kalesony itd. I już dzisiaj za pięć stówek sprzeda każdemu (bez względu na rasę, wyznanie, płeć i seksualne preferencje) własny produkt, pod warunkiem, że kupujący uwolni sprzedawcę od odpowiedzialności za produkt, dumnie ometkowany logiem wytwórcy. Najwyższy czas upić się i uciec w Bieszczady – może jakieś alternatywne kierunki? Bo tam… wszyscy się nie zmieszczą.

 

6.  Najtrudniejszy pierwszy krok.

Kiedy Minister Sprawiedliwości „negocjuje” z prawomocnym wyrokiem sądowym, marszczy mi się skóra na dupie. Mówiąc kolokwialnie – boję się.

 

7.  Dołek w piasku.

Każdego roku zimowe roztopy samoistnie spływają ku zlewni Odry i Wisły – wtedy wszystko jest ok, choćby pół Opola utonęło, przy okazji topiąc księgi wieczyste m. Wrocław. Kiedy jednak w środku lata część wód głębinowych wybierze ścieżkę ku północy, wtedy Czesi podnoszą larum. I nie dziwię się im – wśród nich TEŻ jest mnóstwo patriotów. Ale nas jest więcej! I Turów jest zaledwie sugestią dla wód podziemnych – nikt ich nie zmusza.

 

8.  Narkotyk.

Jak trudno zdać sobie sprawę, że TV, to narkotyk? Niemal niemożliwe. A przecież już teraz oficjalne media informują, że nie każdy odbiornik da radę, kiedy właściciele stacji nadawczych zmienią standardy. Zmienią? A czemu nie? Zamiast pogadać z dziećmi, czy partnerem płci preferowanej – łatwiej jest kliknąć pilotem i prócz prozaicznych własnych przygód, przeżyć bogatsze, cudze. Albo pozwolić omamić się erudytom z portali informacyjnych, czy plotkarskich. Coraz trudniej uwierzyć, że dzisiaj narodziło się na analogowych, zwierzęcych instynktach. Kupujmy nowe odbiorniki, bo komuś na górze najwyraźniej zabrakło „na waciki”!

 

9.  Zwierzątka.

Nie byłbym chyba człowiekiem, gdybym nie był wrażliwy na los przyrody. I tej, co z sedesu potrafi wychynąć szczurzym wąsem, albo wężem boa, względnie borsukiem, posilającym się nocami w opłotkach miasta w centrum Europy, czy nawet dzikami, które zamiast uszlachetnić obiadowy talerz ozdobione plasterkiem marchwi, wałęsają się po śmietnikach, strasząc nocnych marków i stawiając do pionu służby specjalne. W takich warunkach informacja, że człowiek uciekający przed rozwścieczonymi pszczołami skrył się w potoku, gdzie zjadły go żywcem piranie, wydaje się ledwie czubkiem góry lodowej.

 

10.             Reklama.

Ratunku! Wciąż mam wrażenie, że wrażenie jest ważniejsze od faktów. Wspominam siwiejącego sprzedawcę w sklepie drogeryjnym, który mówił, że ogląda wiadomości pomiędzy sportem, a prognozą pogody, bo wtedy wie, jaki proszek do prania będzie jutro sprzedawał. Nie zamierzam wymieniać żadnej z reklam – ale czuję się podle. Mam wrażenie, że poziom reklam, dedykowany poziomowi domniemanego odbiorcy jest już poniżej granic tolerancji. Szwedzki supermarket pozwala sobie na cykliczną ofensywę, po obejrzeniu której MUSZĘ stanąć przed lustrem i zadać sobie pytanie – kto jest normalny. Nie ułatwię Wam odpowiedzi, nie chcę nic sugerować, ani indoktrynować. Ratunku!

Ekstrakty cz. 40

 

Koneser.

Wdychałem zapach skóry bez wstydu i umiaru. Niepomny, że na policzkach zakwitły ci rumieńce, a każde słowo rozszarpane zostało spazmem grzesznej tęsknoty. Uczyłem się ciebie językiem, bo czymże są toporne dłonie wobec kaszmiru kobiecej uległości – nos bezbłędnie poprowadził oszołomione zmysły.

 

Rosiczka.

Zakwitłaś na mojej dłoni, a ja ostrożnie ogrzałem oddechem kiełkujące ziarno. Rosłaś szybko, zachłannie, jak ogorzałka wełnista pośród polany niezmierzonego lasu. Mój zachwyt nie onieśmielał cię wcale – gdy tylko dojrzałaś, ugryzłaś mnie do krwi, by wypić życie do końca.

 

Z premedytacją.

Smarowałaś masłem chleb, pachnący wciąż ciepłem glinianego pieca i kapuścianego liścia, a ja łykałem ślinę ukrywając pożądanie. Jeśli ktoś był w tamtej chwili głodny – byłem nim ja. Podałaś niepewnie skibkę, bym poczuł hipnotyczną moc śmierci utkaną w tajemnym smaku bielunia.

 

Pan dobrotliwy.

Nieskończoność ściany przemierzał pająk, któremu nikt nie obiecał, że dotrze do kresu, poza widnokrąg, jakim była krawędź dzieląca ścianę z sufitem. Szedł wytrwale, zapewne lekko spocony i głodny bardziej, niż jeż w marcu. Pomyślałem: „tam nic nie ma” i zgniotłem bezzasadne moim zdaniem życie.

 

Posłuszna.

Od dziecka uczyłaś się grzeczności, więc rady matki bezbłędnie znalazły drogę pod dziewiczą kołdrę, grzęznąc niespiesznie w intymności. Gasiłaś pożądanie wprawniej, niż ja papierosa pod pijanym butem, choć mówiłaś „nie” każdemu śmiałkowi. Nawet, gdy ten okazywał się być zaledwie słuchawką prysznica.

Szaman.

 

Niczym wędrowne gęsi sfruwały z łysiejących drzew miodowe liście, a wiatr niósł je dalej, niż babie lato, czy parasolki dmuchawców. Na przystanku dojrzewa pani tak szczupła, że gdyby przyszło jej usiąść na pięciozłotowej monecie, to jeszcze na niej kaprysiłaby, szukając lepszego miejsca, marzła w milczeniu, zaplatając nogi w misterną konstrukcję, zaprzeczającą prawom anatomii. To ostatecznie przekonuje mnie i oswajam się z myślą, że zimno i wilgoć opanowały okolicę i tylko czekać na szturm. „Po wielkiemu cichu” zdobywam się na myśl, że gdyby czerń została oficjalnie zabroniona, spora część populacji chodziłaby nago, nim zdobyłaby się na tęczową rozpustę. Kawka, z wysokości ulicznej kamery przemysłowej szpiegującej drogowych piratów (i wszystkich pozostałych użytkowników przy okazji też), naśmiewa się z wrony, która nie śmie podjąć polemiki, gdyż dziób i gardło zablokowane ma orzechem. „Kruk i lis”? Dziewczątka o oczach profilowanych farbkami na skośne, w buciorach cięższych niż nosiło gestapo i dzwonach, różniących się od noszonych przez dzieci-kwiaty jedynie barwami penetrują rzeczywistość w ruchach kanciastych, jeszcze nie kobiecych, a już nie dziecięcych. Współczuję. Podziwiam. Zachwycam się. Przecież właśnie dzieje się jutro! Nie do końca takie, jakie wymyślił Lem, Beksiński, czy Wachowskie rodzeństwo wiedzione szaleństwem wykraczającym daleko poza wyobraźnię tymczasowych użytkowników świata. Rozszczepiam kroplę wody, by odnaleźć kolory. Dzielę myśl na czworo, a Kopciuszek powinien uschnąć z zazdrości, jak doskonale dzielę hałdę wrażeń na nieistotność detali. 


Jestem.

 

I chłonę.

piątek, 5 listopada 2021

Ekstrakty cz. 39

Upadły anioł.
    Biegł przez deszczowe miasto, delikatnie w dłoniach kryjąc ostatnią iskrę nadziei. Biegł ze wzrokiem wpatrzonym w przyszłość, gdy potknął się na nierówności chodnika. Nim zaklął – leżał z rozbitym nosem w kałuży, a iskra sycząc z wściekłości właśnie gasła.

Fantazja.
    Nim dotknęła mojej twarzy, zamknęła oczy. Jej czoło powoli wygładzało się, a na usta wybiegł uśmiech, kiedy jej palce stoczyły się po szyi ku obojczykom i niżej. Nie wiem, kogo we mnie dostrzegła, ale otwierała się, jak nigdy wcześniej.

Spadek.
    Wieczór już siedział mi na ramieniu, gdy z wierzbowej głowy wyciągałem wilgotne próchno. Na ubogiej ziemi taki nawóz to skarb. Nim sięgnąłem twardego dna łopata uderzyła w coś dudniąc głucho.

Duchy.
    Poprosiłem córeczki, żeby nazbierały świętojańskich robaczków na lekarstwo dla umierającej matki. Posłusznie wybiegły w noc, stópkami znacząc drogę do świętego dębu i w nocnych koszulach łapały owady, chowając żywe do słoików. Jedna z córek nie wróciła do domu, lecz matka wyzdrowiała.

Apetyt.
    Mieliśmy zostać braćmi krwi, więc stanęliśmy nad miednicą i wyciągnęliśmy ręce ku wspólnej miłości, która żyletką przecięła nadgarstki. Krew zakipiała w ranach i popłynęła wartko, nie dając się zatamować. Nim straciliśmy przytomność dostrzegłem, jak wybranka chłepcze zmieszaną krew wprost z miski.

W przeszłość odziany.

    Na wystawie sklepu z niedonoszoną odzieżą zobaczyłem kapelusz. Miałem wzruszyć ramionami i pójść spokojnie dalej bo na cóż mi kapelusz, kiedy królika spotkać można wyłącznie w lodówce hipermarketu w promocji za garść miedziaków.

    Jednak kapelusz mamił wzrok. Nie do końca kuglarski, wcale nie kowbojski, a tym bardziej salonowy czy cyrkowy. Taki zwyczajny, codzienny, żeby zasłonić łysiejącą czaszkę przed pełnym pożądania wzrokiem satelitów szpiegowskich. Albo odciąć się od wrażeń wizualnych i popełnić drzemkę w trawie nad brzegiem ruczaju… gdyby był.

    Wysupłałem cztery złocisze i ogrzewałem je ciepłem dłoni czekając na otwarcie sklepu. Pani cieleśnie rozpasana beznamiętnie skasowała należność i zdjęła z wystawy przedmiot pożądania. Brudny był. Zakurzony. Wewnątrz miał poprzecieraną od ciężkich myśli listwę potnika i trzeba było być lekkoduchem by zdecydować się na podobny zakup. Panama – tak przynajmniej reklamowała produkt spłowiała metka kurczowo uczepiona wnętrza. Wyprodukowana w dalekiej Portugalii w okresie międzywojennym. Antyk.

    - Zakładać? Zbezcześcić historię i wetknąć w nią pustawą głowę pełną pochopnych fantazji? Równie dobrze mógłbym założyć na siebie Akropol albo Pietę i nabierać wartości pod ich oszałamiającym ciężarem.

    Krok mi dostojniał, pośpiech traktowałem z pogardą i puszczałem szczeniaka przed sobą. W rękach miąłem rondo, nadal niezdecydowany, czy słusznie dałem się zauroczyć. Witryny jedna po drugiej przymierzały mój nietrwały obraz w ramy ościeżnic. Niektóre skażone wizją surrealizmu, inne ekspresyjnie uplamione, przydawały życiu pierwiastka poezji. Najzuchwalsza pozwoliła sobie wręcz na karykaturę, ale nawet ona nie miała śmiałości, żeby wyjąć mi z dłoni kapelusz i wetknąć między uszy. Musiałem zrobić to sam bo moje negatywy w szybach zimne były, jak pocałunek listopadowej nocy i ani śniły podejmować ryzykowne inicjatywy.

    Kapelusz leżał, bo to potrafił najlepiej. Szczęśliwie nie upominał się o wygrzaną półeczkę w sklepie, na której nudził się zapewne przez kilka ostatnich lat, czekając na oryginała, któremu siano we łbie kazało przymierzyć dzieło przedwojennych mistrzów. Witryny odsunęły się nieco, spłoszone niespodzianie rosnącym gabarytem, wciąż jednak mieszczącym się w ramach. Przyglądałem się sobie z mieszaniną uczuć ambiwalentnych, za to kapelusz ze stoickim spokojem konsumował moją czaszkę, łaskocząc cieniem czubek nosa. Nie takie rzeczy znosić musiał w przeszłości. A i materiał ludzki był nieco lepszej kondycji.

    Pod przykryciem najwyraźniej zajmowałem większy fragment przestrzeni, gdyż przechodnie szerszym niż zazwyczaj łukiem omijali moją bezwładność onieśmieloną lustrzanym odbiciem, spoza którego wyglądały niklowane rondle o mahoniowych rączkach i parasole wielobarwne, jak motyle. W sumie było mi wszystko jedno, czy tłem będzie damska bielizna, chemia użytkowa, czy drobny sprzęt elektroniczny. Kapelusz milczał, jak zaklęty. Najwyraźniej przeżywał. Może oswajał się z nową sytuacją, albo wdychał zapach mojego skarlałego rozumu, zabezpieczonego twardą skorupą przed autobezmyślnością. Może nawet chlupotałem wewnętrznie na wzór orzecha kokosowego.

    Cień nagle zgrzybiały usiłował wcisnąć się między popękane płytki chodnikowe, wstydząc się najwyraźniej zmiany kształtu oswojonego przez lata współużytkowania. Zły był na mnie i klął coś pod nosem, ale znałem go jak zły szeląg – przejdzie mu niebawem, bo urazy chować nie potrafi, mściwy nie jest, a obecną złość złożyłem na karb zaskoczenia. Jeszcze chwila i sam zacznie się wdzięczyć, stroszyć piórka i przyglądać się sobie, jakby zamierzał pójść na pierwszą w życiu randkę.

    Żeby mu zadanie ułatwić – ugiąłem kolanko, obróciłem się profilem, a nawet klapy jesionki wygładziłem, żeby ułagodzić złośnika. I brzuch wciągnąłem, gdyby mu do głowy przyszło machnąć fotkę na okładkę tabloidu. Nie powiem – z ulgą odetchnąłem, gdy wypuścił z łapek kurczowo trzymaną krawędź piwnicznej kraty i zaczął flirtować z damą na szpilkach, najwyraźniej zakłopotaną bezwstydnym zainteresowaniem cienia. Szczęśliwie nie nauczyłem go gwizdać, bo dostałby w pysk niechybnie, a tak, to tylko ja zarumieniłem się ze wstydu, choć udawałem, że to wiatr wybarwił mi policzki, jak jesienne słońce skórkę zimowych jabłek.

    Cień na szpilkach dawno już ucichł, a na wystawie rondle przestały puszczać zajączki w nasza stronę, gdy wreszcie mogliśmy pójść, nadal kątem oka obserwując siebie nawzajem. Całkiem, całkiem wyglądał ten mój cień w kapeluszu. Żeby się jeszcze ogolił i brwi przyczesał, to kto wie, na co mógłby sobie pozwolić. Może nawet dogonić te szpilki i porwać na kawę, czy ciacho?

    - Wiem, wiem – mruknąłem sam do siebie – znowu mi się rozszumiała wyobraźnia i kipieć poczyna nieprzystojnie. Szczęściem, teraz mam kapelusz, to nie wypłynie na wierzch tak łatwo. Prawda cieniu?

czwartek, 4 listopada 2021

Przed burzą.

 

Wczorajsza noc zapomniała się najwyraźniej i chyba odrobinkę zdrzemnęła się pod żywopłotem zamiast odejść trwale, lecz znów wstała i nieco pijana zatacza się pomiędzy latarniami. Aż duszno od tej ciemności, w której wrony wyglądają na kolorowe. Sikorki chowają się na balkony i depczą ziemię w skrzynkach pełnych zmarzniętych kwiatów. Drzewa miodopłynne, mokre, pachnące suszem nawilgłym, straconym dla jesiennej urody płowieją i linieją bez przerw. Wiatr przelicza owoce na pigwowym drzewie, dziwiąc się, że to zajęcie sięga już arytmetycznych możliwości przedszkolaków. Kloszardzi objuczeni łupami zmierzają ku punktom zbytu, starsze panie zaniepokojone aurą pospiesznie kończą zakupy, by skryć się w zaciszu domowych wspomnień. Pies gonił właścicielkę, a bioderkami kręcił tak zalotnie, że nawet Afrodyta mogłaby pozazdrościć mu wdzięku. Spuchnięte, fioletowe śliwki prężą się na straganach, za nic mając rumiane buraki i wielobarwnie pokraśniałe jabłuszka. Skrzeczy sroka walcząca o zachowanie równowagi na sosnowej gałęzi. I nawet samochody jeżdżą dziś na paluszkach, jakby bały się zakłócić ciszę.

Niespodzianka.

 

Podpompowałem mięśnie i takie tam różne frymuśne historie do jakich oblizują się w niedopowiedzeniach pragnący tak, albo inaczej. Musiałem, bo noc była chłodna i nieco sflaczałem, a wyjść zamierzałem między ludzi, więc nie sposób upubliczniać się takim wygniecionym i niedoskonałym. Jak bubel z fabryki, który chytrze ominął stoisko kontroli jakości. Wydepilowałem front, peryferia i podcienie, założyłem niebieski sweter i uznałem, że do kompletu dobrze byłoby wziąć zielone oczy, ocieniając je dyskretnie szczotą lakierowanych rzęs. Lustro kontemplowało moje gabaryty wyszukując niedociągnięcia. Namalowałem rumieńce, przyczepiłem mimochodem pieprzyk na policzku, dobrałem kolczyki i parę innych świecidełek na nadgarstek i szyję. Poćwiczyłem język, przewracanie oczami, pokręciłem pośladkami w rytm lambady, aż lustro się spociło i wreszcie uznałem, że jestem gotów stawić czoło rzeczywistości.

 

Odważnie wyszedłem w przestrzeń. Wiatr bez zwłoki zaczął układać mi warkoczyki, aby dokończyć stylizację nutą szaleństwa. Byłem z siebie dumny, jednak podświadomość zaczynała jęczeć głośniej, niż karetki reanimacyjne w bojowych chwilach. Coś było nie tak. Nie grało. Kłóciło się, doskwierało i przypiekało niewysławialny niepokój. Rozglądałem się zielonookim zdumieniem, poszukiwałem zrozumienia. Stopy ustawiłem, niczym do zdjęcia, nadając sygnał „być może”, ale i to nie zakwitło przewidywalnym spokojem. Popłoch? Można wystraszyć się rzeczywistości, która zachowuje się tak, jakbym był wyrzutkiem, degeneratem, obcym… A przecież starałem się tak bardzo. Popełniłem kilkanaście bezładnych kroków idąc donikąd z wystudiowanym wdziękiem, ale nie wzbudziłem ani braw, ani euforii. Dziwne to. Zielonowzrocznie śledziłem otoczenie, aż nadeszło rozwiązanie – BYŁEM SAM! Rzeczywistość była pusta nie licząc mnie!

Przezorny.

 

Nie chciałem, żeby mnie zaskoczył. Przykro byłoby zostać przyłapanym na gorącym uczynku. Szczęśliwie wróg nie dysponował doskonałym wzrokiem, a moja kryjówka w gąszczu drzew zapewniała odrobinę intymności nawet przed nalotem stada dronów, czy głodem ciekawości satelitów szpiegowskich. Na wszelki wypadek wokół matecznika rozłożyłem gęstą sieć neuronów, reagujących na najdrobniejszy ruch. Skąd wziąłem system? Wydłubałem z własnego ciała. Żmudna robota, wymagająca zasobów pamięci stałej, żeby po wszystkim móc odzyskać komplet neuronowych ścieżek. Nie chciałbym upośledzić ciała niedoskonałością wynikającą z braku pamięci. Tym bardziej – czuć nieskończone drżenie zapodzianych dendrytów. Teraz całkowicie mogłem oddać się rozpuście, lecz ubóstwo nerwów sprawiło, że była mdła.

środa, 3 listopada 2021

Teraźniejszości budowane z klocków.

 

Z rzeczy niezwyczajnych – widziałem dzisiaj w tramwaju człowieka z książką. Analogową! Siedział sobie cichutko otoczony smartfonami, tłokiem na wpół scyfryzowanych istot wszczepionych błonami bębenkowymi w wirtualność powszechność, kobiet w butach na podeszwach przypominających ciężkie przyssawki o dwa numery większe od samych butów. Pośród dziewcząt udających chłopców i tych ostatnich wdzięczących się po pensjonarsku natykam się na ostatnie okruchy normalności, do jakiej nawykłem. I dziwię się, że mnie to ciągle zachwyca.

 

Z tych bardziej prozaicznych spraw, to udało się przedreptać rynkowymi brukami, zanim słońce na dobre rozpaliło kolory i wygnało z sypialnianych pieleszy turystów dewizowych. Zanim zdążyło położyć cień na wskazówce słonecznego zegara. Dreptałem wskroś i na przekór. Niby do celu, a przecież elewacje kusiły sobie tylko znaną magią. Każda własną, odrębną, inną, indywidualną. Kwiaciarki pozwalały odetchnąć świtem kwiatom plotkującym w dzbanach od wczoraj, knajpy wyrzucały smród minionej nocy na kocie łby. Zmęczeni kelnerzy polerowali blaty, gdzieś między wyrzucaniem popielniczek, a sprzątaniem niedojedzonych przekąsek.

 

Sikorki chwytając pazurkami pionowych krawędzi spoglądają na mnie nieśmiało, licząc, że nie zakłócę rozpusty nadmierną ciekawością. Skrzynki z jesiennymi kwiatami, schnąca gałązka lipy, a przede wszystkim uwięziona w plastikowej klatce kula zlepionych masą ziaren stanowią pokusę, która obezwładnia instynkty, goniące resztkami zdrowego rozsądku – człek, to wróg, to drapieżnik, który częściej skrzywdzi, jak wesprze… to ja… ptakożerca…

wtorek, 2 listopada 2021

W pośpiechu.

    Od rana z nieba wysypywały się diamenty i trzeba było uważać żeby nie dać się okaleczyć. Nawet wróble jazgotały w zimozielonym gąszczu, z daleka omijając łysiejące korony drzew. Dziewczę któremu wiatr wymalował na policzkach rumieńce piękniejsze od jesiennych liści ubrane było (między innymi) w gumowe oficerki co świadczyć mogło o jej przezorności bądź obawach. Psom nie chciało się nawet merdać. Uciekały ku dogrzanym pomieszczeniom w pośpiechu pozbywając się nadmiaru wilgoci. Tylko dzieci leżące w cieniu wózkowych gondoli stać było na beztroski śmiech i trudne do przetłumaczenia na ludzki język monologi.