środa, 9 września 2026

Kłącza na łączach czy na łąkach?


    A kiedy już naoglądało się makijażu spływającego po pryszczatych buziach podrasowanych na niebiesko, gdzie pot wyrzeźbił ścieżki na wzór górskich strumieni, otarłem własną głowę z potu, by wyraźniej widzieć świat. Fioletowa księżniczka zachęca niebieściuchną mamusię do wyprawy „na maka, bo tam są zabawki”, a mamunia w pełnym zachwycie zgadza się na tę rozpustę. Pewnie dlatego, że „rozmawiając z córuchną” jednocześnie przez telefon usiłuje opchnąć opiekę nad pieskiem, czy innym koteczkiem.


    W upale kwitną wyzwolone piersi, kolarze pojawiają się i znikają, jak jednodniowe jętki, nim dotknę ich zauważeniem. Dwóch młodziaków chwali się torsami pielęgnowanymi na siłowniach, za nic mając tłoczne zdumienie. Wulgarne samice o dużych biustach penetrują przedpole w poszukiwaniu żeru, czyli samczyków gotowych zainwestować we wzajemność uczuć. Mnie nawet pogardą dotknąć nie zamierzają, oszczędzając uczucia na obiekty warte ich spojrzeń. Na przystanku stoi kobieta okryta czymś, czego nazwać nie umiem – coś między chustką, stanikiem, a bluzką. Chyba nie tylko ja nie umiem, bo starszy pan o lasce też nie potrafi, ale on spluwa, ja nie.


    Jedna z knajp na Centralnym Deptaku Miasta nazywa się PIZZBURG – zabawna gra słów kojarząca się z Pitsburgiem. Starzejąca się Azjatka usiłuje pochwalić się pochwą, przed czym powstrzymuje ją jej partner. Do odjazdu pociągu mają jeszcze pięć godzin – liczyła że je wypełnię? Wracam do domu autobusem, który zamierzał chyba nie przyjechać. Komuś wypada z ręki telefon i wtedy zauważam kobietę obszerną. Gdyby jej pasek miał na imię Równik, nie musiałby się tego imienia wstydzić.


    A ileż trzeba mieć pewności siebie, żeby nie założyć bielizny pod prześwitującą sukienkę? I jak musi się czuć facet, dla którego pani gotowa była na taką ekstrawagancję? Ech!

wtorek, 8 września 2026

Klasztor klaszcze gdy plusz się pluszcze, a tłuszcz kryje w tłuszczy.

 

Meteorolodzy wróżą trzydzieści stopni w cieniu, ale chwilowo nie widać ciepłych podmuchów. Na razie dwie kobiety w granatowych, pikowanych kurtkach z kapturami naciągniętymi na głowy dosiadają miejskiej komunikacji i kłusują ku codzienności. Na przystanku pulchna nastka uznała za stosowne wbić się w kozaki z futrem najwyraźniej nigdy nie strzyżonym i zadawać szyku, albo choć wywołać na twarzy miłośników zwierząt podejrzenie, że wymarł jakiś rzadki gatunek, by móc uświetnić stopy dziewczęcia. A tak w ogóle, to zapowiada się dzień pięknych, dużych kobiet o bladej cerze. Bo rzeczy dzieją się stadami – wystarczy jedno zauważenie, a jego powtarzalność staje się przewidywaną konsekwencją. Niebo ozdobione chmurami historycznie nieznanymi, rozsiewanymi drogą lotniczą zachwyca symetrią i nieoczywistą zagadką dotyczącą lokalizacji lotniska.


Poeta naiwny zwykł był mawiać za nieznanym mi (chyba) wieszczem: Tanie wina są dobre, bo są dobre i tanie. Teraz nie mówi nic, bo ćwiczy nową figurę artystyczną – martwą naturę. Leży. Leży i pachnie. Nie, żeby fiołkami, albo świeżym owocem. Raczej octem i moczem. Kto wie, od jak dawna ćwiczy tę figurę – miał prawo się spocić, a fizjologia nie zna kompromisów. Rozbawia mnie komizm sytuacyjny – do samochodu z rejestracją ELA XL 85 wsiada drobna dziewczyna – na pewno nie XL i na pewno nie rocznik 85…

poniedziałek, 7 września 2026

Brzdąc brzdąka?

 

Słońce dopiero zamierzało wynurzyć się spod widnokręgu, a samoloty już namalowały mu na niebie promienie, żeby wiedziało jak ma świecić. Autobus tłoczny, wrześniowy, choć dzieciarni pragnącej wiedzę pogłębiać jakoś nie widać. Prędzej Uniwersytet Trzeciego Wieku. Dojeżdżam do dworca i autobus chciał się pochwalić, jak pięknie będzie jeździł wyremontowanym odcinkiem, którego fragment już działa. I to jak. Wytrzęsło mnie lepiej jak w wesołym miasteczku. Czyżby autobus się ze .mnie natrząsał? Kierowca na wstrząśniętego nie wyglądał. Pewnie się bał.


    Pierwsze kasztany turlają się po chodnikach, a w autobusie dziewczę nastoletnie siedzące brzydziej, niż chłopaki pod wpływem napoi wyzwalających fantazję. Nogi szeroko, biodra wypchnięte w górę, jakby zamierzała szczuć płcią, biustonosz wypływający na wierzch garderoby, a szpon zajęty skomplikowaną akcją stukał to tu, to tam. Odwróciłem wzrok, a tam starszy pan z bukietem łososiowych tulipanów szedł sobie nie całkiem przytulony do drugiego starszego pana. Niósł ów bukiet, jak znicz olimpijski i dumny był z siebie niemal namacalnie, czyli okazja musiała być niebanalna.


    Zastanawia mnie liczebność młodych ludzi cierpiących na Zespół Downa. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu spotkanie takiej osoby było ewenementem, a teraz niemal „przestają dziwić”. Młoda dziewuszka ostatkiem sił zmierza na dworzec. Idzie, jakby połamała nogi, albo obtarły ją do krwi sfatygowane trampki. Z mniej poważnych objawów – kilka tablic rejestracyjnych D2 RIOT, E8 ERROR, D7 NASI.

sobota, 5 września 2026

Na turnusie turów w Turoszowie, turniej turkocących turkawek o turmalinową turnię.

 

    Przy krawężniku przycupnął schnący, zwinięty liść klonu. Udawał ropuchę tak drobiazgowo, że musiałem go ominąć, by nie wystraszyć zwierzątka – nie zestresować, bo to modne słowo. Baraninka płynie po niebie wypasana zachodnim wiatrem, który przypomina sobie o trzódce od czasu do czasu. Ciepło, leniwie. Dzieci zajęte sobą gdzie-indziej nie płoszą ciszy, pozwalając jej rozsiąść się wygodnie na huśtawce, czy zjechać ze zjeżdżalni i poukładać w piaskownicy ziarnka piasku. Nawet psom tu nie po drodze – co cieszy. W ramach rozpusty – idę na giełdę minerałów, bo tam zawsze trafi się coś, czego nie potrzebuję, lecz tak niepowtarzalnej urody, że chce się na to patrzeć smętnym wieczorem, czy romantycznym porankiem.

piątek, 4 września 2026

Przebiegły, w przedbiegach wybiegł przed bieg na biegun.

 

Gdzieś po sąsiedzku wyszedł z bramy facet dźwigający w ręku prywatny pachołek drogowy. Dreptał z nim przez pół osiedla, aż ustawił w sobie wiadomym miejscu i celu, po czym poszedł na przystanek. „Zajął” miejsce, jak ci zapobiegliwi plażowicze, wstający bladym świtem, by parawanem ustalić plażowe granice? Na nieużytkach po wysypisku śmieci zadomowił się topinambur i wyciągał żółte głowy, czarnym okiem szukając słońca.


Dzikie wino, wspinające się na cegły muzeum architektury zaczęło się przebarwiać. Pod lipą, na trawniku ktoś podrzucił dwie wycieraczki. Niby samochodowe, ale może chciał zwrócić uwagę, że na lipę wspinać się trzeba w czystych butach? A jeśli łazić po trawie, to wyłącznie boso? Na bulwarze odsłaniającym najpiękniejszą chyba panoramę Miasta gruszki masowo schodzą z drzew. Co prawda, wciąż więcej ich wisi, niż leży, ale to kwestia chwili, żeby odwrócić proporcje. Pod mirabelami – istne szaleństwo. Fermentuje bardzo dojrzały owoc, oszałamiając owady i kusząc obietnicą strzemiennego, który gotów zakończyć się ciężką popijawą. Niepokojąco po raz kolejny (trzeci albo czwarty w tym roku) kwitną kaliny – czyżby poganiały kalendarz?


- Nowa nazwa – reklamuje się jakiś ubożuchny zakład.

- Stare ubóstwo – dopowiadam machinalnie.


Na ogrodzeniu budowlanym zielone afisze Lotnego Festiwalu Piwa. Piwo – rozumiem, Festiwal – przełknąłem. Ale LOTNY? Że niby co? Serwują pod chmurką? Cherubinki ze zziębniętymi ptaszkami podają do stołu sto metrów nad poziomem Ziemi? TEJ ZIEMI?


Zauważyłem ciekawe zjawisko – dziewczęta, zamiast męczyć się z torebką – toczą walizki! I usiąść jest gdzie i pojemność większa… Na jednym ze skrzyżowań sygnalizacja świetlna miała kaprys puścić piechotę w każdym możliwym kierunku jednocześnie. Z tablic na uwagę zasługiwał D7 KOT i V6 VAMOS – czyżby Hiszpan zapraszał mnie na spacer?

czwartek, 3 września 2026

Kwestia kwesty.

 

Zapadłem się w sobie jakoś tak jesiennie, nostalgicznie. I zamiast do przodu, zerkałem w tył. We wczoraj ominięte. Podziwiałem poprwionego człowieka. Nastolatka o turkusowych włosach i brwiach namalowanych tą samą farbą ciutkę powyżej wydepilowanych na zero tych prawdziwych, od Bozi. Metalizowana twarz z byczym kółkiem do karcenia niepokornych samców zdawała się być martwa pod grubą powłoką kosmetyków. Dziewczątko trzymało w dłoni parę bagiennych butów – tak nazywam obuwie pozwalające suchą stopą przejść przez bagno, całować koszykarza bez stawania na paluszkach, albo zerkania z ulicy na pierwsze piętro. OK. Można? Można. To nie jest brak tolerancji, że mi-się-nie-podoba-się. Skoro jejwolno wyglądać, to mi wolno mieć odrębne zdanie. Najwyraźniej żyjemy w światach równoległych i mamy (jeszcze) punkty wspólne. Niech to trwa jak najdłużej na chwałę jej i moją.


Drugie widzenie – Starsza pani w eleganckiej sukience, butach na obcasie szła jak księżniczka. Pięknie, kobieco, zachwycająco. Obok niej przemknęło takie-coś-nastoletnie. Niby w spódniczce, niby cyc niemal na wierzchu. A stopy paluchami skierowane mocno na zewnątrz (dobrze byłoby poprosić ortopedę o opinię zdrowotną), całość zgarbiona, może połamana – trochę bałem się, że dziewczątko się rozsypie, gdy będzie musiało wykonać coś więcej jak sto kroków. Na tle starszej pani wyglądała jak nieudany eksperyment. Robot bez wdzięku i duszy.


Kolejna akcja, tym razem logistyczna. Kierowca MPK, na przystanku uczył pasażerów kultury. Bo, jak okazało się jest REGULAMIN! I tenże regulamin MÓWI – kierowca ma przerwę, a jak przerwę przerwie, to zamiast jechać z pasażerami płacącymi słono za jego usługę, będzie jechał sam, w ramach przejazdu technicznego. Na czym polega techniczność przejazdu, tego już nie wyjaśniał. Najwyraźniej kultura pasażerów była zbyt ograniczona i nie była w stanie pojąć głębi odpowiedzialności funkcji kierowcy. Na przystanku zamiast ławeczki panował upał, względnie deszcz – różnie bywa z naturą. Autobus stał sobie pełen pustych krzesełek, ale… Przerwać przerwę? Tetmajer by się wściekł! Istna sodomia. A przerwanie tej przerwy polega na otwarciu drzwi. Resztę zrobią sami pasażerowie. Znaczy – zrobiliby, gdyby nie REGULAMIN! I kultura – pamiętajmy o kulturze. Koniecznie.

środa, 2 września 2026

Przewaga powagi nad odwagą wagi i uwagi wagonu o wagarach gara.

 

    Niebo wyglądało jakby zamierzało wykipieć. Cień czarnego kota interesował się gęstwiną nawłoci, między którymi nieśmiało rosły jeżyny i wiesiołki. Ze skoszonego trawnika łopian pokazywał mi swój zielony jęzor. Na przystanku Sympatyczny Rudzielec domalowywał sobie uśmiech, a wiatr bawił się jednym udem, które bez skrępowania wynurzało się spod naprawdę długiej sukienki. Wiatr korzystał, a i męski wzrok ocierał się o młode ciało. Nastolatka w szortach miała naprawdę mocno opalone nogi. Twarz i ręce zdecydowanie mniej. Czyżby nogi pomalowała farbą w kolorze opalenizny, a na resztę ciała zabrakło?


    Z blokowiska startowała w niebo połówka tęczy, reszta niknęła w chmurach. Inna, już w pełnej krasie łączyła opłotki z centrum. Słońce punktowo przedarło się przez chmury i wystarczyło go, by oświetlić jedno drzewo pośród innych. Jesion natychmiast przypomniał sobie, że jest wyniosły i sterczał ponad te pominięte.

wtorek, 1 września 2026

Nów ze snów i połów kłów.

 

    Na przystanku zerkam jak kobieta nerwowo sprawdza, czy nie zapomniała zabrać piersi. Kiedy je znalazła, otuliła długaśnymi połami rozpinanego swetra, który zapewne ma jakąś obco brzmiącą nazwę. Inna pani jechała tramwajem w bluzeczce z napisem GIRL – tak jakby bez tej deklaracji człowiek mógł mieć wątpliwości. A przecież była to bardzo doświadczona GIRL. Może nawet emerytowana. Na światłach podziwiam chudą dziewczynę w kozakach. Do kompletu zdecydowała się na minispódniczkę, która była tak bardzo mini, że bez wątpliwości mianowałem ją przepaską biodrową. Są tacy, którzy uważają, że jeszcze za mojego życia ludzie zaczną chodzić nago.


    Do kompletu dwie tablice rejestracyjne K0 KO 83 i D2 WRZOS.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Nieprawdopodobne.

 

    Chyba nie ma wyjścia i czas się dokładniej ogolić, zaprzyjaźnić z jakimś paparazzim, odpłatnie promować pigułki na rozwolnienie, albo na marskość wątroby udzielać się medialnie i eskalować z własną, najwyraźniej nieszablonową fantazją.


    Gdyż-ponieważ-bo, sierpień okazał się miesiącem za cały rok, a nawet i dwa tłuste lata (albo trzy chude) Sierpień chyli się ku upadkowi, a ja nosem drążę już chmury i wdycham oną wilgotność zewnętrzną dumny jak nie-wiem-co. Statystyka, a z tą trudno dyskutować wskazuje 102.000 odwiedzin. Zupełnie, jakbym prowadził na żywo kurs zaawansowanej pornografii, czy wykonywał sekcje zwłok, nim zwłoki zasłużą na swą nazwę. Naprawdę – ciężko mi uwierzyć, że ta niebotyczna liczba trafiła w mój blog.


    Ponoć Sztuczna Inteligencja zużywa mnóstwo wody, a już wkrótce będzie zużywać jej więcej, niż wszyscy ludzie na Ziemi. Czyżby to ona szperała u mnie i poszukiwała czegoś, za co można byłoby mnie skazać na dożywocie bez sieci?


    Jeszcze trudniej mi uwierzyć, że taka sztuka może się udać bez niej (Niej?). W końcu nie jestem wschodzącą gwiazdką wirtualnego świata, tylko zwyklakiem, który łazi tymi samymi ścieżkami i robi co może, by nie zapaść na przewlekłą nudę.


    Ech! Nie wiem i się nie dowiem – Radujmy się póki opromienia nas słońce!

Rozebrana zebra na zebraniu żebraków.

 

    Mięciutka pani w krótkich spodenkach dreptała ku codzienności a jej karnacja samym swoim istnieniem zaprzeczała idei lata. Czyżby córka piekarza? Poranek nasiąknięty chłodem podzielił ludzkość na zimno i gorąco krwistych. Rozłożone na żywopłotach pajęczyny zasnuły się mgłą rosy. Po niebie snują się ciemne, trójwymiarowe chmury, które już wkrótce powiją deszcz. Włoszce (przynajmniej tak usytuowałem ów język) od spaceru ze swoim panem skurczyła się talia i niemal dało się ją zamknąć w dłoniach. Proces miniaturyzacji sięgnął też bluzeczki, czy jak kto woli „topu”, spod którego wypływały piersi – nie to, że jakoś rozbrykane, tylko szmatka kusa.