środa, 13 czerwca 2018

Sen wymyślony.


W środku lata - kra. Wymyślona głównie, albo nietutejsza, bo to wbrew logice przecież. A jednak jest i jeżeli wymaga uzasadnienia, to trzeba dla niej tęższego umysłu. Mój, może tylko obserwować i trwać w zachwycie, albo niedowierzaniu. Względnie gdybać. Mniemać i siać plotki – zazwyczaj defetystyczne. Katastroficzne. Psychodeliczne… W sumie przedrostek mało istotny – dla uproszczenia niech będzie, że liczne.

Na przykład takie, że ten martwy dziś bóg od piorunów miał gorszy dzień i żeby własną złością nie pokaleczyć Chin, czy Indii (bo tam zagęszczenie wielkie i ludzików jak mrówków się snuje po termitierach wielomilionowych i piętrowych zarówno w górę, jak w dół padołu, a taki wybuch skierowałby na rejs po Styksie zbyt wielu niechętnych ochotników, aż paru innych martwych bogów miałoby nagłą i pilną inwentaryzację stanu posiadania, tudzież zasobów lokalowych, do bólu głowy włącznie), to trzepnął sobie tym piorunem w odludzie – w taką Antarktydę, bo Arktyka zbyt wiele upokorzeń historycznie już zniosła. To dla odmiany Antarktyda oberwała po swoich zmarzniętych uszach i taki piorun wykroił z niej obelgę większą od Japonii z czasów samurajów. Czym różni się tamta Japonia od dzisiejszej? Nie mam pojęcia, ale z morzami to nigdy nie wiadomo, bo jak nie tsunami, to inne przekleństwa się mnożą. Podobnież jakieś morze nawet się rozstąpiło, żeby z jednej pustyni na drugą wybrańców przetransferować. Za karę do dzisiaj jest czerwone.

No i kiedy ów bóg od piorunów pokłócił się z fizyką znającą zaledwie cztery wymiary i dziabnął ową Antarktydę, żeby ochłonąć, to później patrzył, i niespiesznie lizał te lody, i wściekał się, że mu toną w słonej wodzie w proporcjach takich, jakby zaledwie jałmużnę mu morze oddawać chciało – nie powiem dziesięcinę, bo to już byłaby nadinterpretacja – siódemka jest ponoć magiczną liczbą podziału – dla lodu w wodzie i człowieka w czasie. Wodne stworzonka poczuły się poniekąd zagrożone, bo dla nich, zdarzenie było na miarę globalnego ochłodzenia, więc uciekały w panice. Cóż – nie każda rybka chce zostać gwiazdą w Auchan i prezentować swoje obnażone do trzewi wdzięki na lodowym łożu, pośród zachwytów lub pogardy zwiedzających przybytek. To i uciekły niebożęta gdzie pieprz rośnie, bo tam boska wściekłość sięgać nie raczyła łaskawie.

Żebyście widzieli jak pluł – istny cyrk, bo w tym lodzie białko się trafiało starożytne od czasu do czasu i zupełnie nie były to rodzynki, tylko kosmate, kudłate i szablozębne jednostki – coś, jakby człowiek usiłował zeżreć na surowo sześć małych leszczy zapakowanych w brzuszek pluszowego kiwaczka (razem z watą, czy czym tam ruscy wypełniają kiwaczki). Bez przypraw i ognia. Aż mnie kusiło napisać, że go jasny szlag trafił, ale się powstrzymałem przed niedorzecznością, bo od trafiania, to jest on, a co to jest ów „szlag”, to chyba nikt nie wie.

I taka właśnie kra stanęła mi przed oczami, a niebo zmroczniało, zgęstniało i nawet chciałem już wziąć sztućce i ukroić sobie kawalątek, kiedy przedarło się wreszcie słońce przez boską ekspresję i pomogło mu wylizać te lody. Pewnie po uszach dostał, że słodką wodę ze słoną pomieszał i teraz trzeba znaleźć bardzo specyficznego Kopciuszka, żeby to rozplątał, ale – bóg, to bóg i wiele mu wybaczyć trzeba, bo jeśli nie, to weźmie w rękę garść piorunów i poskromi wszystkie myśli buńczuczne i wykarczuje do białej kości, żeby ślad białka ożywionego nie pozostał w historii planety.

Rozejrzałem się wokół, a spoza okien dobiegł mnie odgłos „grzechotnika”. Tubylczego. Też gad, ale zupełnie innej konstrukcji – człekopodobny i mnogi. Grzechotnik grzechotał skrzynką płynów, obecnie dostępnych tylko dla zakurzonych Peseli i grzechotał wielopaszczą, z której wydobywał zbiorowe zadowolenie, a może nawet szczęście. Boski lód liznął odrobinkę opakowania, żeby dźwięk czysty niczym dzwon z syberyjskiej cerkwi pośrodku lutego wydobyć i odebrać zmysły, a przecież czerwiec dojrzały tak, że nawet aromat lipowy dla ochłody układa się gdzieś bliżej zarobaczonych piwnic i trzeba uklęknąć, żeby się nacieszyć pośród ambiwalentnych uczuć, bo w piwnicach dzieją się rzeczy dozwolone od lat osiemnastu, tylko aktorami są gryzonie. Perwersyjne nie są, bo zwierzęta nie znają tego słowa i wstyd jest im obcym uczuciem – kiedy się nauczą, staną się cywilizowaną rasą, którą będziemy szanować i akceptować, jak każdą inna mniejszość (w moim mieście podobno to jest przytłaczająca większość, która pozwala mi żyć w nieświadomości, za co jej serdecznie dziękuję i toast wzniosę bez mrugnięcia okiem). Nie podpowiem im, bo chyba są szczęśliwsze bez tego dylematu.

Kra. Ciężka, przytłaczająca, niewzruszona. Zimna. Krew zaczyna krzepnąć, oczy zamarzają i tylko patrzeć jak pękną. Ciało schładza się, całkiem podobnie do żeberek macerowanych w lodówce, zanim ogniem wypali się na nich cechę przydatności do spożycia. Wszędzie kra. Leżę, jakbym stanowił odpowiedź organizmu na łóżko fakira. Gęsia skórka stawia drobne i niewyczuwalne włoski na sztorc tak mocno, że zaczynam lewitować. Nade mną lewituje kołdra zachowująca odległość równą długości mojej nieuświadomionej (przeze mnie) sierści.

Otoczony jestem. Jakaś poboczna odnoga wiatru przedziera się do mnie prze zasieki sierści i szepcze słowa otuchy. Pieści marzenia bardzo rozbuchane. A tymczasem kra wokół i ocean już nie zlizuje nadmiaru a bóg od piorunów oślepiony słońcem schował się w cień, albo spać poszedł… Może się znudził, bo to z tymi bogami nie wiadomo – dla nich wszystko na świecie jest setną powtórką – tym Kevinem w domu, który świąteczne telewizory skaził wirusem powtarzalności do obrzydzenia.

Wreszcie budzik. Dzwoni tę swoją powtarzalność w dźwiękach, przy których szyby zaczynają wpadać w wibrację i trzeba pięścią dźwięk pacnąć przez łeb, żeby nie rozstrzelał szkła na drobnicę. Kra, pod wpływem mojej niefrasobliwości, zadrżała jak klacz po szczęśliwie ukończonej Wielkiej Pardubickiej i rozpłynęła się błogością po pościeli zabierając ze mnie sole mineralne, jakbym był Ciechocinkiem, czy Wielką Pieniawą z Polanicy. O Pieniawie Chopina wolę nie wspominać, bo to już nawet na mój egocentryzm ciut za wysokie progi nawet, jeśli lokalizacja wspomina wręcz oficjalnie o Dusznikach. Co dziwniejsze, kiedy mijałem miejskiego przewodnika, to usłyszałem, że Chopinowi z jego przypadłością zdrowotną źródło zaszkodziłoby raczej, niż pomogło – na szczęście on nie był zachłanny.

Wreszcie kołdra wypuszcza powietrze i opada, a ja wręcz przeciwnie i przez chwilę się szamoczemy wzajemnie. W końcu wygrywam. Padlinę rzucam na podłogę i patrzę jak skwierczy i dogorywa. Zdycha, ostatnim tchnieniem wypuszczając resztki powietrza, a ja, jak barbarzyńca, jak heros zwycięski, namaszczam ją majestatem, stawiam na niej nagą stopę Victorii… i tylko nie ma nikogo, żeby mi selfie trzasnął i napisał artykuł, że mnie przyłapał topless (w tym podłym języku raczej brzmiałoby to bardziej na kształt fullless), gdy słońce już wysoko – uprzedzam – ja również nie biorę jeńców i potrafię skraść każde show (bezprzedmiotowe zjawisko, trudne do ukradzenia nawet dla niejakiego Lupina. Ten show to jest zorganizowane, cyfrowe widzenie, zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, chociaż oficjalnie każdy się wypiera i nikt nie wie o co chodzi – zazwyczaj są to ekshibicjoniści poszukujący sławy – brakuje im odwagi, żeby stanąć nago przed kamerą, więc poszukują niebytu w bycie – przykładowo: szukają materiałów, które nie zasłaniają, ale są.

A ja przecież tak wstaję każdego dnia. I wiem, że materiał szarmancko nazywa się atmosfera, lub natura, ale podpowiadać nikomu nie będę – niech wszyscy dorastają w pokoju. Czasem przykrywam się aromatem kawy, czasem wilgocią utkaną z mgieł. Spoza okien zerkają drony drobiazgowo ucharakteryzowane na wróble - tak przekonująco udają oryginały, że wręcz idealnie. Nawet moja nieskończona podejrzliwość dorosła już do akceptacji podejrzenia, że mogą być prawdziwe – kotka na parapecie biczuje ściany i parska jawnie. Według niej są prawdziwe i nadają się na przekąskę, gdy zapowiada się pracowity dzień.

Kry nie ma już dawno. Ona tylko schłodziła procesor, pozwalając mu na ekscesy. A potem procesor zabłąkał się w kosmosie możliwości i urodził myśli, których zdrowy organizm nie miałby ochoty urodzić, bo nie po to został stworzony (to też jest nie do końca oczywiste i myśl wydaje się być sztampą, wytrychem, który uzasadnia każda nieudolność i niedomaganie. Brak tolerancji i zrozumienia, ograniczenia i to wszystko, co można powiedzieć samemu sobie, kiedy nikt nie słyszy, bo wtedy wstyd ma amplitudę mniejszą niż zawał serca).

18 komentarzy:

  1. Ależ wiadomo. Szlag to w staropolszczyźnie coś w rodzaju apopleksji albo udaru, od którego na miejscy się umiera. A po niemiecku der Schlag to uderzenie, cios.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. znaczy - ja niedouczony. za to humor mi dopisuje bez jakiegoś zdecydowanego powodu.

      Usuń
  2. No to teraz zasiałeś we mnie wątpliwość nie lada, bo u mnie wróbli mnóstwo, od świtu do nocy w okna zaglądają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nowe nadciąga - podobno amerykańskie drony mają przenosić transporty wojska albo cysterny z paliwem na pole bitwy.
      a zanim się pojawiły drony, to populacja wróbli jakoś zanikła - wrony wyżarły tę drobnicę i gatunek podążał ku wymarciu. teraz fruwa tego mnóstwo, tylko nie wiem, gdzie tankują.

      Usuń
  3. Martwy Bóg od Piorunów żyje! Ba, ma się całkiem dobrze! Spotkałem go w maju na Podlasiu, gdzie pokazał i moc swoją i maniewdupie maluczkich też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jakiś niewychowany... taki stary i wciąż zachowuje się jak dzieciak. chyba, że to ze starości mu odbija.

      Usuń
    2. A kto Bogu zabroni pomaniawdupie?! Nikt Panie, nikt!

      Usuń
    3. ale historia mu tego nie zapomni. i ta... opinia publiczna...

      Usuń
  4. Też twierdzę że Gromowładny żyje i teraz zabawia się swoim dziełem. Topi stare lody, miesza palcem i tworzy tornada, czasem potrząśnie mocniej w jakimś miejscu, dmuchnie, albo podgrzeje. A nam przyszło w upalne dni śnić o krach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. stado obrońców starych bogów rośnie...

      Usuń
    2. Widocznie nowi się nie sprawdzili.

      Usuń
    3. nowi bogowie? czy nowi obrońcy?

      Usuń
    4. nadchodzi stare... brzmi dość niesamowicie.

      Usuń
  5. Witaj, Oko.

    Ponoć "każdy sen trzeba brać w ciemno i z zamkniętymi oczyma":)


    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja brałbym, gdybym potrafił śnić. ale nie zdążyłem się nauczyć.

      Usuń