sobota, 13 kwietnia 2019

Latarnia dusz.


Siedzę. Czasami wstanę, żeby obejść dokoła skromne gospodarstwo pogrążone na granicy między doczesnością ziemską, a rozstajami. Wiecznie martwię się, że może nadejść kataklizm i do bram zapukają nie jednostki lecz pokolenia. Czym ugoszczę? Co na stół postawię, gdy z gorączką i niepokojem zbiorowym przyjdzie mi się zderzyć? Frasunek marszczy moje oblicze, które od dawna przypomina schnący po deszczu papier.

Szczęściem rzadko bywam tu sam. Właśnie przyszła rodzina trzymająca się za ręce i trochę zawodząca, że nie każdemu było dane tyle lat, ile potrafili wspomnieć ich przodkowie. Cóż… Nikt nie obiecywał sprawiedliwości. W ogóle nic nie obiecywał, a ten pijany, który wyprawił ich w drogę do mnie otrzeźwiał chyba dożywotnio. Też przyjdzie. Poczekam tu na niego. Nie chcieli jeść, ani zostać na krótki odpoczynek. Poprosili, żeby wskazać im drogę do domu, do miejsca, w którym znów będą u siebie. Nie przepadali za wędrówkami. Takie kurczaczki nawykłe do domowych pieleszy w świecie, który zwiedzali dość opornie.

Zapaliłem latarnię na drogę. Poszli prowadzeni promieniem, dzieci podskakiwały w rytm kroków dorosłych i śpiewały jakąś wyliczankę z mamą. Miała bardzo ładny głos, który trochę się jej łamał, ale już wkrótce nabierze mocy. Niech idą. Sam nie wiem dokąd ich droga zawiedzie, jednak życzę im jak najlepiej. Przecież nikt latarnikowi nie będzie tłumaczył się z kosmicznej nawigacji. Ja mam tylko oświetlić drogę, żeby się nie potykali, żeby nie błądzili, kiedy już zdecydują się na marsz.

A nie wszyscy się decydują. Pamiętam, jak przyszła tu para, niedobrana kompletnie. Ona malutka kruszyna o cerze delikatniejszej nawet od ciała, a on wyglądający niczym golem z gliny i popiołu. Na dłoni mogła mu usiąść i wiercić się nawet bez obawy, że spadnie, bo straci oparcie. Kiedy chciała mu dać buziaka musiał przyklęknąć, albo ona wspinała się po nim niczym wiewiórka po klonie w trakcie wiosennej zabawy w berka. Oni… nie chcieli iść. Tak bardzo pragnęli zostać i wrócić, że zjedli cokolwiek i zawrócili. Poszli trzymając się za ręce poszukać własnych wspomnień, wspólnych ścieżek i wrażeń, jakich nie chcieli porzucić. Pewnie snują się gdzieś, zwiedzając ziemskie muzeum w poszukiwaniu obrazu wartego wieczności.

Czasami pozwolę sobie i ja na wycieczkę. Idę podpatrzeć życie, żeby choć trochę zrozumieć. Radość obłożnie chorych, którzy niemal w podskokach mijają mnie, w przelocie tylko życząc mi wszystkiego, co najlepsze i muszę biec do latarni, żeby zapalić ich ścieżki, bo gotowi w euforii zderzyć się z otchłanią kosmosu. Stamtąd też niektórzy wracają. Zagubieni, spłakani i nieszczęśliwi. Pytają „dlaczego?” A przecież nie ja wybieram ich drogę. Ja tylko ją oświetlam. I robię to powtórnie, a oni idą ze zwieszonymi głowami, bo nie wierzą już, że inną drogą ich promień prowadzi. Nie chciałem odbierać nadziei, ale mogłem poczęstować kieliszkiem wódki. Strzemiennym.

Pochyliłem się nad Afryką któregoś razu, bo wielu stamtąd wędrowało w cień latarni szukając dalszej drogi. Błagali tylko, żebym nie prowadził ich po dnie morza, bo dość się w życiu opili słonej wody. Myślałem, że Afryka obfituje w słone jeziora, ale znalazłem wyspę tak wielką, że mało który mieszkaniec miał czas zobaczyć ją całą. Kraina w wodę uboga, a w słoną tym bardziej. Tylko brzegi lizane gniewnymi falami i wściekłością monsunów znały smak soli. A przecież tonęli całymi tabunami marząc o dostatnich oazach.

Każdemu paliłem prywatną ścieżkę, by iść mógł tam, dokąd trzeba, żeby nie pomylił się nikt i nikt nie został bez przeznaczenia. Nie spieszyłem się, nie miałem złudzeń ani rozterek. Może z braku wyobraźni? Siedziałem na drewnianym zydlu i czasem odprowadzałem ich wzrokiem, gdy szli pierwszy raz w tak daleką drogę. Nie każdy umiał, ale do tego spaceru nie potrzebny talent linoskoczka. Po tym promieniu bez trudu szli nawet ci, którym życie odebrało nogi. Oni smakowali każdy krok. Pielęgnowali i rozkoszowali się ruchem, którego nie pamiętali już najczęściej. Wypróbowywali te nogi kopiąc kamyki i tańcząc beztrosko. Czasami chwytali za ręce innych przechodniów i rezygnując z poczęstunku tańczyli śmiejąc swoją radość pod niebiosa. A kiedy zapalałem ich drogę biegli z rozpostartymi ramionami i zawracali, kołowali – zupełnie jak dzieci.

Niektórzy opowiadali historie. Własne, albo zupełnie zmyślone. To ci, którym zabrakło słuchacza i chcieli się wygadać za całe to ziemskie milczenie. Uśmiechałem się miękko i słuchałem. Nie było powodu do pośpiechu. Tu każdy zdąży i czas na niego poczeka bez śladu irytacji. Gdy zapowiadało się na dłuższą opowieść brałem druty i produkowałem szal. Niepotrzebny i wiecznie ten sam, bo na co komu tu szal? Wiłem go, a nić była tak nawykła do splotu, że tylko czekała, aby się ułożyć. Po szalu poznawałem, jak bogatym życiem cieszył się mówca. Gdy w końcu odchodził prułem ów szal, żeby następnego wesprzeć swoją milczącą obecnością i błyskiem dwóch sztyletów powtarzających swój taniec z topniejącym kłębuszkiem wełny.

A dzisiaj przyszła do mnie smutna pani. I nie chciała rozmawiać, tylko wyciągnęła do mnie rękę. Popatrzyła na mnie i podała mi dłoń. Była miękka i ciepła. Pasująca niezwykle do mojej dłoni. Gdy ją schwytałem mój puls dopasował się do jej rytmu. Zapomniałem już, jak smakuje spacer we dwoje i poczułem, że pragnę przypomnieć sobie, jak to jest. Zrobiłem pierwszy krok, a ona poszła moim rytmem. Następny i kolejny. Szliśmy razem nie bacząc dokąd i po co. Czułem się lżejszy i bardziej beztroski. Chyba szczęśliwy. Zdziwiłem się, gdy przestałem czuć jej dłoń w swojej i obejrzałem się. Stała… Sama stała i patrzyła mi w oczy z wyraźnym żalem.

- Dalej musisz iść już sam – szepnęła pokazując coś palcem.

Odwróciłem się za wskazówką i zobaczyłem ścieżkę promienia. To nowy latarnik objął urząd.

piątek, 12 kwietnia 2019

Wizja.


Ludzie potrafią porzucić rozmaitości. To, że ktoś porzucił na przysklepowym parkingu zasmarkanego chłopca, żeby wybuczał swoje żale poza polem rażenia bezpośredniego, to chyba najmniejszy z dziwolągów. Za to palemka dwumetrowa z żółtymi pomponami wbita w rabatę kwiatową wydaje się być już nieco większego kalibru. Zaledwie parę minut później mijam plastikowe opakowanie farbowanych na bordowo larw muszych. Chyba są zmarznięte, bo ruchu nie zauważyłem – kulą się w sobie i przytulają, żeby przetrwać zły czas. Ciekawe, czy jakiś wędkarz je zgubił, czy może ktoś usiłuje wyhodować lokalną chmarę muszą wracającą do matecznika po każdorazowej wycieczce w celach konsumpcyjno-prokreacyjnych. Prawie widziałem obraz tłuściutkich owadów bzykający beztrosko niczym lej tornada tuż nad rozgrzewającym się nieubłaganie asfaltowym chodnikiem i siadających na karkach spoconych przechodniów, żeby possać odrobinę wilgoci pełnej soli mineralnych. Nie zacząłem się opędzać, bo dziewczę cieleśnie ubogie, a i skąpo odziane mogłoby się wystraszyć mojej zapalczywości. Sójka zajęła stanowisko wysoko na drzewie i wygląda, jakby już czekała na pierwszych lotników.

środa, 10 kwietnia 2019

Oporny.


Uczyłem się nie narzekać. Uśmiechać się i milczeć. Mam wrażenie, że skutecznie. Mógłbym się doktoryzować, gdybym właściwą katedrę znalazł, chociaż nie mam pojęcia, czy podobny dokument będzie mi potrzebny do czegokolwiek, poza wypolerowaniem ego do blasku. Odpuściłem, gdyż łatwo się rozpraszam, gdy ganiam za nieistotnym.
Jednak uczyłem się, a mądrość beztrosko krążyła wokół mnie i starała się znaleźć ścieżkę dostępu do dziewiczego sezamu mojego rozumu i wypełnić mnie po brzegi. Ta ostatnia czynność każdemu zdawała się być najprostszą, gdyż od niej właśnie zewnętrzna mądrość usiłowała rozpocząć inwazję na mój niezbyt często użytkowany intelekt.
Taktownie przemilczałem że staram się pozostać opinioodpornym.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Młodzieńczo.


Pani miała na sobie skórzaną kurtkę, w obowiązkowo czarnym kolorze. Podobnież „ramoneska”, ale bez uzasadnienia, bo pojęcia nie mam dlaczego akurat taką ksywkę nosi wdzianko. Nieważne. Ważne było to, że kiedy była uprzejma zgarbić się nad drinkiem pospolicie żółtym i monitorem przewidywalnie telefonicznym, obnażyła nereczki tak ubogie, że pokryły się gęsią skórką nawet w dwudziestu Celsjuszach. Nie sprawdzałem, jednak od tamtej chwili żyję w przeświadczeniu, że mógłbym obie te nereczki, wraz ze skórką gęsią objąć dłońmi nie nadwyrężając własnych, skromnych możliwości i nad pępkiem zamknąć klamrę tego nietypowego paska. Przypomniała mi się przy tym inna pani w podobnej skórze, lecz koloru różowego. Tak różowego, że lalki mogłyby pozazdrościć jej subtelności. Pani wykończyła resztę odzieży czernią zdeterminowaną i gotową na wszystko. W takiej oprawie jej bladość wyglądała nieziemsko. Młodziutkie dziewczęta w autobusie wymieniały się doświadczeniami (?!), a każda miała brwi tatuowane na bogato, przyklejone rzęsy, pazury z cepelii i telefony z górnej półki nie najtańszego salonu. Biustami sugerowały dojrzałość, choć twarzyczki wciąż dziecinne – nie chcę myśleć, że kupiły farsz, żeby tak wypukle wyglądać. Stojąca nieopodal, dyskretnie ruda, pozwalała piegom na rozpychanie się wokół noska i nie zamierzała ich powstrzymywać grubą krechą nad oczami, ani wydmami piersi, co piegi skwapliwie wykorzystywały po kres widzenia, albo i dalej. Wiosna obnażyła młode kolana, lecz nawet dwie przyciemniane szyby pomiędzy nimi i moim wzrokiem nie potrafiły dodać im koloru, który sierpień potrafi namalować mimochodem.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Dworcowe podejrzenia.


Mlecze rozsiadły się na trawnikach i udają narcyzy. Pierwsze, nastoletnie pępki wyglądają ciekawie na świat, a kostki bieleją w słońcu, jak pomalowane. Paleta zieleni z każdym dniem bogatsza i nienazwana, a dywany z płatków magnolii kuszą aromatem owady. Platany złuszczone do kości wciąż świecą bezwstydną nagością. Na kasztanowcach pękają wielkie, lepkie pąki. Trampki we wszystkich kolorach świata drepczą niespokojnie i z wielkim entuzjazmem. Słońce suszy liszaje na murach. Z kubła na śmieci przecieka na chodnik kałuża tak wielka, że musiała się przenieść na jezdnię. A przecież to nie hydrant. Czyżby zdarzył się cud i tym razem zamiast z kamienia woda wypływa z blaszanej walizki na odpadki?

Komplet.


Przymknęła oczy bez jakichś głębszych myśli. Dopiero wtedy poczuła, że nie wie, jak to jest, że jej wyobraźnia jest zbyt płytka, aby wyobrazić sobie świat bez kolorów i kształtów. Wzięła w rękę szczotkę do włosów i usiłowała ją objąć wyobraźnią dotykając tylko, ale pamięć podrzucała jej nachalnie, że czerwona i plastikowa, a na końcach sterczących z gumy gwoździ są bordowe, plastikowe kulki zapobiegające drapaniu metalem skóry. Otrząsnęła się i otworzyła oczy. To na nic. Za chwilę wyjdzie z łazienki ten, któremu wyobraźnia musi służyć za wzrok. Wyobraźnia uzupełniona jej słowami. Starała się każdego dnia opisać mu każdy szczegół mijanego krajobrazu, sukienki na wystawie, czy psich harców.

Leżała naga, jak leżała za każdym razem od kiedy się poznali. Jej też lekarze nie dawali szans na powrót do sprawności. Obecność niewidomego miała sprawić tylko tyle, żeby mięśnie nie zanikły, żeby nie bolały. Nogi, co jej wyraźnie zakomunikowało konsylium lekarskie, nigdy więcej nie uniosą jej i marzenia o najkrótszym nawet spacerze o własnych siłach może wetknąć pomiędzy pozostałe mrzonki rodzące się w głowie. Cztery lata… Tyle minęło od kiedy wyszła ze szpitala po ostatniej nieskutecznej próbie przywrócenia jej nóg do jakiejkolwiek sprawności. Teraz są pocięte grubymi bliznami powypadkowymi i kolejnymi operacjami, gdy jeszcze się tliła nadzieja. Kiedyś… była z nich dumna i z doskonale skrywanym zadowoleniem dostrzegała jakie robią wrażenie na mężczyznach. Ale od czterech lat nie obejrzał się za nią nikt. Chyba, żeby pośród źle maskowanego politowania podeprzeć własne ego zdrowego organizmu.

Z łazienki dobiegały odgłosy elektrycznej maszynki do golenia i chyba śmiechu. Pewnie znowu stał przed lustrem i wygłupiał się robiąc miny, których nie mógł dostrzec. Był przy tym tak zabawny, że jej ze śmiechu brakowało tchu i bolały ją nadwyrężone mięśnie, jakich u siebie nie podejrzewała. Nawet teraz uśmiechnęła się do siebie wyobrażając sobie te wygłupy. Wygoniła go do łazienki, bo zarost miał twardy, a jej skóra była bardzo delikatna. Dzisiaj miała ochotę na łagodność, więc szorstki niebiesko połyskujący zarost był wykluczony. Czasem ocierał się takim podbródkiem o jej piersi, a one próbowały eksplodować nim zdążył powtórzyć. Nabiegały krwią i skracały jej oddech. Stawała się bezbronna, o co w jego rękach było niezwykle łatwo.

Przypomniała sobie początki, kiedy przychodził taki sztywny i zawodowo skrupulatny masować jej ciało bez najmniejszych erotycznych podtekstów. Tylko bezduszny profesjonalizm, w którym uczuć nie było żadnych. Pamięta, jak poprosiła matkę, żeby poszła, bo przecież niewidomy krzywdy jej nie zrobi, więc może pójść na spacer, czy zakupy i nie martwić się o nią, szczególnie, gdy wszystkie wcześniejsze masaże kończyły się tak samo. Matka, choć z lekkim niepokojem, to jednak zostawiła ich i poszła, gdy tylko się pojawił w pokoju. Nigdy nie chciał nic do picia, czy jedzenia, tylko przystępował do pracy. Lubiła czekać na niego już naga. Fascynowało ją, że jej ciało jest tak bezwstydne, że pożąda tego dotyku nie tylko profilaktycznie, ale erotycznie. Zarumieniła się, kiedy wpadła jej do głowy myśl, że choć nie widział, to musiał poczuć jej ekscytację. Musiał, ale nie zrobił nawet aluzji, ręka mu nie zadrżała, ani brew nie uniosła, gdy przenosił ją z fotela na łóżko do masażu.

Kiedyś wreszcie nie wytrzymała i patrząc mu w niewidzące oczy wyszeptała prośbę, żeby nie kończył masażu na mięśniach ud, tylko dał jej rozkosz. Nie była zakonnicą. Potrzebowała mężczyzny, a jej własne palce nie dawały tego, czego potrzebowała. Jego dłonie były zdecydowanie milej widziane. Mocne, lecz delikatne. I nieprzewidywalne. Uczył jej ciało śpiewu. Czuła się przy nim tak bezpiecznie, że prosiła o więcej i masaże przeciągały się z planowej godziny do dwóch. Trudno było później przed matką udawać, że nic się nie stało, ale matka z premedytacją omijała temat, żeby jej nie peszyć. Pierwszy od wypadku facet, któremu ofiarowała swoją nagość i bezwstyd. Pierwszy, który nie patrzył na nią z politowaniem.

Potem… Wciąż było jej mało i dłonie niewidomego już nie wystarczały. Prosiła, żeby wziął ją jak mężczyzna kobietę, żeby dał jej poczuć ciężar podnieconego ciała odbierający oddech. Chciała go kupić, obrażając tak, że omal nie uciekł. W ostatniej chwili złapała go za ręce i wyżebrała, żeby nie odchodził. Kolejny raz do tematu wróciła dopiero wtedy, kiedy poznali się lepiej. Zostawał wtedy jeszcze dłużej, żeby porozmawiać. Wreszcie pozwolił się poczęstować herbatą, albo ulegał zaproszeniu na kawałek domowego ciasta. Czasem, zaraz po skończonym masażu siadał gdzieś obok nie zważając na jej nagość i rozmawiali dość swobodnie znając swoje ograniczenia, lecz traktując je bez sztuczności, czy zadęcia. Dotykał jej blizn tak często, że oswoił je ze sobą, a ona zapominała o nich wpatrzona w bladoniebieskie, zamglone oczy.

Próbowała przypomnieć sobie które z nich pierwsze zaproponowało wspólny spacer. Pewnie on, bo mimo braku wzroku widział zdecydowanie więcej. Może nawet zbyt wiele. Matka… Nie przyznawała się, ale opieka nad dorosłą kobietą przekraczała jej siły, szczególnie, że wiek i przewlekłe choróbsko podstępnie wyżerało jej witalność od środka. On był silny i bez trudu zniósł ją po schodach korzystając z jej oczu. Poszli. Jadąc na wózku dyrygowała kierunkami i opowiadała mu wszystko, co mijali… Prawie wszystko… A potem spacery stały się codziennością oczekiwaną przez oboje.

Nie opowiedziała mu nic na temat wzroku kobiet, które mijali każdego dnia. I o tym, jak jest piękny. Wysoki, dobrze zbudowany, zadbany jej ręką. Odplamiła go, wyczesała i pilnowała, żeby był eleganckim mężczyzną. Dobrała mu ubrania kierując się kobiecym smakiem. Musiał się podobać. Najdłużej walczyła z grymasem, który wykrzywiał mu piękną, męską twarz pełną charakteru i cierpienia. Nieświadomie wykrzywiał się, jakby szedł pod słońce gryząc cytrynę. Twarz wtedy stawała się asymetryczna i brzydka. Przymknięte oczy i skupienie napinające mięśnie na policzkach i czole oszpecały wizerunek. Napominała go wielokrotnie, żeby nie robił tego więcej, aż przywykł i pozwolił twarzy rozluźnić się. Przy niej rezygnował z laski i nauczył się udawać widzącego, więc obracał głowę w stronę głosów prowadząc dialogi. Nie powiedziała mu, ale pewnie kiedyś usłyszał zawistną uwagę, że taki piękny mężczyzna wziął sobie kalekę… Przemilczał taktownie udając, że nie słyszy, ale ona słyszała. Bolało jak cholera. Szczęściem obcy rzadko kiedy artykułowali myśli na ich temat, zanim nie odeszli daleko.

Zabawne – to ona oświadczyła się jemu i poprosiła, by został na noc. Na każdą noc, nie tylko na tę pierwszą, pełną uniesienia. Prosiła go szeptem, a on niósł ją na rękach do sypialni ostrożnie wyszukując stopami przeszkód. Jej dom znał dość dobrze, jednak nie miał zaufania, czy któraś z mieszkających kobiet nie przestawiła czegoś, by mebel stał się pułapką, o jaką mógłby się potknąć. Kiedy następnego poranka przenosili jego rzeczy z małej, zaniedbanej kawalerki i pakowali skromną garderobę do wspólnej szafy znów poczuła się kobietą. Prawdziwą, pożądaną i przynależną.

Teraz podśpiewywał w łazience błaznując nim przyjdzie do niej. Uzupełniali się znakomicie. W dzień i w nocy. Dwie pokancerowane życiem dusze żyjące w symbiozie. Dwie połówki… człowieka… zmysłów…

sobota, 6 kwietnia 2019

Po trzecie.


Gołym okiem widać, że Bóg najpierw chłopa ulepił. Mruk kanciasty, nie bardzo udany, włosy głowy się nie trzymają, a brzuch szybciej od rozumu rośnie. Filozof uzbrojony w pilota i piwko. Brzydkie toto i pachnie niezdrowo.
Dlatego z babą Bóg się już tak nie spieszył. Też nie wyszło - choć ładna, to wiecznie naburmuszona. Narzeka na świat cały i poprawia się nieustannie już bez boskiej łaski. Tu coś dołoży, tam maść zmieni, a słowem lub spojrzeniem potrafi świętego rozjuszyć.
Nic dziwnego, że wygnał oboje, żeby dojrzeli na ugorze. A oni powielają wady w nieskończoność.
Czas podjąć kolejną próbę. Może wreszcie udaną.

piątek, 5 kwietnia 2019

Finał.


To koniec. Vendetta mnie dopadnie. Zabrakło nadziei. Schetany jak koń po Wielkiej Pardubickiej stałem na ostatniej kondygnacji jakiegoś niedokończonego budynku, a przez otwory w niedokończonych ścianach wpadał wiatr unosząc wiry tłustego, cementowego kurzu. Patrzyłem, jak krople potu odrywają się od czubka nosa i rozpryskują się na posadzce zdławione kożuchem śmieci. Miasto było moją ostatnią szansą i nadzieją. Liczyłem, że tu zgubię prześladowców, lecz byli zbyt wytrawnymi tropicielami i niezmordowanymi myśliwymi, a ja byłem celem. W zasadzie byłem już martwy w chwili, gdy podjęli decyzję. Podsłuchałem z daleka narady i z pomruków wydedukowałem, co będzie dalej. Nie mogłem dłużej czekać. Uciekłem, zanim pokiwali niespiesznie głowami, lecz to było już nieuniknione. Decyzje podejmowali z namaszczeniem i bez pochopności, lecz kiedy już je powzięli, nie było odwołania.

Okradłem ich. Najpierw za ich zgodą poznawałem tajniki, a potem korzystałem z wiedzy łamiąc zasady. Wkroczyłem na teren zakazany. Powody? Teraz są nieistotne – oni nie pozwolą, żebym komukolwiek przekazał wiedzę. O korzystaniu z niej bezkarnie też nie ma mowy. Ścigali mnie z zaciekłością wielką i chociaż korzystałem ze wszelkich sztuczek nie dali się zwieść. Pewnie znali je lepiej ode mnie i nie wystarczyło mi wyobraźni, żeby stracili trop. Szli za mną równie jak ja niewidzialni dla świata. Szli bezwonni i milczący. Nie powstrzymywały ich siły natury, a świat zdawał się być zbyt mały, żebym dal radę się skryć. Pamiętam, że świętowałem nie raz, gdy zdawało się, że wreszcie pokonałem tę zawziętość. Że zmyliłem ich ścieżki brodząc w strumieniach tak zimnych, że można było doznać odmrożeń, albo sunąc tuż ponad dnem oceanu, żeby nie zaburzyć przydennych rysunków malowanych pływami. Lewitowałem ponad szczytami ośnieżonymi i lasami dziewiczymi. Zataczałem koła i ósemki kręciłem w piaskach Gobi, żeby zniknąć dyskretnie schowany w ścianie piaskowej burzy.

Początek nie zapowiadał nieszczęścia, choć nieszczęściem się zaczął. Weekendowa, samotna wycieczka w Beskidy dopiero nabierała rumieńców, gdy oddaliłem się od szlaków i zarastającą ścieżką szedłem przed siebie nie kłopocząc się geografią. Piękna okolica wygrzana w słońcu oferowała wszystko, czego było mi trzeba, a świadomość, że trudno się zgubić, gdy wokół wszędzie mieszkają ludzie i trafić słuchem, bądź wzrokiem na krzyk cywilizacji jest zbyt łatwo, jeśli tylko poświęci się chwilę uwagi. Tymczasem szukałem braku podobnych objawień i to moje rozkojarzenie w poszukiwaniu kosztowało mnie zwichniętą nogę. Dopiero wtedy poczułem, jak doskonale sobie poradziłem z ucieczką od ludzkości. Świat kipiał naturą niezakłócenie, a mój krzyk rozmywał się w nielicznych chmurach, albo obijał sobie boki na pniach stalowo-sinej buczyny, czy jodłach o omszałych igłach.

Ich było trzech, a pokazali się, kiedy straciłem głos i nadzieję. Była pustka i nagle stali nade mną, jakby tam stali od kwadransa. Jeden się schylił i coś sprawdzał kostropatą dłonią. Zaświergotał głosem pełnym wiatru do swoich i zabrali mnie w swój matecznik. Nie wiem czemu ludziom się zdaje, że szukanie wiedzy, skarbów i tajemnic wymaga wycieczki na sam skraj świata, i to bez względu na miejsce zamieszkania – każdy szuka możliwie najdalej, zamiast skupić się na tym, co pod nosem. Oni się skupili i chyba skupiali się od wieków, bo twarze mieli pobrużdżone jak mózg Einsteina. Nie jestem pewien, czy coś tak pofałdowanego można było ogolić, lecz oni nie przejmowali się tym zupełnie. Zarost czesany wiatrem wygładzał i ukrywał fakty – ludzie tyle nie żyją!

Sam nie wiem, czemu pokazali się, choć nie musieli, czemu wzięli mnie do siebie i opiekowali się mną dopóki nie wydobrzałem na tyle, żeby móc swobodnie chodzić. I siebie nie rozumiem, dlaczego zamiast poprosić, żeby mnie zwrócili cywilizacji i porzucili gdzieś na przystanku PKS-u, zostałem u nich. Zostałem dłużej niż musiałem. Nie wiem skąd przyszła mi do głowy myśl, że cywilizacja za mną nie tęskni wcale. Ale ci starcy… chyba tak. Może to była odpowiedź na pytanie. Wieczni ludzie, skazani na siebie zobaczyli we mnie niemowlę – bezwolne, głupie i tak niedojrzałe, że na leśnej drodze nogę zwichnęło. Chcieli porozmawiać z kimś innym, przekazać własne talenty, sprawdzić, czy ich niezwykłość jest tylko umiejętnością korzystania z darów natury.

Pokazywali mi rośliny, których korzenie kryły tajemne moce, korę i to, co pod nią, jakieś larwy obrzydliwsze od innych. Broniłem się bez przekonania przed tą demonstracją, ale nim mnie poczęstowali sami degustowali, więc z lekkim oporem i ja wziąłem w usta osobliwości. Były tam liście nieco podobne do serc zajęczego szczawiu, dające nogom i płucom drugie życie, była kora tak goryczą przesączona, że przy pierwszej próbie zwymiotowałem, ale już wtedy zauważyłem, że moje ciało roztapia się w bezbarwną, przeźroczystą tkankę i tylko kropelki potu zdradzały jego obecność. Przez własną dłoń patrzyłem na świat, a ona nie stanowiła najmniejszej przeszkody. Starcy naprawili całe moje ciało, bo chyba nie umieli zatrzymać się na zwichnięciu i poczułem się tak zdrowy i silny, jak jeszcze nigdy.

Nauczyli mnie jeść i żyć bez pokarmu. Nauczyli unosić się nad ziemią, żeby nie kaleczyć stóp, gdy teren nieprzyjazny. Przez ogień iść i lód. Spać pod wodą, albo w marszu, gdy trzeba. Potrafili ciałem dyrygować i korzystać z niego, gdy tego potrzebowali. Traperskim zwyczajem jedli i spali na zapas, a gdy zapragnęli mogli skorzystać ze zgromadzonych zapasów. Każdy miał w kieszeni jakąś gałązkę, listek, czy drzewny obłamek na czarną godzinę, choć tam, w mateczniku znali wszystko i nie musieli nic nosić. Świętowali pełnie księżycowei – jak wilki. Wybierali szczyt bezimienny, szli, gdzie ludzi się nie uświadczy i noc pośród gwiazd spędzali. Nie zmuszali mnie, bym im towarzyszył, więc po pierwszej próbie odpuściłem kolejną.

Wtedy grzech mnie wziął we władanie. Pokusa samodzielności i ciekawość. Chciałem sprawdzić, czy to tylko omamy, czy ta kontrola nad ciałem jest rzeczywista. Wzmocniłem ciało i uczyniłem je niewidzialnym. Ze ścierpłym od goryczy językiem szedłem przez las w stronę wioski. Słuch prowadził mnie bezbłędnie. Węchem potrafiłem rozróżnić płeć domowników poprzez zamknięte drzwi. Wszedłem do pełnej izby i w kącie stojąc patrzyłem na kolację pełną rodzinnego ciepła życzliwości. Gdzie indziej do sypialni niepostrzeżenie się wśliznąłem, by wzrok nacieszyć nagością szykującej się do spania kobiety. Pachniała piżmem. Nim zasnęła bawiła się własnym ciałem do zduszonego krzyku, a kiedy zamknęła oczy… powtórzyłem ścieżki jej palców własnymi. Krzyknęła po raz drugi. Zdumiona szukała potem skąd pieszczota przyszła, ale mnie nie dostrzegła. W karczmie upiłem z kufla śpiącemu, bo poczułem pragnienie. Gdy wróciłem starcy już byli. Patrzyli podejrzliwie, ale o nic nie spytali, a ja milczałem, choć śmierdziało ode mnie tym piwem, a na palcach czułem lepki aromat kobiecości.

Ech! Za pierwszym razem były to figle. Potem złe we mnie zamieszkało na dobre. Brałem jak swoje wszystko, co mi się spodobało. Stawałem się coraz bezczelniejszy i cyniczny. Ze wzrostem doświadczenia moja pycha rosła tak szybko, że w końcu zdało mi się zbyt ciasno w mateczniku. Uciekałem do ludzi każdego wieczora, by wrócić, kiedy się wyszumiałem. Stałem się okoliczną gehenną. Wilkołakiem, który zbiera obfite żniwo. Starcy pobłażali, udając że nie wiedzą, a ja w swojej dumie pogrążony uwierzyłem, że jestem bezkarny. Jednak w końcu się wydało. Starcy usłyszeli rozmowę ludzką i poskładali do kupy fakty. A potem zasiedli do debaty. Nad kręgiem ogniska wymieniali myśli, aby osiągnąć wspólne stanowisko. Uciekłem. To był ostatni moment. Napchałem kieszenie zapasem roślin dających przewagę i uciekłem.

Gonili mnie bez pośpiechu, jakby byli przekonani, że dopadną mnie. Uciekałem w niewidzialność, w lewitację, błędne tropy podrzucałem i zasadzki za sobą stawiałem. Wszystko na nic. Byli mądrzejsi i nie spieszyli się. Znali mnie lepiej niż ja sam. Ostatnią nadzieją miało być Miasto. Wielkomiejski gwar, smród i ciasnota miały zabrać im przewagę i skazać na teren, w którym ja byłem doświadczony bardziej od nich. Tak sądziłem. Wybrałem Miasto pełne smogu i śmieci, cuchnące, gęste, kipiące spalinami wiecznych korków. Z metrem i koleją, z komunikacją miejską zakiszoną w pocie szczytów komunikacyjnych trwających ćwierć doby. A oni szli za mną jak ćmy do ognia. Bez ustanku i bez nerwowych ruchów osaczali mnie w Mieście. A teraz stoję jak samobójca na jednej z najwyższych kondygnacji i mogę dać krok, który mnie nie zabije chyba. Jeszcze zostało mi sił na tę ostatnią lewitację i zapewne osiągnę lśniący od świateł sąsiedni drapacz chmur. Ale to będzie już ostatni krok w chmury. Potem… będę znów tylko biednym, wystraszonym człowieczkiem, który może wyć własną bezsilność.

Idą. Czuję ich wszystkimi zmysłami. Nie mam sił uciekać. Niech się wydarzy…

Ruchliwie.


Na początek dnia drobniuteńka brunetka uśmiechała się do Rzeki, choć pod wiatr jej było na niebieskim moście i tak w wodę była zapatrzona, że mnie nie zauważyła na pewno. Nieopodal szła pani w ciężkim, zimowym szalu i kożuszku, gdy tuż obok w minispódniczce pospiesznie wciągniętej na gołe nogi przemykała inna, krótko obcięta, wysokopienna kobieta. Przeplatały się krótkie spodenki z wełnianymi płaszczami i żadnej reguły nie było widać. Nad miejską fosą klon zieleniał bezwstydnie i szeroko rozcapierzał korzenie po skarpie wzgórza, na którym przyszło mu żyć w poszukiwaniu drobnych monet, upuszczonych przez roztargnionych, zakochanych i pijanych. Na wyspie lęgowej rozsiadł się łabędź (milczący, więc pewnie niemy) płci mi nieznanej i nikogo tam nie dopuszczał. Tylko żółwie potrafiły wspiąć się ukradkiem od ogoniastej strony i suszyć pancerze w popołudniowym słońcu pośród granitowo kamienistej plaży. Drzewa okwieciły się odświętnie całkiem, we włosy miały wpięte tyle kwiatów, że stanowiły barwną plamę na tle czarno-szarej ludzkości. Szpaki parzyście zwiedzały szuwary nad Rzeką szukając ustroni, wróbel z wróbliczką oddali się uniesieniom na trójcieniowej glediczii za nic mając sobie ludzką obecność.

czwartek, 4 kwietnia 2019

Danina.


Obława! Znów. To już trzecia w tym tygodniu Chyba pora zacząć myśleć, o ewakuacji poza Miasto. Może wieś zabita dechami, ustronie. Przytułek zapomniany przez Boga i ludzi będzie lepszym pomysłem od tej wegetacji pełnej strachu. Dziś zablokowały cały kwartał, obejmujący spory supermarket, kościół, szkołę i z pięć ledwie prosperujących knajp. Czarno odziane, uzbrojone w ostrą broń i kąśliwe, szturmowe pały, schowane za tarczami z pleksiglasu, w kaskach z siatką, której zadaniem nie był kamuflaż, a wzbudzenie paniki. Schwytani pokornie stawali pod ścianami z rękami opartymi o szorstki tynk i z zaciśniętymi zębami, z dumą ciśniętą w kałużę poddawali się niezrozumiałym upokorzeniom.

Kobiety zdejmowały wszystkim bez wyjątku spodnie i majtki, nie siląc się przy tym na delikatność. Szmatom pozwalały się zatrzymać dopiero na kostkach. Protestujący i oporni byli zmiękczani ciosami kolby w nerki, względnie w głowę. Nawet tych na inwalidzkich wózkach strącały na ziemię i obnażały kalekie pośladki. Nikt nie wiedział, czego szukają, ale ci, u których znalazły to coś wleczeni byli do więźniarek i nie wracali już więcej. Pozostali, bladzi ze strachu i wyszydzeni przez oddziały szturmowe mogli odejść. Najgorsi byli zdrajcy własnej płci. W szpalerze, po kanciastości ruchów można było ich rozpoznać. Ci byli najgorliwsi w upokarzaniu nieszczęśników.

Trzy razy udało mi się umknąć obławie. Kryłem się w jakieś piwniczne otchłanie, w zakamarki pełne gruzu i pajęczyn, w zacisze opuszczonego strychu śmierdzącego ptasim łajnem i kurzem pamiętającym napoleońską ofensywę. Obiecywałem sobie, że jeśli dzisiejszego popołudnia uda mi się ujść obławie – wyjadę. Rzucę ten świat niebezpieczny i ucieknę jak najdalej, bo może gdzieś świat jest normalniejszy. Stałem wtulony w portal bramy i czułem jak po kręgosłupie spływa ze mnie chłód strachu. Plecami otwierałem bramę, która nie wyglądała na przechodnią. Wejście w tę sień mogło dać życie, albo je odebrać. Pułapka, czy azyl? Brama miała mocny samozamykacz, a zawiasy nie pamiętały już ostatniego smarowania. Trochę skrzypiało, więc starałem się otwierać je bardzo powoli napierając masą ciała na stare, rzeźbione drewno. Wiekowa kamienica rodziła nadzieję, że drugie wyjście jednak będzie, a i zakamarków nie powinno brakować. Nadzieja nie potrzebuje wiele, żeby opanować ciało.

Pchałem i czułem już stęchliznę i fetor amoniaku. Dobry znak! Nadzieja rosła w siłę, a ja modliłem się bezgłośnie, żeby te drzwi nie zaskrzypiały zbyt głośno i nie zwróciły uwagi zbrojnych oddziałów. Spłoszonym wzrokiem śledziłem każdy ruch czarnej bandy, gdy cofałem się w cień otwierających się niezmiernie wolno drzwi. Kolejny miniaturowy kroczek, żeby wzmóc siłę naporu i kolejne mocniejsze pchnięcie. Znienacka drzwi otworzyły się już bez oporu i z przeciągłym jękiem, a ja upadłem na plecy.

- Tu się kryjesz gnojku! – brama była jednak przechodnia i wokół mnie ustawiło się z dziesięć par czarnych, żołnierskich buciorów – Wyłaź!

Słowa poparte kopniakiem w plecy trudno zignorować. Niezgrabnie podnosiłem się wystawiony na ciosy, które spadały ot tak – dla wprawy. Te tutaj chyba lubiły to i traktowały niczym rozrywkę. Kopnąć tak, żeby nie ogłuszyć, nie pozbawić przytomności, a dopiec do żywego i dożywotnio skaleczyć męską dumę. Miałem wrażenie, że każdy z tych butów trafił mnie choć raz, zanim uniosłem korpus poza ich zasięg. Dłoń w czarnej rękawiczce poprawiła mi uśmiech waląc na odlew i wskazała rząd stojących z obnażonymi tyłkami mężczyzn. Szedłem zaciskając zęby, a w oczach szkliła mi się nienawiść pełna łez zbyt suchych, żeby spłynąć.

Stanąłem na końcu, ktoś nożem rozciął pasek i spodnie sfrunęły na kostki. Bielizna zaraz za nimi i po chwili stałem wściekły i bezbronny, oparty o mur jak kilkunastu mi podobnych. Nie przebierały. Stary, czy młody, bezdomny, czy z bogatszego domu. Rudy, łysy, czy z warkoczykami. Tłuściochom dostawało się najwięcej. Niewybredne epitety, w których prześcigali się ciemiężyciele stawały się policzkami wymierzonymi celnie i boleśnie. Staliśmy w milczeniu, a za nami rozgrywała się selekcja. Ktoś zaskowytał, kiedy go ciągnęły do więźniarki trzy horpyny waga minimum ciężka, ale co takie chuchro mogło począć? I to z gołym tyłkiem. Dostał serdeczność w splot słoneczny i było po walce. Zostało łkanie i groźba, że następny cios dosięgnie butem gonad.

Reszta stała drżąc ze strachu. Ktoś uwolnił pęcherz i po ścianie rozlało się wilgotnie ciepło pośród ironicznych uwag obstawy. Miarowym krokiem nadciągało nieznane. Milczące i niemal pewien byłem, że z nahajką. Szło i wskazywało ofiary. Tym razem, prócz tego nieszczęśnika z początku kolejki pozostałym się udało i niemal słychać było ulgę spuszczanego z płuc powietrza. Kroki zatrzymały się niemal na moich plecach i usłyszałem cichy gwizd… Podziwu? Nieważne, szarpnięcie za włosy i niemal przyjacielski kuksaniec wyrwał mnie ze szpaleru i zmusił do marszu z opuszczonymi gatkami w czeluści więźniarki. Drzwi kłapnęły głucho i nadzieja zdechła pod nimi.

Potem była już tylko jazda po wertepach i ciemność wciąż bardziej gęsta. Bez słowa wyjaśnienia, jakbyśmy się przestali w ogóle liczyć, byliśmy wiezieni w mrok nocy mijając miejskie rogatki. Zamalowane okna nie pozwoliły nic zobaczyć i mogliśmy tylko dywagować. Było nas pięciu. Dwóch leżało na podłodze pobitych tak mocno, że nie mieli sił siedzieć, pozostali mieli tylko siniaki i porozbijane wargi i nosy. Jechaliśmy tak długo, że zacząłem żałować, że i ja nie spryskałem ściany moczem, kiedy jeszcze była okazja. Teraz musiałem zwiększyć zaduch w więźniarce, jednak nie mogłem dłużej utrzymać. W woń potu, strachu i zmęczenia smród moczu wniknął miękko, jakby tylko uzupełniał bukiet obrzydliwości.

Godzinę… chyba godzinę później stanęliśmy. Silnik zgasł, ale nie nikt nie przyszedł, nie otworzył drzwi, ani nie wydał poleceń. Podłoga zaczęła się lekko chwiać, ale pomyślałem, że to omamy. Że zmęczenie mnie pokonało, a głowa płata mi figle. Kolejna godzina, może dwie i kołysanie ustało. Pozostali chyba spali, nikt z nikim nie rozmawiał, każdy cierpiał swój ból w samotności. Silnik zawarczał i nie warczał przyjaźnie. Zanim domysły podsycane panika przepełniły się we mnie stanęliśmy ponownie i silnik znów zamilkł. Drzwi otworzyły się na oścież. Był dzień. Następny. Poprzednie popołudnie zamieniło się na noc w kibitce i poranek przywitał mnie ostrym powietrzem pachnącym nieskończoną wilgocią. Wiedziałem! Teraz byłem już pewien, że nie zdawało mi się. Płynęliśmy jakimś promem, barką, czymś, a teraz wylądowaliśmy na wyspie. Wyspie, z której nie damy rady wpław wrócić na stały ląd.

- Tu zostaniecie – głos był beznamiętny i wykluczał sprzeciw, czy jakąkolwiek dyskusję – dożywotnio zostajecie, bo nie możemy sobie pozwolić, aby ktoś wiedział. Być może jeden z was będzie miał szczęście. Może nawet więcej niż jeden. Stąd nie ma ucieczki, więc i pilnować nie ma po co. Samochód i prom znikną z nami i wrócimy z kolejną dostawą. Nie próbujcie dywersji, bo prom odpłynie i nie wróci już nigdy. Zdechniecie z głodu. Bo dostawa żarcia odbywa się tylko przy okazji kolejnego transportu jeńców. Resztę powiedzą wam tutejsi. Albo – sama wam powiem. Raz na rok pojawią się tutaj goście z kosmosu. Szukają człowieka ze znamieniem na pośladku. Nie potrafią bliżej go określić ludzkimi słowami, więc poszukujemy wszystkich, którzy mają defekt i braki pigmentu. W zamian dostajemy dobre, spokojne życie wolne od chorób i kosmicznej inwazji. Co wybraniec dostanie – nie wiem, ale to wasz problem, nie mój. Może będzie ofiarą? A może mężem jednej z tych, co się pojawią? Któryś z was być może się przekona. Reszta zostanie tu do śmierci. A! – na odchodne uprzedzę, że ukrywanie znamienia, albo próba jego wywabienia kończy się dla delikwenta nagłą śmiercią, więc nie próbujcie się pozbyć piętna. Ta wyspa, to ołtarz, a wy jesteście ofiarami. Bóg przyjdzie do was. Może zaprosi do siebie, albo strąci do piekieł. Powodzenia.