wtorek, 11 lutego 2025

Partyzancka partnerka w panterce.

 

    Taki Bóg, to miał przechlapane! Zero pi-aru, miliardy lat nikt o nim nie wiedział, ani nawet nie domyślał się, że ktoś taki jest. Tylko z rzadka, jakiś szemrany kacyk opętany szaleństwem po halucynogennych grzybkach, albo po sfermentowanych owocach dostrzegał jego dyskretną obecność w uderzeniu pioruna w zdrowy dąb, czy w szkwale kradnącym dusze rzezimieszków-żeglarzy.


    Chłopak beznadziejnie zapodziany we własnej głowie z niemal metrową różą błąkał się i miotał, jakby GPS odmówił kolaboracji. Dość krępa dziewczyna założyła dżinsy przygotowane na całkiem spory tyłek, którego (być może chwilowo) nie posiadała. Z tego tytułu zaplecze dżinsowe wyglądało jak sflaczały spinaker podczas flauty. Na jednym z filarów podpierających wyższą kondygnację (tej niższej nie było więc może wcale nie wyższą?) czytam napis PANDEMIA CZUŁOŚCI. Odchodzę zadowolony, czyli spodobało się.


    A takie rzeczy, to tylko tutaj. Drogowcy oddali chodnik dla pieszych wzdłuż jednego skraju mostu. Ale nawierzchnię zamierzają położyć dopiero „kiedyś”. Marudny się zrobiłem, kładę to na karb zbyt małej ilości promieni słonecznych.

niedziela, 9 lutego 2025

Prasówka cd

 

Nie zdzierżyłem…


1. Wiek iście biblijny.

    „Poglądy, które głosi, zostały uznane za heretyckie w pierwszych wiekach chrześcijaństwa”. Gość wygląda staro, ale nie aż tak. Do tego konsekwentny jest i pamiętliwy, bo nie zmienić zdania przez dwa tysiące lat? A ponoć tylko krowa poglądów nie zmienia.


2. Napływ fachowców.

    „Przyjadą po wojnie” Weterani… Ostrzega psychiatra. Musimy się przygotować. Już dzisiaj odświeżam pamięć i „Rambo-pierwsza krew” bez piwka i chipsów. Uważna lektura, żeby nie przegapić szansy na ucieczkę.


3. Neokolonializm.

    W ciągu ostatnich trzech lat Polacy kupili w Hiszpanii ponad 10.000 nieruchomości. Jeszcze kilka lat i może hiszpański parlament uzna przewodnią siłę narodu. Naszego… Bo przecież, jak pojedziemy tam, to nie będziemy gadać po ichniemu! Niech się uczą polskiego!


4. Nałogowi zbieracze.

    Już za dwie dyszki można w sieci kupić m-dowód. Kolekcjonerski oczywiście, bo przecież nie fałszywy. Fałszywy musiałby kosztować w tysiącach, a nie w drobnych. A młodzież chcąca kupić w miarę legalnie papieroski, czy wódeczkę – musi okazać jakiś dokument. Czemu nie kolekcjonerski? Kolekcją się pochwalić wręcz wypada.


5. Nieludzkie.

    NASA pokazała odkrycie nieznane ludzkości. Na profilu łazika z Marsa można znaleźć takie info: Teraz, gdy zakończyłem wspinaczkę z krateru Jezero, wracam do #SamplingMars! Moja 26. próbka, znana jako "Silver Mountain", ma faktury, jakich nie widzieliśmy wcześniej. Zamknąłem rdzeń skały w probówce, aby w przyszłości można było go analizować w laboratoriach na Ziemi.

Ludzie! Maszyna mówi… pisze… działa i odkrywa…


6. Pomysł na życie.

    BBC śledzi losy trzydziestopięcioletniej kobiety, którą po 550 dniach „eksmitowano ze szpitala”, co „rujnuje jej zdrowie i psychikę” Pani czuje się potraktowana przedmiotowo i szuka nowego miejsca pobytu. W Anglii ponad 13 tysięcy miejsc szpitalnych zajmują lokatorzy bez medycznych wskazań. Niezły adres, to skarb. Całodobowa opieka, papu gratis i nawet pościel zmieni personel. Żyć, nie umierać!


7. Tradycja.

    Wieś na przestrzeni wieków wychodziła z założenia, że ziemia nie brudzi. Więc i higiena była rzadsza niż święta. Jeszcze w XX wieku „walczono” z kołtunem – czyli włosami posklejanymi brudem w nierozczesywalną skorupę. Współcześnie kołtuństwo zeszło do podziemia – znaczy wniknęło w głąb głowy, nie pozostawiając śladów zewnętrznych. Ale usunąć je stamtąd to dopiero trudność.


8. Nauka bez granic.

    Można zostać nauczycielką roku, a parę miesięcy później być zagrożonym wyrokiem 180 lat więzienia? W Stanach można. Pani kontynuowała naukę z niegasnącą pasją, decydując się na indywidualne zajęcia erotyczne z małolatami za pośrednictwem sieci.


9. Migracja.

    Afryka się łamie. Pęka. I to dosłownie. Jak nic się nie zmieni, to Afryki będą dwie. Czyżby dlatego mieszkańcy Czarnego Kontynentu szturmują europejskie plaże i usiłują osiedlić się na Starym Lądzie?


10. Obowiązkowa reklama.

    Nieznany sprawca na HAKERSKIM FORUM pochwalił się, że wykradł Polakom dwadzieścia cztery i pół miliona haseł wraz z loginami popularnych serwisów. Eksperci radzą ostrożność, choć nie do końca wiadomo, co to ma oznaczać. Dla mnie, to jak znak „strzeż się pociągu” nieopodal torów. Zamiast abstrakcyjnych rad mogliby złapać hultaja! W końcu to ponoć „eksperci”! Skoro złodzieje mają swoje forum, to powinno ułatwić schwytanie co aktywniejszych.


Uległa?

 

    Miała być tylko afrodyzjakiem. Egzotycznym czekadełkiem, w drodze ku prawdziwej miłości. Małą, wstydliwą masturbacją, jesienną i płochą… Miała. Pokornie godziła się na wszelkie bezeceństwa, jakie dla niej umyśliłem, a potrafiłem być naprawdę podły. Kradłem jej dumę, deptałem tabu, a ona w ciszy znosiła upokorzenia, patrząc na mnie wzrokiem źródełka, z którego pijały nieliczne, dzikie zwierzęta.


    Sam nie wiem, na co liczyłem, ale stało się niemal obowiązkiem, żeby ją złamać, sprawić, by ten cielęcy wzrok zhardział, a usta drżące od moich perwersji krzyknęły „dość” i plunęły mi w twarz wykrzywioną wymyślaniem kolejnej niegodziwości. Dzień za dniem pokonywała mnie, nie dając satysfakcji, a ja eskalowałem. Jej ciało upstrzone było niezliczonymi sińcami, a krwią barwiła pościel za każdym zbliżeniem. Tłukłem tę uległość słowami, jakich nie da się powtórzyć bez obrazy, a ona… trwała przy mnie bez słowa skargi.


    Musiała przyjść noc rozgoryczenia, porażki, ostatecznej próby. I przyszła. Rozpuściłem język i ręce, kopałem i gryzłem. Nawet szmaciana lalka musiałaby poczuć ból, a co dopiero żywa istota. Ale, choć miała oczy pełne łez i uda ociekające moczem i krwią – wciąż patrzyła na mnie jakbym był święty. Chwyciłem za szyję i zacząłem dusić. Poddała się. Równie dobrze mógłbym mordować poduszkę.


    Puściłem i zacząłem płakać. Na każdą łzę przypadały ze trzy przekleństwa. Wygrała. Nie mogłem dłużej udawać – wygrała ze mną, choć nie podniosła ręki, czy głosu. Pokonała mnie. Zajęło jej to mniej niż pół roku. Uległością, zgodą na mnie, bezgranicznym oddaniem. Łapała oddech z trudem, rozmazany makijaż nadawał jej twarzy makabrycznych rysów. Nie miała siły wstać. Czołgała się do mnie, powoli wspinając się na moje ramiona. Wreszcie objęła mnie i położyła moją głowę sobie na piersi. Głaszcząc mnie szeptała coś, czego nie mogłem zrozumieć. Najwyraźniej pokaleczone wargi nie radziły sobie z czytelnością słów.


    Zasnęliśmy w jej objęciach, a kiedy nastał świt wstała i na palcach poszła do łazienki zmyć wojenne rany. Otwierałem oczy, kiedy stanęła przede mną naga, posiniaczona z kubkiem gorącej kawy. Jej wzrok był tak pełen miłości, że znowu zacząłem płakać, zawstydzony własnym postępowaniem. Pierwszy raz poczułem, że jestem słaby, a ona silna, że jeśli ktoś ma podejmować decyzje, powinna to robić ona. Nie ja. Piłem kawę, rozlewając wstrząsany spazmami, a ona siedziała obok i wodziła palcami po moich plecach.


    - Wiedziałam – szepnęła, a łaska długiej nocy pozwoliła słowom na czytelność – od początku wiedziałam.


    - Co wiedziałaś?


    - Że to tylko próba, która musi kiedyś się skończyć. Że potem będziesz mój i tylko mój, bo żadna nie da ci tyle, co ja.


    - Mogłem cię zabić – mruknąłem zdumiony wyznaniem.


    - Mogłeś, ale tego nie zrobiłeś. I już nie zrobisz. Teraz będziesz mnie chronił przed innymi. Potrafisz bić, wiem to lepiej od wszystkich, więc będę bezpieczna. Potrzebuję silnego obrońcy. Jestem tu obca, a miejscowi nie tolerują takich...

sobota, 8 lutego 2025

Ekstrakt o małżeńskich obowiązkach.

 

    - Zaraz po ślubie nasz Pan zażyczył sobie skonsumować prawo pierwszej nocy...


    - Przed nami całe życie, a to zaledwie chwila, bądź dzielna!


    - Cieszy mnie twoje zrozumienie, tym bardziej, że Pan do ogrzania swojej pościeli i snów był łaskaw zaprosić ciebie.

Ekstrakt o matematycznej szansie.

 

    Zbliżała się do pięćdziesiątki, choć na osiedlu obowiązywał rygor ograniczeń do czterdziestki. Chlapnęła setkę i postanowiła się podzielić, by znów móc się mnożyć. Kombinowała - trzy-nastki, czy może dwie dwu-dziestki, nim znajdzie chętną kreskę ułamkową.

Nie śmiałbym się śmiać.

 

    Panie dziedziczące urodę z wyższych kategorii wagowych dysponują również większym humorem. Może dlatego, że łatwiej go zmieścić w większym gabarycie?


    Turkocą kółka walizki na nierównościach chodnika, dziecię, korzystając ze wsparcia mamusi rozważa ważkie kwestie filozoficzne. Któż nie zastanawiał się nad podobnymi problemami?


    - Dlaczego jest listopad? Albo trudniejsze – czemu jest październik?

    - A gdyby mama wzięła więcej pieniędzy z bankomatu, to nie musiałaby iść do pracy?

    - Jak dziadziuś doszedł do nieba, kiedy kolanka tak go bolały, że nie miał siły iść nawet na plac zabaw?


    Śpiewna Nerwica stanęła w nieregularnej plamie wilgoci wewnątrz pojazdu, a co starsze pasażerki patrzyły na nią podejrzliwie, a może i niechętnie. Chłop z wąsikiem a la Dali wsiadł na jeden, niezbyt okazały przystanek. Nie jestem pewien, czy mi by się chciało. Szczególnie, że staram się zaspokajać ciekawość, która dopiero co dostrzegła rosnącą popularność kokard we włosach. W przeszklonej wiacie toczą się codzienne debaty w starannie wyselekcjonowanym, hermetycznym gronie przydworcowych kloszardów. Spore stadko nastolatków w monolitycznej czerni podąża w stronę Dzielnicy Boga. Każdy w glanach, z co najmniej jedną czerwoną sznurówką. Znak, że sami nieprzysiadalni (jak zostałem poinstruowany przez fachowca), a przecież gaworzą ze sobą jak psy stęsknione towarzystwa i śmiech towarzyszy im na każdym kroku.


    Czerwonowłosa wiodła na pokuszenie swojego pana o siwej głowicy i doskonale czarnej brodzie. Ciekawe, że gdy młodość mija, włosy z północy przenoszą się na południe. Zupełnie jak angielscy emeryci, szukający trwałego ciepła na Gozo. Golemica, piękniejsza niż zwykle, wymienia dyskretne uwagi ze swoim Golemem, a ja poświęcam się jednej z moich drobnych fobii. Na drodze, którą pokonuję niemal co dnia – zliczam krawężniki w poprzek pasa drogowego. I dzisiaj właśnie dokonuję szokującego odkrycia – nie 14-15, a całe osiemnaście stanowi rekord drogi! Ciężko będzie to pobić, ale teraz, kiedy wiem, gdzie patrzeć, będę liczył jeszcze staranniej i kto wie, może dobiję dwudziestu?


    PS. A kiedy nikt nie patrzy, uczę się robić „dzióbek”, powtarzając słowo „szczupak” z baaaardzo długim sz.

piątek, 7 lutego 2025

Wiecznie strapiony traper.

 

    Pani o włosach świeżo umytej owieczki okryła wdzięki białym, pikowanym płaszczem z wielkim napisem PUMA na plecach. Gdyby nie to – nie poznałbym zwierza! Potężny gość, zbudowany bez umiaru, ze smartfonem w dłoni penetruje śmietniki. GPS-em sprawdza lokalizacje? A może dokumentuje znaleziska? W każdym razie – teleinf0ormatyka w służbie narodu dotknęła nawet śmietnikowych dziadów, a wartość śmieci można było poznać także po oznakach jakości ubioru jegomościa. Zerkam na gołębie, masowo oblegające trakcję energetyczną. Może nieświadomie tworzą partyturę nienapisanego dotychczas utworu. Zauważam, że chętniej siadają w pobliżu słupów, niż w środku odcinka między przęsłami. Wolą wyższe tony? Znaczy wyższe stanowisko pracy?

czwartek, 6 lutego 2025

Raz poproszone, rozproszone prosionki kupują skupioną kupę.

 

    Oszczędnie oświetlone ulice zdają się być porzucone. Samochody mkną, jakby się wstydziły zakłócać mroczną ciszę. Pani, z wielką, żółtą walizą, zamiast koło dworców, wysiada przystanek dalej i kołuje w stronę kompleksu krytych basenów – aż tyle ma ciuchów na zmianę? Przerośnięty młodzik nosiła na placach tyle pierścieni, że instynktownie insynuowałem, że to krypto-kastet.


    Obwieszona tobołami Czarnuszka Na Chudych Nóżkach przeciera mój szlak codzienny. Kobieta w okularach, zaplatając nogi w iksy patrzy zazdrośnie, jak ignorując czerwone światła pokonuję pustą ulicę. Grupa sześciu młodych sosen pięknie wypełnia pejzaż pełen zabytkowych budowli w Dzielnicy Boga. Naturalne ikadabuki ze snu japońskiego ogrodnika?


    Mija mnie gość, któremu udało się na podbródku wyhodować pędzel. Gęsty i niestety słabo umyty po wcześniejszym użytkowaniu. Potem, to już podziwiam żwawo maszerujący tyłek, który z rozpędu nazywam uniwersalnym. Pasującym, a kto wie, czy nie pożądanym przez każdą z hipotetycznych płci dostępnych w aktualnym katalogu możliwości. Płci tyłka osobiście nie rozpoznałem. Może dlatego, że zirytowało mnie ostrzeżenie – zastrzeż PESEL i śpij spokojnie. Szlag człowieka może trafić – otoczenie wymusza ode mnie dane wrażliwe (ZUS, US, NFZ, Magistrat, banki wszelakie), a potem podnosi larum, że zostało okradzione i to już MÓJ PROBLEM, że ONI sobie nie poradzili ze złodziejami… Marzę o normalności.

środa, 5 lutego 2025

Determinacja.

 

    Postanawiam powalczyć z naturą i odmłodzić się. Nie, żeby od razu do oseska, ale tak o połowę. Na dzień dobry farba do włosów, by były tak czarne, żeby czarne dziury skisły z zazdrości. Żeby piękne panie nie mogły powstrzymać chęci pogłaskania owej grzywy, lśniącej, pachnącej obietnicą grzechu wyssanego z mózgu nosiciela.


    Resztę sierści depiluję bez litości, czując się jak Cezar na brzegu Rubikonu. Tym wrażliwszym na historię. Efekty podziwiam przed lustrem i niestety… Natychmiast muszę przyznać się do błędu. To, co pod futrem nie wygląda. Jabłko kopcowane przez zimę podobnie wygląda dopiero w kwietniu, więc nie. Nawet zaszczepiony mi przez rodzinę narcyzm nie wytrzymał owego widzenia. Płyn na porost włosów – cała wanna i bezkompromisowa walka o ukrycie tego, co winno takim pozostać.


    Szczególnie, że w pakiecie promocyjnym zaczynam dbać o ciało za pomocą roweru, który nigdzie nie dojedzie, dźwigam płonne ciężary, które nie wnoszą nic dla świata, choć moje bicepsy mają nadąć do rozmiarów talii panny nieszczególnie dbającej o linię. Zestaw ćwiczeń (morderczy dla amatorów o posturze niegodnej King-Konga) uzupełniają czary mające na moich krągłościach przypępkowych przemodelować całkowicie układ wewnętrzny i przebudować go na wzór kaloryfera. Po błyskawicznej serii zabiegów nadaję się jedynie do zanurzenia w kąpieli. Czas przyznać – włosy odrastają szybciej niż rośnie biceps, że o kaloryferze wyrażał się nie będę, bo być może nie każdy zna słowa właściwe dla tej inwokacji.


    Skoro negliżem nie mogę powalić nawet niewiasty o upośledzonym wzroku, usiłuję okryć goliznę tekstylnie. Styl się liczy. Niestety - w grubych liczbach. Wydatki ukrywam przed własnym sumieniem, żeby mnie nie ubezwłasnowolniło z tytułu uzasadnionego podejrzenia o samounicestwienie finansowe. Szmaty wreszcie mam takie, że mógłbym je puścić samopas, żeby oszołomiły płeć kruchą i powabną, ale szmaty nie chcą leżeć. Chcą się nosić z wdziękiem. Wdzięku nie znalazłem w żadnym domu mody, ani butiku. Musiałem sobie poradzić bez. Ale bez, to czujne oko niewieście od razu wykrywa. Każdy niedostatek wypunktuje.


    Musiałem podbudować majestat czymś więcej. Na przykład kasą, przy której liczba zer nie mieści się w linijce, a nawet dwóch. Albo władzą. Władcy są strasznie czuli na punkcie utrzymania tego co mają i chętnie podbierają ją innym, więc aspiranta nie dopuszczą na tyle, by dał radę wystrychnąć ich na dudka. Ale od czego giętki umysł? Skoro jakiś przedsiębiorca może sobie pozwolić, żeby puścić tysiące maszyn, żeby osaczyło naszą planetę, to ja mogę wziąć w posiadanie dowolnie wybraną, dopóki nikt inny nie wpadł na taki pomysł. Mgławica Andromedy? Wolna, nikt nie pretendował. Kasjopeja? Krzyż Południa? A co mi tam! Droga Mleczna z Przyległościami! Biorę, jak swe i od razu cycki mi rosną o sześć numerów, kaloryfer ciąży brzemieniem, a wzrok mam tak ostry, że mogę nim obierać pomarańcze, względnie depilować pryszcze na nastoletnich buziach.


    Byłem gotów. Czas wypróbować nową, lepszą wersję siebie. Avanti! Nadciąga Młody Bóg. Ze starą duszą… steraną... startą... starczą...

Kwitną kwitki, rodzą się rodzynki.

 

    Smród niekończącego się sznura samochodów wgryza się w wiekowe cegły kościelnej wieży. Zaparowane okulary ograniczają widoczność kobietom – mężczyźni, przezornie schowali swoje po kieszeniach, przez co i tak widzą, jak przez mgłę. Mróz zmatowił szyby, czyniąc je niemal pluszowymi. Starannie pobielone młode lipy wyglądają jak orszak panny młodej czekającej w karnym dwuszeregu na pojawienie się gwiazdy. Nie czuję się, więc przemykam chyłkiem.


    PS. Popołudniowe słońce wyzwala spod zimowej okupacji co zuchwalsze kolana, a nawet pępki!