Pochłodniało. Psy sąsiada, wiedzione instynktami albo empatią, postanowiły zadbać, aby ich pan nie miał zimnych dłoni (mało która kobieta lubi zimne męskie dłonie). Zapobiegawczo błyskawicznie ozdobiły najbliższe alejki własnymi wytworami. Sąsiad zgarnął pieską cepelię w foliową torebkę i dumnie popłynął przez osiedle, dzierżąc w dłoniach ekologicznie czyste ogrzewacze. Jak psi dar wystygnie, bez żalu wyrzuci do kubełka.
Dobry humor mnie nie opuszcza, więc wspominam wczorajsze „migawki” – na rolkach mknęła pani w sukieneczce ledwie ukrywającej bieliznę i z wielką torbą na ramieniu. Nie sądzę żeby to była jedna z trzech księżniczek osiedlowych widzianych tydzień temu, czyli ekstrawagancja nie trzyma się wieku i ma się dobrze w mniej pochopnym wieku. Kolejna migawka – W osłonie czarnej, jedwabnej koszuli trzepotały małe, ale bardzo rozbrykane piersi. Ich nosicielka zaaferowana była gawędą z koleżanką. Nie miałem okazji podsłuchać, więc nie wiem, czy jej język tańczył równie uroczo i w porównywalnym tempie. Miasto wypełniło się urodą w każdym możliwym rozmiarze i stylizacji. Patrzę z zachwytem jakiego nie wzbudzają konkursy piękności, gdzie sztywne kanony wykluczają odmienność i sprawiają, że kandydatki są uformowane z jednego odlewu.
W jedno oko wpadło mi słońce. Drugim zajęło się jego odbicie w tafli szkła biurowca. Widzenie mam mocno ograniczone do czasu, aż tramwaj wjeżdża w cień rzucany przez przedwojenne kamienice. Trójca kanarów wysiadała z tramwaju z gotowym planem na poranek i pomknęli gdzieś z zawodową sprawnością. Szli gęsiego, według wzrostu, od najmniejszego, przez co wyglądali jak filmowy Gang Olsena – aż żal, że ten na końcu nie podskakiwał beztrosko łapiąc krok. Wewnątrz została zachwycająco elegancka i oficjalna bizneswomenka, z twarzą zaszpachlowaną szczelnie makijażem, żeby żadne uczucia nie wymknęły się spod kontroli. Może jechała na partyjkę pokera, gdzie kamienna twarz przydaje się by zwieść zmysły przeciwnika? Kasownik przez całą drogę usiłował ze mną pogadać i popiskiwał, pochrząkiwał, ale nic nie zrozumiałem. Za to na wystawie Sklepiku Z Cudami wykryłem przyczajonego kota z różowymi uszami. Zafarbował, biorąc przykład z początkujących kobietek? Młodziutka ślicznotka tłukła pazurkami monitor telefonu wydając odgłosy przypominające tańczącego na blaszanym parapecie gołębia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz