Starannie wydepilowane nóżki drepczą ku przystankom, drobią kroczki już na nich, nieustannie oszałamiają urodą kusząc spod kloszy letnich sukienek, choć dżins jeszcze się nie poddaje i trzyma się kurczowo co skromniejszych pośladków. Sympatyczna Gadułka przesiadła się na rower i kpiąc z jakości wydzielonych pasów ruchu dla komunikacji zbiorowej, wyprzedza nas bez wysiłku. Uśmiecham się. Przez zimę pięknie rozrosła się w biodrach i gdyby ode mnie to zależało przyznałbym jej bezzwrotnie prywatną grawitację.
Najwyraźniej jestem w bardzo płochym nastroju, bo przy dworcu chcę owo wyróżnienie przyznać kolejnej dziewczynie. Siedzi (tak to umownie nazwę) na ławeczce z kocem na kolanach i w rytm muzyki z telefonu tańczy i śpiewa ignorując zdumione spojrzenia przechodniów. Zaczerwieniona z radości okrągła buzia zdaje mi się piękną i nic dziwnego, bo szczęście trudno inaczej sklasyfikować. W tramwaju parę krzesełek przede mną siedzi dziewczyna o długich, jasnych włosach uplecionych misternie w coś skomplikowanego, udającego starannie ułożony chaos. Beżowe słuchawki nieco zakłócają obraz, ale i tak ciężko odwrócić głowę. No chyba, że trafi się pani z wytatuowanym na ramieniu znaczkiem pocztowym, który przy bliższym poznaniu okaże się kasetą magnetofonową. Czemu miał służyć rysunek? Zabrakło mi wyobraźni. Emerytowany Dżokej w krótkich spodenkach stąpa nie stępa, lecz co najmniej kłusem, choć kłusownikiem raczej nie jest i wierzchowiec z pomiędzy nóg nie parska doń końskimi uczuciami. Może to i lepiej, bo wierzchowce powinny jeździć wierzchem, nie spodem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz