poniedziałek, 25 maja 2026

Skalar skalał kalafior kalafonią.


    Starannie wydepilowane nóżki drepczą ku przystankom, drobią kroczki już na nich, nieustannie oszałamiają urodą kusząc spod kloszy letnich sukienek, choć dżins jeszcze się nie poddaje i trzyma się kurczowo co skromniejszych pośladków. Sympatyczna Gadułka przesiadła się na rower i kpiąc z jakości wydzielonych pasów ruchu dla komunikacji zbiorowej, wyprzedza nas bez wysiłku. Uśmiecham się. Przez zimę pięknie rozrosła się w biodrach i gdyby ode mnie to zależało przyznałbym jej bezzwrotnie prywatną grawitację.

    Najwyraźniej jestem w bardzo płochym nastroju, bo przy dworcu chcę owo wyróżnienie przyznać kolejnej dziewczynie. Siedzi (tak to umownie nazwę) na ławeczce z kocem na kolanach i w rytm muzyki z telefonu tańczy i śpiewa ignorując zdumione spojrzenia przechodniów. Zaczerwieniona z radości okrągła buzia zdaje mi się piękną i nic dziwnego, bo szczęście trudno inaczej sklasyfikować. W tramwaju parę krzesełek przede mną siedzi dziewczyna o długich, jasnych włosach uplecionych misternie w coś skomplikowanego, udającego starannie ułożony chaos. Beżowe słuchawki nieco zakłócają obraz, ale i tak ciężko odwrócić głowę. No chyba, że trafi się pani z wytatuowanym na ramieniu znaczkiem pocztowym, który przy bliższym poznaniu okaże się kasetą magnetofonową. Czemu miał służyć rysunek? Zabrakło mi wyobraźni. Emerytowany Dżokej w krótkich spodenkach stąpa nie stępa, lecz co najmniej kłusem, choć kłusownikiem raczej nie jest i wierzchowiec z pomiędzy nóg nie parska doń końskimi uczuciami. Może to i lepiej, bo wierzchowce powinny jeździć wierzchem, nie spodem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz