wtorek, 26 maja 2026

Rzyć żeby pożyć musi się wyżyć i przeżyć.


    Opaską wzdłuż bocznej ściany budynku wracał po nocnych łowach jeż. Zapewne mieszkał gdzieś pod krzakiem bzu, czy róży. Gdy usłyszał kłapnięcie bramy, szybko zorientował się, że ktoś będzie szedł – wiadomo, swojak poznaje powtarzające się dźwięki i potrafi je właściwie zinterpretować. Z wrodzonej ostrożności przycupnął pod murem i znieruchomiał. Wszystko na nic! Gość idący do samochodu dostrzegł go. Podszedł nieco za blisko (zwierzęta mają zdecydowanie szerszą strefę intymną niż ludzie), bo kto to widział przejść obok jeża i nie pstryknąć mu selfiaczka? Zgroza i marnotrawstwo. Po zabiegu jeż czmychnął do domu, ale pewnie cały spocony z emocji. On i jego pchły.

    Na przystanku trafiam dwie kobiety w bieli. W gęstniejącej grupce czekających wyglądały jak cumulusy płynące po niebie bez pośpiechu i zbędnych nerwów. Szlachcianka Z Zaścianka wykorzystując telefon jako lusterko sprawdziła, czy ma wystarczająco różowe wargi, by pojechać w siną dal i usatysfakcjonowana wsiadła do autobusu. Jadę, a równolegle do bus pasa, ścieżką rowerową, jedzie Pulcheryjka w różowej bluzeczce, spod której wystają okrąglutkie „boczki” i tylko tatuaż nisko na kręgosłupie chyba się zawstydził, bo usiłuje schować się głęboko w bieliźnie. Cóż – gdzie mu lepiej będzie?

    W cieple poranka kwitną kolorami rabaty i dziewczęta. Posiadacze wędrują ze swoimi pieskami wzdłuż ogrodzenia wybiegu zbudowanego specjalnie dla nich – o zgrozo po zewnętrznej stronie! Szyderstwo, czy zwykła złośliwość? Wzdłuż witryn zamkniętej jeszcze galerii handlowej maszeruje pani dyskretnie sprawdzając, czy jej odbiciu w oknie nie wystaje zanadto brzuszek. Na wszelki wypadek poprawia jakieś fałdki - bluzeczki, bo przecież nie brzuszka. Przy przejściu dla pieszych ktoś usiłował wyrzucić do ulicznego śmietnika europaletę pomalowaną na niebiesko. Z racji rozmiarów udało się jedynie ustawić ją na wierzchu i cała ta „instalacja” wyglądała jak postument czekający aż jakaś jednodniowa gwiazda wespnie się nań i zachwyci. Oszołomi wdziękiem, męstwem, czy czym tam będzie łaskawa uraczyć publikę.

    Kolejne widzenie – kobieta z dwiema obrożami. Jedną ma zapiętą w pasie, a do niej przytroczone zostały dwa husky. Para koni niemechanicznych, to niezły napęd. Ekologiczny. Na dodatek znający drogę do domu, choć niekoniecznie się ku tej drodze skłaniał. Druga, szersza obroża zdobiła szyję. Masywny tatuaż chyba był kolanem upchany żeby nie rozlał się na biust, czy brodę.

    Wracam, przez okno podziwiając co wyczyniają kieszenie ultrakrótkich dżinsów obejmujących młodziutką pupę. Dziewczę zdobne w bukiet fioletowych kwiatów w asyście młodzieńca przemieszcza się w sposób nie pozwalający oderwać wzroku od siebie, czy raczej od tych kieszeni. Uśmiecham się zastanawiając, ile trzeba charyzmy, żeby wynurzyć się ponad niepokojąco kuszące doznania serwowane otoczeniu. Z wrażenia nie wiem, czy te kwiaty to były goździki, hibiskus, czy może jakaś odmiana malw – raczej nie róże… Na koniec dwie tablice rejestracyjne D4 CAMEL – do żółtej terenówki jakoś tak przyschło swobodnie i nie razi. Za to D7 DEDI, gdy za kółkiem siedzi młodziutka pani zdaje się być mocno ekstrawaganckie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz