A może przegonię,
Te moje wigonie,
By poszły na błonie.
Ciałem je zasłonię
Na natury łonie
gdy los wróci po nie.
Zanim pod jabłonie
Przywędrują konie
Wiele łez uronię.
Kiedy zło na tronie
W błyszczącej koronie
Marzy o ich zgonie
Topór na wigonie
Zatrze mściwe dłonie
Już ich nie ochronię.
To w ramach hipotetycznych roszczeń o niefrasobliwy ciąg dalszy, o który czasami bywam zaczepiany. Tablica F1 KRESS dopełni niezobowiązujących obowiązków kronikarza i teraz mogę się już oddać – żeby tylko kto chciał brać! I dlaczego Owa miałaby nazywać się Twórczość Radosna?
Do rzeczy! Mocarny cieleśnie budowlaniec rączo mknął chodnikiem, raczej maszerując, jak idąc do roboty i może chciał ubić jogurt na masło, bo wymachiwał reklamówką z drugim śniadaniem zamaszyście, nie wiedząc, że z jogurtem łatwo nie będzie wygrać, bo już się nim zajęły jakieś modne, medialne bakterie. Zanim za nim, jeśli wolno się tak wyrazić, poszła zblazowana dama, dystans pomiędzy nimi rósł z każdym jej krokiem, gdyż pani PROMENOWAŁA chodnikiem i pośpiech miała w namacalnej pogardzie. Pana pewnie także, a ręka w kieszeni sugerowała nawet arogancję i traktowanie czasu jak intruza przeszkadzającego w porannej przechadzce.
Wraz ze mną do autobusu wsiadł Sympatyczny Rudzielec, ubrany(a) w czerwony płaszczyk, czym zgasił(a) konkurencję definitywnie (definitywnie, to ulubione słowo pana Huberta z telewizora, zatrudnionego po to, by sprawdzać, czy pani/pan powiedzieli to co powiedzieli). Wewnętrzna szarość i czerń pasażerska mogła być jedynie tłem dla tak intensywnego skupiska barw. I słusznie. Poprawiłem się w siodle i zacząłem wypatrywać dookólnie wątku czerwieni w przestrzeni publicznej. Tu torba, tam plecak z poszukiwanym motywem przewodnim. Gustowny sweterek na nienajmłodszym biuście, rozkloszowane spodnie kolaborujące z rozkołysanymi biodrami, czapka-niemal-niewidka, bo nosicielka chyba nic nie widziała spod niej (spod niej spodnie spadły?), płonąca ogniem sygnalizacja uliczna, kompletująca tylne światła przydworcowych taksówek w sznur różańca, FAŁ-WEJ w sam raz dla silnej i niezależnej (VW – niemieckiej produkcji maszyna, ponoć niezawodna niczym wermacht w szczytowej formie), zaparkowany dyskretnie w nicości Śródmieścia…
Wysiadam z autobusu i usiłuję dogonić tramwaj. Skórzastogłowy wyprzedza mnie i wspólnie, choć osobno musimy pokonać zawalidrogę. Pani jest tak zapatrzona w świeżo napływające wieści ze świata, że świata poza nimi nie widzi. Okropność, choć pasje uważam za zaletę, a nie wadę istot płci dowolnej. Udało się! Mi-nam. Chwilkę zaledwie później zerkam jak na nabrzeżu przycupnęła czapla z niewiarygodną cierpliwością wypatrując wodnej taksówki, by przy drinku i zacnych przekąskach podziwiać Miasto z poziomu Rzeki, od czego jest prawdopodobnie uzależniona. Potem jeszcze krwią w oczy bije sukienka w czerwieni, ale tę, z mety i bez pytania, zawłaszczyła sobie szmaragdowa sowa z wystawy Sklepiku Z Cudami. Wytrzeszczała gały tak bardzo, że przekonała mnie iż ja też powinienem zerknąć. I nie kłamała, o dziwo! Tak kiecka, jak jej zawartość, warta była zauważenia (wartkiej wartości?) – m. dostrzegłaby, że cały byłem zachwyceniem… gdyby była, ale cóż. Wszystkiego można jedynie pragnąć bezrozumnie. A, że nieobecni racji mieć nie mogą, bezczelnie ukradłem m. ów zwrot (czy jak tam nazywa się owo wyrażenie w poprawnej definicji języka polskiego), bo jest zbyt piękny, by pozwolić mu umrzeć w otchłaniach bloga-którego-już-nie-ma (brzmi jak tytuł kolejnej powieści pana Gortycha? Wszystkie słowa dawno zostały już napisane, tylko o tym nie wiemy!).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz