środa, 5 czerwca 2019

Rozwój ekosystemu.


Cisza trwała już całe cztery dni. To niemal typowy, biurowy tydzień. Trudno było nam wszystkim pojąć co się stało i powoli zaczęliśmy obstawiać zakłady, że Ruda zachorowała, albo ją zwolnili za wybujałą i zbyt żywą (w dosłownym tego słowa brzmieniu) wyobraźnię. Każdy nadstawiał ucha i wręcz dopominał się jej kroków na korytarzu, żeby w uspokajającym rytmie serduszka zmierzającego ku zawałowi wystrzeliło staccato kroków zmierzających TAM i z powrotem. Co odważniejsi symulowali nawet chorobę dróg moczowych, żeby zwiększyć szansę na to, by „przypadkiem” TAM spotkać Rudą i podzielić się ze współpracownikami tak pożądaną informacją.

Tymczasem słuch o Rudej zaginął i westchnienia żalu gęstniały, aż szef nie wytrzymał i walnął pięścią w biurko, któremu do dębowej solidności wiele brakowało. Walnął z wdziękiem i gdybym był płci przeciwnej pewnie rozkochałby mnie w sobie tym atakiem agresji skierowanej w stronę przyrody nieożywionej. Jako samiec musiałem jednak przyznać, że wolałem rozkołysane kroki Rudej tętniące życiem i pobudzające krew do tańca w rytmie jej kroków.

- Dość! – szef bezkompromisowo uciął wszelkie dywagacje i zawiesił strategiczne działanie na czubku wypielęgnowanego palca wskazującego lewej dłoni. A potem wskazał nim panią Kasię, choć galanterią codzienną zarażony był niemal chorobliwie i dokończył – Pani pójdzie zapytać. Ruda kompletnie dezorganizuje życie biurowe, a jak widzę niektórym zamiast zestawień przychodzi już do głowy zmiana wykonywanego zawodu i zajmują się szkicowaniem aktów, na których pomimo skromności środków wyrazu prozaicznego ołówka i tak dostrzec można rude sprężynki znajomej wszystkim fryzury. Więc pójdzie pani i zapyta. Jeżeli się pani obawia, to kolega Stanisław będzie pełnił pani straż tylną, boczną, a patrząc na jego rozpasanie kubaturowe być może i przednią jednocześnie. To powinno powstrzymać atak klonów, grzybów, UFO i psa Baskervillów również. Gdyby się jednak okazało, że nie dzieje się nic pani autentyczny wdzięk pozwoli się wam wycofać do biura bez szkody na honorze, czy co tam nosicie pod serduszkami.

Pani Kasia nie była istotą pokorną i całe szczęście, gdyż misja wydawała się niemal samobójcza. Nikt z nas dobrowolnie nie zbliżał się do żadnych drzwi laboratoriów noszących na drzwiach logotyp stylizowanej dżdżownicy w kolorze błękitnym i dwóch eliptycznych kleksów zgnilizny moralnej. To chyba pani Kasia jako pierwsza te łzy nazwała flegmą gruźliczą, a błękitnego zawijasa glistą. Panią Kasię szanowaliśmy bez wyjątku za porównania dobitne i obrazowe, a potrafiła się posunąć w nich tak daleko, że nawet żulom purpurowiały uszy, gdy wyrażała swoją nie podlegającą negocjacjom opinię w ich obecności.

Stanisław wydobył skrywany w szufladzie n czarną godzinę biały szalik i zawiązał go poniżej linii włosów ozdabiając na przedzie kleksem czerwonego tuszu, co zdaje się miało symbolizować kraj kwitnącej wiśni, która na Stanisławie wyglądała jakoś tak beznadziejnie i ubogo. Jednak duch samurajów, nindżów, czy kogo tam diabli ponieśli do walki ze złem tego świata ukorzeniał się w Stanisławie, a nawet przeniósł na otoczenie. Pani Kasia osobiście umoczyła czubek naprawdę małego paluszka i ozdobiła sobie przestrzeń pomiędzy wydepilowanymi na ostro brwiami dyskretną plamką o znaczeniu bliżej nieznanym, acz wywołującym skojarzenia z Hindukuszem. Pewnie chcieli oszołomić własną unitarną i elitarną przynależnością wszystko, co spotkają na krótkim szlaku bojowym.

Tymczasem szef z pozorowaną lekkością trzymając nogę założoną na drugą powiewał półbutem męskim rozmiar czterdzieści trzy ze skóry czegoś dawno nieżyjącego, przetworzonego przez włoskich rzemieślników na dzieło sztuki użytkowej. Nie ponaglał, ani nawet wzrokiem nie wypychał oddziału zwiadowczego ufając, że religia nie zabroni im wyjść zwycięsko z tej potyczki, choć jako aspirujący gentelman gotów był podążyć z odsieczą na pierwszy, spłoszony okrzyk pani Kasi. Szef dysponował wyobraźnią niedostępną personelowi i nawet nie udawałem, że jestem w stanie podążać jego ścieżkami chociaż minutę. Szef najwyraźniej dotarł do momentu dramatycznej nierównowagi batalistycznej, bo dłonie zwarł w pięści aż zachrzęściło. Nie chciałbym być w skórze tego, na kogo spadną ciosy tak szczelnie zasklepionych kości szefa! Ufałem mu i chyba gotów byłem swą steraną cnotę oddać mu na usługi, żeby ode złego nas wybawił osobiście.

Pani Kasia i Stanisław ukradkiem sforsowali drzwi biura i tyle ich widzieliśmy. Ktoś pstrykał długopisem, co zmuszało nasze płuca do pospiesznego chwytania powietrza i niedługo w pomieszczeniu powinno zabraknąć tlenu, gdyż spożycie wzrosło skokowo do stanu przekraczającego dawki brzegowe. Klimatyzator zajęczał i odprowadził wodę lodową obecnie już gazowaną, pełną dwutlenku węgla. Czas schował się gdzieś za wieszakiem na parasole, a może nawet wlazł pod biurko korzystając z tymczasowej nieobecności pani Kasi, gdy spoza drzwi wychyliła się pojedyncza, męska dłoń. Raczej blada i nie tak piękna jak dłoń szefa, który w ogóle był najpiękniejszy i tylko pani Kasia i Ruda mogły próbować polemizować z podobnym aksjomatem. Pomimo drżącej żałośnie odwagi wychynęliśmy za tą ręką na korytarz delektując się miękkością nie uwierającą w stopy.

- Ciii! – wyszeptał krzykiem Stanisław – Ruda żyje, a nie słyszymy jej, z powodu tego!

Wskazał butem na podłogę. Podłogi, niegdyś kamienne dzisiaj zaroiły się czymś miękkim, stalowo szarym, dość ciemnym, ale bezzapachowym i nad wyraz miłym w dotyku. Owe pomieszane barwy wypełniały caluteńki korytarz, a gdzieniegdzie ów dywan zaczynał wspinać się na ściany, jakby miał kaprys upluszowić nasze spacery do cna.

- Ruda wyhodowała mech! – pani Kasia bezobcesowo przeszła do meritum – wyhodowała, ale nie upilnowała i się jej wymknął. A teraz zmutowany mech grasuje wszędzie tam, gdzie poczuje wilgoć i biada nam jak dojdzie do łazienek, bo takiej ikebany to w życiu nie obejrzycie nawet na starożytnych, japońskich akwafortach!

To już lato!


Słupek rtęci aż sapie, żeby nadążyć za tempem wspinaczki brzegów sukienek po pięknych, bladych udach. Przysłowiowego rąbka należy już szukać ponad nogami i o przeszkadzaniu w najbardziej nawet wymyślnym tańcu mowy nie ma – z godowym włącznie. Widziałem panią, która poddała się i nawet nie usiłowała ukryć siodełka rowerowego pod spódniczką odjeżdżając w siną dal lizana wiatrem i gorącymi spojrzeniami zaczepionymi krańców kręgosłupa. Lipy, choć jeszcze nie rozkwitły wonnym kwieciem, zdążyły się już spocić i kapią lepkimi łzami na asfalty, które od tej duszności kleją się do butów z odgłosem dartego materiału przy każdym kroku. Ptaki do śpiewania wykorzystują godziny tak młode, że mało komu chce się wstać, żeby posłuchać. A szkoda, bo mają wiele do powiedzenia. Pragnienie dusi budowlańców nim pracę rozpoczną więc do autobusu wsiadają z puszką schłodzonego piwa. Dziewczyny najwyraźniej zazdroszczą im opalenizny, bo nadrabiają błyskawicznie. Pierwsze czerwone uda, plecy i nosy świecą pośród mniej skorego do opalania się tłumu.

wtorek, 4 czerwca 2019

Szukając cienia.


Pod drzewami olszówki wyparły pieczarki, z czego wcale się nie cieszą szpaki. Rozumiem je, choć nie widziałem, żeby raczyły się grzybami. Słońce zastygło niziutko, jakby chciało zaglądać dziewczętom pod spódniczki, ale te (choć wiatr słońcu wtórował delikatnie) z pobłażliwym uśmiechem strzepują z rąbka ową ciekawość, przeganiając niby natrętną muchę. Rzeka żyje w drgnięciach kręgów i puszcza miliardy zajączków w okna Miasta. Maki upodobały sobie skarpy i najchętniej rosną na stromiźnie. Wciąż w głowę zachodzę, skąd ciała kobiece wiedzą, gdzie gromadzić tkankę miękką – mamusie uczą, czy jakieś niezwykłe ćwiczenia woli mają wpływ? Reiki? Joga? Dziewczątko zapatrzone w obowiązkowy monitor miało porozkładane tkanki tak, jakby każdemu z atomów z osobna osobiście wskazała miejsce postoju, żeby mój wzrok rozkojarzyć. Estetycznie nafaszerowany widokiem szedłem jakoś wolniej, mniej nerwowo i pozwoliłem otulić się jaśminom, tawułom, czarnym bzom i nawet rozsypane na chodniku mleczne groszki owoców jemioły nie potrafiły mnie wytrącić z błogostanu. Urodzaj zapanował na facetów w kapeluszach. Zapewne słońce skłania ich do szukania schronienia pod szerokim rondem. Ja wolę wejść między drzewa.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Mściwość.


Najwyraźniej przysypiałem na lekcjach historii, bo nie mam pojęcia, kim był niejaki Kretes, choć przegrywałem z nim regularnie. Co tam przegrywałem - porażki były dotkliwe i trudno o większe katastrofy. Może Titanic dogoniłby mój wyczyn, ale licytować z nieboszczykiem nie wypada. Może i Kretes nie żyje? Myśl przytrzymywała się kurczowo strzępów sumienia. Wyposażony w podobną wiedzę mogłem zastosować chwyt poniżej pasa i wypomnieć mu fizyczny rozkład. Cóż – nie obiecywałem, że sumienie mam czyste. Chciałem mu dopiec, a zapalczywość płonęła we mnie może nie wieczną lampką, ale świętym ogniem. Na wojnach tak bywa, że przyzwoitość zdejmuje się wraz z cywilnym ciuszkiem.

Policja budowlana.


Młode kolana przedzierają się przez gęstniejący upał, a nagie stopy w trampkach wyraźnie im zazdroszczą swobody. Psom już o poranku więdną jęzory i zwisają swobodnie tuż nad chodnikiem omijając rafy kłów. Motyle i szpaki usiłują rozruszać powietrze, jednak wiatr czynią iluzoryczny wyłącznie. Za malutkie mają skrzydełka, żeby rozbujać Rzekę, czy choćby lichy krzak czarnego bzu. Ledwie z jaśminu potrafią strącić samotny płatek. Jaskółki muszą się wspinać wysoko, żeby skubnąć coś na śniadanie. Dziewczynka obciążona kluczami na smyczy biegnie do autobusu trzymając kurczowo monitor w malutkiej rączce. Pewnie troszkę spóźniona na dzień dziecka. Patrol zabiedzonych srok kontroluje postęp robót budowanych na podwórku i chyba nie był usatysfakcjonowany, bo skrzeczał, aż w końcu poleciał z donosem w stronę siedziby nadzoru budowlanego.

niedziela, 2 czerwca 2019

Pod dojrzałymi skrzydłami.


Ślimaki przedzierają się na drugą stronę asfaltowego chodnika liżąc go, aż zostają na nim krzepnące, lepkie smugi. Niektórym się nie udaje i giną zmiażdżone kołami rowerów, albo butem nieuważnym. Tylko samobójca nadepnąłby celowo winniczka, śliniącego się do soczystej trawy po drugiej stronie niezbyt szerokiego asfaltu. Łatwiej zobaczyć spasione baletnice na paluszkach drobiące piruety, żeby ominąć żywą szykanę rozciągniętą w niedoskonałą tyralierę, usiłującą zdobyć przyczółek pod krzakiem bzu, gdzie trawa jest bardziej soczysta i mniej zdeptana.

Idę i ja, manewrując niczym korweta na polu minowym. Szczęściem mam mniejszą bezwładność, gdyż dopiero zacząłem pielęgnować wypukłości zmniejszające zwrotność i zwiększające wyporność, więc z niewymuszonym wdziękiem kręcę tyłeczkiem pod zuchwałym spojrzeniem koneserki męskich pośladków. Lekko uszczypnęła mnie wzrokiem puszczając przy tym oko - jakbym klapsa dostał. Podskoczyłem i zapiszczałem, chichocząc niczym nastolatka, a rumieniec trwale zamieszkał między nosem i uszami.

Idę. Nie jestem łatwy. Nie poddaję się na pierwszy pełen nieskrywanego zachwytu gwizd. Niech się postara bardziej. Rzucam okiem za siebie. Dyskretnie, jak mniemam. Stoi tam. Lekko rozchełstana, oparta o płot. Spod szlafroka wystaje halka stygnąca po niejednej nocy. Wiatr przyniósł mi próbkę aromatu. Kwaśny, potrafiący ocucić nawet po upojnym wieczorze. Nie przypomina świeżo wyciśniętego soku z limonki, już prędzej ocet winny przyprawiony czymś domowego chowu. Bardzo wyrazista samica. I taka zdecydowana.

Patrzy na mój tyłek głodnym wzrokiem; czuję, jak płowieje materiał, a zawartość kieszeni topi się grawerując mi piętna pazurzastych orzełków z zapomnianego bilonu poprzez majtki. Rzucam okiem ponownie, gotów na stanowczą reakcję, jednak widok drapiącej się po pępku niewiasty mnie onieśmiela. Włosy ma w nieładzie i chciałem sobie pochlebić, że na moją cześć rozbiegły się po otoczeniu wyłapując z powietrza atomy ogrzane moim spłoszonym oddechem. Miedź trzyma się wyłącznie ich końców. Bliżej głowy galwanizacja fryzury była zbyt oszczędna i jony miedzi odfrunęły odsłaniając matowo-szarą barwę cynku.

Twarz pełna charakteru, trudnego do ukrycia nawet pod makijażem płonie pożądaniem. Podobam się niewątpliwie. Widzę, jak oblizuje pełne wargi ruchliwą, różową larwą języka. Gdybym był okoniem rzuciłbym się nań bezapelacyjnie i bezzwłocznie. Tymczasem spłoniony patrzyłem tylko jak niewiasta delektuje się nim i odpływa jej wzrok, gdy myśli stają się bardziej niż niegrzeczne. Mogłem wzorem doświadczonych koleżanek nosić lusterko przy sobie! Mógłbym wtedy cieszyć się z wrażenia jakie zrobiłem udając nieprzystępność.

Pochwyciła mój wzrok nieśmiały! Brwiami zastrzygła – sztuczne one, malowane, ale strzygły jak się patrzy. Brodą wskazała na coś, czego nie zrozumiałem… Na samochód stojący w cieniu derenia? Czy stolik stojący nieopodal pod żywopłotem? Najwyraźniej chciała mnie kupić na stan posiadania. O… Co to, to nie. Nie puszczam się na pierwszej randce, chyba, żebym się puścił, bo to nie ma reguły. Miała pecha – samochód nie bardzo pasował mi do spodni, a do pustego stołu nie siadam. Chyba, że ona chciała mnie na tym stole wyobracać… Osz perfidia jedna!

Nie! Niemożliwe! Zamierzałem się obrazić, albo przynajmniej dumnie ją zignorować, kiedy cmoknęła nie szczędząc na fonii. Pozbawiony biustu i sześcioraka nie miałem co wypiąć dumnie, więc oddalałem się cicho i bezwonnie oblizywany wzrokiem, rozbierany, poklepywany, czując jak sięga po klejnoty, żeby je oszacować na własne potrzeby, niczym kupiec sprawdzający towar. Zawstydzony zapomniałem o winniczkach…

Rozpostarłem ramiona szukając oparcia w powietrzu, lecz te skrzydła nie były gotowe unieść mnie i utrzymać ciało w równowadze. Zwaliłem się ciężko na tyłek, aż pisnąłem. Wilgotny był od tego oblizywania chyba, bo czułem, jak piecze i rumieniec z policzków szybko połączył się z tym który zakwitał właśnie na zapleczu. Siedziałem zły i bezradny nie wiedząc, czy się rozpłakać, czy zezłościć, gdy moja wielbicielka niczym wielki brudnobiały nietoperz zerwała się z balustrady, w którą była wklejona i właśnie lądowała przy mnie. Poły szlafroka otuliły mnie ochoczo…

Madonno! – śledzie w occie przeplatane wódeczką. Skrzydła miała uwalane spożywką, jakby wycierała nim stoły po wielkim weselu. Uniosła mnie, jakbym był papierowym latawcem upadłym w ogródku i otrzepała mi tyłek z lubością, rewidując przy okazji harmonię żeber, czy wszystkie całe. Pogłaskała mnie po policzku, żebym się nie rozbeczał i przytuliła do rozpasanego, potrzebującego łona.

- No! Nie broń się już malutki, chodź do mamusi. Mama utuli, popieści, krzywdy żadnej nie zrobi głuptasie!

Ostrzeżenie.


Park założono tutaj tak dawno, że obecnie przypominał gęsty, lekko tylko ugrzeczniony las pełen rozmaitości. Wiele gatunków drzew stuleciami szukało dla siebie miejsca, żeby zasymilować się z sąsiadami i zawiązać sojusze. Alejki wysypane białym żwirem zdawały się samorzutnie wkraczać pomiędzy drzewa niknąc gdzieś daleko, między koronami bardzo rozłożystymi i ocienionymi. Zupełnie, jakby wspinały się do nieba.

Cofnąłem się na wzgórze udekorowane olbrzymimi głazami leżącymi od tak dawna, że powinny cierpieć odleżyny. Tymczasem po nierównych, zerodowanych ścianach wspinały się jakieś nieprzeliczone stada mrówek, by na ich wierzchu toczyć zażarte batalie z grzejącymi się w słonecznym cieple owadami. Mrówki szły, jak na wojnę, albo na stołówkę w wojskowym drylu wychowywane, a owady nie wiedziały nawet, że głaz stał się ołtarzem ofiarnym do przelania ich krwi.

Ze szczytu wzniesienia można było obserwować falujące w gorącym wietrze korony drzew. Zielone morze sięgało urwiska wysoczyzny z czerwonego kamienia przesyconego żelazem tak bardzo, że nieliczne burze z pewnością zatrzymywały się tu na popas, aby zrzucić nadmiar ładunków elektrycznych. Stąd i głazy leżące dosłownie wszędzie. Odłupane gniewem Zeusa spadały pomiędzy drzewa miażdżąc gałęzie, a nawet kilkusetletnie pnie.

Wiedziałem od przewodnika, że po burzach wynurzali się ludzie lasu – drobne, żylaste istoty zbierające z alejek najdrobniejsze nawet gałązki, żeby ścieżki były niepokalane. Pracowali w milczeniu. Nikt nawet nie zaśmiał się, dopóki na ścieżce leżały liście, czy gałęzie. Jeśli zaś na ścieżkę spadł głaz natychmiast wytyczali nową ścieżkę, żeby go ominąć, jeśli był zbyt ciężki, aby go dotoczyć w podnóże pagórka.

Nie zapytałem skąd, ale musieli mieć spore zapasy świeżego grysu tak lśniącego bielą, jakby mieli gdzieś schowany kamieniołom śnieżnego marmuru. Głazy otaczali aureolą żwiru wysypaną grubo i szeroko, jakby zamykali je w więzieniach. Może to właśnie robili? W te głazy już nigdy nie uderzył żaden piorun. Błyskawice nieodmiennie tłukły sterczącą na ponad sto metrów skalną ścianę płaskowyżu, i wydziobywały w niej wielkie dziury dymiące długo po burzy jeszcze. Boskie schody na szczyt o stopniach większych od człowieka.

Nie miałem pojęcia, czego bogowie szukali w skalnej ścianie i dlaczego tubylcy z takim uporem sprzątali alejki. Park pachniał wilgocią lasu, a przekomarzania ptasie wypełniały okolicę idyllą niemal namacalną. Dziki, swobodnie rozrastający się park-las miał nawet ławeczki i altany rozmieszczone tak, aby siedzącemu zaoferować kojący wzrok widok na dostojne araukarie, na sekwoje, cedry, dęby i cyprysy, jacarandy i sam nie wiem co jeszcze. Na krzewy zdobne w kwiaty niespotykane nigdzie na świecie, na powoje wspinające się po każdej usłużnie zrzuconej lianie i pniu wyżłobionym wodą, albo spękaniami niepohamowanego wzrostu.

Tubylcy na wzgórze wchodzili bardzo niechętnie, a jeśli już się pojawili, żeby osadzić na nim głaz, albo posprzątać jedyną wiodącą na szczyt alejkę z wielkim niepokojem zerkali na urwisko i uciekali najszybciej jak mogli po osłonę drzew. Patrzyłem w milczeniu, jednak nie pytałem. Nie zrozumieliby mojego pytania. Chyba nie znali żadnego z cywilizowanych języków, a turystów ignorowali uprzejmie, ale stanowczo. Odchodzili nie siląc się nawet na wzruszenie ramionami.

Okolica oszałamiała spokojem, ciepłem przerzedzonym smugami przeciągów wędrujących pomiędzy drzewami, jakby zbierały aromaty w bukiety, żeby inhalować cywilizowane dusze i ciała przesiąknięte na wskroś miejskimi smrodami. Tubylcy omijali grzecznie każdego siedzącego, lecz obecnie nie było ich chyba wcale. Poza mną, któremu nawet wracać się nie chciało i sypiałem w pierwszej lepszej altanie, prosząc jedynie, żeby ktoś zostawiał mi kosz z prowiantem na cały dzień. Zostawiałem go w okrągłym domku bez ścian, podwieszając kosz pod sufitem w osłonie moskitiery, żeby moich posiłków nie wygryzła owadzia drobnica. Ptaki? Te miały do wyboru tak wiele owoców i robaków, że ludzki pokarm nie interesował ich wcale.

Sam nie wiem kiedy zacząłem zostawiać buty i spodnie obok, bo koszulę nosiłem na sobie tylko pierwszego dnia pobytu. Ile minęło czasu? Straciłem rachubę, ale stopy zdążyły mi stwardnieć tak, że nawet szyszki daglezji nie były przeszkodą w spacerowaniu. Znalazłem strumień tworzący miniaturowe rozlewisko w zakolu, z piaskiem jaskrawo świecącym w słońcu, a owady liżące nurt powiedziały mi, że to bezpieczne. Dla mnie, bo rybom najwyraźniej służyło owadzie pragnienie, gdyż pływały sennie tłuste i wielkie.

Sielanka trwała płynąc przeze mnie bez przeszkód. Bezpośrednia łączność z absolutem wyzwalała we mnie pokłady szczęścia i emanowała we mnie radością, którą dzieliłem się ze światem. Aż do dziś. Bo dziś nad park napłynęła chmura stalowo-sina i tak gęsta, że czułem jej wibracje. Zamierzała spaść i rozładować swoją wściekłość w raju. Popatrzyłem krytycznym wzrokiem na altanę. Bez zaufania. Nie wiedziałem czy wytrzyma napór wody, jaki podejrzewałem, że chmura zrzuci mi na głowę. Na moje ciało, żeby ze mnie zmyć pył miliarda kwiatów, sproszkowanej kory i kurzu przemykającego przez ten cudowny las.

Chmura zawarczała, aż zadrżałem. Wtedy poczułem silną dłoń zaciskającą się na moim przedramieniu. Żylasty człowiek, w którym ledwie rozpoznałem kobietę ciągnął mnie gdzieś gestykulując drugą ręką i mówiąc gniewne słowa tak szybko, że z ich tempa wywnioskowałem, jak poważny kryzys wywołałem swoją obecnością. Pobiegliśmy, chociaż z każdą chwilą ubywało światła. Biegliśmy, aż się zasapałem, spociłem, zmęczyłem i miałem protestować, ale ta niesamowita kobieta wciąż wystrzeliwała z siebie gardłowe dźwięki i trzymała tak mocno, jakby chciała mi rękę urwać w łokciu. Jej pięty migotały w tempie sprintera, lecz wytrzymałością mogłaby zawstydzić maratończyka.

Wpadliśmy wreszcie w jakąś czeluść. Otchłań jaśniejącą bielą, która była niesamowita. Pośród nieba tężejącego epoksydowaną stalą ściany i sufit świeciły blaskiem wypolerowanej, srebrnej patery. Kamieniołom żwiru na alejki! Wiedziałem gdzie jestem! Dopiero tutaj kobiet zamilkła i uścisk zelżał. Zerknąłem na przedramię – miałem odciśniętą obręcz, która fioletowiała błyskawicznie. Pokazała mi coś palcem gruchocząc już łagodniej i odeszła.

Pod ścianą siedział człowiek tak stary, że zmarszczki obejmowały całe jego ciało. Jedna przechodziła płynnie w drugą, zazębiały się, a może nawet w zmarszczkach tworzyły się kolejne ich warstwy. Człowiek rzucał kamienie na posadzkę i przyglądał się im przez chwilę, żeby rzucić raz jeszcze. Kiedy podniósł na mnie wzrok poczułem ich dotyk, chociaż był niewidomy. Białka świeciły blaskiem, jakim świeciły ściany, a on czytał we mnie jak w otwartej księdze. A potem niewprawnym językiem usiłował przekazać mi wieści.

- Siedź! Złe mieszka w podziemiach góry. Burza zabija. Szuka złego, jak przemyka pod skałami. Tu nie przyjdzie. Ani zło, ani burza. Tu dobrze. Bezpiecznie. Tam… - pokazał palcem na zewnątrz – Tam złe ucieka przed burzą. A kiedy burza pójdzie, posprzątamy szybko. Uwięzimy kamienie, Złe zamkniemy. Trzeba pilnować, bo złe w lesie zabija drzewa i motyle. Wszystko zabija. Siedź i czekaj aż złe zacznie krzyczeć. Nie idź nigdzie!

sobota, 1 czerwca 2019

Oswajanie dzikiej przyrody.


Przywiązałem do sznurka kamień. Nieduży, ale dobrze leżący w dłoni. Rzuciłem. Raz jeden jedyny. Nie żeby trafić, ale osaczyć. Kiedy spadał widziałem, jak zmykały chmury bezskutecznie usiłując uniknąć zamykającej się pułapki. Szarpnąłem mocniej i jedna z tłustych owieczek została w sidłach. Sznur owinął się wokół kosmatego grzbietu i utworzył pętlę, której wodze trzymałem w dłoni. Był mój! Szedłem z nim na spacer prowadząc na smyczy, a kamień okrążył sznur wystarczającą ilość razy, żeby trzymał pewniej niż skomplikowane supły. Baranek rozpłakał się i płakał tak rozpaczliwie, aż znikł zupełnie. Kamień stoczył się z nieba, wprost pod moje mokre od łez nogi.

Koncert.


Ulica wyglądała na starszą od samego miasta. Kocie łby wygładzone kilkusetletnimi spacerami mieszczan były wypolerowane butami na gładko, a kiedy słońce się w nich przeglądało błyszczały piękniej od biżuterii. Aż nieprawdopodobne, że nie udało się współczesnym spaskudzić tego chodnika masą asfaltową, czy betonowymi puzzlami. Ściany jakiegoś kościoła wyrastały na skraju ulicy pozbawionej chodnika z jednej strony, drugą zaś ozdabiały nagie cegły niegdysiejszej plebanii (?), a dziś restauracji obsługującej turystów w przynajmniej pięciu językach, jakich kościół nie słyszał inaczej niż w pożodze wojennej.

Wszedłem najpierw w półcień, a później w chłód spowodowany wilgocią nasiąkniętych wielowiekową wilgocią ścian piwnicznych zbudowanych nieopodal rzeki. Gdyby budowniczy oszczędzał na materiale zapewne dzisiaj w tej ulicy widniałaby szczerba, a tak, grube na metr fundamenty wciąż dysponowały siłą gotową oprzeć się podgryzaniu przez czas i rzekę. Łuki sklepień chowały się powyżej świateł mrugających, skwierczących świec. Zapewne był tu prąd, jednak klimat miejsca sprawiał, że nie tęskniło się za zimnym, elektrycznym blaskiem mając do wyboru gromnice stojące niemalże wszędzie.

Nawet kandelabr pod sufitem pełen był ogryzków świec, jakby pomysłem właściciela było wykorzystać każdy skrawek świecy. Od dymu i ciepła płomieni ściany odzyskiwały blado-rudą barwę i nawet próbowały się kruszyć. Tylko nisko, przy kamiennych, granitowych zapewne posadzkach, mech na ścianach potrafił zaczepić się pazurkami i wspinał się nieskończenie cierpliwie rozrastając się niepozornie żywym, zielonym arrasem.

Mijałem dębowe, ciemne stoły z grubych, ledwie poszczerbionych blatów tak wysezonowanych, że mogły stanowić ochronę przeciwpancerną. Na każdym ze stołów mrugała zachęcająco mniejsza świeca stojąca obok koszyka z kawałkami połamanego, kwaśnego i gruboziarnistego chleba, glinianego słoja pełnego skwarek z cebulą i słoja z zielono-niebieskiego szkła, wewnątrz którego pływały ogórki małosolne z czosnkiem, gorczycą i ziarnami czarnego pieprzu, czasem tylko ukrywając się za wiechą kopru, czy liścia czarnej porzeczki. Stoły przeważnie były puste, a jeśli ktoś siedział, to raczej samotnie, dzieląc okowitę pomiędzy dwa kieliszki, by choć przez chwilę móc udawać, że pije w towarzystwie, a nie mrucząc klątwy ścianom na ucho.

Chociaż to piwnica pod sufitem były małe okna z klejonych ołowiem kolorowych szkieł przedstawiające świętych w tragicznej, śmiertelnej misji krzewiących wiarę, która właśnie dogorywa. Przegrała z elektroniką i wszędobylskim pośpiechem. Tylko w tych oknach żyli wciąż święci nadziewający bezbożne smoki na święte włócznie, albo zagryzający dobrocią zarazę, dżumę i czarną ospę w jednym tylko żywocie na trzech kontynentach. Któryś z nich zostawił po sobie ślad szlaków zapamiętanych niemal tak skrupulatnie, jak pamięta się ścieżki wojenne Rzymu.

Zatrzymałem się przytłoczony historią i rozglądałem się nie ukrywając ciekawości. Dopiero teraz dogoniło mnie echo moich własnych kroków, gdy schodziłem w czeluści po wąskich, krętych schodach. Przede mną, w ceglanym łuku, ścianą zamknięta droga ucieczki ukryta zmyślnie w brzegu rzeki podtrzymywała wspartego na niej samotnego gościa, który pił wprost z butelki i zagryzał ogórkiem rozglądając się dokąd echo zaniesie ów dźwięk. Bodajże parsknął śmiechem, kiedy popatrzyłem na niego i kiwnął mi głową.

- Siadaj – bezkompromisowo wskazał mi brodą krzesło – bo mi echo rozpraszasz. Zamów gorzałkę i siedź. Wiesz, że twoja obecność zmienia wektory echa? Wolałbym, żebyś nie sterczał na środku, tylko usiadł obok mnie przy ścianie. Studiuję rozkłady każdego wieczoru i właśnie dzisiaj mam zamiar wypróbować tę piwnicę po zamknięciu. Szukałem właśnie kogoś, kto mógłby być świadkiem. Odbiornikiem. To ty!

Patrzył na mnie jakoś tak dumnie i w ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że mogę odmówić. Wzruszyłem ramionami, ale usiadłem przy jego stoliku pod ścianą. Dokładnie tak, jak sobie tego życzył. Nie zdziwiło mnie wcale, że obsługa nosiła brązowy habit i skórzane sandały trzeszczące raczej niesamowicie w cichych przecież pomieszczeniach. Pojawił się nie wiadomo skąd i bez pytania postawił kamionkową flaszkę przede mną. Wyglądał jak klasztorny bibliotekarz, który po godzinach szuka cienia życia odrywając się od historii zaszyfrowanych w wiekowych księgach. Nim zniknął zdążyłem już o nim zapomnieć, bo w tym półmroku zdawał się być zjawą. Tylko butelka stojąca przede mną potwierdzała, że faktycznie się pojawił.

Mój niecodzienny towarzysz wyciągnął dębowy korek z głośnym puknięciem, więc poszedłem w jego ślady. Wódka była mocna, dezynfekowała zakamarki ciała i sumienia bez litości. Kwaśnym chlebem przegryzłem, żeby mi się język w gębie nie stopił. Dobra była. Grzała. Po chwili nie czułem już wilgoci dyszących ścian i mogłem skupić się na gospodarzu. Jego butelka zdawała się być o wiele lżejsza od mojej, a w słoiku smętnie pływał jakiś ostatni niedobitek, po którego właśnie sięgał ręką. Kiedy go wyłowił najpierw wypił chyba z połowę soku, zanim ugryzł i wpatrywał się w ściany, jakby widział miejsca, w których echo odbijało się od ścian i zawracało ku centralnemu placowi tej knajpy. Ochrzciłem to miejsce rynkiem, bo tam mogły się minąć ze cztery osoby plus obsługa wraz z tacą pełną zamówienia.

Świece nicowały ciemność niedbale, leniwie kołysząc się w oparach alkoholu wydychanego przez zaledwie kilka osób, ale to wystarczało płomieniom, żeby się zataczać. Towarzysz patrzył roziskrzonym wzrokiem, jakby wódka wzmagała w nim czujność miast ją uśpić i upośledzić. Między nami postawił trąbkę, która na świecącej złotem powierzchni miała czarne liszaje, jakby muchy popstrzyły ją, gdy właściciel przestał zwracać uwagę. Co chwila dotykał ją, jakby pieścił, albo sprawdzał, czy ciągle jest w zasięgu ręki. Futerał walał się brudną czernią gdzieś pod stołem jak pies czekający na resztki z pańskiego stołu.

Znów pojawił się bibliotekarz  i bez słowa wymienił słój na taki, w którego akwarium pływało wiele zielonych, kolczastych ryb. Zachęcony gestem wyjąłem jednego i ugryzłem. Twardy. Znakomity. Zimny był tak, że zęby cierpły. Na pewno z piwnicznej beczki, może zgoła wytoczonej z dna rzeki? Wystarczyło, że nie domknąłem ust, gdy dźwięk uciekł mi z ust i zachrupał potykając się na cegłach. Widziałem! Naprawdę widziałem, jak dźwięk rykoszetem odbity pomknął w kierunku jednego z klientów, który łeb już zwiesił z beznadziei i posapywał chrapliwie.

Wypiliśmy patrząc na siebie ze zrozumieniem, a dwa puknięcia odkorkowywanych flaszek uderzyły skomasowanym dźwiękiem w fugi wapienne wzmacniane byczą krwią i kurzym białkiem, by osiąść w kapturze habitu odchodzącego kleryka. Świat na zewnątrz przestał istnieć, bo w tym wnętrzu nie był potrzebny nawet rycerzom dokumentującym minioną chwałę w witrażach. Zarażony czuciem gryzłem kolejne ogórki zapijane gorzałką, aż znów trzeba było wymienić i flaszkę i słój. Skrzypienie sandałów obiecywało dokładkę, a ukłon w stronę mojego towarzysza sugerował odmianę. Towarzysz podniósł rękę, żebym milczał i wskazał bibliotekarzowi (skąd we mnie to przekonanie?) trąbkę. Ten odkłonił się i nie pytając o nic więcej oddalił się skrzypiąc niemiłosiernie.

Nim dobrnęliśmy do połowy flaszki okazało się, że zostaliśmy sami. Wtedy wstał i obie butelki roztrzaskał o ścianę. Palcem wskazał mi miejsce, gdzie miałem usiąść. Skojarzyłem, że wybrał mi to miejsce, w którym przysnął zmęczony konsument, po którym już ślad nie pozostał nawet na stole. Stół migotał pojedynczą świecą i zakąskami. Skusiłem się na jeszcze jeden kawałek chleba i czekałem sam nie wiem na co.

On wziął ze stołu trąbkę, podszedł do schodów wiodących na zewnątrz i zaczął grać. Muzyka przeszywała mnie z każdej strony. Rozbierała, ogałacała ze wszystkiego. Czułem, jak wlewa się we mnie najintymniejszymi otworami i siąknęła przez skórę. Mógł mnie nią zabić, albo zniewolić. Upodlić, rozkochać, zniszczyć i zdeptać. Mógł wszystko. Byłem tak bardzo poddany muzyce, że nie miałem nawet woli protestowania, jak niewolnik, któremu odebrano nadzieję do końca.

Straciłem wzrok. A raczej przytomność. Się straciłem dla świata i ludzi. Nie było mnie. Byłem jedynie czaszą do zbierania muzyki. Organem, przez który miała się ponieść dalej. Przecież nie kradłem jej – przepływała przeze mnie i szła sobie dalej, wolna i bezpańska. To ja byłem zniewolony. Aż straciłem się całkiem. Nie potrafię powiedzieć, czy płakałem, czy krzyczałem, broniłem się, czy uciekałem. Obudził mnie chłód. Zimne, mokre cegły włażące sobie na plecy, żeby uciec przed chłodem granitów i czujny wzrok czworonoga bez połowy ogona i całego adresu zamieszkania, który przyglądał mi się, jakbym miał się stać jego śniadaniem. Albo przynajmniej darczyńcą. Skostniały z zimna i braku pamięci wzruszyłem ramionami, żeby poczuć istnienie.

- Dobra! – wycharczałem – kupię ci kawałek czegoś jadalnego, tylko się już tak nie gap. Nie pytaj mnie o wczoraj. W ogóle nie pytaj.

Pies chyba zrozumiał, bo resztką ogona zaakceptował układ. Ale patrzyła ta bestyjka szelmowsko, jakby coś chciała powiedzieć. Doszliśmy do sklepu mięsnego i rzuciłem psu śniadanie na bogato. Żarł. Nie mlaskał i nie siorbał – cały był mlaskaniem, a jego zachwytem można było wymalować raj utracony ze wszystkimi przedsionkami. Patrzyłem na niego, gdy karmił się do syta i sklejałem fragmenty wieczoru. Koncert… Był koncert w piwnicy przy kamiennych schodach. W uliczce, gdzie kocie łby świeciły niczym perły. Zerknąłem na psa błagalnie, a ten, choć obżarty po czubek pępka kiwnął łbem na zgodę.

Poszedłem za psem szukając wczorajszego dnia. Doszliśmy do kościoła, który o brzasku okazał się być katedrą. Znajoma ściana okazała się jedną z bocznych ścian zabłąkaną w jeszcze bardziej bocznej uliczce. Tu pies stanął i zaczął piszczeć bezradnie. Kręcił się wokół siebie, a ja patrzyłem na niego nie wiedząc o co chodzi. Po drugiej stronie bruku marzło ogrodzenie z falistej blachy na dwa metry z hakiem wysokie. Zerknąłem poprzez spojenie przęseł. Za ogrodzeniem widać było dziurę głęboką na pięć-sześć metrów pełną gnijących ze starości cegieł. Patrzyłem na resztki kamiennych schodów uporczywie wijących się kamiennymi stopniami w podziemia. To było tu! Nawet rynek knajpiany rozpoznałem.

Oparłem się obiema rękami o zimne blachy i czoło również chłodziłem zastanawiając się nad wczorajszym wieczorem, kiedy gdzieś za plecami posłyszałem dźwięk niezwykły. Skrzypiącą skórę rytmicznie zbliżającą się do mnie. Odwróciłem się pełen nadziei. Szedł do mnie bibliotekarz w brązowym habicie i kapturze naciągniętym tak głęboko na głowę, że tylko błysk oka zauważyłem.

- Tu stał kiedyś alumnat – powiedział na tyle cicho, że dźwięk mógł trafić wyłącznie do mnie - Ponoć w średniowieczu warzyli też niezłą gorzałkę, ale tego chyba tobie nie potrzeba. A teraz ma powstać hotel, czy jakaś knajpa… Musisz poczekać ze dwa lata zanim otworzą. Tam możesz poczytać tablicę z placu budowy.

Kiedy odwróciłem za palcem głowę odszedł bezgłośnie. Nie wiem, jak to zrobił, jednak nie skrzypnął sandałami ani razu, a kiedy odwróciłem głowę nie było nikogo. Bezpański pies z błogim uśmiechem spał pod blaszanym płotem i nie miałem sumienia budzić go. Stawiałem ociężałe kroki idąc przeczytać wskazaną tablicę. Po co? Nie miałem pojęcia, ale ostatnio wierzyłem we wszystko, więc i w konieczność jej przeczytania również. Hotel. I knajpa. I dwa lata do otwarcia. Miał rację habit. Po co maiłem tu przyjść? Po co czytać, skoro powiedział mi wszystko? Zadumałem się opierając o płot. Gdzieś znad rzeki dobiegły mnie cichnące dźwięki trąbki…

Klejnoty.


Most był pusty. Zapewne to z powodu nocy i mocnego wiatru sunącego tuż nad wodą. Czasem zaczepiał o nurt, który pienił się i protestował. Wiatr, na wysokości mostu jęczał na wantach i próbował rozkołysać kładkę. Stal i beton gięły się pod ciosami i czułem, jak pływa mi pod nogami mizerna jak się teraz zdawało konstrukcja. Wrażenie nicości potęgował fakt, że stwórca tym razem upiekł to nocne ciasto bez jednej nawet rodzynki. Nie świecił Orion, Wielki Wóz odjechał poza horyzont, nawet Mars nie czerwienił się ze wstydu wisząc gdzieś nad głową. Jedynie masywne, skłębione chmury potrafiły własną szarością wydrzeć z mroku kontury.

Trzymałem się barierek z zamkniętymi oczami oddając się wiatrom w objęcia. Twarz mam chyba opływową, bo nie poranił mnie szorstkim, mocnym jęzorem, ale spojrzeć na siebie nie pozwolił. Niósł jakieś paprochy, których nie zdołał utopić, które mu nie wypadły z pochopnych, nerwowych dłoni i sypał w twarz, jakby chciał mnie wytatuować w czarne piegi strupów. Rewidował mnie sięgając chyba kości, bo zmarzłem. Przysiadłem odwracając się plecami. Szczęściem odpuścił i przeniósł się wyżej, żeby pomieszać chmury. Wielką, bezwzględną ręką tarmosił je aż podarł na drobniejsze fragmenty, a wtedy nieśmiało wychylił się spoza nich jakiś ułomek księżyca. Wyglądał, jakby wiatr go wylizał i zamiast pełnego brzucha miał wklęsły, wygryziony niemal na wylot atol. Trochę przypominał siatkę do polowania na gwiazdy, tyle, że bez rączki.

Rzeka od razu stężała granatem tak dojrzałym, że niemal czarnym i przystroiła się girlandami białych loków chaotycznie rozsianych po nurcie. Płynęła nie czekając na nic i na nikogo. Czyżby uciekała? W taką noc wszystko się może zdarzyć. Popychana wiatrem płynęła gdzieś, gdzie nie sięgałem wzrokiem. Tafla wydawała się asfaltowo twarda, jednak nie zamierzałem wędrować tym traktem pośród tumultu przewalających się kotków z piany. Analogia do topolowej waty katulającej się po jezdni była niemal doskonała.

Siedziałem bardziej w nocy niż na moście. Zanurzony w gęstwinę mroku i wzrokiem wolnym od pożądliwości wypatrującym celu płynącej pode mną rzeki. Byłem tak wolny, jakby mnie wcale nie było. Mogłem wszystko i nic jednocześnie. A przecież siedziałem twarzą do ukrytego w mroku miasta, plecami do gór, z których spływała woda korytem wyrzeźbionym tak dawno, że teraz już nie pamiętała dlaczego właśnie tędy płynie. Ot – tradycja, zabobon, z którego ciężko zrezygnować.

Srebrne nici księżycowej poświaty wsparły się o balustradę. Ciężko, jakby były zmęczone. Poniżej, cierpiący na bezsenność pająk lamentował, że mu wiatr gobelin wytarmosił i podziurawił. Krążył we wszystkie strony i usiłował poznać rozmiar nieszczęścia własnymi, cieniuteńkimi nóżkami. Księżyc, choć sam zabiedzony pochylił się i westchnął. A potem zaczął rwać z głowy srebrne włosy, żeby pająk miał z czego tkać nowy kalejdoskop. Głuptas uwijał się jak w ukropie, gdy tylko poczuł pomocną dłoń. Wiatr zajęty zaganianiem stada brudnoszarych baranów gdzieś w zakole rzeki zapomniał o moście i księżycu. O mnie też zapomniał, więc oddychałem najciszej, jak umiałem, żeby go nie przywołać.

Pająk pracował wytrwale, a władca księżyca ciągnął nerwowo za smycz chcąc już wracać do domu z tego przydługiego spaceru. Mocny był. Szarpał mizerny księżyc, aż ten się rozpłakał i perły łez mikroskopijnymi kroplami spadły w gobelin. Królewska szata musi być wysadzana diamentami. Rzemieślnik może być kosmatym brzydalem, jeśli potrafi takie cuda utkać. Słońce ziewało tuż za horyzontem, żeby umyć rumiane policzki w wodzie, nim ludzie wstaną. Chyba lubiło uciec poza zasięg pazernych rączek dzieci i dorosłych. Może nawet poza zasięg jazgotu, który ludzie uporczywie produkują, gdy nie śpią.

Pająk wypił diamentową kroplę i schował czarny grzbiet spalony słońcem już dawno temu i poszedł spać. Wystarczy. Napracował się. Pomiędzy żerdkami pyszniła się konstrukcja niepowtarzalna, skrząca się bogactwem rosy. Nawet wiatr zaniemówił i oddychał półgębkiem, żeby nie spłoszyć klejnotów. Słońce malowało miraże ubierając krople w kolory, Raz były rubinami, innym razem szafirem, berylowa kolia mrugała na przemian z diamentowym garniturem, cytryn i szmaragd zaplątane w okach sieci mrugały zachwycająco. Siedziałem w zachwyceniu aż każdy okruch zabłysnął pełną tęczą niby arbuzowy turmalin. Pająk pochrapywał lekko potrącając nici oddechem by drżały znanym mu rytmem. Spał w poczuciu spełnionego obowiązku beztrosko, jak spać potrafią dzieci o czystych sumieniach.