sobota, 23 grudnia 2017

Po szczerości kres.

Wyszedłem za nią w noc. Z tego tumultu, ścisku i pobieżności wyszliśmy obok siebie idąc, ale inicjatorem nie byłem ja, tylko ona. Zabawne, bo przecież to ja podszedłem do niej ze słowami ubranymi we wszystkie możliwe sztuczki i chciałem zajrzeć jej w dekolt nie tylko oczami, ale dłońmi i ustami też. A ona tylko się zaśmiała, bo takich jak ja mijało ją co chwila kilkunastu, łykających ślinę, o drżących, spoconych dłoniach, a wzmocniona alkoholem odwaga pozwalała sobie na bezczelność ścigającą się z wulgarnością, na które reagowała lekceważeniem, pozwalając słowom przepłynąć obok tak płynnie żeby nie naruszyły nawet fryzury. A mimo wszystko podszedłem, jakby podejście było obowiązkową próbą w drodze pomiędzy parkietem, a barem, bo ci, którzy czekali na obsługę potrafili usnąć przy stolikach mokrych od rozlanych płynów i lepkich od bagna prochów, które narkomani na głodzie wylizywali wprost ze szklanych blatów – zabójcza mieszanina rozmaitych resztek alkoholi i rozcieńczonej nimi kokainy smużyła się na tak wielu stolikach, że był to niemal znak rozpoznawczy tej dyskoteki.

Siedziała przy jednym z niewielu stolików o suchym i niezakurzonym blacie i bezmyślnie mieszała łyżeczką dawno wystygłą kawę, a lampka wina wysychała w zapomnieniu, tęskniąc do jej ust. Obok, bo przecież nie z nią, siedziały jeszcze trzy kobiety, które w trakcie rozmowy zakłócanej rytmiczną muzyką o dużym natężeniu, obrzucały otoczenie spojrzeniami kupca próżności – zupełnie, jakby mierzyły wartość każdego mijającego stół człowieka i skrupulatnie wyliczały szerokość uśmiechu na podstawie oszacowanej grubości portfela. Płeć i wiek nie były istotne absolutnie – liczyła się marka odzieży, jakość perfum, biżuteria, a od owego szacunku piersi paniom zakwitały, bądź kryły się w mrokach bluzeczek, a kolana niczym skrzydła kolibra wykonywały ruchy wahadłowe, jakby rozsiewały feromony. I zapewne rozsiewały, bo obok tego stolika przedefilował komplet gości zaciągając się tym nieoczywistym aromatem i rozum tracił zbliżając nozdrza odrobinę bliżej, żeby wyskamleć z trudem maskowane pożądanie, które bezobcesowo i zdecydowanie wulgarnie rozpatrywane było w trybie ekspresowym, a w przypadku pozytywnej oceny zawartości dżinsów jedna z ultrakrótkich spódniczek oddalała się kołysząc biodrami do obłędu i wiodąc wybrańca w czeluści toalet, by w pojedynczych minutach wracać, bezwstydnie obciągając spódniczkę, na której schły ślady spoconych dłoni ściskających jeszcze przed chwilą biodra w pospiesznej ekstazie.

A przecież, pośród tego pijanego, narkotycznego tłumu nie sposób było nie zauważyć jej – kobiety, która słowem się nie odzywała, wzrok miała zbyt trzeźwy, chociaż pozbawiony złudzeń. I nawet wyznawcy ekspresowych uniesień starali się zajrzeć jej w oczy, zanim wskazali palcem którąkolwiek z trzech pozostałych, gdy ta oczami samymi powiedziała tak zdecydowane NIE, że pijani momentalnie trzeźwieli i stać ich było na zawstydzone „przepraszam”, zanim się oddalili wiedzeni trójwymiarową, sinusoidalną ścieżką malowaną sromem którejś z jej koleżanek.

Nawet nie próbowałem oszukiwać, że przyszedłem do tego lokalu szukać Boga, albo miłości, bo w to nie uwierzyłbym sobie sam. Chciałem zapomnieć zbyt wiele, w czym pomóc miał alkohol i tętniąca rytmicznie muzyka, a jeśli to zawiodłoby, wtedy w białym proszku poszukałbym owego zapomnienia. Siedziałem przy barze, żeby nie marnować czasu na spacery i zamawianie przez pośredniczki, które ograniczały się do zbierania pustych szklanek, kufli i kieliszków, a nawet kuszenie napiwkiem nie zdawało egzaminu. Zamawiałem wprost przy barze pakietami, po cztery na raz, bo jakieś kretyńskie przepisy nie pozwalały barmanowi nalewać po dwieście gram w szklanki, tylko musiał męczyć się w detal. Czymś kolorowym kaleczyłem usta, płucząc je, gdy biała wódka zaczynała krążyć we mnie rozcieńczając krwiobieg, rozluźniając myśli i słowa – zupełnie, jakbym zdjął krawat i rozpiął ten guzik krępujący grdykę. Poszedłem ochlapać twarz zimną wodą pośród dobiegającej z sąsiedniej kabiny rozkoszy zupełnie nie ukrywanej. Aż dziwne, że łazienki nie zostały wyposażone w kanapy zamiast sedesów. Kiedy wracałem i zupełnie niechcący zaczepiłem wzrokiem kobietę przy stoliku, chociaż pozostałe kolana skrupulatnie schowały przede mną wnętrza ud, jako niegodnym ich wylewności… stało się coś, czego nie zrozumiałem do końca, tylko poddałem się owemu nurtowi, jakbym został zanurzony w historię, która się ma mną dopełnić i już dawno jest napisana, a ja tylko ją odtworzyć mam tego wieczoru.

Kobieta złapała mnie matowym wzrokiem który dowiercił się do mojej bardzo głęboko już ukrytej świadomości, wstała i wyszła spoza tyraliery kolan, spracowanych pośladków, zmiętoszonych po wielokroć piersi i włosów, w które wyszeptano tej nocy więcej niespełnialnych obietnic, niż z dowolnej mównicy przedwyborczej. Zanim zdążyłem odezwać się, wygłosić bełkotliwą propozycję, czy komplement, przejęła stery po sam kres mojego pojmowania i kiwałem głową tylko, zgadzając się na niewysłowione, czymkolwiek by miało być. Zgodziłem się na nią i na historię. Zrezygnowałem z tego wieczoru-po-mojemu, skończyłem z zabijaniem pamięci i stałem się bezwolnym osiołkiem wiedzionym ręką, która miała stać się moją katharsis.

Szła przodem, nie wahając się, ani nie zerkając, czy wciąż za nią podążam, jakbym był sznaucerem wyszkolonym do wielokilometrowego podążania, tropienia cierpliwego, milczącego i wręcz bezdusznego, skupionego na osiągnięciu celu. Buty na wysokim obcasie drżały przede mną dźwiękiem czystym, zdecydowanym, jak spiż dzwonu, którego serce obwieszcza miastu trwogę lub nadzieję. Szedłem wiedziony jej determinacją milczącą, bezwzględną. Mijaliśmy skrzyżowania i spojrzenia pijane, mijaliśmy światła tramwajów jakby były elektrycznymi węgorzami rozświetlającymi mrok nocy, a ona nadawała rytm stukaniem w betony chodników i asfalt jezdni. Jednym spojrzeniem, którym przeszyła chaos dyskoteki i tornado w mojej głowie – to wystarczyło, abym stał się potulny do uniżoności, żebym wyzbył się pytań i wątpliwości i szedł po prostu – z przekonaniem o nieuchronności ciągu dalszego, na mojej przyszłości namalowanego jej paznokciem/gestem lub słowem.

Weszliśmy wreszcie gdzieś, w jakąś próchniejącą ze starości bramę, gdzie liszaje ścigały się o palmę pierwszeństwa i rekord wielkości, gdzie tynki wyskubane moczem do gołej, wilgotnej wciąż cegły śmierdziały przepocone na wylot, a drewniane schody zapomniały już niepewne wspomnienia o stolarzu, który je wykonał. Balustrady, zubożone o broń białą żerdek zużytych do wykazania lokalnej przewagi wyglądały smętnie i niepewnością zaraziły moje kolana, a ona wspinała się pokonując szczeble w tych butach, które obcasem wygryzały okrągłe dziury w drewnie. Olejnica na ścianach mieniła się wszystkimi kolorami, którymi zostały dotknięte w ciągu stu lat istnienia, a tam, gdzie czas dogmerał się do budulca kolejne pokolenia pająków snuły wątek w serwety labiryntów tradycją napiętnowanych, powtarzalnych i zrozumiałych tylko dla poety. Wchodziliśmy po tych schodach w nieskończoność, jakby do nieba, albo wyżej, a alkohol parował ze mnie pozostawiając mnie bez ochronnej bariery. Drzwi z grubego, budowlanego drzewa oskrobane były z farby i wierzchniej warstwy, pełne wyciętych obietnic bez pokrycia i klątw, oszczerstw i nadziei, zamknięte były na kłódkę tak masywną, że tylko Fort Knox zasługiwał na podobną.

Kobieta otworzyła ją i weszliśmy w mrok, aksamitny od kurzu i zabytkowych pajęczyn. Ona – widać nieraz tu już była, szybkim krokiem podeszła do małego okienka dachowego i uchyliła je, jakby otwierała korek wanny i spuszczała z nieba wszystkie gwiazdy. Usiadła na kanapie pod ścianą, a kanapa – przysięgam – ona szepnęła „dziękuję”. Stałem z rozwartą gębą i nie wiedziałem, co mam z sobą począć. Kobieta na kanapie, ja pod lufcikiem, przez który potop gwiazd z nieba lał się na moją oszołomioną po dwakroć głowę, bo w tej chwili alkohol mniejszym był problemem, niż ta milcząca nieustannie kobieta. Stałem i patrzyłem na nią, a ona na mnie i milczeliśmy tak doskonale, jakbyśmy urodzili się w jednej chwili, na dodatek trzymając się za ręce.

- chciałeś porozmawiać… dobrze – usłyszałem jej głos, który szepnął do mnie słowa tak delikatnie, że nawet zwisające z sufitu, niedokończone pajęczyny nie zadrżały – jeśli nadal chcesz, to rozbieraj się…

Oszołomienie musiało mnie pozbawić nawet tych mizernych resztek rozsądku, bo zanim zadałem pytanie, zanim obruszyłem się, czy zareagowałem wiązanką jadu, puścił pierwszy guzik koszuli. Jak lawina, pociągnął za sobą kolejne i nim ślina w ustach mi wyschła, koszula leżała już na stuletnim kurzu strychowych desek, a pasek spodni wił się pośród nogawek uciekając od spotniałych skarpet.

- no dalej - zaśmiała się dość złośliwie – slipki też, chyba nie wystraszyłeś się kobiety? Przecież tego chciałeś, tak wielu mówi, że chce, a kiedy przyjdzie stanąć nago, zaczyna wątpić. Może się rozmyśliłeś? Drogę znasz, trafisz do wyjścia, więc rób jak uważasz. Poczekam patrząc na twoje niezdecydowanie. Ale, jeśli ze mną chcesz rozmawiać, to wyłącznie nago, bo dopiero nagość pozwoli tobie na szczerość. Jeśli cię nie stać -wyjdź i nie wracaj więcej, dopóki się nie zdecydujesz… Zdejmij ostatnią maskę i już możesz mówić… będę słuchała wtedy bardzo uważnie… kto wie - może nawet porozmawiamy?

33 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. powiedzmy, że brzmi jak wstęp...
      jeszcze nie wiem, czy rozwinę wątek.
      niedopowiedzenia są najbardziej nośne... i bardzo podoba mi się owa ośmiornica nienapisana, która wątki pociągnie, albo nie w kierunkach nieprzewidywalnych zupełnie.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. recydywa...
      zapowiada się...
      masz z Hexe jakąś łączność pozazmysłową i głód ciągów dalszych?

      Usuń
  3. Doskonały przerywnik przedświatecznej monotonii kuchenno zakupowej. Nawet nie wiem czy chcę wiedzieć co było dalej, było gęste i jak zwykle działajace na wyobraźnię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to chyba dobrze?
      mój ojciec powtarzał, że jeśli ktoś potrafi pisać, to z książki telefonicznej zrobi pasjonujące dzieło.
      dalej było wiadomo co - rozmowa, rozpoczęta monologiem, o tym wszystkim, czego nie udało się zapomnieć pod wpływem gorzałki.

      Usuń
  4. I oto zawisł nad blogiem, a następnie przemówił Duch Patologii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taki czas - duchowo napiętnowany a może nawet duszny.
      może zawiśnie jako bombeczka na choince?

      Usuń
    2. U mnie choinki nie będzie, świąt nie będzie, nic nie będzie.
      Mysia dziura byłaby najstosowniejsza...
      ...albo sen nieprzespany, wieczny.

      Usuń
    3. życzyć Ci dobrej nocy?

      Usuń
    4. w imieniu własnym i Ducha Patologii życzę Ci dobrej, cichej nocy

      Usuń
    5. Dziękuje w imieniu własnym, choć do snu mi jeszcze bardzo daleko.

      Usuń
    6. to zarzuć mu jakie lejce i przyciągnij bliżej, żeby go osiodłać i udomowić, żeby pod ręka był, a nie szwendał się nie-wiadomo-gdzie (tylko nie pisz, że poszedł po zapałki trzy dni temu i z frontu nie wrócił dotychczas...)

      Usuń
    7. Nie pamiętam, kiedy wyszedł po zapałki...
      Jest jeszcze jego siostra na pocieszenie.

      Usuń
    8. Mysia Dziura?
      wolę trzymać się od niej z daleka - nie ten rozmiar gatunkowy

      Usuń
    9. a z tą, to już zupełnie żartów nie ma
      sam do niej wybierać się nie zamierzam
      poczekaj już Ty na tego śpiącego królewicza
      może skusisz go jakim płynem?

      Usuń
    10. Nie potrzebuje go kusić, jest na każde zawołanie. Tylko nie mogę sobie pozwolić na romans z nim.

      Usuń
    11. pisałem o kuszeniu snu płynami - koścista pani niech grzecznie poczeka na strychu i niech się nie spieszy tak bardzo - mogłaby powalczyć z anoreksją, żeby chociaż wyglądać.

      Usuń
    12. Wiem, że snu. I na temat odpowiedziałam.
      Koścista nie poczeka na strychu, bo u nas nawet strychu nie ma.

      Usuń
    13. no to w piwnicy/ziemiance, albo spacer dowolnym południkiem niech uskutecznia.

      Usuń
    14. Wszystko mi jedno, którędy chadza. I tak robi wszystko na odwrót, nie tak, jak powinna...

      Usuń
  5. Moje uznanie - nie po raz pierwszy dla Twojego pisania.
    Pięknych Świąt Bożego Narodzenia Ci życzę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Niezwykły sprawdzian męskiej odwagi, nadzy jesteśmy sobie wszyscy równi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ubranie, to maska, w której grane są role adekwatne do stroju
      popatrz, jak trudno kłamać będąc nagim...

      Usuń
    2. Nadzy są sobie równi?
      Mnie wydaje się, że wręcz i wnóż przeciwnie.
      W ubraniu można się łudzić, że jesteśmy tacy sami dobrzy, a może lepsi, niż druga strona, że różnice to tylko kwestia gustu lub pieniędzy.
      Osoba naga może tylko wciągnąć brzuch, a to niewiele zmienia.

      Usuń
    3. nadzy są prawdziwi. nieudawani. są partnerami w rozmowie i na równych prawach.
      a odmienne detale na elewacjach, ukrywane pod maskami kreacji i garniturów, aby się łudzić, to kolejne oszustwo i teatralna rola.
      nie lubię udawania, że tacy sami są wszyscy (jak w chińskiej szkole?)
      równi nie znaczy identyczni, podobni z wyglądu - coś zamieszałeś chyba.

      Usuń
  7. Nie czekam na dalszy ciąg, choć jeśli będzie - przeczytam. Lubię takie otwarte zakończenia. Pobudzają wyobraźnię i skłaniają do refleksji. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. najlepsze historie dzieją się w głowach
      zostawić furtkę, żeby myśli mogły się wyśliznąć - o to chodzi

      Usuń
  8. Piękny ten pomysł z lufcikiem, korkiem od wanny i gwiazdami!
    Kurze Łapki

    OdpowiedzUsuń