środa, 28 października 2026

Jeśli naparstnice zrobią parujący napar, to kałamarnice pchną kał w kałamarze?

 

- Z komina dym ujrzysz czarny, a przedświt zamilknie strwożony… - Niemal słyszałem czarcią wróżbę zerkając na osiedle z bezpiecznej przystani domostwa, gdzie ciepło wciąż kokosiło się w pościeli, a kawą nasiąkał księgozbiór – może niezbyt imponujący, ale własny. Na zewnątrz tylko wiatr sprawdzał, czy wszystkie szczerby osiedlowe są na swoim miejscu, a może zwyczajnie wróżył sobie zużywając czerwone liście winobluszczu – kocha-lubi-szanuje… Ptaki wstrzymały oddech i tylko jakiś trzeszczący drobiazg usiłował ostrzec mnie przed tym dniem, co dopiero miał nadejść.


Na przystanku ktoś rozwinął dywan. Co prawda nie czerwony, ale jednak! Jakie Hollywood, taki dywan. Zapewne autobusem miała przyjechać jakaś jednodniowa Gwiazda. Nie czułem się i nie wyglądałem, więc skromnie ominąłem dywan i stanąłem jak plebs, na bruku. Autobusy jeżdżą u mnie ciurkiem – żeby zaoszczędzić na światłach, więc kierowcy siedzą poprzednikom na ogonach i uczą się tablic rejestracyjnych na pamięć. Niepotrzebnie, żadne szczególne. Ale na dywan nikt nie wysiadł, nim mnie porwało w codzienność. Tłok uzasadniony prognozą pogody – zimno i może padać, a „w kupie cieplej” jak mawia popularne porzekadło.


Ludziska meandrowali po nierozpasanym wnętrzu, zmierzając do tam, albo zupełnie gdzie indziej (bez powodu fragment po przecinku skojarzył mi się z Puchatkiem – z właśnie TYM SŁAWNYM PUCHATKIEM). I w powodzi ciał tylko jedna pani uśmiechała się bardzo dyskretnie, za to pełnym jestestwem, którego wcale jej nie brakowało. Obłęd. Może to tak jest, że nieskrępowana otoczeniem sytość wywołuje euforię organów szczęścia, a obrys lekceważący modną, wątłą kreskę przydaje radościom masy. Powiedzmy promil szczęścia na kilo wagi. Pani kształty niosła jawnie obiecujące mnóstwo ciepło-miękkich-skojarzeń, a trudna do opisania szczęśliwość beztrosko wypływała z niej, sączyła się, otaczała aureolą trudną do zignorowania.


Przesiadam się na tramwaj. W biegu, choć mi się nie spieszy, ale najwyraźniej zaczął się dzień wiary w instynkty. Wsiadam i ledwie sięgnę po kapowniczek, by nie uronić porannych widzeń, kiedy w mijającym mnie tramwaju, jadącym w kierunku dla-mnie-powrotnym dostrzegam siebie. W tym-tam-tramwaju właśnie coś notuję w kapowniczku i leciutko się uśmiecham, gdy akurat ułoży mi się pełne zdanie z którego jestem zadowolony. Drugi-ja, łba nie unosi, notuje, najwyraźniej skupienie jest mu nieobce, oswoił je już, bo cóż… przeżył więcej ode mnie, więc bardziej stateczny, może nawet konserwatywny, niewyrywny i byle piękność w brązach nijak go z równowagi nie wyprowadzi. A mnie owszem, tak. W utajonych ochach i achach patrzę, jak maszeruje w rozchełstanym płaszczu, wymachując torbą bułek (czyżby je studziła? Piekarnia ledwie dwa kroki…), a ja pochlebiam sobie, że mruczy pod nosem moją częstochowską mantrę o wigoniach, kto wie, czy nie dorabia kolejnych zwrotek? Może takich?


Poprosiłem Sonię,

By moje wigonie

Ukryła w salonie.


- Czymże je zasłonię

Kiedy przyjdą po nie

Nieczułe wałkonie?


- Cichutko, na stronie,

Przepytaj Polonię,

Co poszła w kolonie.


A potem to już dopadł mnie ów początkowo ponury poranek, który nadciągał nieuchronnie, choć leniwie. Jeszcze tylko potknąłem się o czarne, bazaltowe lustro Rzeki marudzące pode młynem i czekające, by pochwycić obraz pani, która Rzeki nie widzi, bo przecież tam, głęboko w odmętach 5G dzieją się rzeczy, które bez niej dziać się nie powinny i przynajmniej światłego komentarza wymagają. Istny skandal! Osaczony dogmatami, prawdami nienaruszalnymi, wiedzą ogólną i powszechnie powielaną, oddalam się tam, gdzie nie sięgają zasięgi. Jak szara myszka. W dziurze, której nikt jeszcze nie zinwentaryzował. (Ja – ten, który sam o sobie mówi jednostka kameralna, wątpiąca, umysłowo sprawna-inaczej, może nawet toksyczna i zakaźna. Więc wiesz… Poligon, wchodzisz na własną odpowiedzialność!). Niskopienne, rozłożyste rusałki przemknęły podwórcem, tokując zaciekle, jak głuszce w rui, aż się niebo zwarzyło i czeka pośród opcji szykując ten dzień, by stał się innym od innych.


PS. A gdyby oną przysłowiową szarą myszkę, choćby i w mysiej dziurze, zafarbować na fuksję, albo lazur (nieznanego) wybrzeża, czy inny piasek pustyni bez nazwy – czy w-ów-czas byłaby godna dywanu ze wstępu do dzisiejszych dywagacji? Nie warto przesadzać z nadziejami – świat szuka eskalacji – więc pięć kolczyków, metr kwadratowy tatuaży, najlepiej intymnych, albo obrazoburczych i nonszalancka nagość-nie-nagość, to obowiązkowe i minimalne wyposażenie każdej z Gwiazd Jednodniowych.


    Z tablic jedynie L1 SZEWA zasłużyła na uwagę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz